29 gru 2009

Księżyc, głupcze!

"Najwyższą formą wiedzy o Bogu jest wiedza o Bogu niepoznawalnym. Stanowczo zbyt wiele słychać gadaniny o Bogu, świat jest tym przesycony. Zbyt mało jest świadomości, zbyt mało miłości, zbyt mało szczęścia - ale nie nadużywajmy i tych słów. Zbyt mało porzuceń iluzji, odrzuceń błędów, rezygnacji z własnych uwikłań i zbyt wiele okrucieństwa. Zbyt mało świadomości. I to jest przyczyna cierpienia na świecie, a nie brak religii. Religia dotyczyć ma przebudzenia, ma mówić o braku świadomości. Spójrzcie, jacy jesteśmy zdegradowani. Odwiedźcie mój kraj i zobaczcie, jak zabijają się nawzajem z powodu religii. Znajdziecie to wszędzie. „Ten, który wie, nie mówi. Ten, który mówi, nie wie”. Wszystkie objawienia są niczym innym, jak tylko palcem wskazującym na księżyc. Tu na Wschodzie mówimy: „Kiedy mędrzec wskazuje księżyc, idioci patrzą na palec”."

Anthony De Mello „Przebudzenie”

25 gru 2009

Merry everything!

Wszystkim, którzy Święta obchodzą - wesołych, spokojnych i leniwych Świąt.

Wszystkim, dla których to ważne - Bożego błogosławieństwa.

Wszystkim, dla których co innego ważne - dużo szczęścia i ciepła, i powodzenia w tym, co ważne.

Wszystkim, którzy Świąt nie obchodzą - Merry nothing i życzenia serdeczne.

Ściskam świątecznie wszystkich czytaczy, zaglądaczy i podglądaczy.


15 gru 2009

Erystyka 2.0

Ponieważ wiele się szlajam po necie i często się wdaję w rozmówki mniej lub bardziej zobowiązujące, zaczynam zauważać upowszechnianie się pewnych nowych chwytów erystycznych, nie tylko imponujących w swej pomysłowości i świeżości, lecz też bardzo skutecznych. Chwyty dzielimy na:

1. uprzejme prośby

Proszę nie wymagać ode mnie znajomości źródeł.
Proszę nie wymagać ode mnie znajomości tematu.
Proszę nie stosować na mnie chwytów retorycznych.
Proszę ze mną w ogóle nie rozmawiać, bo ja nie mam czasu. Wiem, ze sam/a odpisuję, ale jestem do tego poniekąd zmuszany/a.
Proszę nie komentować tego, co piszę, bo ja to piszę tylko dla siebie.

Na tak wyartykułowaną uprzejmą prośbę uczciwy dyskutant odpowiada oczywiście „Ależ proszę i przepraszam, ze śmiałem/am zachować się tak niestosownie”

2. oczywiste oczywistości

„Doprawdy irytujące jest, że nie rozumiesz, że to ja mam rację”
„Ja cały czas mówię, że tak jest, więc to jasne, że tak jest”
"Im dłużej rozmawiamy, tym bardziej ci pokazuję, że mój punkt widzenia jest spójny i mądry”.
„Wymaganie ode mnie, żeby moje teorie miały oparcie w rzeczywistości, jest mylne i głupie”.

Na taki argumenty dyskutantowi nie pozostaje nic innego, jak odpisać „Oczywiście, masz rację, nie wiem jak mogłem/am tego wcześniej nie zauważyć. Silly me!”

3. wyrafinowane cięte riposty

„Tylko się nie popłacz!”
„Jesteś agresywny/a i/bo jesteś głupi.” (a każdy pijak to złodziej!)

Na taką ciętą odpowiedź dyskutant rzeczywiście zaczyna płakać nad swoją głupotą i idzie na kolanach do Częstochowy żeby przeprosić za swą nierozumną agresję.

Summa summarum - warto rozmawiać!

7 gru 2009

Los bułeczkos a la Anjess

Dla Dahoovki i nie tylko - przepis na bułeczki (dziękujemy Ci Anjess!) :

Składniki:
5 dag drożdży
250-300ml ciepłej wody
0,5 kg mąki
1 łyżka cukru
1 łyżeczka soli
4 łyżki oleju

Drożdże oraz łyżkę cukru rozpuścić w 250-300ml ciepłej wody. Wlać do miski z mąką, dodać łyżeczkę soli i 4 łyżki oleju i zagnieść ciasto. Odstawić na jakiś czas do wyrośnięcia. Uformować kulki i ułożyć na blaszce (można też nadziewać czym chata bogata), wstawić do piekarnika (ok. 210-220st) na 20 minut.

Wychodzi ok. 16 małych bułeczek.
Jak ktoś chce 32 bułeczki, niechaj podwoi składniki wszelkie, jako i ja czynię.

Bon apetit!

6 gru 2009

Wyszłam zaraz wracam

Nie ma mnie, ponieważ jestem na urlopie. Na urlopie przebywam w dużym pokoju i w kuchni, w łazience też bywam no i oczywista u Dziobalindy – wpadam do niej na herbatki odkąd za nasze pieniądze nabyła sobie stolik i krzesełka, coby gości na herbatce przyjmować.

Więc urlop mam, a to oznacza, ze odpoczywam, nieprawdaż. Czyli sprzątam, piorę, gotuję i piekę, zażywam spacerów na świeżym powietrzu (zamiast grzybów zbieramy z Dziobalindą psie kupy. Niech mi ktoś jeszcze raz powie, że psy są lepsze od dzieci. Dzieci, moi mili, NIE SRAJĄ NA CHODNIK! I to jest ich najpierwsza zaleta.) Nie, żebym normalnie tego wszystkiego nie robiła – robię, ale teraz robię to urlopowo, na luzie. Bo normalnie to ja to robię z prędkością światła, pomiędzy okresami mej tzw. aktywności zawodowej, trwającej w różnych porach - od wczesnorannych do późnonocnych. Zazwyczaj w celu dodania sobie animuszu toczę pianę i zgrzytam zębami (tymi samymi zębami, co pani dentystka ostatnio oglądając zdjęcie ich rzekła : „Och! Co za straszny, straszny ząb!” Więc ją spytałam, czy może wygląda jak wielki Cthulhu, ale ona już była na dnie rozpaczy i nic mi na to nie odpowiedziała. Więc Luco, darling, jak chcesz startować w konkursach na historyjki stomatologiczne, to zapraszam!).

Z okazji urlopu ogłaszam, że jeszcze przez tydzień nie mam opinii na żaden temat! Z opiniami przyjmuję dopiero od 14 XII. Teraz mnie zajmuje ciasto drożdżowe, co mi na bułki rośnie. Nadzienie z banana będzie ok, kto mi zaopiniuje? Bo ja sama sobie nie mogę. Urlop mam.

29 lis 2009

Rzeczą ludzką jest błądzić...

...i rzeczą ludzką błędy poprawiać. Takoż "Wiedza i życie" okładkę ma już poprawioną, co wielce mnie cieszy. Serdecznie pozdrawiam Redakcję :)


27 lis 2009

Quo vadis, redaktorze?

Okładka nowego numeru Wiedzy i życia wygląda tak:



Kto wie, ten wie, a kto nie wie, niech się dowie, że zaprawdę błędną jest ta skądinąd urocza parafraza św. Piotra i jego „Quo vadis, Domine?”. Gdyż albowiem w tłumaczeniu na j.polski należałoby ją czytać „Gdzie idziesz, medycyny?”. A powinna brzmieć „Quo vadis, medicina?”* i wtedy byłoby git. Błąd się może zdarzyć każdemu, ale na Jowisza, czemu na okładce ogólnopolskiego periodyku zajmującego się nauką? Czy nie można było skonsultować tego tytułu z kimś, kto zna łacinę? (są na świecie jeszcze takie dziwolągi).

Wzburzywszy się nieco jęłam przypominać sobie, jak to kilka lat temu jakaś firma zamieściła w GW ogłoszenie o pracę, które składało się tylko z szablonu Lorem ipsum oraz adresu firmy. Wkrótce potem w miesięczniku Media&Marketing Polska ówczesna pani redaktor naczelna zachwycała się we wstępniaku ogłoszeniem o pracę napisanym po łacinie. Nawet bym się nie zdziwiła tak bardzo, gdyby nie fakt, ze pani redaktor była absolwentką warszawskiej polonistyki, co oznacza, że musiała w trakcie studiów zdawać egzamin z łaciny. Dlaczego zatem uznała za łacińskie takie wyrazy jak „occaecat cupidatat non proident”? Czy jej humanistycznie wykształcone oko nie powinno zawisnąć chwilę nad tymi formami i zastanowić się, że się tak wyrażę, what the f... is that? Może wówczas pani redaktor zwróciłaby się do wujka Gugla, który poinformowałby ją, ze Lorem ipsum jest tekstem quasi-łacińskim, wzorowanym, a i owszem, na fragmencie traktatu Cycerona, lecz z samą łaciną mający tyle wspólnego, co ja z Liz Taylor, jak sobie zrobię zdjęcie od tyłu i obrobię w photoshopie. No chyba, że z Gugla trafiłaby pani redaktor od razu na polską Wikipedię. Ta bowiem także twierdzi, że Lorem ipsum jest tekstem łacińskim (choć angielska Wikipedia już takich kitów nie wciska, a stan faktyczny orzeka uczciwie). Odkryłam to dziś z wielkim zdumieniem i byłam uprzejma zedytować hasło, ale nie wiem, czy Wikipedia będzie uprzejma moją edycję uwzględnić.
Inna sprawa, że najwyraźniej można być redaktorem naczelnym i nie wiedzieć, czym jest Lorem ipsum. To też mnie bardzo uradowało.

Skoro tak się rzeczy mają, że najwyraźniej wiedza i kompetencje nie są potrzebne do tego, żeby zostać redaktorem naczelnym pisma tego lub owego, to ja jednak poważnie rozważę objęcie stanowiska red. nacz. magazynu Bullshit&Crap, na którą to posadę swojego czasu namawiał mnie Sykofanta. Na bullshit i na crap to ja się znam doskonale. A nawet gdybym się nie znała, to co za różnica, nie?


* z listu de redakcji WiZ:
"Domine” (pol. panie) to vocativus (polski odpowiednik - wołacz) w liczbie pojedynczej dla wyrazu „dominus” (rodzaj męski, deklinacja II). Dla wyrazu „medicina” (rodzaj żeński, deklinacja I) należy zatem również użyć tego samego przypadka w tej samej liczbie, a brzmi on „medicina”. Prawidłowe brzmienie użytej przez Państwa parafrazy to „Quo vadis, medicina?”.

20 lis 2009

Chylińska daje!

Czasem rodzic zrobi coś nierozważnie. Kocica nabyła dla synów książkę o fallusach, a ja puściłam w obecności Dziobalindy teledysk nowej Chylińskiej.

I wpadłam.

Cały dzień był jechany jeden temat „Chylićka! Daje! Daje Chylićka! Dajeeeeeeeeeeeeeee! Chylićkaaaaaaaaaaaa!”.

Próżne były moje tłumaczenia: Droga córko! Chylińska się sprzedała! Chylińskiej nie możemy już słuchać, jest ona miałka i komercyjna, sprzedała duszę popkulturze i za to sobie wybuduje willę w Konstancinie. Pytasz mnie, dziecko, skąd mamusia może wiedzieć czy sobie Chylińska wybuduje willę? Mamusia nie kłamie, mamusia rzetelnie sprawdzała na Onecie, a dokładniej z ust Anity Lipnickiej mamusia spiła tę prawdę. A jak Lipnicka mówi, to wie.

Lipnicka wie też, że Kayah nie nagrała płyty osobistej. Wie to, gdyż widziała okładkę. „Opakowanie nie sugeruje żadnej wewnętrznej wycieczki. Kostium z lateksu, czarny pióropusz na głowie – to bardzo konkretna kreacja. Nie zachęciła mnie do zgłębienia tematu” Wewnętrzną wycieczkę sugeruje okładka wówczas, gdy przedstawia zgłębnik do żołądka względnie cewnik urologiczny. Na temat czarnych kostiumów z lateksu Pismo mówi wyraźnie „Nie wystąpisz w kostiumie czarnym lateksowym na okładce płyty osobistej, gdyż jest to niegodziwością”.

Lipnicka zna również cienką granicę między „sprzedaniem się” a „działaniem na własnych zasadach”. Sprzedają się ci, co poszli do „Mam talent”. „Na własnych zasadach” działała Lipnicka, gdy robiła drugą sesję dla Playboya. Gdyż ona miała powody. Ważne powody.

Ja mam za to ważne powody, żeby sobie puszczać nową Chylińską, a nie nową Lipnicką.
Po pierwsze – Dziobalinda woli Chylińską (testowałam dziś obie). Po drugie – ja też wolę Chylińską. Bo ja tak samo jak Chylińska nie chciałabym wiecznie być utytą nastolatką ze stanami depresyjnymi. I tak samo jak Chylińska zrobiłam już sobie kilka przewrotów kopernikańskich w życiu. I ostatecznie muzyki można słuchać różnej, ale głupot gadać to jednak nie wypada.

