30 gru 2011

Nie ma Zary?!

Dramatis personae:
A.
Synafia
Salomea

A: A co by było, gdyby w sklepach nie można było oddawać rzeczy…?
Synafia: To byłoby straszne. A wyobraź sobie, że mogłabys mieszkać w Czecznii, a tam nie ma Zary...
Salomea: Nie ma Zary???
Synafia: Oj przepraszam , nie chciałam tak mówić!

24 gru 2011

Narodzenie


Tak jak Bóg narodził się gdzieś w ciszy, z dala od zgiełku, w drodze, w niepewności, w ubogim otoczeniu, by nieść nadzieję i miłość światu, 
tak niech Wam (Nam) wszystkim wbrew wszystkiemu, nawet w smutku i wśród przeciwności, 
rodzi się nadzieja, wola przetrwania, miłość, nowe życie...
Obyśmy wszyscy odradzali się wciąż na nowo. 

Dobrych, niosących pokój i szczęście Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkim serdecznie. 



17 gru 2011

Pita pita

W związku z pączkującą i ewoluującą sytuacją życiową jestem na etapie gubienia się i odnajdywania na nowo w świecie, nieprawdaż, współczesnym. Prują mi się sensy, co je miałam już całkiem zgrabnie utkane. Nadgryzione przez małe a złośliwe strachy i leki, lecą w dół oczka w niekontrolowanej panice. Z oczek robią się okna na moją własną niepewność - mogę się jej przyglądać zdumiona, że tyle jej tam upchanej w podwórku, w piwnicach, że siedzi tam ona i zupełnie serio pyta mnie: czy masz prawo nazywać się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa, skoro do standardów tego społeczeństwa nie dorastasz? Czy masz prawo sprowadzać na ten świat dzieci, skoro nie zapewniasz im dostatku, który inni uważają za dzieciom do życia niezbędny? Czy masz prawo żyć według własnych intuicji, czy też krzywdę wyrządzisz w ten sposób swoim najbliższym? I czy wiesz, co jest w życiu naprawdę ważne? Bo może jednak nie wiesz, może to jednak jest pokój oddzielny dla każdego domownika i lekcje nurkowania, a nie tak po prostu - bycie, życie, czucie?

Każdy sam sobie znajduje sens i sens ten w sobie hoduje i pieści. Ja jednak dla mojego sensu nie znajduję bezpiecznego schronienia, żeby mógł tam rosnąć i pęcznieć, wydawać owoce. Czegoś mi trzeba na ten mój sens. Może tego?



Pytanie: co Wy sobie zawiniecie w armeńską pitę - jakie sensy, jakie skarby?

11 gru 2011

Pomocy, Zenonie z Elei!

To taki paradoks kieszonkowy. Z jednej strony postrzegam się sobie jako istotę zwyczajnie przeciętną - jedynym wszakże mym osiągnięciem życiowym jest 4 miejsce w ogólnopolskiej olimpiadzie z łaciny. Z drugiej strony jednak gdzie nie pójdę, tam się czuję jakaś inna, niepasująca. Dziwaczna, rzekłabym.

Oczywiście, w jednych miejscach pasuję bardziej, w innych mniej. Idealnie się wpasowuję w salon Sykofanty, dziwnym zrządzeniem losu przypasowałam na spotkaniu z kilkoma fantastycznymi Babkami, z których każda była ode mnie starsza i każda była praktykującą katoliczką, ale jakimś cudem moja luterska osobowość zgrała się z tym gronem bardzo przyjemnie. Miejscem, gdzie występuję w sposób naturalny i liczny, jest firmowa kuchenka, w której o cyklicznych porach godowych skupia się całe stado (czyt. cały dział), by tokować o mukofagii i innych fenomenach ludzkiej egzystencji.

Tym niemniej poza tymi enklawami czuję się niedopasowana - tam, gdzie ludzie posiadają samochody, mokasyny, koszulki polo i kosmetyczki, gdzie chadzają na siłownię i do specjalnego fryzjera dziecięcego, gdzie znajdują upodobanie w strategiach marketingowych i agencjach ratingowych, tam ja się czuję jak bożek pogański w kościele podczas Święta Reformacji. Jestem żywo i życzliwie zainteresowana, co nie zmienia faktu, iż mam świadomość, że to nie mój świat i nie moja impreza. Nie wiem tylko, gdzie robią imprezę dla bożków pogańskich.

