24 gru 2010

Bóg się rodzi!

Kochani!

Jeśli wierzycie, życzę Wam, aby Bóg rodził się w Waszych sercach każdego dnia. Aby każdy kolejny dzień niósł Wam spełnienie i radość.

Jeśli nie wierzycie, po prostu ściskam Was mocno, Gwiazdkwo, i życzę Wam spokoju, szczęścia i radości z życia.

Tak czy owak, cieszmy się!

22 gru 2010

Szewc zabija szewca

Ladies and gentlemen!

Dziwka Nately'ego

Podczas drugiego tygodnia spędzanego na zwolnieniu lekarskim odkrywam, że w istocie jestem niczym dziwka Nately'ego*. Dajcie mi się wyspać, a stanę się nowym człowiekiem! Życie mi pachnie fiołkami, własne mieszkanie jawi mi się niczym królewski pałac, tryskam miłością do świata i bliźnich, jestem spokojna niczym kwiat lotosu na jeziorze kropli walerianowych. Wszystko to dzięki temu, że już drugi tydzień z rzędu nie muszę zajmować się Dyrektywą MiFID, nie muszę wstawać o 6.00 ani robić prania o północy - ze względu na to, żeśmy obie chore, siedzimy z Dziobalindą cały dzień na tylnych częściach naszych ciał, pokrytych peplum tkanym z najcieńszego lnu, wcinamy pierogi z mrożonki, puszczamy bańki mydlane i słuchamy Izraela, Armii i Siekiery (no dobra, Siekiery słucham sama jak Dziobalinda już śpi), oglądamy Madagaskar i Krecika odbierającego poród króliczycy. Bardzo jesteśmy cool, zen i happy.

Pójdźcie w me ramiona, niechże Was uściskam!




*Paragraf 22

15 gru 2010

(Nie)dobra matka

Nie jestem perfekcyjną matką. Wróciłam do pracy tuż po macierzyńskim – nie miałam wyjścia. I mimo, iż miałam wiele szczęścia, bo mogłam połowę czasu pracować w domu, a resztę czasu Dziobalinda spędzała z tatą, i tak nie ominęły mnie przykre komentarze (że krzywdę dziecku robię, że wcale nie muszę pracować – co zresztą było absurdem). Dziobalinda poszła do klubiku malucha blisko domu, w wieku ponad 2 lat, bo po 2 latach musiałam już wrócić na cały etat do biura. A i tak nadal bolą mnie komentarze, że tylko złe matki posyłają dzieci do żłobka i przedszkola (nawet do szkoły!), że jak matka pracuje, to znaczy, że tak naprawdę nie kocha dziecka, a jeśli pracować musi, to znaczy, że nie powinna mieć dzieci wcale, bo „jak kogoś nie stać nie dziecko, to nie powinien go mieć”.

Czasami w sklepie dostaję szału, bo wydaje mi się, że nie mogę kupić mojemu dziecku nic do jedzenia – wszystko jest trujące, sztuczne, szkodliwe, a poza tym tylko złe matki „karmią dziecko danonkami”. Czasami mam wyrzuty sumienia, że pozawalam Dziobalindzie oglądać bajki, a sama wtedy przysypiam na siedząco, zamiast spędzać czas na edukacyjnych zabawach. Czasami po jakiejś ostrzejszej awanturze krzyczę, że mam już dość wykłócania się i jestem bardzo, bardzo zła, że proszę o coś tysiąc razy, a Dziobalinda nadal robi swoje. Czasem nawet huknę ostrzej, że zaraz oszaleję, wychodzę trzaskając drzwiami, a potem przepraszam i mówię, że źle się zachowałam i że dorośli czasem źle się zachowują. Ale i tak miewam wyrzuty sumienia, że jestem strasznym potworem, a nie wyrozumiałą Matką Anielską rodem z Częstochowy.

Z drugiej strony, kiedy mówię, że bycie mamą wcale mnie nie upośledziło jako człowieka, że jest to największa (i najstraszniejsza!) przygoda mojego życia, że moja córka jest po prostu wspaniałym człowiekiem i cieszę się, że jest z nami, chociaż nasze życie wywróciło się do góry nogami – wychodzę na stereotypowa „Matkę Polkę” w oczach niektórych. Mimo to nie czuję, żeby macierzyństwo zabrało mi cokolwiek, czego by mi z nawiązką nie wynagrodziło.

I wydaje mi się, że bycie mamą jest bardzo trudne, ale byłoby zdecydowanie łatwiejsze, gdyby sztab domorosłych ekspertów nie odsądzał nas – matek – ciągle od czci i wiary. Gdyby mamy zostające w domu nie wmawiały tym pracującym, że nie kochają dzieci i bezpowrotnie niszczą im życie. Gdyby mamy pracujące nie wmawiały niepracującym, że są nic nie warte i mają budyń zamiast mózgu. Gdyby mamy karmiące piersią nie szkalowały karmiących butelką, a karmiące butelką nie walczyły z karmiącymi piersią. Gdyby jedne mamy nie mówiły o drugich z pogardą, że „ta to daje dziecku jeść jogurt owocowy!!!”, a ta to „nie pozwala dziecku jeść czekolady!”.

Wiem z całą pewnością, że są rzeczy zdecydowanie dobre dla dziecka (miłość, akceptacja, uwaga) i zdecydowanie złe (przemoc, obojętność, nieobecność), ale także głęboko wierzę, że człowiek to nie jest maszynka, do której się kupuje instrukcję obsługi, a nasze dzieci to nie są drzewka bonsai hodowane na światową wystawę. Każda mama ( i każdy tata) jest tylko człowiekiem, który w ramach swoich możliwości i ograniczeń stara się dać dziecku to, co może dać najlepszego. Każde dziecko jest także tylko człowiekiem, które w ramach swoich możliwości i ograniczeń będzie inaczej się rozwijać i potrzebować czegoś innego od rodziców i od świata w ogóle. Nasze dzieci są pasażerami w tej podróży takimi samymi jak my – zapraszamy je do podróży i dajemy im tyle, ile sami mamy, żeby je dobrze do dalszej drogi wyposażyć. Kiedyś pojadą dalej bez nas, być może zaproszą też w podróż kogoś innego, nowego. A my nie dostaniemy żadnego medalu za wychowanie, naszą nagrodą jest po prostu radość bycia razem. Toteż proszę, nie psujmy jej sobie ani innym.

11 gru 2010

Kolejne prawa Murphego

1. Jeśli mijający rok był dla Ciebie ciężki finansowo i właśnie zbliżają się święta Bożego Narodzenia, wówczas rozkraczy Ci się na amen niedawno naprawiana pralka.

2. Jeśli pralka rozkraczy Ci się wieczorem, jeszcze tej samej nocy Twoje dziecko dostanie grypy żołądkowej i zarzyga wszystkie dostępne w domu komplety pościeli oraz pidżamy.

3. Jeśli w weekend musisz ręcznie uprać kilka kompletów zarzyganej pościeli i opiekować się swoim targanym atakami grypy żołądkowej dzieckiem, to będzie to ten weekend, w którym musisz pracować w domu, aby wykonać projekt, który ma być gotowy na środę, a do którego materiał został wysłany w piątek o godz. 16.00. twój współmałżonek w ten akurat weekend będzie musiał iść do pracy.

3 gru 2010

Vox populi vox Dei

Dramatis personae:
Młodzieniec pierwszy
Młodzieniec drugi



Przystanek autobusowy w pewnym mieście.

Młodzieniec pierwszy: Ej, co Ty, jakąś książkę czytasz?
Młodzieniec drugi: Nieeeee, no coś Ty!

He kurtine

2 gru 2010

Sztuka konweracyji czyli Wielka Księga Zagajeń

Szlachetna sztuka konwersacyji prowadzenia nie lada wymaga słów skrzydlatych, zza zagrody zębów chyżo pomykających, a głowy tęgiej przy tem i nie lada piórem opatrzoney. Jako że wielgim problemem zda się kowersacyję rozpocząć, zwłaszcza z osobą nieznaną, z którą w comitivę z racji stanu wyższey wniść wypada, tę Wielką Księgę Zagajeń pod natchnieniem Muzy z Helikonu na skrzydle rosochatym a rozłożystym przybyłey napisaną, sprezentować pragnę, aby odpowiednie dać rzeczy słowo, a konwersacyji zagajenie.

Takoż zatem Zagajenia dzielą się na Zagejenia niedobre i Zagajenia dobre.

Niedobre Zagajenia skrzydeł nie mają ni konceptu, jako że nazbyt sa oczywiste i dla konwersacyji zaczepienia nijak nie stwarzayą, i tak: „Ładna waćpanno pogoda lub” „Strasznie waćpanno śmierdzi tutay” nie są to zagajenia, na które wyrzec by się co chciało inszego aniżeli „Ano” lub elegantszym sposobem „Słusznie waćpan prawisz”.

Dobre Zagajenie frywolnym jest i zaczepnym, zaczem miejsce rozmówcy zostawia, aby myśl jako nić Ariadny w labiryncie ciemnym a mrocznym sprawnie niczem Tezeusz mąż o łydkach mięsistych rozwinąć. Zaczem „Klezmerskie bambetle moje gniotą się niemożebnie, Hrabino” lub też „Czy słyszała Hrabina, że nowy Spajdermen zbyt hojnie przez naturę pod względem członka męskiego obdarzonym został?” są to zagajenia sprawne, wyobraźni rozmówcy wiegie pole do popisu zostawiające. Pamiętać lza jednak, iżby entuzyazmem nazbytnim dobrego zagajenia nie popsować, gdyż bowiem „Czy słyszała Hrabina, że nowy Spajdermen zbyt hojnie przez naturę pod względem członka męskiego obdarzonym został? Zupełnie jak Hrabiny małżonek szacowny!” może konwersacyję w mordobicie szpetne zamienić.

Dla osób koncepty figlarne w konwersacyji ceniących poleca się zagajenia słowno muzyczne, z elementami teatralnymi. I tak stanąć obok Hrabiego i gazum plugawe z dźwiękiem hucznym z tylniej części ciała swego wydawszy zakrzyknąć gromko „Co też pan Hrabia najlepszego wyprawia!” bardzo dowcipnym i dla całego towarzystwa pożytecznym zagajeniem zda się.

Z innych zagajeń są także wciskanie łokcia pod brodę, froterowanie sakiewką lub trącanie wachlarzem, kopanie w piszczel i dyszenie w ucho. Zagajenia te frywolnym nazbytnio obyawiac się mogą, wszelako na salonach paryskim wielga już moda na nie zapadła. Zagajony łokciem magna cum werwa rozmówca nie tylko podobnym zagajeniem odpowie, ale i słowa skrzydlate a rogate zza zagrody jego zębów niechybnie w naszą stronę prędko jako okręty Achajów na morzu niczem wino ciemnym pożeglują.

28 lis 2010

I niedziela adwentu

Rz 13,8−12

Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością. Kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo. Albowiem przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj, i wszystkie inne - streszczają się w tym nakazie: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego! Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa. A zwłaszcza rozumiejcie chwilę obecną: teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu. Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas, niż wtedy, gdyśmy uwierzyli. Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła!