15 lis 2009

Teatrzyk Radykalny Szparag przedstawia: Opery stołeczne

Dramatis personae:
Sykofanta
Synafia
Przejście podziemne
Przechodnie


Sykofanta: I po co ci festiwal „Opera rara” w Krakowie? Tutaj masz codziennie nieustającą operę „Wszystko cuchnie i śmierdzi”.
Synafia: To moja ulubiona opera Verdiego! Uwielbiam też Wagnera „Wszystko skrzypi i rzęzi”.
Sykofanta: A ja uwielbiam operę Mozarta „Mnie się spieszy bardziej niż innym”.
Synafia: O tak, pamiętasz tę arię głównej bohaterki? „Biegnę po schodach ruchomyyyyyyyyyyyych! Spieszyć się muszę do domuuuuuuuuuu! Bo zaraz zaczyna się Klan!”

Przejście podziemne: Cuchnie, śmierdzi, rzęzi i skrzypi.

Przechodnie: Spieszą się bardziej niż inni.

He kurtine!

5 lis 2009

Rozmowy głuchych czyli internetowy dialog ateistyczno-teistyczny

Jestem luteranką, ochrzczoną w 26 roku życia. Mój mąż jest chrześcijaninem poszukującym, wychowanym w rodzinie katolickiej. Nasza córka jest ochrzczona jako luteranka. Jej matka chrzestna jest katoliczką, a ojciec chrzestny jest prawosławny.
Mama mojego męża jest katoliczką. Moja mama jest osobą poszukującą. Mój tata był zdeklarowanym ateistą, tak jak jego rodzice. Moja siostra deklaruje się jako osoba niewierząca.
Moje najbliższe przyjaciółki to katoliczki, które znają mnie od czasów dziecięctwa i wczesnej młodości, czyli od czasów, gdy deklarowałam się jako agnostyk. Tzw. przyjaciel domu czyli Sykofanta jest agnostykiem. Wśród naszych znajomych są osoby wierzące, agnostycy, ateiści i osoby, których kwestie Boga w ogóle nie obchodzą.

I nikt się do tej pory nie dość, że nie zabił ani nie pobił, to wszyscy normalnie funkcjonują. Da się? Da się. I nie trzeba ku temu żadnych nadludzkich wysiłków. O co więc ciągle drzeć szaty?

A szaty darte są w necie masowo, tak że zza stosów szmat nie widać już nijak żadnego sensu. Zastanawiam się, po co ludzie piszą blogi w całości poświęcone zwalczaniu ateistów lub zwalczaniu chrześcijan. Kiedy nie byłam chrześcijanką, żadne obelgi rzucane pod adresem ateistów nie były w stanie nakłonić mnie do zmiany zapatrywań. Odkąd jestem chrześcijanką, żadne obelgi pod adresem wierzących nie są w stanie zmienić mojej wiary. Jestem przekonana, że żaden ateista i żaden wierzący nie porzuci swoich przekonań tylko dlatego, że w 10 blogach przeczyta, ze jest tępym wałem. Efekt może być tylko odwrotny, i myślę, za autorzy tych wirtualnych krucjat dobrze o tym wiedzą. Po co więc piszą? Żeby przekonywać już przekonanych? Też chyba nie, bo byłoby to tyleż niepotrzebne, co nudne. Może więc chodzi o to, by powiedzieć: „jestem wierzący/niewierzący i to nie czyni mnie zwyrodnialcem, jak próbujecie mi wmówić”? Byłabym nawet skłonna w to uwierzyć, ale znowu wszyscy dobrze wiemy, że obrzucając adwersarzy tonami nawozu nie udowodni się wcale swej wyższości ni kultury osobistej. Motywacje blogowej świętej i świeckiej inkwizycji są więc dla mnie zagadką.

No ale gdy czyta się po raz enty, że się jest niebezpiecznym a tępym ciulem, to się ma ochotę jednak coś na ten temat powiedzieć. Więc powiem. A moim zdaniem wygląda to tak:

1. Rozdział państwa i kościoła jest rzeczą jak najbardziej pożądaną. Nikt nie ma prawa zmuszać kogokolwiek do wyznawania jakichkolwiek poglądów. Wszystkie poglądy są tak samo równoprawne i zasługują na szacunek.
2. Nawet jeśli Bóg nie stworzył świata w 7 dni, to nie znaczy, ze nie mógł go stworzyć wcale w jakiejś innej formie (np. dając początek materii ożywionej).Nawet jeśli Bóg nie stworzył świata w 7 dni, to nie znaczy, że możemy krzywdzić innych ludzi (do czego się w praktyce sprowadza nauka Chrystusa – miłuj bliźniego swego i miłuj nieprzyjaciela swego). Wiara i nauka to są dwa różne porządki, których mieszanie wydaje się być powodowane całkowitym niezrozumieniem jednego lub drugiego, lub obu na raz. To, że się wierzy w Boga, nie znaczy, ze się „nie wierzy w grawitację”.
3. Naprawdę nic mi do tego, w co kto wierzy lub nie wierzy, tak długo, jak nie krzywdzi nikogo innego. Każdy ma prawo podejmować decyzje dotyczące SWOJEGO życia – w momencie, gdy decyzje te w znaczący sposób zmieniając tez życie innych, trzeba powiedzieć STOP i się zastanowić przez moment.

Tyle mam do powiedzenia w temacie.
Dziękuję uprzejmie za uwagę.

3 lis 2009

Gaudeamus igitur

Jak wszyscy wiemy (a jeśli jeszcze nie wiemy, to już wiemy), swojsko brzmiący wyraz kretyn pochodzi od francuskiego crétin, który z kolei wziął się od dialektalnej formy francuskiej chrétien czyli chrześcijanin. Za opóźnionych umysłowo uznano chrześcijan wcale nie dlatego, że „wierzą, iż świat stworzył brodaty pan” (swoją drogą konia z rzędem temu, kto znajdzie w Biblii, ze Bóg jest brodatym facetem), a dlatego, że się bez powodu cieszyli, miłymi być się starali i głosili poglądy typu „miłujcie nieprzyjaciół swoich”.

[tu przerwa na słowo od cenzora: Szanowny czytelniku! Pragniemy uspokoić, że wpis ten w żadnym razie nie będzie traktował o kwestiach religijnych, którymi człowiek prawdziwie oświecony i pełen kultury nie powinien poświęcać uwagi. Nie będzie też jednak traktował o tezach i dowodach naukowych, autorka bowiem korzysta z unijnego programu pomocy osobom żywiącym archaiczne przekonanie, że człowiek składa się nie tylko z tkanek, ale też z pierwiastka „duchowego”. Osoby o wrażliwych nerwach uprasza się zatem o przełączenie się w tym momencie na tvn24 ]

W języku polskim nie mamy takiego ładnego etymologicznego przykładu, mamy za to wyrażenie wiele mówiące pt. „śmiać się jak głupi do sera”. Śmiać się jest bowiem domeną głupców, domeną zaś mędrców - wyśmiewać. Mądrym jest ten, kto dostrzega pęknięcia w obrazie rzeczywistości i potrafi je skutecznie naświetlić, obnażyć i zdezawuować. Głupim zaś ten, kto tych pęknięć nie dostrzega i cieszy się, bo nie ma świadomości, że „to nie jest kurwa śmieszne, to jest żałosne.”

No ale. Ale pojawia się zawsze, nieprawdaż.

Pierwsze ale jest wyrazem pewnej mojej nieufności co do możliwości ludzkiego poznania. Na tyle długo już żyję na tym łez padole, że zdążyłam zaliczyć wpadek, „fop” i błędów od groma. Zawsze mi się przy tym wydawało, że racja jasna niczym słońce i w oczy się rzucająca niczym kolos rodyjski jest po mojej stronie niezaprzeczalnie. A tymczasem nagle okazywało się, ze nie dość że nie znam wszystkich szczegółów, ze coś mi umknęło, to jeszcze czasem bladego pojęcia nie mam o czym mówię i zmyślam wręcz sobie. I nie chodziło o to, czy ziemia jest okrągła lub czy istniały dinozaury, a o to, co kim powoduje, co kto czyni i jakie skutki to za sobą pociągnie. Bo człowiek coraz więcej wie o świecie, o sobie samym wcale nie tak dużo znowu, a o innym człowieku zgoła niewiele. Może więc właśnie zaszczytne miejsce w loży szyderców nie przypada wcale tylko mędrcom?

Drugie ale jest owocem kiełkującego przypuszczenia, iż „głupcom właściwa” pogoda ducha i pewna pobłażliwość w stosunku do świata przedstawionego nie jest wynikiem ignorancji, a akceptacji. Możliwe jest bowiem, że po etapie walki ze skrzeczącymi wiatrakami rzeczywistości ( bo ludzie są głupi! W szczególności Żydzi, masoni, geje i księża!), dostrzeże się nagle iż:
a. jeśli człowiek jest miarą wszechrzeczy, to każdy bez wyjątku, a nie tylko ja - nie ma więc czegoś takiego jak „głupi” człowiek,
b. jeśli Bóg jest miarą wszechrzeczy, to nie jestem nią ja i nie mnie oceniać, kto jest „głupi”, a kto nie,
c. jakkolwiek by nie patrzeć - dupa z tyłu i przeskoczyć się jej nie da.

Jak się dojdzie do takiej konkluzji, to można przestać postrzegać życie jako pole nieustannej bitwy, w której trzeba naparzać wszystkich, co nie mają takiego samego jak my pagonu. Można poluzować sobie tam, gdzie nas ciśnie, odetchnąć i zająć się sobą, bo realną ulgę może przynieść wyjęcie ciała obcego z własnego oka jedynie. A innym można życzliwie pokibicować, względnie pożyczyć lusterko, coby sobie własne problemy ze wzrokiem uregulowali. I wtedy jest powód, żeby się cieszyć, nawet jeśli z boku to wygląda na totalnie kretyńskie zadowolenie osoby związanej emocjonalnie z serem czy inną koncepcją. Każdy ma bowiem swój ser i niech każdy się do niego cieszy, a innych niech zostawi w spokoju razem z ich serami.

26 paź 2009

Nowy wspaniały świat

Polska jest krajem niezwykle nowoczesnym – najwyraźniej jako pierwsza w Europie wprowadziła komunikację miejską działającą na baterie słoneczne. Nie widzę innego wytłumaczenia dla faktu, że ilekroć spadnie deszcz, miasto pogrąża się w chaosie, autobusy nie jeżdżą wcale, tramwaje stoją w korkach, a ludność dostaje ataków zbiorowej histerii. Zgodnie z tradycją tak było również dziś. Ale nie w metrze! Metro jest prawie niezawodne (prawie, bo nie straszne mu jesienne słoty, ale już letnia burza potrafi je wytrącić z równowagi na czas jakiś). W mrocznym lecz suchym metrze lud pracujący miast i wsi uprawiał dziś rano swe plebejskie rozrywki i uciechy, a mianowicie - czytał książki. Serio serio. Żadnego grania na komórkach, żadnych filmów z ajfona, żadnych empeczy, normalnie stali i siedzieli, i czytali se książki, a z 10 osób tam było w tym kącie jak nie więcej. Inni zaś znowu gadali. Bo lud gada. Gada w metrze, gada w pracy i w knajpie też gada.

Tymczasem jednostka oświecona, gdy udaje się do alternatywnego lokalu przy ulicy Ch., ujrzy widok zgoła odmienny. We wnętrzu tchnącym intelektualnym przepychem i duchową ascezą siedzą bywalcy z laptopami i milczą. Patrzą w laptopy, piją kawę i palą papierosy. Czasem ktoś westchnie. Czasem ktoś uchem zastrzyże lub okiem po sali powiedzie. Lud pracujący gdy się tam czasem zapuści (w ramach tzw. lanczu), czuje się jak ubogi krewny z XIX w. – bo lud w kawiarniach się spotyka na ploteczki i podśmichujki, a z laptopem to w pracy nawiązuje intymne kontakty, czasem w domu sobie strzeli partię HOMM III. Patrzy więc lud i snuje fabuły jak u Huxleya - oto para przy stole, on patrzy w swojego laptopa , a ona w swojego. Gdy tymczasem nikt się nie domyśla, iż on ją właśnie mizia za uszkiem na gronie, on jej szepce miłośnie na fejsbuku, on ją smyra pod paszką na naszej klasie. To się nazywa (cyber)seks w miejscach publicznych.
Lub inaczej. On patrzy w swojego laptopa , a ona w swojego. Oni pracują dla kreatywnej agencji iwentowej. Właśnie kreują iwenty. W przerwie na lancz udadzą się do najbliższego biurowca, gdzie wygodnie usadowieni między kserokopiarką i drukarką, relaksując się przy cichym szumie klimatyzacji, będą spożywać trójkątne kanapki ze stacji benzynowej i wysysać trójkątne torebki herbaty.
Czy może jeszcze jakoś inaczej? Kto wie?

Kiedy wejdziesz między filolologów...