(Nota bebe: Jechałam ostatnio taksówką i pan taksówkarz powiedział "Lepiej już było, jak w tej reklamie, pamięta pani", a ja na to, że niestety nie pamiętam, bo nie mam w domu telewizora. Pan nie chciał wierzyć, zapytywał, jak ja żyję w takim razie, a gdy jeszcze dodałam, że nie mam też samochodu, odwrócił się do mnie i poważnie powiedział: "Pierwszy raz widzę kogoś takiego. Muszę matce opowiedzieć, że spotkałem  kogoś bez telewizora, bez samochodu, i to nie jakąś starą babę, ale młodą! Matka mi nie uwierzy, no nie uwierzy mi!". A potem na odchodne wyrzekł "A wie Pani, może ja spróbuję też choć jeden dzień telewizji nie oglądać", do czego go gorąco zachęciłam mówiąc, zgodnie ze swym szczerym przekonaniem, że będzie dzięki temu zdrowszy.)

Ot, cały mój paradoks, Panie Zenonie, może Pan coś mi na to pomoże.

PS. Na zwolnieniu lekarskim jestem, długim a leniwym, i z tego powodu nie ma mnie w necie, za co przepraszam tych, których zwykłam odwiedzać, a teraz nieco zaniedbałam. Obiecuję poprawę. Tylko jeszcze nie wiem, jak szybką.





20 lis 2011

Remont


Jestem, a nawet nie ma mnie, bo trwa remont. Ja jestem w remoncie. Leżę rozgrzebana, rozebrana na części pierwsze. Wokół mnie w jesiennej ciszy powiewają biało-czerwone, foliowe taśmy. Spadające liście cicho stukają o rozstawione na mnie tablice ostrzegawcze. Gdzieś niedaleko mój Anioł Stróż – lub może Daimonion – siedzi na krawężniku i melancholijnie odwija z papierka bułkę z kiełbasą. Mamy fajrant obydwoje. On żuje, wpatrując się w dal, myśląc o kolejnym papierosie. Ja leżę, obok pyka nostalgicznie żółte światełko ostrzegawcze – nie wchodzić, remont jest. 

Leżę, wpatruję się w dal. Niebo pochmurne nad mną, pan Bóg majstruje we mnie. Spokojnie, z nieśmiałą radością, choć i z obawą, oczekuję przyszłości. 

Bo ten remont, ten remont skończy się zapewne. I wtedy nastanie nowe.

29 paź 2011

Omnia vanitas

A jednak, a jednak, chociaż co krok natykam się na pustkę własnego istnienia, wydaje mi się, że sens w tej właśnie pustce się kryje. Skoro "istnienie" jest słowem - próżnią, pojęciem - czarną dziurą, skoro wszyscy wiemy, że istniejemy, choć mało kto z nas wie, co to właściwie znaczy istnieć (ja nie wiem), skoro nawet jakieś plemiona góralskie modliły się kiedyś do dziur wykopanych w ziemi - do pustki, to znaczy, że ta pustka jest tym, co mam. Coś mam z nią zrobić, choć nadal nie wiem, co. Być może jednak zaczynam rozumieć, czego z nią nie robić. A to już jest coś.

Na takie rozważania może pomóc tylko jedno:




28 paź 2011

Życie po ospie

Dziobalinda: Podejrzenie szkarlatyny.

Synafia: Podejrzenie zapalenia płuc.

No i co jeszcze. Śniło mi się dziś, że zabiłam swojego dalekiego wujka Z. trzema nożami i wypchnięciem przez okno. Zabiłam w samoobronie. Wielki sukces. Do tej pory w moich snach w samoobronie potrafiłam tylko bezskutecznie strzelać z palców pfi-paf. A teraz - proszę! Po wypchnięciu rzeczonego wujka przez okno udałam się na balkon, chyba byłam odziana jedynie w jakiś szal, i w tym stroju wyfrunęłam. I pofrunęłam gdzieś. W noc, nad drzewami.

Coś mi mówi, że mogę być z siebie dumna. Tylko czemu akurat ten wujek, wujek Z., co go tak bardzo lubię? Nie wiem.

Zapadamy się z Dziobalindą w skórki od chleba, kubki, pluszowe warzywa, pociągi, tory, gacie, łyżeczki lepkie od miodu. Może nas Małżonek wieczorem odkopie. Oby. 