Hard working classes

Pacholęciem będąc uwielbiałam leżeć i godzinami słuchać ulubionych płyt, ba, nawet jednego ulubionego kawałka. Upodobanie do takiego spędzania czasu mi zostało, ale coraz rzadziej znajduję muzykę, której chciałabym w ten sposób słuchać. Słucham zatem głównie tych samych kawałków, które wraz ze mną i tak samo jak ja nie tyle się starzeją, co pięknieją i dojrzewają w czasie, nieprawdaż.
Ale! Od tygodnia mam w domu muzycznego noworodka, którym sen mi z powiek spędza dosłownie. Jest to bowiem muzyka, która tak skutecznie pociąga mi za różne ukryte sznureczki, że autentycznie tęsknię za nią wychodząc do pracy.
„Hard working classes”, moi mili, to jest długooczekiwany nie tylko przez mnie debiutancki album Sorry Boys. Czekałam, czekałam i się doczekałam. Doczekawszy zaś, posłuchałam i tak już słucham tydzień. Z coraz większym zachwytem.
Pierwsze, co mi się w ucho wdarło najmocniej, to oczywiście wokal. Iza Komoszyńska ma taki rodzaj ekspresji w sobie, którego ja już od dawna nigdzie nie spotkałam. Ona w zasadzie nie śpiewa, co żyje w muzyce i umie tego życia niejako udzielić słuchaczowi*. Ale żyje też muzyka sama w sobie - ma moc przenoszenia w alternatywną rzeczywistość, która mi się zawsze w głowie tworzy wtedy, gdy mnie coś naprawdę dotknie w gołą tkankę mego jestestwa. Każda kompozycja jako całość jest oddzielną żywą opowieścią, natomiast po kilku przesłuchaniach zaczynam odkrywać przyjemność z wysłuchiwania z całości poszczególnych elementów, które piękne są same z siebie i piękne tworzą połączenie z pozostałymi - wisienką na torcie są dla mnie pojawiające się nagle wśród gitar partie grane na saksofonie, bo jak wiadomo saksofon mi zawsze zmiękcza to i owo.
Moimi faworytami są chyba na ten moment „No saviour”, „Roe dear at a rodeo” i „Give me back my money” – ten ostatni w wersji studyjnej niejako narodził się dla mnie na nowo. Zaskoczeniem jest natomiast „Ceasar on fire”, bo wersja, którą znałam od wujka jutuba, nie zachwycała mnie jak dotąd, natomiast ostateczne brzmienie tego kawałka na płycie rozłożyło mnie na łopatki. Takoż tekst, że pozwolę sobie zacytować:
I called you my Brutus and I’m Caesar
Birds sing love songs for us
Couple of diamonds so precious we are
Jail in heart burns the bars with desire


Płyta jest moim zdaniem niesamowita. Kto mi na słowo nie wierzy, może sobie uszczknąć próbkę tutaj. A kto chce kupić od razu (co szczerze doradzam), niech szuka płyty wyglądającej tak:



(a to zdjęcie jest w okładce sprytnie ukryte, żeby przypadkiem ktoś nie zobaczył, że takie ładne jest ;))






*Być może dlatego, że sama jest współautorką wszystkich kompozycji na płycie i autorką wszystkich tekstów?

9 lis 2010

Wnoszę o najwyższy wymiar zrozumienia i empatii...

Wypełniłam ankietę dla koleżanki koleżanki. Ankietę do pracy magisterskiej „na temat postaw wobec przestępstw danych osób oraz wpływu inteligencji emocjonalnej na tę ocenę.”
Pierwsze pytania wyglądały tak:



Kolejne pytania wyglądały tak:



Moje pytanie brzmi: W jaki sposób inteligencja emocjonalna miałaby wpływać na to, czy coś jest czy nie jest przestępstwem? Bo mnie się wydawało, że te kwestie reguluje Prawo Karne. Choćbym była empatyczna niczym Matka Teresa, nie mogłabym stwierdzić, że seks z nieletnią nie jest przestępstwem, bo w Prawie Karnym stoi, ze jest. A głupa rżnąć przecież nie będę.

No ale czepiam się, wiem. Ot źle się pytanie skonstruowało przecież, każdemu się może zdarzyć. Domyślam się, że autorce ankiety chodziło raczej o to, czy moim zdaniem Polański to zły-zły-bardzo zły człowiek, czy też może fakt, iż dziewczę nieletnie było już po inicjacji seksualnej i w zasadzie „sama chciała”, nie jest uzasadnioną okolicznością łagodzącą. I jak pani to ocenia, Wysoki Sądzie Synafio? Czy to bardzo ciężkie przestępstwo jest? Czy to złe-złe-bardzo złe było? I jaki pani zasądzi wymiar kary?
Wysoki Sąd Synafia napisała zgodnie z obecnym stanem wiedzy iż przestępstwo to jest, skali nie ocenia, bo nie wie, czy KPK taką akurat skalę stosuje, a kara za takie przestępstwo to więzienie, natomiast ile lat więzienia, to KPK ustala, nie ona.
Ciekawe tylko, czemu - skoro ankieta dotyczyła wpływu inteligencji emocjonalnej na ocenę przestępstwa - Wysoki Sąd Synafia została przy tym poproszona o zadeklarowanie swoich poglądów religijnych?

7 lis 2010

Ad se ipsam

Wróciłam z podróży do świata, którego już nie ma.

Kiedyś obserwowałam go z bezpiecznego miejsca na tylnym siedzeniu samochodu, gdzie przysypiałam spokojnie wiedząc, że rodzice się wszystkim zajmują. Budowałam ten świat podczas rozlicznych spotkań przy stole i spacerów na lody, zrywając wiśnie na działce i grając w warcaby, odwiedzając dziki w Myślęcinku i włócząc się po przemysłowych złomowiskach, penetrując stare wagony kolejowe dogasające na bocznicy zagubionej w lesie, chodząc z tatą na żużel, odwiedzając ciocię mieszkającą w dużym mieszaniu tuż przy Starówce. W tym świecie była czteroosobowa, kochająca się, choć pełna dziwactw, rodzina. Był tam i dziadek zabierający mnie na wieczorne wędrówki po mieście, babcia, z która zawsze lubiłam rozmawiać, drugi dziadek, który chodził na polowania i druga babcia, która robiła najlepsze na świecie klopsiki z dziczyzny. Byli też przyjaciele i znajomi – zwłaszcza ci z dużym domem, z moim ulubionym wujkiem i dwoma synami (w tym starszym się podkochiwałam młodzieńczo - szaleńczo). Była tez dalsza rodzina, w tym dwie śliczne kuzynki bliźniaczki, były pies Czarek – jamnik, specjalista od polowań. Były tam moje miejsca. Zawsze pełne słońca, bo lato, albo magicznego zimowego uroku, bo Święta Bożego Narodzenia. Albo zapachu spalin i ryku maszyn, bo Wielkanoc i początek sezonu żużlowego.
Dziś jest tam dwoje starych ludzi, dzielnie stawiających czoła odchodzeniu, opłakujących swojego niedawno zmarłego syna. Jest ciocia za mała na swoje duże mieszkanie przy Starówce, w którym samotnie czeka na odwiedziny. Są znajomi w dużym domu, w którym zaległa posępna cisza unosząca się w gęstej od utajonego żalu atmosferze. Są miejsca ciche i puste, choć nadal pełne słońca. I miasto wciąż piękne, ale nagle pełne duchów, które przy każdym kroku łapią gdzieś za nogawkę, siadają na karku, wpijają się w przegub ręki.

Wróciłam z tej podróży z poczuciem, że oto jestem świadkiem umierania tego świata, który był przecież częścią mnie, a teraz odchodzi gdzieś, tam gdzie wszystkie dziecięce światy konserwują się w mydlanych bańkach. Patrzeć na to umieranie nie jest łatwo. A przecież jednak dobrze jest towarzyszyć w odchodzeniu, dobrze jest widzieć już nie z tylnego siedzenia samochodu, ale stojąc tuż obok, będąc, choć nie ma do powiedzenia żadnych słów. „Wobec płaczu każde słowo jest nieme, żeby nie powiedzieć, upadłe”*. Toteż nie będę nawet próbować.

Ale zabieram ze sobą wszystko, co się da, z tego świata. Na przykład Zuzannę.





*W.Myśliwski "Widnokrąg"

21 paź 2010

Ciotka Synafia i pisarz

W kuchence firmowej, naszym centrum życia intelektualnego, kroiłam sobie właśnie jabłko na małe cząsteczki, celem umieszczenia tychże cząsteczek w jogurcie naturalnym, gdy obok stanął A., spojrzał mi przez ramię i wyrzekł radośnie: Och, jak babunia!

Gdyż A. jest ode mnie młodszy o 5 lat. Fakt, iż osoby młodsze ode mnie o 5 lat są już na tyle dorosłe, żeby pracować ze mną w jednej firmie, rzeczywiście czyni ze mnie starą babę. Ale! Nie martwi mnie to, jestem stara już od dawna. W zasadzie od urodzenia. Albowiem od urodzenia przejawiam skrajnie anachroniczne zainteresowania. W końcu kto na Jowisza w wieku 14 lat decyduje się iść do L.O. do klasy, gdzie mają łacinę ORAZ grekę? Kto w wieku 18 lat nosi spodnie garniturowe własnego dziadka? Kto w wieku 19 lat słucha z Bacha z winylowych płyt? Kto w wieku 28 lat piszczy z rozkoszy na widok Zbigniewa Raja (rozważając nawet opcję ciskania w rzeczonego artystę stanikiem)?

No kto? Babunia!

Okrzyki różnych moich krewnych i znajomych, potwierdzających tę tezę:

K: Skąd Ty znasz Annę Jantar?!
T: Wypożyczasz książki z biblioteki?!
Moja siostra: Naprawdę chcesz TO założyć na siebie?
Sykofanta: Ty stara wredna waflico!

No ale jednakże umówmy się, na babunię jestem za młoda. Niech będzie, żem ciotka.

Ciotka Synafia otóż udała się swoim starczym zwyczajem do biblioteki. Znaczy się ja. Się udałam. Z Dziobalindą rzecz jasna. Na miejscu wdałyśmy się z Dziobalindą w dyskusję estetyczną, Dziobalinda bowiem wykazując większe niż ja wyczucie designu uparcie proponowała mi książki pod kolor. Niestety, zielona książka okazała się być Reymontem, a czerwona - Rodziewiczówną. A jak już ustaliliśmy - AŻ TAK stara to ja jednak nie jestem.
Ugodziłyśmy się zatem na inną dość starczą lekturę (zielone „Dowcipy Polski międzywojennej”) i zmierzając do wyjścia zakukałyśmy na półeczkę tzw. iberoamerykańską. Gdzie powinien stać Mario. Ale nie stał! Ucieszywszy się skrycie podbiłam do pani bibliotekarki i zapytałam konfidencjonalnie „Co, Mario wyszedł cały?”. A pani na to „O, już drugiego dnia wyszedł!”. Bo Mario, kochani, dostał tego Nobla naprawdę zasłużenie! Ale co mnie ucieszyło bardziej, to że ktoś naprawdę się przejął tym, że przyznano literacką nagrodę Nobla, i postanowił serio przeczytać książkę nagrodzonego autora. Albo chociaż pokazać się z nią „na mieście”. Na mieście dobrze jest. No chyba że to Kielce.

(śpiewa rzecz jasna Zbigniew Raj, słowa: S.I. Witkiewicz)

13 paź 2010

My name is AL. BRUT AL.

Tę historię opowiadałam już dawno temu - o mojej pierwszej miłości S. i jego gustach muzycznych, które wówczas podzielałam ochoczo i z neofickim zapałem („Ja słucham bardzo różnej muzyki... death metal, speed metal, trash metal, heavy metal...”). Ale od tamtych zamierzchłych czasów zestarzałam się i straciłam touch z branżą (został mi tylko potężny sentyment), tymczasem branża rozrosła się i przeobraziła, zostawiając mnie z mą ignorancją głęboko w tyle.

Od czego jednak technika, nieprawdaż, jeśli nie od ratowania mej ignoranckiej rzyci od zupełnego zdziadzienia. Otóż więc w trakcie odprężającego klikania (tak, bo odkąd nie mam TV to już nie „pykam” po kanałach, ale za to nadal „klikam” po stronach, co na jedno tak naprawdę wychodzi) natknęłam się dziś na Last.fm na profil, który mnie uświadomił mocno co do rozwoju nurtu muzycznego, który kiedyś przyprawiał mnie o spazmy i dreszcze. Spazmów doznałam w istocie, bo oto co widzę?

Technical death metal!

Brutal death metal!!

Slamming brutal death metal!!

Czy jest już Slamming Brutal Testiticle-Shrinking Soul-Sucking You-just-can’t-believe-how-brutal-it-can-be Death Metal?

11 paź 2010

Drogi Anonimowy Czytaczu....

... który zajrzałeś do mnie szukając w googlach odpowiedzi na pytanie "Palpitacje co robić?".

Odpowiadam.

Wdychać pranę!

Jako i ja wdycham.