Rzekł mój Małżonek o Victorii Beckham:
"Nawet gdybym był Etruskiem i zdobył Rzym, ( a ona byłaby Rzymianką), to ją bym ominął szerokim łukiem."

Małżonek nie jest filologiem klasycznym.

22 paź 2009

A co, Herod nigdy nie był młody?

Jak już pisałam, nigdy nie byłam naprawdę młoda. W młodym ciele stary duch. O, proszę:


17 paź 2009

Unikaj zdjęć

Dziś sobie obczaiłam ciążową sesję mojej serdecznej przyjaciółki B. i się zachwyciłam (w ogóle B. należy do gatunku kobiet pięknych i na każdym zdjęciu wygląda zachwycająco). I sobie pomyślałam, że czemu ja takiej nie mam. I się zorientowałam, że nie mamy zdjęć. Tzn. zdjęcia jako takie mamy, ale nie mamy żadnych sesji. Po ślubie sesji nie mieliśmy, w ciąży takoż (praktycznie w ogóle nie fotografowałam się w drugiej ciąży, izby nie zapeszać) po chrzcinach, rocznicach ni urodzinach – żadnych sesji, nic, nul, zero. Jakoś nigdy nie odczuwaliśmy takiej potrzeby. Po prawdzie to w ogóle zdjęć nie robimy dużo. Głównie filmujemy sobie zachody słońca z balkonu (10 piętro – widok rewelacyjny). Mamy też solidną dokumentację trzydniowej awarii kanalizacji, która raczyła nastąpić akurat na powitanie Dziobalindy w naszych skromnych progach – dziecię wyło i srało, matka wyła i smarkała, ojciec wył i dyrdał wodę w garnuszkach i baniaczkach, iżby obsrane dziecko i obsmarkaną matkę doprowadzić do porządku. W przerwach dokumentował brak wody, celem przedstawienia w roli materiału dowodowego w sprawie o uzasadnione uduszenie prezesa spółdzielni obsranym pampersem.

Ale do rzeczy.

Ja mam jakoś tak, że tam gdzie mam zdjęcie, to mi się robi dziura w mózgu. Serio. Jak mam zdjęcie czegoś, to przestaję to pamiętać i w głowie mi się już tylko to zdjęcie utrwala. Zapominam zapachy, dźwięki, uczucia – zostaje tylko obraz. I to nie do końca widziany moimi oczami. Całe wydarzenie zostaje skompresowane do tego jednego płaskiego obrazka.

Więc owszem, mam zdjęcia, ale bardzo rzadko je oglądam. Oglądam głównie stare zdjęcia, zdjęcia rodziców, dziadków, pradziadków. Swoje tylko z wczesnego dzieciństwa. Bo te zdjęcia pamiętają to, czego ja nie pamiętam. I tak sobie myślę, że może Indianie mieli rację z tym uprowadzeniem części duszy. Może zdjęcia faktycznie stają się same w sobie wspomnieniem, wyjętym z czyjejś głowy i zaczynającym żyć własnym życiem.

No ale robię te zdjęcia chociażby po to, żeby mieć dowód, że byłam kiedyś młoda ciałem. Bo nie duchem przecież. Duchem niczym Herod nigdy młoda nie byłam, byłam tylko w stanie bardziej zaawansowanej demencji. Duch mój jest niczym dziwny przypadek Benjamina Buttona. Ciało zaś podąża utartym szlakiem przybywających zmarszczek, blizn i kilogramów, czyli wszystkiego tego, co przydaje człowiekowi szlachetnej rzekłbyś patyny.

A Paweł Kukiz też był kiedyś młody. I fajne rzeczy robił wtedy.

9 paź 2009

kup to kup to kup to kup to

Biegłam rano do pracy słuchając mp3 z mojego iPoda, gdy wtem zadzwonił mój iPhone . Wyłączyłam więc mojego iPoda i odebrałam mojego i Phone’a. To dzwonił P. ze swojego i Phone’a, powiedzieć mi, że zamienił swojego MacBooka na iBooka, i że ja tez powinnam. Ja mu na to wyrzekłam, ze ja już dawno zamieniłam swojego MacBooka na iBooka. Skończyliśmy rozmawiać przez nasze iPhone’y, po czym znowu włączyłam iPoda i pobiegłam chyżo do pracy, aby pracować na moim iBooku i dzwonić z mojego iPhone’a i słuchać mojego iPoda.

7 paź 2009

To, co nas spotyka, przychodzi spoza nas

Rozchorowała się Dziobalinda. Ostatni tydzień spędziłyśmy zatem na zacieśnianiu córkowsko-matczynych więzi i na uprawianiu z zapałem dyscypliny zwanej z cudzoziemska dolce far niente. W przerwach, gdy Dziobalndzie zechciało się chwilę przespać, nadrabiałam zaległości czytelnicze, wertując m.in. stare „Zwierciadła”.

I oto nadszedł kres mojego dziesięcioletniego romansu z tym zacnym periodykiem. Nie mogę już bowiem „zmilczeć pewnych osobliwości”, na które albo byłam dotychczas ślepa, albo też może pojawiły się one dopiero niedawno. Faktem jest, że pogwałciły me oczy takie dwa stwierdzenia, które przepełniły czarę rozczarowania i niesmaku. Pierwsze stwierdzenie wyszło od dr Preeti Agrawal, skądinąd cenionej przez mnie ginekolożki, która pokusiła się o tezę, że dzieci, które są chciane, planowane i kochane, nie chorują na autyzm. (Pominę fakt, że przyczyny autyzmu do tej pory nie są znane, tak jak nie są znane sposoby leczenia, a sam autyzm pozostaje jednym z najbardziej tajemniczych zaburzeń zdrowotnych). Drugie stwierdzenie padło jako przytoczony cytat z Joanny Eichelberger, która miała podobno wyrzec słowa skrzydlate, iż żaden mężczyzna nie może decydować o tym, czy kobieta urodzi dziecko, gdyż „to my (kobiety) decydujemy o tym, co ma żyć, a co ma umrzeć”. (Tu też pominę fakt, iż bez mężczyzn póki co w procesie rozmnażania się nie obejdziemy, a większość znanych mi mężczyzn na pewno nie zasługuje na traktowanie jako automat do dystrybucji spermy, nie posiadający prawa głosu w kwestii swoich dzieci). Oba te stwierdzenia wydają mi się być nie tyle nietrafione, co po prostu niebezpieczne, a to dlatego, że w założeniu dają nieuprawnioną iluzję pełnej kontroli nad życiem, jednocześnie obarczając niezasłużoną odpowiedzialnością.

Nigdy w życiu nie odważyłabym się powiedzieć matce chorego dziecka, że to ona spowodowała chorobę brakiem miłości. Nie miałabym tez sumienia twierdzić, że wystarczy kochać dziecko, by nie zachorowało. Tak samo nie wmawiam sobie naiwnie, że to ja decyduję, „co ma się urodzić, a co umrzeć”, bo już doświadczyłam na własnej skórze, że moje decyzje nie mają nic do rzeczy – nie udało mi się urodzić szczęśliwie pierwszego dziecka, mimo iż bardzo chciałam. I pamiętam dokładnie to pytanie „dlaczego ja nie umiem? dlaczego ja nie mogę?” tak jakbym rzeczywiście to ja miała moc decydować. Ale nie miałam, i tak samo tysiące innych kobiet – tych, które nie mogą zajść w ciążę, tych, które mają chore dzieci lub same są chore, tych, które straciły pracę, i wielu innych. Wmawianie im, że „mogą wszystko” (wystarczy tylko kilka warsztatów rozwoju osobowości, n’est-ce pas?) jest kopaniem pod nimi dołków. Bo ta „wszechmoc” to jednocześnie odpowiedzialność ponad ludzką miarę.

Teza, że to my sami kształtujemy swoje życie, jest jak najbardziej słuszna, wymaga jednak doprecyzowania. Jestem przekonana, że nie my decydujemy o tym, co się nam czy innym ludziom przydarza (i nie mamy też prawa podejmować takich decyzji, które godzą w życie i zdrowie innych ludzi). Decydujemy natomiast o tym, co zrobimy z tym, co się nam przydarza. I to jest właśnie świadome kształtowanie siebie.

Choć oczywiście na pewne zdarzenia możemy wpływać sami. Ja właśnie zadecydowałam, że mnie się kolejny numer „Zwierciadła” już nie zdarzy.

28 wrz 2009

Mózg Siergieja Pietrowicza

Czasem się zdarzy znaleźć ciuch piękny i idealnie do nas pasujący - gdy się to zdarza częściej, to można zostać szafiarzem, jak Sykofanta. Ja szafiarką nie będę, ale też znajduję czasem takie perełki idealnie pasujące do mnie. Jak ta:

„Mózg Siergieja Pietrowicza znajdował się na tej krawędzi, która dzieli mądrość od głupoty, i obie strony były stąd dobrze widoczne: można tu medytować nad szlachetną wzniosłością potężnego intelektu i rozumieć, jakim szczęściem obdarza on swego posiadacza, jak również dostrzegać żałosną przyziemność zadowolonej z siebie głupoty, szczęśliwej i niedosiężnej za grubymi murami mózgownicy niby w warownej twierdzy”

Leonid Andrejew, „Opowiadanie o Siergieju Pietrowiczu”, z tomu „Śmierć Gulliwera”


Mój mózg przebywa dokładnie w tym samym miejscu, co mózg Siergieja Pietrowicza.

23 wrz 2009

Życie seksualne dzikich odc.2

Jak donoszą niezawodne źródła informacji – liczne blogi i fora internetowe – w krainie dzikich pojawił się ostatnio nowy, niebezpieczny drapieżnik. Istota ta sieje popłoch i spustoszenie, o czym świadczą burzliwe dyskusje, kończące się regularnie wizytami na izbie przyjęć pobliskich szpitali celem zszycia popękanych żyłek na czole.

A imię tej niebezpiecznej istoty jest Matka Polka.

Wiedzę na temat Matki Polki czerpiemy głownie od MO (Matek Oświeconych) oraz od ochotników działających w czynie społecznym. Dzięki ich relacjom możemy odmalować dość wierny portret tej drapieżnej samicy.

Matka Polka na pierwszy rzut oka wygląda niepozornie. Sygnałem ostrzegawczym dla potencjalnego przechodnia jest dziecko, bez którego nie rusza się ona nigdy i nigdzie* .
Matka Polka zamiast mózgu posiada budyń względnie krochmal. Czyni ją to całkowicie niezdolną nie tylko do życia intelektualnego, lecz także społecznego. Notorycznie napada ona znajomych i nieznajomych zmuszając ich, aby zachwycali się jej potomstwem. Brak zachwytu powoduje napady rozpaczy lub ataki agresji.
Z powodu swej indolencji umysłowej, Matka Polka jest zmuszona korzystać z porad innych, względnie z poradników (w przeciwieństwie do Matek Oświeconych, które posiadają wrodzoną wiedzę o pielęgnacji niemowląt i wychowaniu dzieci). Wiedzą nabytą w ten sposób raczy dzielić się z innymi Matkami Polkami, psując w ten sposób atmosferę bardziej, niż gdyby puściła brzydkiego bąka.
Psucie atmosfery jest głównym zajęciem Matki Polki. Pojawia się ona wraz z potomstwem w każdym świętym przybytku dzikich**, aby udręczać normalnych ludzi (Matki Polki żywią się praną i odziewają się w cnotę, nie mają zatem potrzeby wychodzenia z domu – robią to z czystej złośliwości). W celu udręczania Matka Polka stosuje następujące techniki:
-tratowanie przechodniów wózkiem,
-domaganie się niezasłużonej pomocy (UWAGA: zwyczaj pomagania innym jest zapewne atawistyczną pozostałością z czasów ciemnogrodu. Obecnie każde dziecko wie, że pomoc należy się tylko tym, za których jest się bezpośrednio odpowiedzialnym. Nie pomagamy więc matkom wnosić wózków do tramwaju, gdyż to nie my je zapładnialiśmy. Z tej samej przyczyny nie ustępujemy miejsca kobietom w ciąży. Nie ustępujemy także miejsca osobom starszym, gdyż nie my uczyniliśmy je starymi. Nie pomagamy osobie o kulach, chyba że wcześniej osobiście połamaliśmy jej nogi etc.),
-przyprowadzanie dzieci o 22.00 do romantycznej knajpki dla zakochanych celem zjedzenia familijnej wieczerzy,
-obnażanie się w miejscach publicznych (Matka Polka karmi piersią publicznie uprzednio rozebrawszy się do naga),
-przewijanie dziecka na ladzie sklepu lub na barze pubu i inne.
Matka Polka prezentuje przy tym cały zestaw antyspołecznych postaw:
-karmi piersią (jak kretynka) lub butelką (jak egoistyczna suka),
-zostaje w domu (bo jest kretynką) lub wraca do pracy (bo jest egoistyczną suką),
-szczyci się z bycia Matką Polką (gdyż jest kretynką) lub udaje, ze nią nie jest (gdyż jest podstępną, egoistyczną suką).