25 paź 2011

O tym, jak byłam bardzo młoda

Było to tego dnia, którego Dziobalinda poddała się przedszkolnej modzie na ospę wietrzną. O godz. 7:40 rano, nie mogąc dodzwonić się do przychodni, umyłam zęby, przyśrubowałam do twarzy okular, na włos rozwichrzony wcisnęłam czapę wełnianą i pomknęłam do rejestracji per pedes, iżby wyszarpać memu dziecku numerek do jakiegoś miłego pediatry. Wpadłam do rejestracji o godz. 7:50 (no, blisko mam) i rzekłam do Pani:

- Czy przyjmuje dziś doktor W.?
- Nie. - odparła Pani.
- A doktor P.?
- Nie. 
- A jaki inny pediatra przyjmuje?
- A ile masz lat? - zapytała Pani, najwyraźniej próbując skierować mnie do odpowiedniego dla mnie pediatry. 

Że zgłupłam, to za mało powiedziane. Powstrzymałam się przed rzuceniem się na Panią w celu ściskania i całowania, i tylko podziękowałam serdecznie za jeden z większych komplementów, jaki mnie na przetrzeni ostatnich lat spotkał.



19 paź 2011

Go away!

Gdybym miała usunąć jakąkolwiek rzecz ze swojego życia, to byłaby to ta jedna jedyna rzecz - lęk.
Mój największy oprawca.

Czekam na dzień, w którym odejdzie na zawsze. Ale cięgle skubany wraca.


Go away, will ya?

14 paź 2011

Jak nie urok...

... to sraczka ospa.

Szefowie moi popadli w ekstazę, gdy dwa dni po powrocie ze zwolnienia zadzwoniłam z informacją, że idę na kolejne zwolnienie. Zerwali z siebie służbowe przyodziewki i osłonięci jedynie hawajskimi wieńcami odtańczyli na środku biura taniec radości i szczęścia, śląc mi życzenia wszelkiej pomyślności.

Dziecko moje jest w fioletowe kropki. Ja jestem w fioletowe rozległe plamy, gdyż najwyraźniej nie umiem posługiwać się gencjaną. Miotam się po domu wśród okruchów ciasta, torów kolejowych, sterty prania i statków do zmywania ("Gdzie ta kejaaaaaaaaa, a przy niej ten jaaaaacht" - doszły mnie z okolic zlewowych śpiewy zamieszkałych w zlewie koczowniczych plemion). Jeszcze chwila, i zacznę śpiewać, bić się owczym pęcherzem i sypać pierze z balkonu.

Ogólnie zatem jest bardzo fajnie. Rzekłabym nawet - kulsko.



10 paź 2011

Oliver Sacks "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem"


Ta książka to w zasadzie trzy książki. 

Pierwsza to napisana z naukową pasją i ciekawością świata opowieść o chorobach neurologicznych, o których zwykłemu śmiertelnikowi często się nie śniło – o zaniku czucia proprioceptywnego (uczucie „braku ciała”), o niezdolności rozpoznawania ludzkich twarzy, o niemożności rozumienia słów, o podwójnej świadomości lub zatrzymaniu się w jakimś kawałku pamięci na zawsze, a niemożności rozpoznania własnej nogi… Fascynująca opowieść, która otwiera okno do zupełnie nowego, niespodziewanego świata – świata, który przecież któregoś dnia może stać się udziałem każdego z nas, niestety. 

Druga książka to pełna szacunku i empatii opowieść o ludziach, którzy w obliczu swoich przedziwnych chorób, wywracających ich życie do góry nogami, walczą o zachowanie własnej tożsamości,  o powrót do „normalnego” życia lub zbudowanie nowego, tego „mniej normalnego”.  To historia o prostych, szarych, bezimiennych bohaterach, o których nie wiemy, a czasami wręcz nie chcemy wiedzieć - historia ich walki, klęsk i zwycięstw. 

Trzecia książka, napisana gdzieś między wierszami, to jedno wielkie pytanie o to, czym/kim tak naprawdę - co do swej istoty - jest człowiek. Co decyduje o naszym człowieczeństwie? Jakie możliwości ma tak naprawdę ludzki mózg? Czy człowiek ma duszę i czym miałaby ona być? W tej kwestii autor zdaje się mieć daleko idącą nadzieję, której, z tego co wiem, wielu nie podziela. Ja jednak jestem pod stronie tej nadziei.

8 paź 2011

Telegram

Dziobalinda chora. Stop. Siedzimy w domu. Stop. Rwę włosy z głowy. Stop. Sobie, nie Dziobalindzie. Dziobalinda też rwie, bo obydwie z nudów chodzimy po ścianach. Stop. Nie mam dyni ni cukinii. Stop. S.O.S. Stop.