Z serdecznymi pozdrowieniami,

Synafia

1 paź 2010

Tłuszcze i takie tam inne

Na urlopie jestem. W sensie że śpię trochę więcej, czytam trochę więcej i oglądam seriale. I powoli mi się rozprostowują te wszystkie fałdki, zmarszczki, wgniecenia i inne nagniotki, co mi je w głowie porobili "system i społeczeństwo! zły okrutny los!" - bo czy to może być moja wina, że się rozdrabniam na tysiące małych, podrzędnych i wysysających energię czynności (i nie, nie o rosół mi tu chodzi - gotowanie rosołu, o dziwo, bardzo mnie odpręża)? I że od tego wątła się robię i blada?

Póki co zauważam taką prawidłowość, że im jestem chudsza, tym mniej mi się chce trajkotać, bleblać i gadać. Możliwe zatem, że ekstrawertyzm, ekshibizjonizm i ekspansywność, różne takie, co mnie do trajkotania, bleblania i gadania napędzają, są zbudowane z tłuszczu tak, jak kukurydza jest zbudowana z cellulitu.

Skoro zaś jestem chudsza, to i notka chudsza jest. Bo nic mądrego nie mam do powiedzenia. Ot tak sobie sprawdzam, czy ktoś do mnie zagląda może, czy tez tak już schudłam, że mnie wcale nie ma, o ;)

15 wrz 2010

Bim-bam

Otóż moi drodzy jest tak, że mi bimba, o. Nie wiem czemu. Mózgowa substancja mię się zmięszała. I nie działa. Znaczy wdech wydech wdech wydech dajemy radę. Ale dalej to już ciężko bardzo. Mózg mój radośnie dryfuje na suchego przestwór wisistanu wypłynąwszy, a ja nie mailuję, nie forumuję, nie fejsbukuję, nie kawuję, leżę. Względnie siedzę. Zwisam ogólnie w stanie zamglonym. Odżywam koło północy na chwilę, żeby sobie popracować w nadgodzinach czy coś, nieprawdaż. Bo bardzo jestem płodnym pracownikiem i ładnym przy tym. I chyba już takim pracownikiem jestem, że niczym Amelie Nothomb rozbierę się ja do rosołu i kosz z biurowymi odpadkami na się wypróżnię. Tylko do północy czekać z tym nie będę, bo i po co.

Ale za to o północy na jutubie grają. Dobry lokal ten jutub. Niezłą muzę dają.

31 sie 2010

Teatrzyk Radykalny Szparag przedstawia: Muzyka Toaletowa

Dramatis Personae:
Sykofanta
AZ.
Kiedro
AM.
Synafia


AZ. A bo teraz jak te urzędniczki się wprowadziły, to kibel przestał być miejscem bezpiecznym.
AM. Tak, bo one tam wchodzą i sikają! I to wszystko słychać!
Sykofanta: A w Japonii mają kible grające. Żeby nie było słychać, co robisz, kibel Ci puszcza melodię w trakcie.
Kiedro: Serio? I co one grają, te kible?
Sykofanta: Wszystko, co chcesz! Może nawet V Symfonię Beethovena grać!
Kiedro i Sykofanta: Na na na naaaaa, na na na naaaa!
Sykofanta: To świetny utwór na zatwardzenie!
Synafia: A na biegunkę? A na biegunkę to „Taniec z Szablami” Chaczaturiana!


He kurtine!

25 sie 2010

Krzyś

A teraz będę prosić. Proszę bardzo o 5 minut Waszego czasu, żeby zapoznać się z historią małego Krzysia. Krzyś ma naprawdę pod górkę w życiu, serio. I jego rodzice też. Zamiast więc użalać się jak zwykle nad sowimi częstymi palpitacjami, wezmę tyłek w troki i postaram się pomóc tyle, ile się da pomóc.

O historii Krzysia możecie przeczytać tutaj.

24 sie 2010

Szanowna Redakcjo, skąd mogę wiedzieć...

... czy jestem już dojrzałym i mądrym człowiekiem?

Droga Synafio,

Droga do dojrzałości jest jak dieta proteinowa - odbywa się w czterech prostych fazach.

Faza 1. Dostrzegasz, że ludzie wokół są głupi.
Faza 2. Godzisz się z tym, że ludzie wokół są głupi.
Faza 3. Dostrzegasz, że i Ty jesteś głupia.
Faza 4. Godzisz się z tym, ze i Ty jesteś głupia.

Niestety, cały czas znajdujesz się w Fazie 1. Dobra wiadomość jest taka, że masz liczne i doborowe towarzystwo.


Ale dość spraw nieistotnych, nieprawdaż, teraz rada, którą weź sobie do serca szczególnie.

Jeśli czytasz książkę na temat diety, nie rób sobie zakładki z ulotki pizzeri. To bardzo zły pomysł!

Z pozdrowieniami,


Redakcja

15 sie 2010

Człowiek człowiekowi osłem

Zapowiadałam kiedyś, że będę olewać? Słuchajcie zatem opowieści o sukcesie – olewam! Olewam ostatnio z coraz większą wprawą. Olewam, jak jeszcze nigdy dotąd, i co więcej – bardzo to jest przyjemne! Olewajmy więcej, drodzy rodacy! Dealerów, maklerów, warty honorowe!
Olewajmy zwłaszcza walki za fajność naszą i waszą. Odepnijmy się od (r)życ(i) naszych sąsiadów, a jak już musimy się do jakichś przyczepiać, to do własnych się przyczepmy. Czego zwłaszcza sobie samej dzisiaj życzę.

***

11. Niedziela po Trójcy
"Rzekł też i do takich, którzy ufali sami w sobie, mając się za sprawiedliwych, a innymi gardzili, to podobieństwo: Dwóch ludzi wstąpiło do kościoła, aby się modlili, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stojąc, tak się sam w sercu modlił: «Boże! dziękuję Tobie, żem nie jest jako inni ludzie, drapieżni, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, jako i ten celnik. Poszczę dwakroć w tygodniu, dawam dziesięciny ze wszystkiego, co mam». A celnik stojąc z daleka, nie śmiał ani podnieść oczu w niebo, ale bił się w piersi swoje, mówiąc: «Boże! bądź miłościw mnie grzesznemu». Powiadam wam: ten zstąpił usprawiedliwionym do domu swego, nie tamten. Albowiem ktokolwiek się podwyższa, będzie uniżon, a kto się uniża, będzie podwyższony" (Łk. 18, 9-14).

***

Uniżyć się. Odczepić się od sąsiada, jasne, ale czemu się uniżyć? Stałam dziś w kościele i patrzyłam na ludzi wokół - i uderzyło mnie nagle to „uniżyć”. Uniżyć czyli otworzyć się i zaryzykować bycie ocenionym i odrzuconym. Uniżyć się czyli zejść z piedestału, na którym mi śpiewa mój Jarząbek, i stanąć na ziemi – tam gdzie wszyscy realnie stoimy. Stanąć w prawdzie o sobie – że jestem nikim więcej i nikim mniej niż ci ludzie obok mnie. Przyjąć to na klatę, bez zbędnych emocji, to znaczy dać sobie i innym prawdziwą wolność. Bo jak pisał de Mello „Ty jesteś osłem i ja jestem osłem”. O ileż łatwiej patrzeć na różne ludzkie słabości, gdy wiem, że sama jestem tych słabości pełna.
Co za ulga wiedzieć, że jest się osłem. Można się wtedy przestać sobą samym tak bardzo przejmować. Można przestać rwać włosy z głowy w histerii, że „mój pogląd jest przecież spójny i mądry, a oni nie umią, nie rozumią!”. Można przyjąć na spokojnie to, że mnie ktoś nazwał bezduszną jędzą. Można nawet nie podniecać się nazbyt tym, czy jestem wystarczająco fajna. Można sobie usiąść i zapodać mantrę Kocicy, ochłonąć, spojrzeć na tego kogoś z drugiej strony i powiedzieć „On też tak ma”. I wtedy dopiero - gdy się siebie i innych widzi bez zbędnego balastu ambicji i oczekiwań - można z trudem bo z trudem, ale jednak kochać bliźniego jak siebie samego. I starać się robić co trzeba.

Ostatecznie ja wierzę, że w oczach Boga wszyscy jesteśmy „to samo”. Wszyscyśmy są osły, ale jakoś tak jest, że On tym osłom – w jednym owies, w drugim siano. I czeka, aż w końcu uniżymy się – spojrzymy przed siebie, zamiast w chmury - by się po ten owies i to siano schylić. Najeść się w końcu po ludzku. To jest ogromna ulga móc się w końcu po ludzku najeść.

***

A teraz coś z zupełnie innej beczki.

6 sie 2010

Roch Kowalski czyli dlaczego kocham mojego męża

Dramatis personae:
Synafia
Małżonek
Anachroniczny dowcip*



Synafia: I wiesz, zrobiłam takie „zabawne ćwiczenie” do kredytów hipotecznych, zabawne tylko dla mnie. Nikt nie wiedział, o co mi chodzi.
Małżonek: Jakie?
Synafia: Bo tam są bohaterowie Tomek i Romek Kowalscy. No i ja zrobiłam ćwiczenie: Wujek Tomka i Romka, Roch Kowalski, chce kupić letni domek dla swojej żony, Pani Kowalskiej…
Małżonek: Ale co on jej chce kupić, wybacz moja droga, pochwę?


*Pani Kowalska wyglądała tak:

26 lip 2010

Od absyntu ni mom talyntu

Talyntów u mnie brak. (Talentów też. Tych eubejskich i tych egineckich. Że o polskich złotych nie wspomnę).

Talynt to ja mam jedynie do gadania. (Gadam i gadam, gadam, gadam aż w końcu najczęściej dochodzę do porozumienia jakiegoś względnie stanowiska „kapelusza-z-uszanowaniem-uchylam-pozdrawiam-żegnam-urazy-nie-żywię”. To tylko dlatego, że lubię gadać. Gadanie to moja jedyna, ale straszliwa broń. Potwierdzi każdy, kto musiał ze mną kiedyś naprawdę gadać.).
Mam też ja talynt to znajdowania fascynujących ludzi a następnie wpraszania się im. Na przykład wpraszam się w urlopy. Udało nam się z Sykofantą wprosić na kilka godzin urlopu do Sporothrix oraz Misek do mleka. Podobno wyszli z tego względnie cało i zdrowo.

Talenty ma za to mój Mąż. Ma ich wiele. Gdyż gra i komponuje. Gdyż ładne meble sam czynić potrafi. Gdyż również rysuje i maluje w sposób nietuzinkowy. (tu bym najchętniej wrzuciła fotę drzewa, jakim Mąż ozdobił pokój Dziobalindy, ale pierwej muszę uzyskać zgodę autora).

Wyszliśmy no przed blok z Dziobalindą zaopatrzeni w pudełko z kredą. Odwróciłam się zaledwie na pięć sekund, patrzę, a tam o, proszę. Tak se chłopak machnął od niechcenia.









Żeby nie było, dzieło jest w zasadzie zbiorowe. Ja rysowałam ten wiecheć pośrodku, a Dziobalinda dodawała z rozwagą kreski i kropki ("Pierwsze oczko, drugie oczko, trzecie oczko...").

Podpis zatem również zbiorowy:



Backstage:

18 lip 2010

Reklama dźwignią handlu

Wybrałyśmy się z Dziobalindą na tzw. bazarek (gdyż mamy to szczęście mieszkać w pobliżu prawdziwego bazarku, będącego na wyginięciu staropolskiego gatunku centrum handlowego, moi mili). Zdążałyśmy w poszukiwaniu warkoczy czosnkowych oraz pomidorów na obiad, gdy na naszej drodze stanął pan z wózkiem wypełnionym suszonymi przyprawami.

-Pani kupi majeranek dla męża! - krzyknął do mnie radośnie.

Że jak? Dla męża? Czemu dla męża? Tak mnie to zastanowiło, że aż stanęłam.

- Czemu dla męża? - pytam.

- A co, będzie mu pani pieprz dawać? - odparł on.

No prawda. Na taki argument brak mi było odpowiedzi.


Kupiłam majeranek. Dla męża.