Przedziwne to stworzenie zaintrygowało Redakcję do tego stopnia, że zdecydowaliśmy się wysłać specjalną ekspedycję z misją upolowania jednego egzemplarza. Niestety, mimo licznych odwiedzin w piaskownicach, przychodniach, centrach handlowych, romantycznych knajpkach oraz domach babć, dziadków, cioć i wujków, nigdzie nie napotkaliśmy prawdziwej Matki Polki. W większości przypadków spotykaliśmy zupełnie normalne kobiety, które starają się jak mogą być dobrymi matkami i nie zwariować. I przy tym jak każdy (dziki) człowiek popełniają czasem błędy i gafy. I tyle.

Na otarcie łez pozostaje nam wykonana na podstawie doniesień blogowo-forumowych rekonstrukcja wizerunku Matki Polki, autorstwa znanej artystki afroamerykańskiej:


_________________________

*Naukowcy już pracują nad udowodnieniem tezy, że Matki Polki przyszywają sobie dzieci lub przytwierdzają na stałe za pomocą kleju do terakoty, por. Lachmann „Fenomen Matki Polki” Dallas 2008
**Święty przybytek dzikich – miejsce, w którym dziki powinien mieć zagwarantowany całkowity spokój, ciszę i wygodę, np. metro, centrum handlowe, klatka schodowa etc. Por Wielka Encyklopedia Dzikich, Lepizig 1876

18 wrz 2009

Występy gościnne: Sykofanta


"Weronika postanawia umrzeć"


Od pop-gotyckiej nastolatki do prawdziwej markizy de Merteuil

Sarę Michelle Gellar pamiętam głównie jako pogromczynię wampirów oraz Kathryn Merteuil ze „Szkoły uwodzenia”, postać wzorowaną na markizie de Merteuil z „Niebezpiecznych związków”. Obydwie te postacie były pop-gotyckimi nastolatkami, tworami kultury, która nie pozostawia miejsca na refleksję... Sarah Michelle Gellar pasowała jako ich odtwórczyni - zupełnie przeciętnej urody, blond włosa, o zgrabnej sylwetce. Jednak dało się zauważyć, że Buffy i Kathryn to postaci zupełnie różne, co wskazywało, że ich odtwórczyni nie jest pozbawiona pewnej dozy talentu aktorskiego. Czas z kolei pokazał, że Sarah Michelle Gellar należy do tej kategorii ludzi, którzy z upływem lat tylko zyskują.

Plakat wchodzącej na ekrany 2 października ekranizacji powieści Paulo Coelho „Weronika postanawia umrzeć” poraził mnie. Sarah Michelle Gellar wygląda pięknie. Sama jej twarz ujawnia, że właśnie teraz z powodzeniem mogłaby zagrać prawdziwą markizę de Merteuil, godnie, acz w zupełnie innym stylu, zastępując w tej roli niezapomnianą Glenn Close. Szlachetne rysy i kryjące się pod nimi życie, dylematy i problemy nadają jej głębi i prawdziwego, oryginalnego piękna.

Zastanawiam się, dlaczego w takim razie aktorka postanowiła zagrać niedojrzałą emocjonalnie, chorą z urojenia postać Weroniki. Autor powieści, Paulo Coelho, mówi nam z plakatu, że zawsze tak wyobrażał sobie tę postać. Cieszę się jego szczęściem. Ja niestety wyobrażałem sobie ją zupełnie inaczej.

„Weronika postanawia umrzeć” była drugą po „Piątej górze” książką Paulo Coelho, po którą sięgnąłem. Starałem się do niej podejść z pozytywnym nastawieniem, bo po „Piątej górze” opowiadającej historię proroka Eliasza, która została ujęta w trafnych 4 zdaniach, a w książce rozwleczona i spłycona do niemożliwości, moje zdanie o pisarstwie Coelho nie było najlepsze. Dodatkowo napotkałem trudność w postaci recenzji „Weroniki”, której autor pisał, że nie dziwi się, iż bohaterka tak kiepskiej powieści postanowiła się zabić. Grunt był więc trudny, ale ja wtedy byłem w liceum i miałem dość zapału i energii, aby nawet w tak trudnym terenie sobie poradzić. Jakież było moje zaskoczenie, gdy odkryłem, że poradzić sobie nie mogę. Dotarłszy do połowy powieści, nie byłem w stanie dalej brnąć w infantylizm przemyśleń głównej bohaterki, w jej urojony świat nieszczęścia, w jej idiotyczne opowieści o życiu. Stąd moje wyobrażenie Weroniki to raczej zdziecinniała, rozmarzona, lekko autystyczna dziewczyna o właściwie zerowym życiu psychicznym, gdyż wszystkie jej zwierzenia to tylko próby ślizgania się po powierzchni prawdziwych problemów, jakie może stawiać przed nami życie. Weronika jest postacią, która nic nie znaczy, jest tylko zbiorem pustych haseł. Jak wygląda taka osoba, jakie cechy fizyczne posiada? Nie posiada żadnych, jej opis jest niemożliwy, gdyż ona w ogóle nie istnieje. Jest tylko cieniem, urojeniem ułomnego talentu pisarskiego autora.

Jak więc doszło do tego, że 31-letnia Sarah Michelle Gellar, osoba w pełni gotowa do tego, aby stać się bohaterką Almodovara, gra rolę kukły o nieprzekonującym życiu wewnętrznym? Myślę, że pytanie to pokazuje tylko moją naiwność i niezdolność do uczenia się. Oczekiwałbym bowiem, że amerykańska aktorka obsadzona w amerykańskiej produkcji może zagrać coś więcej niż tylko wielkie nic.

Sykofanta

14 wrz 2009

A Ona śpiewa ubrana!

Nie dość, że ubrana, to jeszcze dobrze śpiewa. I to jest zupełnie świeże nagranie, z początku roku.
Lejdis end dżentelmen, oto Sorry Boys - wszyscy w ubraniu, a Iza Komoszyńska przy tym w fajnych butach ;)

12 wrz 2009

You can leave your clothes on. Please do.

Whitney Houston wraca! Muzycznie mi to ryba, ale cieszę się, że się wygrzebała z tego, z czego się miała wygrzebać. Przy okazji przypomniał mi się jeden kawałek w jej wykonaniu, który mi zawsze humor poprawiał - cover Chaki Khan „I’m every woman”. Oto i on:




Bardzo sobie cenię lata 90. w muzyce. Nie tylko dlatego, że byłam wtedy pierwszej młodości, i przeżywałam intensywnie wielce każde muzyczne odkrycie (choć przyznam, że pierwsze zetknięcie z „Ten” Pearl Jam wywróciło mnie na lewą stronę, a właściwie na prawą, bo chyba wcześniej byłam na lewej). Powodów jest kilka, a jeden z nich taki, że wtedy kobiety śpiewały UBRANE. Tak sobie oglądam z nostalgią i patrzę na Whitney, na Sophie B.Hawkins, na Anouk, na Edie Brikell, na wszystkie te fajne laski, które wychodziły i śpiewały, a nie podawały się w kieliszkach szampana, nie wiły po podłodze spowite li tylko w złotą lamę, nie kręciły się na rurze, nie pływały nago w basenie i nie tarzały się w smarze. One śpiewały po prostu i to dobrze śpiewały zazwyczaj. I o to chodziło - żeby śpiewać, a nie żeby się zaserwować na tacy niczym soczysty, pięknie udekorowany kawałek mięcha. Gdyż czego nie cierpię, to kiedy kobieta sama się sprowadza do roli rozkładówki w Playboyu - „masz i patrz, bo i tak wiem, że jedyne co mam do zaoferowania/co chcesz ode mnie dostać, to ładne cycki”. Z tego powodu mam organiczny wstręt m.in. do Beyonce, która na mój gust powinna się zacząć seryjnie sprzedawać obłożona w dwie bułki i polana ketchupem. Mimo, iż głos ma niezły. (No i ma jeszcze tę przykrą wadę, że kradnie cudze utwory. Ale jak mawiał poeta Liroy „ nie o tym była mowa”).

Pragnę zatem przypomnieć młodzieży, iż bywały kiedyś takie czasy, że panie śpiewały przy pomocy strun głosowych, a nie gruczołów mlecznych. I to były dobre czasy.

10 wrz 2009

Przystanek Alaska

Zrobić dziecko jest bardzo przyjemnie.
Urodzić dziecko jest bardzo boleśnie.
Wychować dziecko jest bardzo przyjemnie i bardzo boleśnie i bardzo, bardzo trudno.

Bo żeby wychować dziecko, trzeba najpierw wychować siebie.
Jeżeli chciałabym, żeby moje dziecko coś umiało, muszę sama to umieć. Jeśli chciałabym, żeby ceniło jakieś zasady i wartości, muszę sama je cenić. Jeżeli chciałabym, żeby postępowało słusznie, muszę sama tak postępować. A ono ostatecznie i tak wybierze własną drogę i będzie mieć do tego prawo. Ja ze swojej strony chcę po prostu wyposażyć je w to, co uważam za najcenniejsze.
Wychowywanie samej siebie idzie mi - przyznam - opornie. Trzeba sobie zrobić w głowie przewrót kopernikański i zacząć od początku, z pełną uczciwością wobec samej siebie i bez żadnej taryfy ulgowej. Pierwsze, co musiałam sobie uświadomić, to ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Bo od teraz przez najbliższe lata to my (rodzice) jesteśmy odpowiedzialni za nasze dziecko i to od nas ono się będzie uczyć. I to jest świadomość, która w pierwszym momencie nieco przygniata. W drugim zaś - zaczyna sprawiać, że perspektywa się poszerza.

Są pewnie ludzie, którzy to wiedzą od zawsze. Ale do mnie dopiero teraz z całą jasnością zaczęły docierać pewne sprawy.
Że to, co mówimy i robimy, nie tylko świadczy o nas samych, ale ma też wpływ na innych ludzi.
Że słowo naprawdę jest trwalsze od spiżu, a bywa też cięższe od pięści i skuteczniejsze od trucizny.
Że moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
Że każda decyzja, każdy czyn i każde słowo, zwłaszcza te nieprzemyślane, mogą mieć realne i nieprzewidziane konsekwencje.

I tak oto byt nieznośnie lekki zamienia się w upierdliwie przyziemny i żmudny. Gdzie trzeba sobie samej nieustannie patrzeć na ręce. Chałupy gudbaj, Alaska łelkamtu.

Lecz okazuje się, że na Alasce powietrze mi służy! W Chałupach w sumie, to po tygodniu zdycham zawsze z nudów.

I nie żałuję ani jednej chwili na tej Alasce, i cierpliwie znoszę przytyki, że grubo wyglądam w zimowych ciuchach i że ta Alaska to kraniec świata, gdzie żadna oświecona dusza nogi nie postawi. A ja właśnie na Alaskę serdecznie zapraszam. Wcale nie trzeba mieć dzieci, żeby przyjechać.

Bo każdy szalet jest pełen zalet

W kibelku u jednej mojej cioci leżały zawsze krzyżówki.
W kibelku w moim domu rodzinnym leżały kolorowe magazyny.
W kibelku u Tomasza leżą Polityki i Wyborcze.
U mnie w kibelku leży Zwierciadło i Wiedza i Życie.
Mój znajomy P. kiedyś się odgrażał, że będzie w kibelku czytał „Paideię” Jaegrea.

A co Wy czytacie w kibelku?

5 wrz 2009

I want money! (dialog blogowo-blogowy)

Irena niesiona falą bezinteresownej antypatii do Reni Jusis zapytuje, czy nie ma lepszych tematów na piosenki niż nieszczęśliwa miłość. I tu muszę się z nią zgodzić, że oczywiście taki temat jest - temat rzeka, temat perpetuum mobile, temat nieskończoność - mianowicie PIENIĄDZE.

A zatem specjalnie dla Ireny jeden z moich ulubionych kawałków - The Flying Lizards „Money”!

Życie seksualne dzikich odc.1

No dobra, nie będzie o życiu seksualnym. Ta życie seksualne to dla skandalu, przyciągnięcia uwagi i dla zasugerowania, że niby czytałam Malinowskiego. Nie czytałam jednak, choć w domu rodzinnym stał prawie cały komplet. Prawie cały - bez „Życia seksualnego dzikich” oczywiście.

Ale o dzikich to będzie. O dzikich w miejskiej dżungli polujących na rzadką dziką zwierzynę, czyli na metro.

Każdy profesjonalny dziki wie, że złapać metro to bardzo trudna sztuka. Dziki wstaje więc rano w nastroju bojowym, pełen kipiącej i pieniącej się w czaszce adrenaliny. Po krótkim treningu asertywności, krav magi i groźnego pohukiwania przed lustrem, dziki wyrusza z domu na polowanie.

Drogę w kierunku siedliska metra pokonuje krokiem żwawym, lecz czujnie, penetrując wzrokiem okolicę. Pozornie obojętny, zauważa wokół siebie innych dzikich, którzy wyruszyli na polowanie w tym samym celu co on - wydrzeć łup pozostałym i uzyskać laur zwycięzcy.