PS. Co się robi, jeśli Twoje dziecko włożyło sobie w gardło druciany koniec od szczotki do mycia butelek? I teraz ma napadowe bóle gardła? Wie ktoś?

3 paź 2011

Sezamki

Zrobiłam sezamki. O smaku cebulowym*. Przeohydne.



Nie róbcie sezamków cebulowych. Fuj.





_____
*cebulowość sezamków była niezamierzona, a wynikła z interakcji sezamu i aromatu pozostałego w patelni po obiedzie, który to aromat najwyraźniej przetrwał mycie i szorowanie

26 wrz 2011

I count my blessings



(A pisać będę, będę, tylko się z diutsów wygrzebię - jak to pan jeden mówił w rozmowie telefonicznej z A. "Wyślij mi to na end of de dej, to zczardżuję, jeśli moje diutsy pozwolą.")

22 wrz 2011

Zła matka

Synafia, Małżonek i Dziobalinda wracają wieczorem z basenu.

Dziobalinda: Mamo, jestem już zmęczona. Bolą mnie nogi.
Synafia: Zaraz będziemy w domu, odpoczniemy, obejrzysz sobie bajkię.
Małżonek (chichocze)
Synafia: Tfu, bajkę, nie bajkię! Cholera!
Dziobalinda: Co się stało? Co to było?
Synafia: To była, droga córko, palatalizacja spółgłoski.

He kurtine.

20 wrz 2011

O konkrecie i abstrakcji

Jest to oczywiście absurdalne, żeby Bóg przychodził do nas w ciele człowieka. Żeby cierpiał i umierał jak człowiek. Żeby człowiek mógł być jednocześnie Bogiem.

Ale myślę sobie - a jak inaczej? Skoro tylko w kontakcie z drugim człowiekiem stajemy się naprawdę ludźmi. Idee wypaczają nas, czynią okrutnymi, nieczułymi. Łatwo jest gardzić, tłamsić, walczyć i zabijać w imię idei, z ideą na ustach i w głowie.

Bóg musiał przyjść jako człowiek, bo tylko tak może być naprawdę dla nas widzialny, tylko tak przestaje być dla nas okrutną abstrakcją, a staje się realną miłością. Bóg mieszka prawdziwie w drugim człowieku - przez niego się objawia i w nim się z nami komunikuje najpełniej. W zupełnie konkretnej relacji.

O ile byłoby prościej, gdybyśmy po prostu rozmawiali, patrząc sobie w oczy i słuchając się nawzajem, zamiast ciskali w siebie nawzajem swoje wzniosłe ideały. W oczach drugiego człowieka można zobaczyć Boga.

19 wrz 2011

Dynia i inne pokusy

Mam wielkie szczęście mieszkać obok jednego z ostatnich w tym mieście bazarków. Chadzam tam, iżby zrzucić z siebie troski dnia codziennego. Bazarek jest moim spa, moim chilloutem i wakacjami na Maderze. Bazarek jest moim rajem, ponieważ są na nim warzywa. A ja pod względem warzyw jestem nieznośnie zboczona.

Najbardziej podniecają mnie cukinie. Nawet nie pytajcie. Są piękne. Sosy z cukini mogę robić w nieskończoność. Bakłażany są jeszcze piękniejsze. Lśnią w słońcu. Są gładkie i brzuchate, mają kolor morza, po którym Achajowie sunęli w swych szybkoskrzydłych okrętach. By odbić Helenę. Myślę, że Helena była piękna jak bakłażan.

Z drugiej strony dynia. Dynia ma w sobie ciepło sierpniowego poranka, okrągłość i dobroć starej babuni na ganku. Dynia jest szlachetnie pogodna, ma w sobie dumę i godność, ale pogodną, zapraszającą. Dynię lubię gładzić. Nosić w rękach, tulić w ramionach. Trudno jest się z nią rozstać.

Papryka z kolei. A właściwie papryki. Papryki są jak kuszące cudzoziemki, niepokojące i niejednoznaczne. Lubię podglądać je, gdy leżą jedna na drugiej, czerwona obok żółtej, pomarańczowa obok zielonej. Nieświadome swoje urody, leniwie wylegują się w słońcu. Pachną subtelnie.

Pomidory pachną mocniej, działają na zmysły intensywniej. Są wręcz bezwstydne w swej okrągłości i delikatności. Wzięte w dłonie uginają się subtelnie, roztaczają kuszący aromat, który wbija się w nozdrza i wywołuje przed oczami fantomy lata. Ugryziony pomidor perwersyjnie rozpływa się w ustach, spływa przez palce. Zostawia swoje wspomnienie na długo.