15 lip 2010

Dobrze, że jesteś

Zasypianie Dziobalindy to jest proces żmudny. Od samej Dziobalindy wymaga poniekąd dokonania aktu przemocy na własnej naturze. Od pełniącego wartę rodzica wymaga umiejętności stosowania przeróżnych zabiegów magicznych, w tym śpiewania. Śpiewamy więc. Kołysanki śpiewamy (Preferowana ostatnio Pani Krzaczek ma zakaz występów wieczornych w sypialni, bo Dziobalinda wraz z Panią Krzaczek lubi śpiewać i tańczyć namiętnie, co mocno zaburza i tak już skomplikowany proces zasypiania). Śpiewałam i dziś, gdy wtem moja córka zmieniła repertuar i uraczyła mnie piosenką, której nie znam ( a którą zawdzięczamy zapewne Klubikowi Malucha i cioci Asi). Tekst szedł tak:
Dobrze że jesteś, dobrze że jesteś, dobrze, że jesteś.
Co by to było, gdyby Cię nie było? Oj, źle by było.

Zanim się zorientowałam, mój mózg już kołysał się radośnie w falach malinowego budyniu. Rozdziawiłam gębę jak urzeczona i zapożyczając od Dziobalindy jej ulubioną frazę wyrzekłam: Jeszcze raz to samo!

Bo tak. Ja tej piosenki nie znałam wprawdzie, ale uświadomiłam sobie, że od 2 lat śpiewam ją Dziobalindzie w swojej głowie nieustannie. Od 5 lat śpiewam ją Małżonkowi. Od iluś-tam-nie-pamiętam śpiewam ją rodzicom, siostrze, dziadkom. Śpiewam ją wszystkim swoim przyjaciołom. W swojej głowie.

I słowa tej piosenki są jak najbardziej oczywiste - nie „dobrze, że zrobiłeś to czy tamto”, „dobrze, że pożyczyłeś mi kasę”, „dobrze, że pomogłeś mi odholować samochód”. To też, tak. Ale przede wszystkim - dobrze, że jesteś. Dobrze, że jesteś ze mną i dobrze, że jesteś w ogóle. Czy można się cieszyć z samego faktu, że ktoś obok istnieje? Można. Trzeba.

Pamiętam, ze gdy poznałam mojego męża, to chciałam po prostu przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. Chciałam, żeby był. I tyle. To uczucie nadal jest we mnie. Lubię gdy po prostu jesteśmy wspólnie.

Ostatnio pewna osoba uratowała mnie przed rozpuknięciem się na miliard wrzeszczących kawałków tym, że po prostu powiedziała „Ok, będę”. I była. Mimo, iż sama przeżywa osobistą tragedię, mimo, iż do tej pory znałyśmy się tylko korespondencyjnie - przyszła. I po prostu ze mną była.

Dwa dni później A. w godzinę zmieniła plany i przyjechała na spotkanie, tylko po to, żeby posiedzieć. Była.

Sykofanta raz przynosił mi melisę o 23.00. I był.

Mój tata raz wisiał ze mną na telefonie od 1 do 3 w nocy. Po prostu był.

Dahoovka kiedyś poszła ze mną na spacer do lasu, tuż po śmierci mojego taty. Była. Była też B. i N., i P. Nic nie robiły. Były.

A kilka dni temu wracałyśmy razem z pracy z drugą A. A. odprowadziła mnie do metra. Ot krótki wspólny spacer. Ale sprawiło mi ogromną radość takie proste bycie razem. Taki zwykły spacer właśnie.

Czasem jest tak, że bycie jest najlepszym co możemy komuś dać. Czasem bycie jest najpełniejszą formą relacji. Ale to trzeba być nie tak po prostu - ale być dla kogoś.

Nie pamiętam już, kto powiedział, że Boga należy szukać w twarzy drugiego człowieka. Ale w pełni się z tym zgadzam. Widzę Go w twarzy człowieka, który jest obok mnie, tak po prostu, by być wspólnie. By być dla mnie. Gdy mówię „Dobrze, że jesteś”. A mogę i chcę to powiedzieć wielu ludziom.

14 lip 2010

Bzzzzzz

Lato jest, tak? Teatry zamknięte. W kinach nuda. Sezon ogórkowy jest nawet na blogach. U mnie tyż.

Ale nie, nie, nie będzie tak letko, o nie. Ja piszę. W bólach piszę. W pocie. Do biurka się lepię. Przyklejam. Potem spływam. Okłady z mrożonych knedli ze śliwkami przykładam. Wietrzę (czysto symbolicznie, bo wiatru ni dudu). Wdycham. Pranę. i nie tylko. I piszę.

Jak napiszę, to wrzucę. Póki co wracam po knedle.

Kto tam jeszcze ma mózg ugotowany na miękko, jak ja? Anyone?

17 cze 2010

No boundaries no cry

Na czas letnich promocji (w prezencie torba ekologiczna lub nowy mózg do wyboru!) przeprosiłam się ze Zwierciadłem - nasz rozwód po 10 latach był bolesny i skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie tęsknię czasem. No więc się przemogłam - i nie pożałowałam!

Panowie i Panie - temat: wychowanie! W temacie wychowania każda Matka-Polka-Pracująca-Nigdy-Nie-Śpiąca musi być wszakże wyedukowana perfekcyjnie, nadążać za trendami, spełniać europejskie normy i wymogi. Czytam więc z zapartym tchem i robię notatki. Warto!

Dzieci nie wolno karać. Nigdy! Każda kara to trauma niszcząca dziecięcą psychikę na wieki. Nie należy też im stawiać granic. Nie trzeba! Dzieci same świetnie znają granice. Wystarczy z nimi tylko porozmawiać*. Gdy pięcioletni syn pani, nazwijmy ją Zofią, skacze po schodach, dławi ona w sobie rozpaczliwy krzyk upomnienia. Zofia wie, że to jej wewnętrzna potrzeba poczucia bezpieczeństwa tak krzyczy w niej i wyje, niepomna na dobro syna, gotowa rzucić mu się do gardła i zdusić jego młodzieńczą kreatywność. Dlatego pani Zosia mówi synowi spokojnie „Synu! Twoja potrzeba silnych wrażeń koliduje z moją potrzebą bezpieczeństwa, znajdźmy rozsądny kompromis!” I syn się ochoczo zgadza i kompromis znajduje. A potem żyją długo i szczęśliwie.

Przejęłam mnie ta historia do głębi. Rozmyślam o niej gdy na przejściu dla pieszych Dziobalinda próbuje wyrwać się z mego matczynego uścisku i uskutecznić homerun pod koła przejeżdżających samochodów. Bo ja złą matka jestem, zaciskam uścisk i warczę „Nie teraz, teraz za rączkę, bo samochody jadą!”. Zamiast tego powinnam wszakże rozpocząć z Dziobalindą spokojna rozmowę - usiąść, ja w pozycji baddha_konasana, Dziobalinda w pozycji dandasana, na środku pasów, i odbyć spokojną konwersację „Córko! Twoja potrzeba przeżywania silnych emocji kłóci się z moja potrzebą widzenia Cię całą i żywą. Zajrzyj w głąb swej jaźni, a sama przekonasz się, ze wiesz o tym, znasz granicę i nie chcesz jej wcale przekraczać. Proponuję kompromis - zaspokoimy twe potrzeby, wrzucając pod samochód sąsiadkę!”. Na pewno poskutkuje.

Poskutkuje zapewne i na ulubioną ostatnio zabawę Dziobalindy w „Chcę -Nie chcę!”. Prosi dziewczę o coś, a gdy to dostaje, komunikuje zmianę zapatrywań na dany przedmiot. Na gromkie „Nie chcę!” rodzic ofertę wycofuje, Dziobalinda wpada w lament i „Chcę” usilnie powtarza, po to tylko, by za chwilę rzecz otrzymawszy znów wyrzucić ją ze wstrętem „Nie chcę!” krzycząc. Jako zła matka wytrzymuję tej zabawy góra 15 minut, następnie zaś sprawę ucinam krótkim „Nie to nie”. Gdy tymczasem powinnam zaparzyć nam nieco zielonej herbaty, łyknąć dla kurażu kieliszeczek prany i wyrzec: „Córko! Rozumiem Twą wewnętrzną potrzebę popadania w rozpacz nad niemożliwością dokonania wyboru! Interesy nasze są zbieżne, gdyż i ja w taką rozpacz popadam - rozpaczajmy więc wspólnie!”. Następnie włączałybyśmy sobie po kolei spoty wyborcze z youtuba i przy każdym kolejnym kandydacie krzyczałybyśmy i lamentowały „Nie chcę! Nie chcę! Nie chcę!”. Ciekawe, kto pierwszy by wymiękł.


***

Przerwa urlopowa nastąpi od jutra, gdyż do wód udajemy się w celu zażycia relaksu, oddechu i uspokojenia palpitacji wszelkich. Na obczyźnie zatem głosować mi przyjdzie.


* na temat granic coś pewnie popełnię, jak z urlopu wrócę

1 cze 2010

Balans

Naszła mnie myśl ostatnio - zapewne ani trochę odkrywcza - że życie jest ciągłym szukaniem balansu. Jak taniec na linie - chyboczemy się mniej lub bardziej pewnie na drodze do celu, a momenty, w których udaje nam się utrzymać perfekcyjną równowagę, można policzyć na palcach jednej ręki. Lub dwóch - jeśli jest się Ghadnim, Dalajlamą lub Szymonem Słupnikiem. Choć i to wcale nie jest pewne.

Często się łapię na tym, że dopada mnie niebotyczny atak pierdolca na myśl o nieustannym wylewaniu dziecka z kąpielą w procesie "postępu cywilizacji". Jest coraz lepiej, to prawda, ale nadal nie jest dobrze. Czy będzie kiedykolwiek? Historia ludzkości to historia popadania ze skrajności w skrajność, zwalczania ognia żelazem, odpłacania złem za zło lub przedobrzania w szlachetnych intencjach. Walczyliśmy z wyzyskiem, zastępując go innym wyzyskiem, walczyliśmy z zabijaniem - karząc za zabijanie zabijaniem, walczymy z przemocą fizyczną, zastępując ją przemocą psychiczną. Nie wiemy już co lepsze - więcej państwa (uwaga! totalitaryzm!) czy więcej prywatnej swobody (uwaga! anarchia!), więcej prawa (uwaga! faryzeizm!) czy więcej ducha (uwaga! tumiwisizm!). I czemu wciąż nie jest dobrze? Czemu wciąż nie znaleźliśmy idealnego rozwiązania?
A bo nie da się. Bo my sami - my ludzie - nie jesteśmy idealni i idealne rozwiązania nie leżą w naszych możliwościach. I może tak właśnie jest idealnie? Bo rozwój wymaga ruchu, a ruch wymaga celu.

Gdy zdaję sobie sprawę z tego, że jestem skazana na wieczne balansowanie, to trochę mi smutno, ale jeszcze bardziej mi lekko. Bo przestaję od siebie oczekiwać, że osiągnę ideał i przestaję się pytać, czemu tak wolno, czemu jeszcze nie dziś - odpuszczam. Nie ja sama jestem swoim celem. Moim celem jest To, co jest - Ten, który jest, a nic o nim nie wiem tak naprawdę poza tym, że jest. I że daje mi czasem znaki. Do Niego dążę chwiejnym krokiem, a moim zdaniem jest zachować równowagę na tyle, żeby się sromotnie nie wyrżnąć, nie potłuc i nikogo nie poturbować przy okazji. Ale jeśli już się wyrżnę - no trudno. Wstanę. Pójdę dalej. Do celu.

Ktoś tam się wściekał podobno na Matkę Teresę, że zamiast zrobić rewolucję, dążyć do światowego ładu, to ona czas marnowała siedząc z jakimiś biedakami na ulicy. A ja sobie myślę, że ona wiedziała więcej po prostu. Wiedziała, że prawdziwa rewolucja zawsze zaczyna się i kończy na jednym człowieku. Że światowy balans (nie ideał!) jest możliwy tylko wtedy, gdy każdy z nas się jako tako jest w stanie zbalansować. A że to trudne, to się musimy nawzajem podtrzymywać w tym tańcu na linie. "Jedni drugich brzemiona noście".

Operatorzy łapią balans kamery na czystej, białej kartce (albo innym białym elemencie). Bo balans tzreba łapać w odniesieniu do czegoś - do idealnego punktu równowagi.

Mam za sobą dwa ciężkie tygodnie, takie od których łeb urywa i flaki butwieją (albo poślad rwie i strzyka ;)) - potrzebuję czystej białej kartki właśnie. Z białym winem może być. Byle z dala od instrumentów finansowych i usług inwestycyjnych pliz.