Oto jednak siedlisko metra. Dziki zwiększa czujność, napina mięśnie i rusza do ataku. W zależności od typu siedliska, dziki może obrać dwie strategie. Jeśli siedlisko wyposażone jest w schody ruchome, można przypuścić atak frontalny, tzw. furiacki - schodami ruchomymi należy rzucić się desperacko biegiem krzycząc „Z drogi! Mnie się spieszy bardziej niż innym!”. Jeśli schodów ruchomym brak, obiera się technikę „na podkop”. Korzysta się mianowicie z windy. Cel osiąga się nieco wolniej, ale za to uzyskuje się więcej punktów, jeśli uda się skutecznie zablokować windę komuś, kto podróżuje wózkiem (inwalidzkim lub dziecięcym - punktacja ta sama).

Cel pierwszy osiągnięty - dziki dotarł na peron. Tu korzystając z przerwy taktycznej (metro bowiem jeździ bardzo rzadko, dlatego właśnie szybkie dotarcie na peron jest tak ważne!) może przygotować się do kolejnego starcia - wejścia do metra.

Aby wejść do metra należy posiadać broń oraz odpowiednie umiejętności taktyczne. Jako broń dziki wykorzystuje nogi, łokcie, torby, plecaki etc. Taktyka polega na tym, by jak najwcześniej wsiąść do metra - najlepiej zanim ktokolwiek z niego wysiądzie. Dziki wie bowiem doskonale, że nie idzie tylko o to, aby znaleźć się w metrze jako pierwszy, ale także o to, by otrzeć się i wymiętosić z jak największą liczbą wychodzących. Im więcej wyfroterowanych sąsiadów, tym więcej punktów. Dodatkowe punkty można uzyskać, gdy uda się wychodzącą matkę z wózkiem wepchnąć na powrót do środka tak, iż wózek z dzieckiem zostaje na peronie, a matka uwięziona w metrze jedzie dalej (do tej pory odnotowano jedną taką brawurową akcję!).

Gdy już dziki wymiętosiwszy wszystkich wychodzących oraz srodze poturbowawszy wchodzących osiągnie wnętrze metra, ma kolejną przerwę, by odzyskać spokój i stan skupienia (metro bowiem jeździ bardzo wolno, dlatego właśnie szybkie znalezienie się w metrze jest tak ważne). Nie jest to jeszcze koniec polowania. Wygra ten, kto najszybciej wydostanie się metra!

Gdy zatem dziki wyczuje, że jego stacja docelowa się zbliża, zrywa się i za pomocą techniki łokieć/torba przedostaje się jak najbliżej drzwi. Jeśli bliżej drzwi znajdują się inni dzicy, należy zastosować technikę zastraszania, polegająca na cmokaniu, przebieraniu nogami, dyszeniu w karki i natarczywych pytaniach „czy pani teraz wysiada?”. Gdy metro stanie, a drzwi się otworzą, dziki z refleksem jaguara rozpycha na boki stojących przed nim pasażerów, ze zwinnością pantery daje susa na peron, a następnie rączo niczym gazela wbiega po schodach ruchomych, roztrącając po drodze mniej rozwinięte plemiona, które na schodach ruchomym stoją, zamiast iść. Wybiegając z metra jako pierwszy, dziki otrzymuje wstęgę zwycięzcy, puchar przechodni oraz 10 punktów do walki wręcz i taktyki. Kolejne polowanie już za 8 godzin!

( A mnie dziś w metrze młodzieniec obleczony w dres przepuścił w przejściu! W skutek czego przez cały dzień czułam się nierzeczywiście i dostałam rozstroju żołądka. Do tej pory nie wiem, czy to wszystko było naprawdę).

1 wrz 2009

Oto niespodziewanie...

Reni Jusis, która naprawdę mi się podoba:



(za z d. rozmiar tego okienka winię jutuba. ja zrobiłam co w mej mocy - z widocznym efektem)

31 sie 2009

Hańba! Dramat! Targowica!

Odbyłam właśnie podróż sentymentalną do korzeni, czyli do miasta, gdzie się urodziłam, gdzie urodzili się moi rodzice i gdzie jest grób mojego taty, gdzie mieszkają moi dziadkowie (wszyscy w komplecie, i jedni i drudzy).
Ponieważ podróż była brzemienna w refleksje, pozwolę sobie odłożyć relację na potem. Póki co jest poniedziałek, więc w dobrym tonie jest się wścierwić. Ja się wścierwiłam już wczoraj, bo „dwa razy się wścierwia kto szybko się wścierwia”. Czy jakoś tak.

Otóż wracałam do domu pociągiem pospiesznym w towarzystwie uroczej pary w średnim wieku. Że pani panu czytała na głos dowcipy z Angory, to jeszcze zniosłam jako tako (choć tylko dlatego, że w myślach rewanżowałam się pani przywiązując ją do krzesła i czytając jej w nieskończoność Anabazę Ksenofonta). Ale potem pani wyjęła Super Express. Super Express miał okładkę. Okładka była zwrócona ku mnie.

Okładka oświadczała mniej więcej co następuje:
Polska znowu została sama! Rosja i Niemcy ponad naszymi głowami budują gazociąg! Rosja publikuje o nas codziennie kłamstwa! Amerykanie potraktowali nas podle! Anglia i Francja są daleko!

Olaboga! Już czuję! W czaszce! Moje częste! Palpitacje!

Mózgu!!!

Ale że jestem na bieżąco i wiem, że p.Eichelberger kazał oddychać, a wszystko będzie dobrze, to odetchnęłam i myślę sobie tak:

Polska znów została sama - a kiedy była "w związku"? Za zaborów może?
Rosja i Niemcy ponad naszymi głowami budują gazociąg - a to nowość! Jeśli Super Express ma takie „świeże” wiadomości, to ja już rozumiem, czemu obowiązkowo muszą na ostatniej stronie pokazać gołą babę. Inaczej nikt nie kupi.
Rosja publikuje o nas codziennie kłamstwa! - to rzeczywiście zaskakujące, że w Rosji, gdzie powstały Protokoły Mędrców Syjonu, można publikować jakieś kłamstwa. I to jeszcze na temat Polski. Gdzie niejaki Bubel Leszek publikował jeszcze niedawno swoje rewelacje na temat Holocaustu.
Amerykanie potraktowali nas podle! - tu łzy napłynęły mi do oczu! To podłość, wysłać do nas jakiegoś emerytowanego oficjela, gdy się wcześniej obiecywało miłość aż po grób! Zwracamy pierścionek zaręczynowy! Dopiero teraz prawda wyszła na jaw!
Anglia i Francja są daleko! - teraz to zdębiałam. Wczoraj jeszcze widziałam z okna Pola Elizejskie, a tu nagle nocą Francję daleko przenieśli! Wiedziałam, że powinnam zostać na weekend w domu. Raz jest człowiek nieuważny, a tu dwa kraje co wcześniej były za miedzą, przenoszą się „daleko”. Dramat!


A jak się zastanawiałam, co za ludzie piszą komentarze na Onecie i dlaczego.
To już wiem.

28 sie 2009

Stan umysłu

Jak powiedział poeta Tede: "Dwa siedem lat jest, jestem dziadkiem".

Któż mógłby to lepiej ująć?

26 sie 2009

Pucio pucio vol.2

(Chyba zrobię z tego całą serię "puciów". W ramach jesiennej ramówki. )

Jako że towarzystwo ogarnięte szałem farmerskim i wszyscy sadzą dynie, oberżyny i kabaczki, naszło mnie na Smashing Pumpkins. A zatem z farmerskim pozdrowieniem dla mych rolniczych pobratymców, łojdanana dana hir aj goł:

25 sie 2009

Ni mo casu krucabomba!

Żebym tak tyle ważyła, ile mam wolnego czasu!

Chociaż nie, Luca donosi, że na tak chudą postać nie sposób kupić ubrania. Może inaczej - żebym miała tyle zer na koncie, ile godzin codziennie zap.....m! Byłabym pierwszą w historii sryliarderką.

Nie, żebym nie odpoczęła na urlopie. Wręcz naprzeciwko. Mimo iż wyjazd do wód musieliśmy odłożyć, gdyż spółdzielnia uprzejmie zaplanowała nam inne atrakcje w postaci remontu balkonu, nie tracąc ducha urlopowaliśmy w mieście. Urlopowanie zawierało w sobie wycieczki turystyczne, obiadki w knajpach, wieczory z książką i winem oraz poranne rozmowy towarzyskie z panami robotnikami na balkonie, wspólne picie kawki przez okno, a nawet czasem - dla miłośników mocnych wrażeń - poranne ewakuacje pod ostrzałem decybeli, dobywających się z maszyny do zrywania betonu czy co tam pokrywało nasz balkon. Teraz będą go pokrywać płytki, mozaiki, kolumny, freski, złota lama i diamenty. Żyć nie umierać.

Urlop wykorzystała też Dziobalinda na nabywanie nowych umiejętności. Oprócz wprowadzenia do swego słownika całego zasobu nowych słów (z „chłopczyk” na czele, w języku dziobalińskim „opczy”), nabyła też umiejętność chodzenia na poziomie eksperckim oraz umiejętność stosowania szantażu emocjonalnego na poziomie zaawansowanym, czym mocno powiększyła ilość punktów many i zaczęła wyrównywać szanse siłowe w kampanii „Wychowanie - zmierzch królestwa Równowagi psychicznej”. Stosowanie na przemian zaklęcia „Rzuć się na ziemię i krzycz” oraz zaklęcia „Zrób słodkie oczka” w połączeniu ze „Zrób sówkę” daje mocne efekty - musieliśmy wycofać się na z góry upatrzone pozycje i obmyślamy nową strategię. Bądź co bądź mamy jednak więcej punktów doświadczenia i bardziej zaawansowaną dyplomację. Nie poddamy się bez walki.

A tymczasem kto wychynął z domu wieczorem ten zauważył, że chyłkiem zza węgła zaczyna w tyłek podszczypywać jesień. Jesień mnie zawsze przyprawia o miły dreszczyk emocji. Lubię, jak się szybko ściemnia i można wieczorami zaglądać ludziom w okna. Lubię, jak pachną jesienne liście i lubię rześki jesienny wietrzyk. Lubię atmosferę spowolnienia i refleksji, i nasycenie kolorów - już nie tak krzykliwych jak latem, cieplejszych i dojrzalszych. Lubię jesień. Mimo iżem „warzywem nie pierwszej świeżości” (jak mawia Tomasz), nadal myślę kalendarzem szkolnym - jesień to dla mnie początek nowego roku. A w TV - nowa ramówka. Nie mam co prawda TV, ale i u mnie nowa ramówka będzie może - przeczytałam już bowiem część książek od Caviardage i może mi się zechce rzucić słów kilka, coby się wrażeniami podzielić. Kącik czytelniczy zrobię czy co.

Tymczasem Fabryka Łelkamtu. I czekam na te zera na koncie.

13 sie 2009

Albatros

Mój Tata, Wacław syn Wacława wnuk Wacława, zwany rodzinnie Albatrosem, miał ułańską fantazję.

Będąc młodzieńcem zaangażowanym muzycznie (które to zaangażowanie pozostało mu do końca życia) udzielał się w szkolnym radiowęźle. Dopuszczenie go do radiowęzła było oczywistym błędem ze strony dyrektora, o czym przekonał się ów zapewne tego dnia, gdy Tata puścił dyrektorską przemowę poprzedzoną zachęcającym wstępem: "Nasza szkoła to prawdziwa kuźnia talentów. Posłuchajmy teraz, jak przemawia jej największy młot".

Innego dnia Tata puścił w radiowęźle "Careful with that axe, Eugene" Pink Floyd (kto ma czas, niech dosłucha co najmniej do 3 minuty, bo to właśnie 3 minuta jest tym, co wszyscy pragną usłyszeć na długiej przerwie).

Przyznaję się bez bicia, że pierwszy raz naprawdę usłyszałam Pink Floyd na pogrzebie Taty. Wcześniej zupełnie serio uważałam, że ich najlepszym kawałkiem jest "High hopes". Teraz się tego wstydzę.


A za Albatrosem tęsknię ogromnie.


11 sie 2009

Great expectations

Odkąd Tomasz w komentarzu kiedyś stwierdził, że w wieku 15 lat czesał się „na cipkę”, co jakiś czas wpada do mnie przez google jakiś amator napalony na pudendum muliebre (ostatnie poszukiwane pudendum miało należeć do 15-latki...). Jakież musi być rozczarowanie takiego rozochoconego poszukiwacza erotycznych przeżyć, gdy zamiast rzeczonego pudendum znajduje wywiad z Tytusem z Acid Drinkers. Aż żal mnie się robi i łza mi z oka ścieka. Dla tych zatem, których nadzieje zostały tak dramatycznie zawiedzione, w ramach rekompensaty chcę zaprezentować trochę gołych cycków. Proszę bardzo, drodzy panowie (?), oto dla was Wenus z Willendorfu.



Nasyćcie oczęta i dajcie spokój tym piętnastolatkom lepiej.

4 sie 2009

Jak "Zwierciadło" z pieca spadło, o ziemię się hukło, w głowę się potłukło

(czyli list autorstwa Synafii do Szanownej Redakcji)

Jako żona 15 lat młodsza od swojego męża lekturę sierpniowego „Zwierciadła” zaczęłam od wywiadu z p. Olgą Haller pt. „Córeczka tatusia?”, traktującego o związkach młodych kobiet ze starszymi mężczyznami. Cały czas mam w pamięci bardzo dobry artykuł na ten sam temat, który ukazał się w „Zwierciadle” ok. 5 lat temu. Tym większe były moje oczekiwania. Postawione we wstępie pytanie:„Co niesie taki związek - jakie możliwości, jakie niebezpieczeństwa?” zaintrygowało mnie – co jeszcze ciekawego można powiedzieć na ten temat?

W tym wypadku odpowiedź brzmi – nic.

Już sam początek przyprawił mnie o smutek, który zrozumiałby chyba tylko Petrarka płaczący nad listami Cycerona. „Ta powszechność związków młodszych kobiet ze starszymi mężczyznami na szczęście się zmniejsza, (...) kobiety stają się niezależne, mniej podlegają stereotypom, mniej przejmują się sprostaniem roli, która każe „bogato wyjść za mąż" - pisze p.Haller, a ja zaczynam czuć się jak na niesławnym forum pewnego portalu informacyjnego. Dalej jak u Hitchcocka – emocje rosną. Dowiaduję się oto –po raz który już? – że kobieta w związku ze starszym mężczyzną jest niedojrzała emocjonalnie i poszukuje „tatusia”, a w zamian za to płaci cenę rezygnacji z niezależności. „Nie wierzy, że ma prawo żyć swoim życiem, szukać partnera w swoim wieku, zawalczyć o autonomię”. Mężczyzna za to decyduje się na związek z młodszą partnerką ponieważ szuka tego co „młode, ładne, zdrowe”. Zaletą takich związków może być oczywiście dobry seks (najwyraźniej porozumienie intelektualne i emocjonalne nie wchodzi w grę). Puenta, iż każdy związek ma szansę na rozwój, pod warunkiem, że jest się gotowym na rozwiązywanie problemów, mogłaby z powodzeniem funkcjonować jako hasło na Wikipedii, ale jak na artykuł w moim ulubionym piśmie dla kobiet to chyba jednak za mało.

Cóż, punkt widzenia zależy od ”punktu siedzenia”. Z mojej perspektywy związek młodszej kobiety i starszego mężczyzny może być tak samo satysfakcjonującym, pełnym miłości i zrozumienia związkiem jak związek równolatków. Nie związałam się z moim mężem dla majątku (i jak dotąd nadal nie jesteśmy majętni), nie odebrałam go żadnej żonie ani dzieciom (bo tychże nie miał), mam własne pasje, własne pieniądze i własne osiągnięcia. Za to mój mąż jest fascynującym, inteligentnym, odważnym i dobrym człowiekiem, świetnym mężem i ojcem dla naszej córki - i za te cechy go kocham. Wierzę, że mam prawo żyć swoim życiem - i nie przejmować się stereotypami. Że mam prawo szukać mężczyzny w swoim typie, a nie tylko w swoim wieku. Że mam prawo zawalczyć o autonomię i o swoje szczęście – o ile tylko nie będzie ono budowane na nieszczęściu innego człowieka. I jestem głęboko przekonana, że nie jestem żadnym wyjątkiem.

Wdzięczna jestem p. Heller za troskę o wolność młodych kobiet i ich „prawo do poszukiwania partnera w swoim wieku”, ale jeszcze bardziej byłabym wdzięczna za zaufanie nam, młodym żonom starszych mężów, że nie wszystkie jesteśmy głupiutkimi, zakompleksionymi gąskami, niewiedzącymi, co jest dla nich naprawdę dobre. Bo różne rzeczy są dobre dla różnych kobiet. I różnych mężczyzn. I tyle.

30 lip 2009

Już mi w ptaka białego wierzch się głowy mieni...

Już od najwcześniejszych lat dziecięctwa podejrzewałam, że jestem „niezwykłym i nie lada piórem opatrzona”, ale że także dwupłatkową zastawką aortalną – na to bym nie wpadła. A było to tak.

Zgłosiłam się ochoczo jakiś czas temu by oddać płytki krwi dla chorego bardzo kolegi (nota bene – jak ktoś jest z Wwy i ma na zbyciu płytki krwi, to dawać znać, przydadzą się bardzo!). Jako honorowa krwiodawczyni w stanie chwilowego spoczynku poszłam dumna i blada, i wszystko szło dobrze, dopóki mnie pani lekarka nie zaczęła osłuchiwać. Skończyło się na tym, że wyleciałam na kopach z hukiem i przyganą, że z takim niskim tętnem to se można w bierki grać, a nie płytki oddawać, i że mam iść w te pędy do kardiologa. To poszłam. Na skargę poszłam oczywiście.

Pani kardiolog niczym magiczne drzewo z HOMM III uprzejmie oznajmiła, że skargę przyjmie, zażalenia uwzględni, wyrok wyda i wskazówki udostępni, pod warunkiem wszelako, że dostarczę jej cztery magiczne artefakty: morfologię, EKG, echo serca i badanie holterowskie.

Morfologię zrobiłam czemprędziej i zgubiłam (ktokolwiek widział?).
EKG poszło gładko. Tzn. najpierw pani przez pół godziny nie mogła do mnie przyczepić jakichś ssawek. Potem poszła po rozum do głowy i po przydatne wspomnienie z dzieciństwa, że liść babki to się na ślinę przyklejało, więc może i tu zadziała – po zwilżeniu przyjęłam ssawki na klatę i wyprodukowałam wykres EKG za pomocą maszyny, która nie robiła „ping!”.

Następnie przyszło echo serca. Tu pan mnie nawilżył od razu i patyczkiem po mnie jeździł długo. Dziwne to było, bo ostatni raz jak jeżdżono po mnie takim patyczkiem, to oglądałam jak Dziobalinda w moim brzuchu się wierci, a teraz nic nie oglądałam, a to co słyszałam brzmiało cokolwiek niezachęcająco. Pan z patyczkiem objaśnił mi, ze mam zaburzenia rytmu serca i niedomykalność zastawki mitralnej, oraz dwupłatkową zastawkę aortalną również niedomykalną.

I oto proszę, raz jeszcze okazuje się, że jestem "ekscentryczna". Taram!

Czyli że mam już trzy artefakty, w tym jeden zgubiony.
Ruszam po czwarty. Następnie jeszcze złożę w korzeniach drzewa 1000 klejnotów i uzyskam wróżbę lub poradę. Wielcem rada!

25 lip 2009

O talentach i innych pożytecznych umiejętnościach

Tomasz twierdzi, że jestem skarbnicą popkultury. No, daleko mi do Joan Rivers, ale owszem, posiadam specjalną wypustkę mózgową, w której składuję całą kupę pierdół. Wiem np., że Eminem nie był pierwszym białym raperem. Był bowiem dawno, dawno przed nim Vanilla Ice, ale był też Snow, autor jednego jedynego hitu, który leci tak:



Ktoś pamiętał to? Nie? Tak sądziłam.

Tomasz mi obiecał również, że jak założy swoje imperium medialne, to dostanę u niego własny magazyn. Czekam zatem cierpliwie, aż w końcu zostanę naczelną miesięcznika „Bullshit&Crap”. Póki co ćwiczę się w pisaniu inteligentnych wstępniaków (co widać na załączonym obrazku).

***

Odnośnie pierdół – każdy zna zapewne tę archetypiczną scenkę, gdy mama pluje na chusteczkę, aby synkowi wytrzeć buzię. Otóż widziałam wczoraj na własne, krótkowzroczne oczy, piękną trawestację tej scenki – mama koszulką synka polerowała zawzięcie swe przeciwsłoneczne okulary. Musiały być mocno nadużyte, bo polerowała dobre 15 minut. Wiec jeśli ktoś się jeszcze zastanawia, czy jest pożytek z posiadania dzieci – w istocie jest. I to niejeden, gdyż albowiem dzieci można wykorzystywać na wiele sposobów, np:
1. turlające się niemowlęta oklejamy taśmą dwustronną – turlając się zbierają paprochy z dywanu,
2. raczkującym dzieciom przytwierdzamy do rączek i nóżek ściereczki – froterują podłogi,
3. uczącym się chodzić dzieciom zamiast chodzika dajemy kosiarkę do trawy – pielęgnują ogródek.
Możliwości jest mnóstwo, wszystko zależy od pomysłowości rodzica. Zastanawiam się nad wykorzystaniem licznych talentów Dziobalindy. Ponieważ Dziobalinda odbiera od najwcześniejszych lat solidne wykształcenie, już teraz, w wieku 14 miesięcy, pięknie mówi po francusku i maluje na porcelanie. Do sprzątania jej nie poślę, ale może na e-bayu wystawimy jakieś ręcznie malowane filiżanki Royal Dulton. Jacyś chętni do zakupu?

17 lip 2009

Powiedz mi, co jesz...



...a powiem Ci, kim jesteś?

Sezon ogórkowy

W czasach, gdy jeszcze zajmował się ablativem absolutem, a nie żywnością ekologiczną, Tomasz w trakcie egzaminu zastał panią dr„Ale-ale-ale” stojącą w drzwiach swego gabinetu, bujającą się na piętach i powtarzającą w przestrzeń „Nie mam kogo pytać, nie mam kogo pytać, nie mam kogo pytać...”

Takoż ja chwilowo „nie mam o czym pisać, nie mam o czym pisać...”. Tzn. mogłabym w ramach wspominek napisać coś o dr „Ale-ale-ale” lub o prof. W. przyjmującym egzamin przez dziurę w gazecie, ale upał jest, nie chce mnie się nic. W ramach wspominek wolę sobie pooglądać na jutubie stare wywiady z Titusem z Acid Drinkers (wspominam bowiem moje pierwsze dziewczęce miłości – sezon ogórkowy trwa). O proszę bardzo:




Jak miałam 15 lat to słuchałam Acidów zapamiętale i nadal lubię sobie posłuchać. Natomiast Morbid Angel i innych „strasznych-złych-szatan-szatan-zespołów” już bym słuchać nie mogła. Jak słyszę tekst „blessed are we to live life of sin” to zaczynam rżeć i cały mroczny nastrój jest zniweczony.

A kto pamięta, jak wyglądał w wieku 15 lat? Bo ja np. wyglądałam okropnie śmiesznie. Nosiłam tatowy płaszcz skórzany D&G (Dojczland Gestapo stajl), buty wojskowe rozmiar kanadyjka i czapeczkę skórzaną tzw. leninówkę. I koszulki Acid Drinkers oczywiście. I włosy farbowałam na czerwono za pomocą krepiny. Było też mrocznie i słuchało się Pink Floydów „High Hopes” w nieskończoność, hodując w sobie przy tym romantyczny Weltschmerz. Dopiero teraz odkryłam, ze Floydzi mają sto lepszych kawałków w dorobku, a Weltschmerz przychodzi sam nieproszony i wcale go nie trzeba wywoływać niczym duchów. To się nazywa bagaż doświadczeń, tak?

11 lip 2009

Miało być na poważnie, ale że dziś sobota...

Jak powiedział Saadi bądź prosty i szczery jak cyprys i jak palma szczodry” (W.Jerofiejew „Moskwa-Pietuszki”).

Szczera i prosta jak cyprys ( co do palmy nie mogę się obiektywnie wypowiadać) bez bicia się przyznaję, że tak, owszem, kochałam się w NKOTB. Dokładnie rzecz biorąc, w Jonathanie się kochałam. Moja miłość pozostała jednakże niezrealizowana - oczywiście z powodu różnicy wieku (miałam 7 lat) , czego na pewno żałowałby obecnie rzeczony Jonathan, gdyż Małżonek mój jest w podobnym wieku do niego. Ale nie żałuje zapewne bo podobno jest gejem. I bardzo dobrze, że nic z tego romansu nie wyszło, gdyż Jonathan na dzień dzisiejszy jest brzydki. Takoż Jordan. Kto się kochał w Jordanie obstawił tak samo źle jak ja Jonathana. Jeśli nie gorzej. Gdybym miała wybierać jeszcze raz, to byłby to zdecydowanie Donnie. Względnie Joey.

Wygląda to teraz tak (szczerze radzę nie słuchać, gdyż wrażenia estetyczne nieco tylko lepsze od wrażeń dostarczanych przez pornosa o pterodaktylach):



Kto tam się jeszcze kochał w NKOTB? Przyznawać się, kto i w kim!

9 lip 2009

Say "cheeeese"

Żeby nie było, że ja ciągle się przejmuję i martwię (gdyż albowiem wcale nie, kupiłam sobie nawet buty do biegania z różowymi ten-teges co mnie raduje bardzo i wielkim mnie napawa optymizmem perspektywa odnawiania balkonu, oraz piątek się zapowiada obiecująco, bo jednak dostanę materiał o swapach towarowych jes-jes-jes) to w związku z tym, że za oknem chwilowo słońce i że urlop niedługo - proszę bardzo, oto Britnej z konikiem. Czy to już jest camp czy jeszcze kicz?