21 maj 2010

Dziennik Brigdet Jones

waga 300 kg,
jedn. alkoholu 0
papierosy 0
kalorie 300 000 000 000
gaz zapalony pod pustym garnkiem 3
garnki cudem uratowane od spalenia 3
zapomniany na gazie czajnik 1
gaz palący się przez pół h zupełnie po nic 1
pranie powieszone na balkonie tuz przed deszczem 2
zaśniecie w ciuchach w pokoju Dziobalindy na cała noc 2
obiad zjedzony na śniadanie 2
okrzyki „Niech to jasna dupa szlag mnie zraz trafi!” 300

mąż w domu 0
mąż na wyjeździe 1

urlop/wakacje/minuta spokoju 0

____

Wiem, gdzie leżą Niemcy!!!

19 maj 2010

Nowa wspaniała terapia!

Leczenie prądem, ciecierzycą, anginą czy gronkowcem złocistym to oczywisty absurd. Te pseudo-terapie, nie poparte żadnym poważnymi badaniami lekarskimi, nie przynoszące żadnych pozytywnych efektów, możecie spokojnie wyrzucić do lamusa.

Teraz macie szanse na prawdziwie rewolucyjną terapię! Tylko u nas! Jedyna naprawdę skuteczna terapia na wszystkie dolegliwości! DEKAPITACJA!

Dekapitacja likwiduje wszelkie bóle - od bólów głowy po ból istnienia! Skuteczna w walce przeciwko żylakom, tętniakom, nowotworom i psychozom. Chroni przed nawrotami starych chorób. Zapewnia też skuteczna barierę ochronną przed wystąpieniem nowych. Nie ma takiej choroby, której dekapitacja nie zakończyłaby szybko i skutecznie!

Dekapitacja to naturalna terapia rozpowszechniona już w XVIII w. w całej Europie, zwłaszcza we Francji. Jej wielkim propagatorem był m.in. Antoine Laurent de Lavoisier, który skuteczności terapii udowodnił sam na sobie. Stosowali ją królowie i królowe, rewolucjoniści oraz naukowcy. Każdy z tą samą, stuprocentową skutecznością.

Skuteczność dekapitacji jest naukowo potwierdzona. Na miliony zdekapitowanych pacjentów ani jeden nie skarżył się nigdy na nawrót dolegliwości bądź nowe choroby. Nie znany jest też w historii ani jeden wypadek, aby zdekapitowanemu pacjentowi sąd musiał wypłacać odszkodowanie z błąd w sztuce. Żaden zdekapitowany pacjent nigdy nie zgłaszał pretensji, zażaleń ani roszczeń.

Dekapitacja jest metodą stuprocentowo naturalną. Przy jej stosowaniu nie cierpią zwierzęta ani środowisko naturalne. Co więcej, dekapitacja zapewnia całkowita ochronę przed wszelkimi substancjami chemicznymi.

Jeśli więc pragniesz raz na zawsze pozbyć się przykrych dolegliwości - nie zwlekaj! Tylko dekapitacja przyniesie natychmiastowe efekty!

ZAPRASZAMY! TANIO I SOLIDNIE!




Przed skorzystaniem zapoznaj się z ulotką bądź skonsultuj się z farmaceutą.

UWAGA! Jeżeli po poddaniu dekapitacji zgłosisz występowanie jakichkolwiek dolegliwości bólowych, gwarantujemy zwrot kosztów zabiegu.

13 maj 2010

Scenki małżeńskie

Wspólne małżeńskie śniadanie. Mocno spóźnione. Z głośnika "Carmen", a na talerzu parówki i bułka. Kompozycja mocno kontrastowa :)

Właściwie odkąd się poznaliśmy, nie spełniamy żadnych uznanych standardów. Bo różnica wieku, różnica temperamentów, odmienne tryby życia. Bo ja ekstrawertyczna, on introwertyk, ja mówię, on działa, ja śpię, on czuwa, a gdy ja czuwam, on śpi, ja kocham słowo, on kocha muzykę, ja jestem pobłażliwa, on jest surowy. Kompozycja mocno kontrastowa.

A jednak, nie tylko dziś przy tych parówkach i "Carmen", cały czas mam to samo uczucie, które uświadomiłam sobie ze zdumieniem i radością 5 lat temu - że po prostu chcę być tam, gdzie on. Bo tam gdzie jest on, tam jest mój dom.

Gdyż pod tym wszystkim, co nas różni, jest coś, co te różnice przekracza, i co łączy nas mocniej, niż jakiekolwiek ziemskie więzy.

Obyśmy mieli dość rozumu, żeby tego nie stracić z oczu.

10 maj 2010

Fejsbuk twierdzi, że jestem normalna

Skoro tak, to chyba mogę ze spokojem zrobić TO:

Shanghai Expo 2010

Kalendis Maiis in urbe Shanghai expositio universalis inaugurata est.

Thema expositionis est "Melior urbs, melior vita", quod generis humani communem spem melioris vitae in circumiectis urbanis repraesentat.

Inter sex menses plus septuaginta miliones hominum ad illam visendam exspectantur, ex quibus plurimi erunt Sinenses.

Finnia in expositione suam aulam habet, quam iam ante inaugurationem septuaginta milia hominum visitaverunt.

Singulis diebus vicena hospitum milia in illam venturos esse aestimatur.

Adsunt complures societates Finnorum industriales et culturales.

Speciale programma Finnicum die vicesimo septimo huius mensis visitatoribus praebebitur.

(Tuomo Pekkanen)

źródło: YLE Radio 1 Nuntii Latini

6 maj 2010

Żona idealna czyli jak zamęczyć swojego faceta


Zbiór porad dla młodych matek, do wykorzystania także dla matek z doświadczeniem, dla nie-matek oraz dla wszystkich kobiet chcących skutecznie pozbyć się z domu mężczyzny.


1. Żona idealna poświęca się bezinteresownie dla swojego męża. Pracuje, gotuje, sprząta, pierze, prasuje, wszystko to zawsze z uśmiechem na ustach. Zarabia na dom, prowadzi domowe rachunki, remontuje mieszkanie i wypełnia PITy. Prowadzi bogate życie towarzyskie i działalność charytatywną.
2. Żona idealna jest zawsze perfekcyjnie ubrana i uczesana, a szminka nie rozmazuje się na jej ustach nawet wtedy, gdy o pierwszej w nocy skończy zmywać podłogę i wyjmie z piekarnika własnoręcznie upieczony chleb.
3. Żona idealna nigdy nie jest zmęczona. Zawsze ma ochotę na seks albo na intelektualnie rozwijającą rozmowę. Najlepiej o pierwszej w nocy, gdy mąż po 10 h pracy właśnie podjął próbę przeprawienia się po świeżo umytej podłodze do łazienki, żeby móc w spokoju kimnąć na toalecie.
4. Żona idealna nigdy nie kłóci się z mężem. To mąż kłoci się z żoną idealną. Żona idealna rozumie jednak swego męża i głęboko mu współczuje. Gotującego się z wściekłości i toczącego pianę z ust prosi łagodnie o zachowanie rozsądnej perspektywy i uświadomienie sobie, że ma nierozwiązane problemy ze stryjeczną babką, które to problemy rzutują na jego postrzeganie jej – żony idealnej. Po czym szybko zapisuje męża na ustawienia Hellingera z uspokajającym uśmiechem - „Nie musisz mi dziękować, kochanie”.
5. Żona idealna stara się pomagać swemu mężowi. Podejmuje za niego wszystkie możliwe decyzje, żeby odciążyć go nieco od domowych obowiązków. Kupuje mu ubrania i umawia do lekarza. Dobiera znajomych i lektury. Wszystko po to, by oszczędzać jego zdrowie i kruchą psychikę.
6. Żona idealna nigdy nie przeklina, nie wpada we frustrację, nie traci pogody ducha. Nawet w trakcie awantury stulecia, gdy talerze fruwają na wysokości lamperii a sąsiedzi wzywają policję, żona idealna robi głęboki wdech i mówi: „Oczywiście wcale tak nie myślę. Mówię tak, bo jestem zdenerwowana i chcę cię zranić”.
7. Żona idealna pociesza swojego męża. Gdy mąż narzeka na to, ze jest zmęczony, żona idealna uśmiecha się wyrozumiale „Och, ci biedni ludzie pracujący niewolniczo przy wydobywaniu diamentów mają przecież gorzej.” Gdy mąż dostaje palpitacji po całym dniu spędzonym z szalejącym dwulatkiem żona idealna mówi „Och, tworzenie relacji z własnym dzieckiem to powinna być dla ciebie czysta przyjemność! Nie jest? Dla mnie jest!”
8. Gdy mąż żony idealnej spóźni się/zaśnie/zapomni/przeoczy, żona idealna wybacza mu łaskawie, nadmieniając mimochodem, że jej, żonie idealnej, nigdy się coś takiego nie zdarza, gdyż ona, żona idealna, ma poczucie odpowiedzialności za rodzinę. I całe szczęście, bo gdyby nie miała, to już dawno cała rodzina żyłaby pod mostem.
9. Żona idealna nie żywi do nikogo negatywnych uczuć. Jest spokojna niczym kwiat lotosu na tafli jeziora, pełna zrozumienia niczym Dalajlama i miłosierna niczym Matka Teresa. Hojnie dzieli się tymi darami z mężem, organizując mu często pouczające pogadanki wychowawcze.
10. Żona idealna nie ma nałogów, brzydkich przyzwyczajeń, nadwagi, pryszczy, ani włosów na nogach. Zawsze pachnie niczym cedrowe olejki. Emanuje godnością i radością nawet wówczas, gdy kolkujące potomstwo płacze piątą godzinę z rzędu, nie pozwalając spać nikomu w obrębie powiatu. Wszyscy znajomi męża zazdroszczą mu żony idealnej. Przede wszystkim zaś żona idealna zazdrości mężowi sama siebie. Ona też chciałaby mieć taką idealną żonę.

Drogie Panie, poradnik ten został opracowany przez doświadczone ekspertki. Jego systematyczne, konsekwentne i długotrwałe stosowanie gwarantuje, ze wasi nieidealni mężczyźni w końcu pękną i wyprowadzą się do jakiejś brzydkiej, tłustej, głupiej flądry Zdradliwej Szmaty de domo Nie-może-się-ze-mną-równać primo voto Co-on-w-niej-widzi von Przecież-zrobiłam-dla-niego-wszystko!

Niestety, doświadczonym ekspertkom nie wystarczyło determinacji, żeby porady te wcielić w życie skutecznie. Wymiękły, oklapły, sflaczały i poszły podziękować swoim mężom za to, że nie są idealni. I przeprosić za bycie straszną nadmidupą.


1 maj 2010

Dezyderata

Ponieważ nie wszyscy, jak się okazuje, znają, podaję dalej ku pokrzepieniu/zamyśleniu/odetchnieniu/........... (*wstawić co kto woli).


***

Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech, i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy.

O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie bądź na dobrej stopie ze wszystkimi.
Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie, wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoja opowieść.
Unikaj głośnych i napastliwych - są udręką ducha.
Porównując się z innymi możesz stać się próżny i zgorzkniały, bowiem zawsze znajdziesz lepszych i gorszych od siebie.

Niech twoje osiągnięcia zarówno jak plany będą dla Ciebie źródłem radości.
Wykonaj swą pracę z sercem - jakakolwiek byłaby skromna, ją jedynie posiadasz
w zmiennych kolejach losu.
Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa.
Niech Ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty; wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów
i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia.
Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa.
Przyjmij spokojnie co Ci lata doradzają z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości.

Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu.
Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
Obok zdrowej dyscypliny bądź dla siebie łagodny.
Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj.
I czy to jest dla ciebie jasne, czy nie - wszechświat bez wątpienia jest na dobrej drodze.

Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek On ci się wydaje,
czymkolwiek się trudzisz i jakiekolwiek są twoje pragnienia, w zgiełkliwym pomieszaniu życia zachowaj spokój ze swą duszą.
Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat.
Bądź pogodny. Dąż do szczęścia.


***

O historii Dezyderatów kilka słów tutaj.

A to Dezyderata śpiewane przez Piwnicę pod Baranami.