Ale jeśli Kocica też zamknie bloga to się raczej wścieknę lub popadnę w przygnębiającą apatię. Apeluję zatem.

7 lip 2009

Ewakuacja - tylko gdzie jest szalupa?

Mam – przyznam się szczerze – pewien wstręt do wojujących ideowców. Ideowców wszelkich, katolickich, protestanckich, muzułmańskich, racjonalistycznych, ekologicznych i modowych. Ideowym jawnożercom mówię stanowcze „nie”.

Dziś mi w oko wpadł akurat pan, co wrzucił kamyczek do „mojego” ogródka stwierdzając, iż religia jest demoralizująca i tworzy podziały – bez religii podziałów by nie było. Otóż obawiam się, że jest to również stwierdzenie na granicy religijnej deklaracji „Wierzę, że gdyby nie religia, to by nie było podziałów”. Jednakże podziały są. Wystarczy się rozejrzeć. Żadna religia nie stała za faszyzmem, rasizmem, stalinizmem, nacjonalizmem. Podziały będą istnieć bez względu na religie, gdyż są kategorią, w jakiej postrzegamy świat. Czarny-biały, gruby-chudy, młody-stary, chory - zdrowy, bogaty – biedny, my - oni etc. Nie jestem znawczynią wszystkich religii świata, ale jeśli chodzi o chrześcijaństwo, to właśnie ono nawołuje do zniesienie tych podziałów – „Miłuj bliźniego swego” czyż nie?
A że Kościół ma na swoim koncie czyny jawnie zaprzeczające wyznawanej religii – ano ma.
Tyle, że to nie ma źródła w religii, a właśnie w zignorowaniu jej przykazań.

Tyleż przekonuje mnie stwierdzenie o demoralizującym wpływie religii co stwierdzenie o demoralizującym wpływie noża. Można zabić nożem, a zatem nóż jest źródłem zła. Jakby nie było noży, to by się ludzie nie zabijali? Doprawdy?

Otóż moje zdanie jest takie, że każdy z nas odpowiada za swoje czyny osobiście i każdy z nas szuka czasem wymówki, żeby się usprawiedliwić. Każdy pretekst i każda idea jest dobra, żeby sobie z niej zrobić przepustkę do folgowania swoich mrocznym instynktom. I od tego każdy ma rozum, żeby tego nie robić. Jedni znajdują oparcie w Bogu, inni sami w sobie, jeszcze inni w czym innym – i ok. Toteż ofensywa pod hasłem „usuńmy religie a dobro zapanuje na świecie” wydaje mi się raczej smutna. Smutna, bo jest zwykłym gonieniem w piętkę i szukaniem winnego jak zwykle poza człowiekiem, a nie w nim samym. Tak to my nigdzie nie dojdziemy nigdy.

Chyba, że myśląc „religia” mamy na myśli nie „wiara w jakiegoś Boga” ale „wiara że cokolwiek daje nam prawo do czucia się lepszymi niż inni i decydowaniu o życiu innych ludzi”. Ta wiara wcale nie płynie z jakiejkolwiek religii, ona płynie za każdym razem indywidualnie z czyjegoś mózgu.

6 lip 2009

Ewakuacja?

W związku z tym, czy grubi dręczą chudych, czy chudzi dręczą grubych, czy protestanci muszą się nawrócić na prawdziwą wiarę, czy Watykan jest Babilonem, czy męscy geje są lepsi od ciotek, czy Żydzi histeryzują na swoim punkcie, że Muzułmanie są nienormalnymi ludźmi, czy magistrzy są lepsi od nie-magistrów, czy chrześcijanie to debile, czy ateiści to niemoralne zwierzęta, czy ekolodzy to sataniści oraz czy pójdziemy wszyscy do nieba - nie mam do powiedzenia absolutnie nic. Mam do zacytowania. Wiesława Dymnego mam (swoją droga kto nie zna twórczości Wiesława Dymnego, niech się w te pędy zapozna, bo warto).


Na naszej wyspie
żyjemy wszyscy
Śliczni i czyści
Nagle do wyspy
Płynie nieczysty
Chrapie i sapie
On nas na pewno
Łajnem ochlapie
Wszystko nam wyje
Whisky wypije
Zła sytuacja!
A więc zarządzam:
EWAKUACJA!!!


I to jakby wszystko wyjaśnia.

***
Natomiast w kwestii pieczenia schabu z morelami i listkiem mięty moja rada jest taka, żeby rzeczonego schabu nie wyciągać z piekarnika w okularach. Bo nie widac schabu. G. widać.

Jak się dobrze sprzedać

Niniejszym ogłaszam, że Tomasz zmienił profil działalności i już niedługo jako Sykofanta będzie nas raczył wiedzą po adresem sykofanta.wordpess.com.

Ja profilu działalności nie zmieniam, ale że trochę Tomaszowi Sykofancie zazdroszczę, postanowiłam sobie przynajmniej odświeżyć rubryczkę „o mnie”. A przy tym zawsze chciałam zobaczyć, jak też się będę prezentować w moim ulubionym stylu autoprezentacji - wypisujemy wszystko, czym kiedykolwiek się zajmowaliśmy oraz wszystko, co nam się z samymi sobą kojarzy, plus okraszamy wszystkim, za co chcielibyśmy uchodzić. Wyglądałoby to imponująco i następująco:

Synafia z Poitiers – patronka gnuśnych. Filolożka klasyczna, miłośniczka historii, tropicielka antycznej inwektywy. Scenarzystka*, realizatorka**, dziennikarka, aktorka***, nauczycielka, instructional designer. Matka, żona, siostra, córka, wnuczka. Chrześcijanka, luteranka, Polka, Europejka, mieszkanka planety Ziemia. Kobieta, człowiek, homo sapiens, ssak. Erudytka, estetka, filomatka, filaretka, awionetka. Synafia, synidzeza i afereza. Etc.

* czterech scenariuszy
** dwóch filmów nigdy nie emitowanych w TV
*** jednego filmu 3,5 min.

2 lip 2009

Teatrzyk Radykalny Szparag przedstawia: Kreatywni przy pracy

Dramatis personae:
Synafia
Tomasz

Synafia: To może dajmy jakieś postaci historyczne, które mogłyby zawiązać spółkę?
Tomasz: To może Mahaut d’Artois i Katarzyna Medycejska niech prowadzą spółkę z o.o. sprzedającą trucizny.
Synafia: A może Caryca Katarzyna i Hun Attyla?
Tomasz: I co będą sprzedawać?
Synafia: Śmierć!


Tomasz: Mogą być jeszcze Tyberiusz i Heliogabal sprzedający perwersje.

Pucio pucio!

Ku radości własnej i nie tylko oraz ze specjalnymi pozdrowieniami dla pewnej Czytelniczki z Krakowa,

Danger! High voltage!

26 cze 2009

Le Roi est mort

Pamiętam jak oglądałam kiedyś dokument o Michaelu Jacksonie. O takim późnym Jacksonie, mieszkającym w Nibylandii i wystawiającym dziecko zakryte kocykiem przez balkon do tłumu gapiów. Autorem dokumentu był chyba jakiś Francuz i zdaje się, że chciał zobaczyć po prostu człowieka, a nie „gwiazdę pop”. I zobaczył, a w każdym razie ja zobaczyłam.

Ten dokument do tej pory siedzi mi w głowie, bo to było przejmujące studium samotności. Jackson jawił się w nim właściwie dzieckiem. Wielkim, nieszczęśliwym, samotnym dzieckiem. Mówił otwarcie, z ufnością i z obawą jednocześnie. Oprowadzał po swojej wielkiej posiadłości, w której najwyraźniej nie miał do kogo gęby otworzyć. Najbardziej chyba została mi w pamięci scena, w której Jackson przyjeżdża do Las Vegas – miał tam specjalny apartament, wyposażony w niezliczone automaty do gry. I siedział tam przez cały pobyt w Las Vegas, otoczony tymi automatami, jakimiś absurdalnymi wielkimi piankowymi żołnierzykami, i grał. Sam. Mały człowiek wśród tych kuriozalnych wielkich zabawek. Był jakby zatrzymany na etapie dzieciństwa – zbyt infantylny, żeby tworzyć normalne relacje z dorosłymi, i zbyt dorosły, żeby tworzyć relacje z dziećmi. Zawieszony między światem, do którego powinien przynależeć, ale nie chciał, a światem do którego przynależeć chciał, ale nie mógł.

Mam wrażenie, że Michael Jackson był przez większość życia nieszczęśliwy. Przypuszczam, że naprawdę był człowiekiem „bez skóry” – rzeczywistość trafiała prosto w jego niczym nie chronione, obnażone nerwy. Nie mam zielonego pojęcia co z opowieści na jego temat było prawdą. Ale coś mi mówi, że nikt z nas nie chciałby się z nim zamienić na życia z tego prostego powodu, że nie było to życie udane ani szczęśliwe. Smutek mój budzi nie jego śmierć, a jego życie.

A skoro tak, to ja tak samo jak Luca daję na koniec Michaela w wersji, którą ja lubiłam. Ku pamięci.

Każdy ma jakiegoś bzika

Wróciwszy wczoraj do domu z fabryki dowiedziałam się, że mój Małżonek zrobił konfiturę truskawkową. To nie żart. Naprawdę siedząc cały dzień w domu z Dziobalindą, bardzo wymagającą jeśli chodzi o rozrywkę towarzyszką, zrobił "z nudów" konfiturę truskawkową.
I on tak sobie ot, machnie konfiturę, szafę zrobi, coś tam sobie skomponuje jak mu się nudzi, a potem w pracy sobie idzie na papieroska np. z Krzysztofem Krazue.
Niniejszym zatem pragnę zgłosić nominację mego i tak już bogatego w liczne zalety i talenty Małżonka do nagrody dla Wybitnych Małżonków (jest taka? jeśli nie ma to z chęcią ufunduję. z mojej pensji, ahahaha! ).

Co prawda podejrzewam, że robił tę konfiturę jak śp. Babcia Tomasza, z nieodłącznym papieroskiem w zębach, na skutek czego może być ona (konfitura w sensie) niespodziewanie bogata w egzotyczne ingrediencje, ale umówmy się - ludzi idealnych nie ma. Bo i po co mieliby istnieć w sumie.

Moim zaś talentem jest układanie wespół z Tomaszem niezwykle praktycznych, edukacyjnych, wartościowych pytań testowych:

Pan Roman prowadzi firmę Gierki produkującą bierki. Ostatnio stara się wypuścić na rynek dwa nowe produkty: PeGieRki – grę planszową polegającą na zarządzaniu gospodarstwem rolnym – oraz rodzaj gry RPG – Gierki bez partnerki. Czy pan Roman powinien na swoim drugim nowym produkcie zamieścić dokładniejszy opis gry?
1. tak, koniecznie
2. tak, ale raczej w formie ilustracji poglądowych i schematów
3. nie, to się rozumie samo przez się, co to za gra
4. nie, i tak jest postacią 3D i nikt od niego niczego nie kupi


***

A tak w ogóle to ja tam nie wierzę w to, ze Michael Jackson umarł. Nie nie nie, on zapewne sfingował swoją śmierć żeby w spokoju prowadzić pralnię chemiczną z Elvisem. I tej wersji będę się trzymać.

24 cze 2009

Palpitacje mózgu - 10 w skali Beauforta

Z natury raczej jestem z tych niewkurzających się nazbyt szybko. Jak się wścieknę, to wióry lecą (spytajcie Małżonka), ale do stanu totalnych palpitacji mózgu dojrzewam powoli. Kiedy zatem przeczytałam tekst nr 1. zirytowałam się z lekka tylko. Kiedy jednak przypadkiem trafiłam na tekst n 2., poczułam, jak żyłka tzw. pierdząca na czole nabrzmiewa mi boleśnie, twarz mi blednie, włos mi rzednie, psują mi się zęby przednie. I nie zdzierżyłam jednak, i muszę.

Tekst nr. 1 to fragment ogłoszenia na gejowskim portalu randkowym, następującej treści:

POZNAM: normalnego, szczerego (...) kogoś spoza środowiska, kogoś
nieprzegiętego, kto nie emanuje swoja orientacją po kim nie widać na
ulicy od razu z wyglądu ubioru stylu czy zachowania “ooo gejek spaceruje”,
(...) , nie potrzebuje pokazywać naszej miłości całemu światu,
nie potrzebuje spacerować z Tobą za ręke po ulicy, nie potrzebuję
całować cie na mieście czy czekać na Ciebie z różą na peronie, nieee, jeśli
to rozumiesz to już OK, JESTEŚ NORMALNY, FAJNY, Z OLEJEM W GŁOWIE, DYSKRETNY – spoko, pisz (...)”

Tekst nr.2 to fragment wywodów skądinąd na pewno sympatycznej i inteligentnej młodej matki, która pisze co następuje:

„fakt posiadania dzieci obciąża odpowiedzialnością wyłącznie mnie. (Ok, i ich ojca.). Nie społeczeństwo, nie Pana, Panią obciąża. MNIE. Nie ludzi w sklepie, restauracji, windzie, tramwaju i na chodnikach. MNIE. Czy to jest jasne?
- 1w związku z powyższym - jeżeli ktoś ustępuje mi przejścia, pomaga otworzyć drzwi, omija mój wózek - to jest to uprzejmość. Nie obowiązek. Nic go do takich zachowań nie obliguje. I tak, nie inaczej, należy takie gesty traktować. Jaśniej? Proszę bardzo. Nie mam prawa domagać się ułatwiania. Może mi być miło, jeżeli ktoś mi to ułatwienie zafunduje. Ale należy się ono osobom niepełnosprawnym korzystającym z wózków na przykład. Nie należy się mnie.”

Całość tutaj.

Teoretycznie zupełnie dwie różne rzeczy, a jednak to samo, czyli absolutnie dla mnie niezrozumiała postawa pt. „Tak naprawdę to nie ja jestem tym, co cię wkurza.”
Jestem gejem, ale jestem męski, nieprzegięty, normalny, wporzo gość, tyle, że sypiam z chłopakami. W zasadzie jestem hetero, tylko że homo. Cioty cię wkurzają, - mnie też! ja nie jestem taki jak oni.
Jestem matką, ale sama jestem sobie winna i wiem o tym, wózek sama taszczę na plecach do autobusu, na chodniku pierzcham ludziom z drogi, o nic nie proszę, bo mi się nie należy, nie mam prawa domagać się pomocy. Drodzy bezdzietni krytykujący, co złego to nie ja, jestem matką, ale generalnie jestem waszą kumpelką i po waszej stronie stoję. Matki was wkurzają - mnie też! ja nie jestem taka jak one.

W kwestii heteroseksulanego męskiego geja nie mnie się wypowiadać, jednak w kwestii matek z dziećmi a i owszem. Jestem ostatnia osobą, która taranuje wózkiem nieszczęsnych przechodniów i kopniakami zmusza pasażerów, żeby wnieśli jej wózek do autobusu. Jestem za to zdecydowanie zwolenniczką nie przeginania w żadną stronę czyli tzw. aurea mediocritas – jak kto woli. Nie sądzę, żeby posiadanie dziecka pozwalało mi na przewijanie go w restauracji na czyimś półmisku kandyzowanych kumkwatów i karmienia go z cyckami na wierzchu w pierwszym rzędzie w Operze Narodowej. Nie będę jednak udawać, że nie potrzebuję czasem pomocy, ani stawać na rzęsach, żeby się nie wydało, ze mam dziecko. Nie jest bowiem jakimś nie do zniesienia „obciążeniem” wyminięcie wózka na ulicy (wózkiem się ciężej skręca, niż nogami swemi, serio serio) czy otworzenie komuś drzwi – to jest po prostu taka stara, nie tylko chrześcijańska zasada, że jak ktoś potrzebuje pomocy, to się mu pomaga i tyle. Zwijmy to także dobrym wychowaniem, empatią czy jak kto chce. Właśnie to dobre wychowanie wystarczy, żeby nie przewijać i nie karmić dziecka komuś pod nosem, nie taranować wózkiem ani nie taranować wózka, pomóc wejść do autobusu matce z wózkiem i starszej pani o lasce i nie robić histerii z tego, że ktoś przyszedł z dzieckiem do centrum handlowego (które jak wiadomo z racji swych mikroskopijnych rozmiarów sprawia, że obecność rzeczonego dziecka doprowadza eleganckie damy do omdlenia, a wytwornych panów do ataku globusa).

Droga mamo, towarzyszko niedoli, ja tam nie będę przepraszać za to, że mam dziecko i pomykać niczym cień ukryta, niewidzialna, niepotrzebująca i nieobciążająca. A jak Cię spotkam gdzieś kiedyś, to Ci pomogę wnieść wózek (jak już wniosę swój) do autobusu i nie będę się za to domagać wdzięczności ni rekompensaty. Dajmy se luz, i dzietni i bezdzietni, i dajmy sobie żyć nawzajem. I tyle.

Teatrzyk Radykalny Szparag przedstawia: Brzmienie opery

Dramatis personae:
Tomasz
Synafia

Tomasz: Wiesz, jeszcze nigdy nie słyszałem opery ani innych klasycznych śpiewów po niemiecku. I właśnie włączyłem fragment. Już rozumiem dlaczego jednak włoski jest lepszym językiem. Jak tego słuchasz, to cały czas Ci się wydaje, że śpiewają "Kocham Cię mój Furerze"

Synafia - zaczyna kwiczeć.

Zmiana dekoracji

Brand new Synafia, dzięki uprzejmości Małżonka Synafii.

(można spodziewać się jeszcze nieznacznych zmian, więc wszelkie sugestie i popozycje będą mile widziane)

23 cze 2009

A ile lat mają Wasze matki?

Dramatis personae:
Dziobalinda
Synafia
Chłopiec
Dziewczynka
Mama Chłopca i Dziewczynki



Chłopiec: A ile Dziobalinda ma lat?
Synafia: Rok.
Dziobalinda: A to! (wkłada Chłopcu palec do nosa)
Dziewczynka: Ja mam 4 lata.
Chłopiec: A mój kolega to ma 9 lat!
Synafia: To Dziobalinda jest najmłodsza na tym placu zabaw?
Chłopiec: No. A najstarsza jest moja mama. Ma 600 lat!

Mama chłopca i dziewczynki – czyta książkę niczego nieświadoma. Jak na 600 lat idzie jej bardzo dobrze.


***

A wszystkim Ojcom serdeczne życzenia w Dniu Ojca :)
Zwłaszcza fantastycznemu Ojcu Dziobalindy oraz mojemu fantastycznemu Ojcu, w jakimkolwiek wymiarze teraz przebywa (bo gdzieś kurde na pewno przebywa, tak?).

21 cze 2009

Kiwi czyli jak spełniać marzenie

Już jakiś czas temu wyszperałam go u Ireny w profilu gronowym, a teraz się tam zagubił i jest gdzieś lecz nie wiadomo gdzie. A może nawet i nie jest. Skoro tak się rzeczy mają, to wrzucam u siebie, bo warto. (Coś ja myślę składnią łacińską dzisiaj. Może dlatego, że jutro jakichś interwencyjnych korepetycji mam udzielić. Z deklinacji i koniugacji. "W łacinie mamy 4 koniugacje i 5 deklinacji. Kocówek trzeba się nauczyć na pamięć. No, to się pan nauczy na pamięć. Należy się 40 PLN, gratias maximas ago i polecam się na przyszłość").

A więc teraz Kiwi (Z łacińska czytamy oczywiście restytutą "Kiłi". A piszemy "Civi". To jednak prawda, że filologia klasyczna pozostawia nieodwracalne zmiany w mózgu.)


19 cze 2009

Goodmorning Warszawa!

Właśnie bladym świtem o 8.30 odwiedziła nas Luca na szybką kawę. Zazwyczaj o tej porze solę ludziom kawę. Tym razem nie posoliłam, ale tylko dlatego, że nie miałam cukru.

Nie widziałyśmy się już tak dawno, że zdążyłam zapomnieć, ale to jednak prawda - Luca jest najchudszą żyjącą istotą. W związku z tym mam taki pomysł, skoro już 3 kilo mi ostatnio jakimś cudem wyskoczyło (a może to mózg? może stałam się o 3 kilo bardziej dowcipna? elokwentna? bogata w wiedzę o spekulacjach opcjami walutowymi,kontraktach futures i ubezpieczeniach transakcji w kredycie kupieckim? tiaaa... ), no więc ja to 3 kilo z chęcią Ci Luco oddam. Wyjmiemy mi z boczków i wpompujemy Tobie. Dla Ciebie 3 kilo to samo zdrowie przecież :)

To jak? Deal?

A i jeszcze Luca ma torsję kręgów. Nie torsje, a torsję. Ale torsje byłoby lepiej. Widzę oczyma wyobraźni, jak Luca jedzie autobusem, a tu z okolic jej kręgosłupa wyrywa się zduszony krzyk "Wysiadamy! Ja i Stefan będziemy zaraz puszczać pawia! Kaman, kaman!" I Luca przepraszającym tonem do współpasażerów "Pan rozumie, torsje kręgów..." I Pan "Wiem, znam to, żona ma biegunkę obojczyków. Bardzo uciążliwe, bardzo...".

18 cze 2009

I co pan na to doktorze Freud?

Nie jest dobrze.

Koszmar senny mnie dziś dopadł w nocy. Śniło mi się, że mieszkam na bagnach, gdzie ludzie jedzą chleb z robakami. No ok, każdemu się może przyśnić. Ale ja na tych bagnach mieszkałam z Agnieszką Drotkiewicz. I wespół z nią wspominałam, ze jednocześnie uczęszczałyśmy na ten sam lektorat z francuskiego (co w rzeczywistości miało miejsce)i że ona wówczas nie rozdawała autografów (nad czym do tej pory ubolewam i z tego powodu musiałam rozpocząć terapię). Ale dobra - niech będzie i Drotkiewicz Agnieszka. Ale! Na samym końcu pojawił się Szef mej fabryki, przebrany za motylka (kto wie, ten wie, a kto nie wie,niech wie,że Szef ma 2 metry wzrostu, 100 kilo żywej wagi i śliczną twarz niemowlęcia)- i w tym motylim przebraniu udawał kogucika ku uciesze zebranej gawiedzi!

Omatkoprzenajświętsza!

A kiedyś miałam takie piękne sny o tym, jak pan Torebka Herbaty ratował z topieli Panią Torebkę Herbaty. Moja siostra nawet na ten sen wygrała jakiegoś Prachetta. A teraz Motylem-byłem-podwyżki-ci-nie-dam-Szef.

Urlop ja chcę. Urlop koniecznie.

Tymczasem zostaje mi wspomnienie Drotkiewicz Agnieszki:

17 cze 2009

Starość srikes back!

Ledwie udowodniłam w niepodważalny, logiczny sposób, że starość nie istnieje, a tu jebut! starość usiekła mnie dziś między oczy. Myślę, że Zenon musiał być równie wzburzony, jak już udowodnił logicznie, że ruch nie istnieje i strzała nie leci tylko stoi, i nagle ktoś mu przed nosem wystrzelił z łuku i cholerna strzała jednak poleciała. Nie ma ruchu, a jednak jest. Nie ma starości, a jednak...

A było tak, że wracałam sobie z fabryki do domu i w podziemiu tym strasznym pod Rotundą zoczyłam bardzo przystojnego młodzieńca. Chłopię lat ok. 20, włos bujny kędzierzawy, twarz świeża i rumiana, postura imponująca, wygląd ogólnie studencki i pociągający. Patrzę na niego i myślę sobie, że fajnie byłoby mieć takiego...syna!

Stop. Rewind.
Syna?
Ja pomyślałam – syna?

Jak starym trzeba być, żeby patrząc na dwudziestolatka myśleć nie o płomiennym romansie, a o synu?!

W związku z napowyższym muszę chyba zrobić quiz na fejsbuku (wszyscy siedzimy na fejsbuku i robimy quizy „Jaka kreskówką jesteś?” „Jakim pierwiastkiem chemicznym jesteś?” „Ile lat ma Twoja wątroba?” „Czy wystaje ci z dupy pies?”). Będzie to quiz „Jak bardzo stary jesteś?” i odpowiedź dla bardzo, bardzo, bardzo starych będzie brzmieć:

„To prawie niemożliwe, ale jesteś tak stary jak Synafia! Pamiętasz dzień, w którym zobaczyłeś swoją pierwszą zmarszczkę. Było to dzień, kiedy Mojżesz przeszedł przez Morze Czerwone. Aleksander Macedoński przed wyprawą do Indii zasięgał Twojej rady, jako najstarszej żyjącej osoby. W czasie drugiej wojny punickiej Hannibal nie wziął Cię jako zakładnika tylko dlatego, że myślał iż jesteś spróchniałym pniakiem. Pepin Krótki trzymał Cię w dzbanie jak Sybillę, ale byłeś wówczas już tak stary, że nie stać cię było nawet na prognozę pogody, a co dopiero na przepowiednię. Jesteś obecnie jedną z dwóch żyjących osób, które wiedzą, co to są akselbanty (drugą jest Jacek Dehnel, ale on to wie z opowiadań, a dla Ciebie to nadal nowomodne wymysły). Twojego wieku nie da się ustalić nawet metodą węgla C14. Prawdopodobnie wiesz, jak wyginęły dinozaury i możesz potwierdzić lub obalić teorię wodnej małpy – nie zrobisz tego jednak, bo jesteś starym, złośliwym próchnem”.

Oczywiście nikt nie jest tak stary jak ja. Nawet Andrzej Łapicki. On się właśnie ożenił z dziewczęciem lat 25. Ja bym ją pewnie chciała adoptować!