(a my znowu chorujemy)

28 kwi 2010

Teatrzyk Radykalny Szparag przedstawia: Dialogi platońskie

Dramatis personae:

Synidzes Stoik
Hiatus Epikurejczyk


Hiatus: Odwiedzić postanowiłem cię, Synidzesie, gdyż dom twój ogródek ma bardzo porządny, a i mowa twa w gimnazjonie mile pieści me ucho, nawykłe do słów giętkich i zmyślnych, pojemnych i zdobnych niczym z Ikei zestaw toaletowy Stefan. Staję tu więc pełen humanitarnej chęci wyrwania cię z okowów, które cię więżą, bo że cię więża, to gołym okiem swem widzę przecież.

Synidzes: Witaj Hiatusie, nadobny. Jakież to okowy myśl twą skrzydlatą zaprzątnęły, niczym Helena umysł Parysa, młodzieńca o urodzie wielkiej i piętach mocnych nie nazbyt spękanych?

Hiatus: Przybyłem ci na ratunek, Synidzesie, gdyż słyszę, że cię platońskie idee zajmują, te zaś wymysłem są fatalnym, dla umysłów światłych zgubnym. Tako i twój umysł, jak widzę, zgubion już, ale ja cie wybawię, gdyż umysł mój ostry niczym miecz Ajaksa i rwący niczym nurt paszczę Charybdy ze Scyllą żarłoczną opływający. Porzuć idee te zgubne, a wybawion będziesz! Epikur bowiem dał nam odpowiedzi pewne i niepodważalne, a kto nie jest leniwym helotą, ten sam się wkrótce ze mną zgodzi. Ale Epikura ty nie znasz na pewno.

Synidzes: Bardzo ci wdzięcznym za troskę, Hiacie miły. Znam Epikura i cenię, w jego szkole długo nauki z wieloma znamienitymi mężami pobierałem, lecz odkąd Platona poznałem, z Epikurem nijak się zgodzić nie mogę. Lata mam już swoje, a myśl moja przez lata te wszystkie nieodmiennie ku Platonowi prowadzi mnie i w postanowieniach mych utwierdza. Kto jednak Epikura wybiera, ten tak samo w mych oczach szacunku jest godzien, jak i platońską ścieżką podążający, czy orficką czy inną także.

Hiatus: Myśl- sryśl, prawdę ci rzeknę odważnie! Straszny z ciebie moherowy beret, Synidzesie. Lekceważysz Ty prawdę oczywistą i wrogiem jesteś wszystkich, co myślą inaczej. Przyszedłem Ci z dobrego serca powiedzieć, żeś głupi, bo serce me co jak morze jest niczym wino niezmieszane, pełne troski o tych, co zbyt głupi są sami z siebie, by dostrzec, że głupi są. Ty zaś tak bardzo jesteś głupi, że nawet gdy mówię ci, żeś głupi, nie zgadzasz się, że głupim jesteś w istocie. Straszny wał z ciebie, na kyna!

Synidzes: Pójdźże więc do gymnaznjonu, Hiacie o umyśle otwartym i mowie dla ucha miłej niczym sam dźwięk Twego imienia, lub do teatru wstąp, by nerwy swe niczym udo Zeusa po narodzinach Dionizosa zszargane ukoić.

Hiatus: Wielce zniesmaczon jestem i zawiedzion, aż mi pasaż jelitowy wzbiera i treść trzewi mych w kierunku odwrotnym niż rydwan Heliosa podąża, do gardła nieomal wzbierając.

Synidzes: A to nadmiar wina niezmieszanego być może, Hiacie, lub ostryga nieświeża, lecz co Epikur i inni o tym mówią, to już ty sam wiesz najlepiej. Ja cię przemocą w ogrodzie swym trzymać nie będę, idźże i ulżyj sobie gdzieś, a bogowie niech mają cię w swojej opiece.

26 kwi 2010

I po!

Już jestem, jestem. Już po anginie. Już mogę. Już słucham. Już wyglądam (i to całkiem całkiem dzisiaj, nie powiem).
Już też myślę trochę, więc jak już się ogarnę i zbiorę, to napiszę.
Coś mnie ominęło może? Jakiś nowy detoks ciecierzycą? Romans jakiś na szczytach? Haniebna wypowiedź czerwonego/czarnego pająka/oszołoma/krwiopijcy?

Czy też wiosna po prostu?

18 kwi 2010

Jedno słowo

Mam dla Was tylko jedno słowo - angina!
Kto matką jest lub ojcem, względnie ofiarnym krewnym, kto spędził kilka nocy z rozżarzonym do temperatury 40 stopni dwulatkiem, kto niczym średniowieczna babina uboga ślęczał pół nocy przy łóżeczku i okładał swoje dziecię chłodnymi okładami, kto zaklinał nurofeny i inne środki, by zechciały w końcu zadziałać, kto dostawał mdłości na widok termometru bijącego rekordy szybkości w osiąganiu kolejnych kreseczek/cyferek elektronicznych, kto "spał" w dresie na przymałym materacyku i całą noc nasłuchiwał - ten się może domyślić, jak wyglądam.

Jak kupa wyglądam. Jak grumpy old man. Wzrok mam mętny, kark zesztywniały, włos zmierzwiony, dres wymięty, twarz spuchniętą, ząb spróchniały.

Ale! Dziś już tylko 38 stopni! Jedziemy do przodu, ku lepszemu mili moi. Spero.

10 kwi 2010

...

Coś się stało.

Ale nie tylko to, o czym wszyscy myślimy. Dla mnie stało się coś więcej. Odszedł ktoś bardzo ważny w życiu moim i mojej rodziny. I w życiu wielu innych ludzi. Ktoś, kto szczerze i otwarcie kochał ludzi i gotów był zawsze służyć im pomocą. Ktoś, kto mnie samej wiele razy pomagał spotkaniem, rozmową, modlitwą. Kto umiał przemawiać z pasją, wierzyć szczerze, uśmiechać się zaraźliwie i pięknie. On też był w tym samolocie.

Zostały żona i córka, i cała parafia, i kto wie ile osób, na których życie wywarł wpływ.

Ks. Adam Pilch.

Coś się takiego stało, że nie umiem o tym myśleć - tragedia dla państwa, tragedia dla tylu rodzin, tragedia dla mnie samej.

Nie umiem nic powiedzieć.

6 kwi 2010

Kopros fainetai

No więc żeby nie stwarzać iluzji, żem taka optymistyczna i radosną myślą trawiona jest zawsze, to się dziś przyznaję bez bicia, że czuję się jak odchody. Kopros fainetai, jak tłumaczył ktoś na studiach shit happens - takoż i mnie się kopros przydarzył, a że bardzo jestem empatyczna, to się z nim utożsamiam. Leżę i wydaję z siebie odór rozpaczy i odrzucenia. Odór, który mówi "spadam do kibla, a podróż, która mnie czeka, nie napawa mnie optymizmem". I nie wstanę, tak będę leżeć. Chyba że jednak wstanę.

Ale teraz mi się nie chce.

31 mar 2010

"Nic z tego nie będzie"

Wiosna przyszła. Tak bym się chciała malowniczo i finezyjnie powkurzać, zirytować się z klasą, a może i święcie oburzyć. Zasunąć jakiś powalający wpis o tym, że azaliż-nie-wiesz-co-czynisz-tępa-pało lub muszę-kurna-komuś-przylać-bo-mnie-kurna-krew-zaleje. No bo co to za informacja, gdzie nie ma suspensu, sensacji, konfliktu? „Konflikt! - grzmiał Wojciech, pan znany scenarzysta znanego serialu - Konflikt tworzy prawdziwy scenariusz! Nie ma opowieści bez konfliktu!” A było to lat temu 5, gdy byliśmy z Sykofantą młodzi, szczupli i twórczy. Zajrzeliśmy więc w swoje dusze i znaleźliśmy tam poważny konflikt - sepleniącego cesarza półidiotę, centuriona transwestytę i pół tuzina cesarskich perliczek. Scenariusz ten jest do tej pory jednym z naszych największych dokonań.

No ale 5 lat minęło jak jeden dzień, nie jesteśmy ani młodzi, ani szczupli, perliczki też już zapewne przyprószyły się siwizną, a Wesley Snipes nie odpowiedział na propozycję zagrania centuriona transwestyty. Jego strata. Konflikty narastają, mnożą się, „jest coraz bardziej niedobrze” ( „a my gdzie? nigdzie! stoimy bez gaci i jeszcze musimy za to płacić”), w zasadzie należałoby napisać książkę na 700 stron o tym, że nie warto pisać książek, życie jest pustKą i nie wiem, czy to wokół jest tak ciemno, czy to moja dusza jest tak mroczna, jak mawia Sykofanta.

Ale co się wścieknę, to mi przechodzi. Co mnie szlag trafia, to mi słońce zaświeci. Żebym zresztą zawsze miała tylko takie problemy, Że komentarze na Onecie są głupie, psy srają na chodnik, brudno zimno nieprzyjemnie, stara plomba dzwoni w zębie. Naprawdę byłoby super!

Póki co wiosna, więc się cieszę, o!

Ale żeby nie było, ze taka jestem nieodpowiedzialnie radosna, to teledysk będzie CAŁY CZARNY.


21 mar 2010

O muzyce do przyjaciół ateistów

Zafundowaliśmy sobie z M. jedną z tych naszych korespondencyjnych rozmów trwających tygodniami, gdzie sobie ciosamy kołki na głowie i pierze drzemy tylko po to, żeby w końcu dojść do wniosku, że nie było o co. No a awantura się zrobiła o pytanie zasadnicze czyli „po co wierzysz?”.
Po co? A bo ja wiem? To jakby pytać - po co kochasz swojego męża? No kocham po prostu.
W toku tej naszej rozmowy powoli zaczęło do mnie docierać, że czegokolwiek o swojej wierze nie napiszę, to nie będzie dla M. zrozumiałe - i to nie ma nic wspólnego z wolą zrozumienia. Tego się nie da zrozumieć i tyle. To jak z tą legendą miejską o pani, co poproszona przez helpdesk o podanie hasła odrzekła : „pięć gwiazdek, widziałam jak kolega wpisywał”.
Bo to w istocie tak wygląda z boku, pamiętam sama – widzi się tylko pięć gwiazdek. Gdy widzi się sam zewnętrzny rytuał, to ten rytuał jawi się jako przyczyna i cel jednocześnie, wszystko się do tego rytuału sprowadza. „Wierzysz, bo przeczytałaś coś w Biblii” pisze mi M., a ja mu na to, że skądże znowu, Biblię to ja zaczęłam czytać dopiero po tym, jak uwierzyłam. Ale gdy jeszcze byłam „po drugiej stronie barykady” to też myślałam, że to Biblia jest dla wierzących źródłem wiary. Podzielałam pogląd mojego dziadka, że wierzący to są ludzie, którzy nie są w stanie myśleć samodzielnie i dlatego wolą, żeby ktoś to robił za nich. Że dostają w kościele taki karteluszek z listą rzeczy, które mają robić, i tak to robią bezmyślnie bo „proboszcz kazał”. Roli Boga w tym wszystkim nie mogłam sobie w ogóle wyobrazić, no bo skoro Boga nie ma…
Jak to się stało, że zamiast pięciu gwiazdek zobaczyłam hasło – nie wiem. To znaczy wiem, jak je zobaczyłam, ale nie wiem dlaczego i nie spodziewam się, że ktoś niewierzący to moje świadectwo weźmie poważnie – bo niby czemu miałby to robić? Skoro Boga nie ma…
Ale do rzeczy, bo zmierzam ku konkluzji. Odkąd to hasło mam, to percepcja mi się zmieniła zupełnie.
I teraz widzę to tak. Wiara jest jak muzyka. Ta muzyka gra nam gdzieś w duszy, ale żeby ją wyrazić, to trzeba mieć jakiś instrument. I teraz rolę tego instrumentu zazwyczaj pełni religia. Łatwo jest ulec złudzeniu, że żeby zagrać to wystarczy się nauczyć grac na instrumencie. Ale co z tego, że znasz nuty i akordy, skoro nie wiesz, co grać? To nie akordy i nie nuty, to nie instrument sam jest źródłem muzyki, ona się rodzi w ludzkiej duszy. Tę muzykę ludzie próbują wygrywać na różnych instrumentach, na jednych to wychodzi lepiej niż na innych . Ciągle musimy te instrumenty ulepszać, poprawiać, modyfikować – żeby się na nich dało dobrze grać. Bo w tym wszystkim chodzi o muzykę właśnie, nie o instrument. Zamiast się skupiać na tym, czy to musi być gitara, zamiast z góry odrzucać tych, co grają na skrzypcach, to trzeba posłuchać co się gra – i jeśli gra się to samo, to nie ma co się spierać o sam instrument.
No ale są tacy, co grają fałszywie. I tu się rodzi pokusa, żeby o ten fałsz znowu oskarżać sam instrument. Może tak jest w istocie, że się czasem na fujarce dobrze zagrać nie da, ale to nie znaczy, że tylko jeden jedyny instrument może dać możliwość zagrania poprawnie. No a już w ogóle z punktu widzenia grającego nieporozumieniem jest zakazywać samej muzyki dlatego, że ktoś fałszuje. I np. spalić wszystkie instrumenty, w nadziei, że jak ich nie będzie, to i muzyki nie będzie, bo ona sama w sobie nie istnieje, a jedynie w instrumencie. Tymczasem z instrumentem czy bez, ona gra nadal.
My grający gramy, jak umiemy, bo słyszymy tę muzykę w sobie. I oczywiście nie jest wykluczone, że ta muzyka jest tylko wytworem naszej wyobraźni. Niemniej jednak gra nam ona w duszach zbiorowo, jedna wspólna melodia, i jesteśmy przekonani (choć nie mamy na to dowodów), że ta melodia jest czymś wspólnym wszystkim ludziom i całemu światu, że jest sensem naszego istnienia. Dlatego bardzo boleśnie odczuwamy, gdy ktoś tę melodię zafałszuje. Bo z tego fałszu się rodzą koszmarne konsekwencje. Ale mimo to gramy, choć niektórzy fałszują, choć niektórzy nie słyszą, choć tak ciężko jest się zestroić, to gramy twardo, bo to jest sensem naszego życia.
I to Wam, drodzy przyjaciele ateiści, chciałam powiedzieć. To my gramy sami, nie nasze instrumenty, nie nasze nuty i akordy. To z nas ta muzyka wypływa, a my z kolei wierzymy, że w nas gra ktoś większy od nas samych.

19 mar 2010

Proszę czekać!

Rosną mi kiełki słonecznika. Nie, wróć, kiełki słonecznika siedzą na parapecie i udają, że rosną. Jaja sobie robią ze mnie. Jak długo do cholery mogą rosnąć kiełki? Czy to jest naprawdę taki problem wypuścić z siebie badylek z listkiem? Czy ja muszę doprawdy ofiary całopalne składać w intencji uzyskania kiełków?

Skoro im się nie spieszy, psubratom, to może ja im zrobię defenestrację z hukiem, niech im się nie wydaje, że ja nie wiem, kto tu rządzi.

Bo czekać to mi się nie chce. No właśnie. Nie chce mi się czekać. Ja chcę już. Ja chcę bezprzewodowo, dużoprzepustowo, bezdotykowo, multitaskingowo wash&go psia–ich-wszystkich–mać teraz. Jak mi się okienko Firefoxa nie otwiera w sekundę, to mi zaczyna „chodzić” wszystko. Jak nie otwiera się dłużej niż 30 sekund, to wpadam w histerię. Jak mi każą przeczytać długi artykuł, to ja odmawiam, ja chcę mieć epitome od razu, wyciąg/streszczenie/news. Jak mam czekać w kolejce, to ja dziękuję- przyjdę- później. Jak mam czekać na dostawę dłużej niż dzień, to już wolę pojechać sama.

Czy to tylko ja, czy to duch czasów taki? Czy ktoś jeszcze tak ma?

I czy ta odmowa czekania jest czymś uprawnionym, czy natychmiastowość nam służy, czy naprawdę mam dostawać wszystko czego chcę od razu? No bo czy ja zawsze od razu wiem czego chcę?

Bo może czasem trzeba jednak poczekać. Może trzeba zjeść beczkę soli z samym sobą, żeby się dowiedzieć, upewnić, poznać, żeby móc podjąć dobrą decyzję. Może nie od razu rozpoznajemy zadania, jakie przed nami stawia życie, może zbyt szybko się poddajemy, bo nie jesteśmy gotowi czekać. Bo nam się wydaje, że jesteśmy tu po to, żeby dostawać to, czego chcemy, a nie to, czego potrzebujemy. Bo zapominamy o tym, że i my mamy dawać coś od siebie. Świat nam się jawi jako szwedzki stół, z którego jak najwięcej trzeba zjeść w jak najszybszym czasie. A jak już się porządnie porzygamy, to składamy zażalenie do Kierownika, że żarcie było zatrute.

Chyba powinnam się wybrać na odwyk. Gdzieś, gdzie mi każą tylko siedzieć na tyłku i czekać. Nauczyć się czekać – o właśnie. Czy jakieś kursy są z czekania? Najlepiej przyspieszone!

15 mar 2010

Co chciałeś wiedzieć o konserwowaniu żywności, ale bałeś się zapytać

... to Ci opowie Sykofanta tutaj.

"Folguj szczątkom swej młodości"

Na fali wspomnień wywołanych krótką wymianą zdań ze Sporothrix, dotyczącą metalowców i ich twórczości płodnej, pozwoliłam sobie zawrócić na chwilę i raz jeszcze popatrzeć na to, co było kiedyś. Kim byłam 10 lat temu, z czego budowałam siebie, co dla mnie było ważne i kto był mi bliski. I przede wszystkim - co z tego zostało dzisiaj?

Na pewno zostały mi wątpliwości. Gdzieś nawet komuś napisałam ostatnio, ze ja nie jestem homo sapiens, a homo dubitans. Wątpliwość jest mi motorem i największą przyjaciółką, zmusza mnie bowiem nieustannie do patrzenia z drugiej strony, do pytania o sens i o przyczynę. Ta wątpliwość znalazła z czasem płodny grunt dla siebie - wiarę. Bo odkąd wierzę, mam tylko więcej wątpliwości, ale też mam poczucie zdążania we właściwym kierunku w końcu. Mam przekonanie, że nareszcie moja wątpliwość się ukorzeniła i może zacząć dawać owoce, zamiast odbijać się bez celu od ścian mojej mniej lub bardziej pustej głowy.

No ale ale - co jeszcze? Przyjaźnie mi zostały i ważne znajomości. Te najwcześniejsze jeszcze z podstawówki. Z A., B.,oraz I. przeszłyśmy już taką drogę, tyle burzy, tyle rewolucji - i cały czas w tych najcięższych momentach mamy siebie. I dajemy sobie wsparcie tak jak umiemy, dzięki czemu to co nas spotyka rośnie w jakieś większe, wspólne dobro. A czasem po prostu wyciągamy się za uszy z jakiegoś szamba - i to się zdarza.
Dalej z okresu liceum jest P., która jest matką chrzestną Dziobalindy. P. potrafi mi na czas podsunąć pod twarz lustro i powiedzieć „Sama zobacz, co wyprawiasz”. No i z nikim się tak dobrze nie słucha Franka Sinatry i nie popija koniaku, jak z P. I z nikim mi się tak dobrze nie włóczy po mieście.
A i z liceum jest też Dahoovka, która w różnych ciężkich momentach mojego życia po prostu była przy mnie - jak prawdziwy przyjaciel. I Luca, która sama nawet nie wiedząc o tym jest dla mnie co jakiś czas inspiracją do zmiany spojrzenia. I jest też A., z którą w liceum nie rozmawiałam prawie wcale, na studiach zaczęłam pogaduszki, a teraz razem pracujemy i jest dla mnie kimś bardzo ważnym ze względu na wyjątkowość i spokój, jaki wokół siebie potrafi roztoczyć.
Jest też A., z którą nam się drogi rozeszły, ale która zajmuje cały czas szczególne miejsce w moim sercu. Która ratowała mnie z różnych opresji, pozwalała mieszkać u siebie i spać na zapleczu, gdy pracowała do późna w jakimś klubie. Z którą przebalowałyśmy wiele i przegadałyśmy jeszcze więcej, i która jest dla mnie już na zawsze jak siostra, nawet jeśli teraz jest daleko. I dla niej pewnie trudne są zmiany, które zaszły we mnie. Ale myślami jestem z nią ciągle.
Jest też M., z którym od 10 lat strzępimy języki po próżnicy, nic innego nie robiąc, ale to strzępienie mnie rozwija na różne sposoby. Pozwala mi rosnąć, choć czasem też mnie wali po głowie niechcący. Ale bez tego ciągłego dialogu nie byłabym tym, kim jestem.
Z Kallipygosem wchodzimy na szczyty porozumienia ponad podziałami. I wiem też, że mogę na niego liczyć, gdy coś się dzieje. W prostych i w tych trudniejszych sprawach. Choć nie byliśmy już wcale młodzi, gdy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać naprawdę.
Last but not least Sykofanta, z którym się odnaleźliśmy w angiportum na papierosku pod koniec studiów. Nasz związek z początku pełen uniesień, przyniósł liczne płody literacko - filmowe, następnie ostygł niczym lawa, tworząc niespotykaną i wyjątkową konfigurację. Jesteśmy dokładnie tym wszystkim, czy nie jest druga strona, a jednocześnie jesteśmy w jakimś sensie bliźniętami psychicznymi. No i to właśnie Sykofanta nosił mi melisę o 23.00, gdy dostawałam palpitacji, bo mój wówczas jeszcze in spe Małżonek długo nie wracał z pracy i nie odbierał telefonu („Może mu się co zdarzyło, może go napadli?”). I to Sykofanta pomagał mi odbierać suknię ślubną. I to Sykofanta przeszedł całą ulicę Żelazną w dzikim upale po to, żeby mnie odwiedzić w szpitalu.

Za co im wszystkim jestem i zawsze będę wdzięczna.

A tyle osób, o których dziś nie wiem, gdzie są, a które były kamieniami milowymi w moim życiu. Np. A. ze Świnoujścia. Bardzo chciałabym ją odnaleźć, żeby móc jej podziękować.

Zostały mi także śliczne me oczy, choć figura już nie taka. Zostało mi szczególne uczucie do Teatru Współczesnego, z czasów, gdy chodziłam po trzy razy na jeden spektakl po to, żeby zobaczyć Piotra Adamczyka (do dziś obawiam się, że w końcu mnie zaczął rozpoznawać jako swoją stalkerkę ;)) Zostały książki, do których zawsze będę wracać, i muzyka, która już zawsze będzie ściskać mnie w dołku.
O taka:



No to przyznawać się teraz proszę, co Wam, mili czytacze, zostało z „tamtych lat”? Co się okazało nieulotne, warte zachowania, ważne?

12 mar 2010

Oszaleję

Serio serio! Aż mnie dreszcz przechodzi.

10 mar 2010

Nie taka i owaka

W „Przygodach kota Filemona” (tzw. Himonota) jest taki odcinek, w którym Bonifacy pyta się Filemona „Jak ty wyglądasz?”. I Filemon przejmuje się wielce. Chodzi po podwórku i przegląda się w różnych rzeczach, a każde jedno jego odbicie jest dziwniejsze od drugiego. I tu Filemon popada w konfuzję lekuchną i zapytuje retorycznie „To jak ja właściwie wyglądam?”

No właśnie – jak?

W przeciągu ostatnich miesięcy usłyszałam o sobie wiele ciekawych opinii.
Że jestem wrogiem Kościoła oraz że jestem całkowicie podporządkowana Kościołowi.
Że jestem za mało wierząca i że jestem za bardzo wierząca.
Że nie umiem myśleć samodzielnie i że za dużo filozofuję.
Że jestem zbyt agresywna oraz że jestem za mało asertywna.

To jak to jest, panie Zenonie? Jestże to możliwe, być jednym i drugim jednocześnie, czy nie jest? Czy może jestem wszystkim naraz, czy też zmieniam się w zależności od pogody/fazy księżyca/kursu walut? No bo że zmieniam się, to wiem, ale żeby aż tak? Jak ja właściwie wyglądam?

W mojej głowie zaczyna się rodzić brzydkie podejrzenie, że nie do końca ode mnie zależy, jak wyglądam. Bo i od patrzących wiele zależy. Kto wie, czy nie więcej czasem niż ode mnie samej.

Cóż mam począć z tymi niekontrolowanymi fluktuacjami imidżu?

Wielki Czyściciel

Wiosna się zbliża i znowu część trasy do pracy odbywam per pedes. Idąc znów mocniej odczuwam wokół siebie cienie tych, którzy tu byli przede mną - nie tak dawno znowu, a jednak w zupełnie innej epoce. Odczuwam ich obecność tym jaśniej, im jaśniej słońce oświetla miejsca, które kiedyś były ich miejscami i które im z niepojętych przyczyn wydarto wraz z życiem, godnością i poczuciem człowieczeństwa.

Czytam „Krótką historię pewnego żartu” Stefana Chwina, i on pisze tak:

„A on, Czyściciel i Wychowawca, kim był teraz? (...) Jak wyglądał? To był straszliwy łaziebny typ, , typ z wąsikiem, z grzywką, z zawiniętymi do łokci rękawami, który w porcelanowej wannie , wielkiej jak pół Europy, szorował swój germański naród, trąc do krwi różowe ciało ryżową szczotką marki „Sonnenblatt”, a Ewa Braun, wymyta już do czysta, zaróżowiona po koniuszki uszu, pachnąca wodą kolońską, kładła gigantyczne różowe mydło i błyszczący tasak na marmurowym blacie pod makatką z wyszywanym napisem „Ład i piękno”, ozdabiającym wykafelkowane ściany łazienki rozciągającej się od Normandii po Ural - bo oboje zamierzali teraz wyszorować cały świat.”

***
Musiałam ostatnio odmówić komuś czegoś. W pierwszym odruchu chciałam spełnić prośbę tej osoby, w akcie podania ręki na zgodę i chęci wspólnego naprawienia dawnych błędów i uraz. Ta osoba spodziewała się jednak, ze spełnię jej prośbę jako oczywiste wyrównanie jej krzywd. Nie chciała naprawiać dawnych błędów, bo ich po prostu nie widzi i nie przyjmuje do wiadomości. Chciała uleczyć rany, ale tylko swoje własne. A ja nie podejmowałam decyzji tylko za siebie. I wiedziałam, że tam, gdzie nie ma chęci refleksji nad uczuciami drugiej strony, tam, gdzie nie ma świadomości że inni ludzie mogą czuć się przez nas zranieni - tam nie ma mowy o „nowym początku”. Tam grozi nam jedynie powrót do powtarzania tych samych błędów i nakręcania spirali żalu. Dlatego odmówiłam.
Nie spodziewałam się zrozumienia, ale mimo to oskarżenia, jakie na mnie spadły ze strony tej osoby, mocno zabolały. Zastawiałam się - jak można być tak bardzo wrażliwym na swoje emocje i tak bardzo nieczułym na emocje innych? Jak można zupełnie nie dostrzegać faktu, ze po drugiej stronie są tacy sami ludzie jak my?

Czy to jest jakiś rodzaj zaślepienia? Bo przecież czuję, ze ta osoba jest święcie przekonana o swojej niewinności i krzywdzie. Że nie przyjdzie jej nawet do głowy, że może być współodpowiedzialna . A skoro tak - to czy można oczekiwać od niej innego zachowania? Przecież ona naprawdę NIE WIDZI.

A skoro ona nie widzi, czyż nie mam prawa podejrzewać, ze i ja czegoś nie widzę? Czy nie bywam tak samo zaślepiona? A jeśli tak, jeśli nie widzę swoich błędów - to jakże mogę je naprawiać? Ta myśl o braku możliwości naprawienia błędów napawa mnie lękiem.

A jeśli nawet widzę swoje błędy, jeśli łatwiej mi jest wczuć się w sytuację drugiej strony - to czy jest w tym moja zasługa? Czy może jest to dar, przywilej, umiejętność wczuwania się, która jest mi dana? Czy jeśli tak jest, to czy może jest też tak, ze ja mniejszy wysiłek wkładam w zrozumienie tej oskarżającej mnie osoby, niż ona wkłada w to, żeby nie powiedzieć mi więcej przykrych słów, niż już powiedziała?

Jaki to ma związek z Wielkim Czyścicielem?
Ano taki, że nie chcę pozwolić sobie na komfort czucia się lepszą. Bo tam, gdzie pozwalamy sobie ba taki komfort, narażamy się często na pokusę ulepszania innych. Zamiast skupiać się na tym, by stawać się lepszym człowiekiem (no bo już jesteśmy lepsi, prawda?), skupiamy się na tym, by naprawiać innych - by ich czyścić, czyścić aż do krwi czasem. A jeśli nie dają się domyć - trzeba się ich pozbyć.
Dlatego wolę nie ryzykować. Bo co, jeśli ulegnę zaślepieniu? Czy mogę mieć pewność, ze nigdy nie ulegnę pokusie?

Nie mogę ryzykować. Jestem to winna chociażby tym cieniom, które dotykają mnie codziennie rano, gdy idę do pracy.

3 mar 2010

Może i suchar, ale suchar wykwintny!



Nie, to się nie starzeje i nie dezaktualizuje... niestety.

1 mar 2010

Ku źródłom płyną rzeki...

... a ja ku Bydgoszczy. Tam po wojnie osiedlili się moi dziadkowie i tam mieszkają do dziś rodzice mojego taty (rodzice mamy niedawno przenieśli się tu do nas). Tam urodzili się moi rodzice i tam spotkali się w liceum. Tam urodziłam się ja i mieszkałam przez pierwsze trzy miesiące swojego życia. Tam dziadkowie zabierali mnie na wycieczki, tam pierwszy raz w życiu jechałam windą i tramwajem, tam chodziłam zapamiętale na żużel i tam po wielu uliczkach i zakamarkach hulają wspomnienia i przeżycia całej mojej rodziny. Tam teraz pochowany jest Albatros. I tam cały czas wracam z sercem pełnym dziecięcej radości i dziecięcej tęsknoty.

I tam również zapomnieliśmy wyjąć aparat z torby, więc zdjęcia są z telefonu (tetotonu), co niestety ujemnie wpływa na ich jakość. Lepiej sprawdźcie sami. Mówię Wam, jak macie okazję - "pojedźcie, postójcie i posiedźcie". I na żużel idźcie.












foto: Małżonek

A jak się uda, to kolejne miasto mego dzieciństwa odwiedzę i zaprezentuję wkrótce, a będzie to Lidzbark Warmiński (na liście wędrującej mej rodziny miasto nr 4). Czego sobie z całego serca życzę.

26 lut 2010

Maternity

No dobra, przyznaję się, właściwie to lubię być stara. W ramach mych starczych wieczornych rozrywek znalazłam bowiem to:



Charles Maurin, Maternity, 1893

Jakoś mocno porusza mnie ten obraz. Im więcej na niego patrzę, tym bardziej.

22 lut 2010

"Szanowna Redakcjo, po czym poznam…

… że jestem już stara?

Bo nie wiem, czy już jestem stara, czy jeszcze może nie. Bardzo proszę o szybką odpowiedź, gdyż wybieram się na zakupy i nie wiem, czy mam sobie kupić szpilki i seksowną bieliznę, czy dziurkowane laczki i pończoszki-antygwałty.

Z poważeniem,

Synafia”


„Szanowna Pani Synafio,

Wedle najnowszych badań amerykańskich naukowców należy uznać się za starą, jeżeli spełnia się więcej niż jeden z powyższych warunków:
- przyodziewa pani stroje z najnowszych kolekcji prêt-á-porter czyli w mowie ojczystej co-jest--czyste-i-nie-za-mocno-pogniecione-spóźnię-się-cholera-dupa
- docenia pani rolę kultury i sztuki czyli sobotni wieczór miast w klubie spędza pani słuchając Vivaldiego i oglądając album z malarstwem nurtu symbolizmu, przy której to czynności zasypia pani po 10 minutach
- dostrzega pani, jak wielka radość życia kryje się w jego najmniejszych przejawach, czyli cieszy się pani, że udało jej się dostać miejsce siedzące w metrze i zdrzemnąć się w końcu 15 minut
- obcuje pani codziennie z dziełami Rubensa, a mianowicie zawsze podczas porannych i wieczornych ablucji
- gustuje pani w rozkoszach podniebienia, czyli miast wypić trzy butelki wina Sofia na ławce w parku wypija pani kieliszek koniaku do kawy i osiąga pani taki sam efekt

Ponieważ spełnia pani wszystkie te warunki, radzimy stanowczo – antygwałty. Cieliste. Za kolanko.

Z poważaniem,

Redakcja”

11 lut 2010

Konkurs bez nagród

Dla czystej satysfakcji. Proszę, kto zgadnie, co to jest/są:
chololok
chochodut
lololoko
ciboki
tetoton
matoton
lomotywa
ukulator
kopeten


© by Synafia

9 lut 2010

Katalog wodzów rzymskich czyli pozdrowienia z przeszłości

W Świętej Xiędze Parchów napisano:

Gdy cesarz rzymski Walerian, pogromca ludów barbarzyńskich i wszelkich stworzeń zamieszkujących lądy, morza, międzymorza i inne zakamarki, pokonawszy myszy, co zjadły Popiela, wszy, co zjadły Diogenesa, i robaki, co zjadły Maxymiana, wyruszył na wojnę ze Świętym Ludem Parchów, na którą powiódł ze sobą następujących wodzów rzymskich i przesławne ich oddziały:
- Lucjusz Korneliusz Sulla poprowadził 3 legiony i 42 kohorty konnicy dla cesarza Waleriana na wojnę ze Świętym Ludem Parchów;
- Mariusz Bambus Dolabella poprowadził 4 legiony i 3 oddziały pieszych, oraz 6. dywizję zmechanizowaną dla cesarza Waleriana na wojnę ze Świętym Ludem Parchów;
- Sextus Septimus Ameba poprowadził 4 legiony i 4 kohorty wszelakich stworzeń morskich, w tym płaszczkę, delfina, lwa morskiego, 2 foki uchatki i Meduzę dla cesarza Waleriana na wojnę ze Świętym Ludem Parchów;
- Ofella Lukrecjusz poprowadził 8 legionów i 42 natchnionych książat duńskich wraz z ich gwardią przyboczną dla cesarza Waleriana na wojnę ze Świętym Ludem Parchów;
- Ammianus Pompeius Stulejka poprowadził 3 legiony urologów i jako auxilia 1 legion proktologów dla cesarza Waleriana na wojnę ze Świętym Ludem Parchów;
- Marian Appian Plezia poprowadził 4 legiony gotowych na wszystko filologów klasycznych dla cesarza Waleriana na wojnę ze Świętym Ludem Parchów;
- Opimus Pomponius Fenestella poprowadził 5 wściekle plujących i kończynami wymachujących starożytników oraz 1 lamę dla cesarza Waleriana na wojnę ze Świętym Ludem Parchów;
- Publius Sextus Archidiecezja poprowadził 407 żarliwych biskupów i 5 kohort wykwalifikowanych ministrantów dla cesarza Waleriana na wojnę ze Świętym Ludem Parchów;
- Cynna Fimbria Glottidzomenos Omnipotens poprowadził wszystkie swe Podagrą przeżarte kończyny, język swój pełen jadu, oko swe gromy ciskające, pióro swe imperia starożytne za jednym pociągnięciem dekonstruujące, Ducha swego głębią derridańskich przemyśleń narody wszelkie niczym ludy barbarzyńskie przed królem Kambydzesem na kolana rzucającego.

On to w dniu 256, na równinie Hemoroid, w okolicach starożytnego państwa Ururtu, stoczył bitwę zwycięską ze Świętym Ludem Parchów. Jednakowoż sukces ów zaprzepaścił był cesarz Walerian, który w nałogi popadłszy i winem niezmieszanym mózg swój zlasowawszy, sam Świętemu Ludowi Parchów w niewolę sprzedał się za cenę pół litra wódki anyżówki. Tak oto Święty Lud Parchów raz jeszcze odniósł zwycięstwo nad narodem prześwietnym, lecz przez robaka filologicznego niezmiernie pokąsanym, a skutki tego dręczą nas po dziś dzień.

Tako rzecze Święta Xięga Parchów.