Na tym tle cebula i czosnek jawią się niepozornie. Trochę zadziorne, szorstkie w obyciu, nieco niedostępne. Twarde. Ale to właśnie je zabieram ze sobą wszędzie. Przywodzą mi na myśl słońce. Są jak niezawodni przyjaciele. Sprawdzają się w każdej sytuacji. Dodają ducha ( i chucha).

Cebulki, cukinki, ja wszystkie was dziewczynki...

16 wrz 2011

Granice

Trzeba mieć bardzo otwartą głowę, żeby umieć stawiać sobie i innym granice.

12 wrz 2011

Impresje przyziemne

U mojej cioci Basi, w Karkonoszach, w kibelku leżała zawsze krzyżówka i długopis. Kto wchodził, ten mógł sobie w trakcie innych czynności rozwiązywać – i tak cała rodzina wespół rozwiązywała krzyżówki w kibelku.

W moim domu rodzinnym w kibelku zawsze leżały specjalnie na ten cel kupowane gazety tzw. toaletowe, typu Viva albo Twój Styl. Czytało się je tylko tam. Pewnego razu nakryłam moją mamę na czytaniu w kibelku wywiadu z ks. Janem Twardowskim i czyniłam jej z tego powodu wyrzuty.

Kolega Paweł chcąc wyrazić swoje niskie mniemanie o „Paidei” Jaegera powiedział kiedyś „Jeagera, moja droga, to ja w kiblu czytam!”.

U mojej dalekiej znajomej zastałam kiedyś w kibelku nie tylko koszyk z gazetami, ale i popielniczkę, co było dla mnie prawdziwym olśnieniem, gdyż paliłam wtedy niczym pierwszy w Polsce parowóz z otuliną aerodynamiczną, znaczy się – dużo i namiętnie.

Kolega Maciej wyraził kiedyś swoją ideę kibelka idealnego , który miał posiadać nie tylko koszyk na gazety i popielniczkę, ale także szafkę ścienną zawieszoną na wysokości czoła osoby siedzącej, coby można się było rzeczonym czołem o rzeczoną szafkę oprzeć i zakimać.

A co Wy, moi mili, czynicie, by uczynić Wasze kibelki miejscami urokliwymi i pełnymi rozrywki wszelakiej?

8 wrz 2011

Meldunek specjalny

Okręt podwodny "Synafia" dokonał wynurzenia i obiera nowy kurs. Kapitan składa serdeczne podziękowania załogom ratunkowym - brygadzie warszawskiej, jednostce poznańskiej oraz jednostce amerykańskiej - za doholowanie okrętu na bezpieczne wody. Ahoj! Płynę!

4 wrz 2011

De profundis clamo

Wykopyrtnęłam się dziś o swoje emocje dokumentnie. Wykopyrtnęłam poza granice przyzwoitości, o których myślałam, że jestem daleko niczym od murów, za którymi kręciła się karuzela. Tak, myślałam, że jestem bezpieczna, bo wiem, co jest dobre, a co złe. Tymczasem ta wiedza czasem nie pomaga. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi gniew. I strach.

Wykopyrtnęłam się i leżę. I co. Po pierwsze dno, na którym się znalazłam, jest zimne i ciche. Wpadam w lekką panikę. Wierzgam. Krzyczę. Ale nie ma tu niczego, czego można się złapać. Żadnego pocieszającego wersetu. Żadnej dłoni, która poklepie po plechach i powie, że nie jest tak źle. Bo jest tak źle. Źle się dzieje w moim prywatnym państwie, nawet jeśli z boku wcale to aż tak strasznie nie wygląda. Bo bywa przecież gorzej.

Dno jest suche, o dziwo, i ciche. Na dnie opanuje spokój, który tylko ja zagłuszam. Być może to jest właśnie to dno Jana od Krzyża, to, w którym nie ma już nic, poza czystą wolą, gdzie głosu Boga nie słychać wcale, więc właśnie teraz słychać go wyraźnie? A może nie, może to jeszcze nie jest to dno. Może tylko jego przedsionek. Nie wiem, tak głęboko jak dziś jeszcze nigdy nie zeszłam.

Paradoksalnie cisza panująca na dnie potrafi przynieść ulgę, prawdziwy odpoczynek od własnego ja, które okazuje się być czymś pustym, choć boleśnie istotnym. Aktem woli samym w sobie, odartym ze wszelkich chceń, pragnień, zranień, strupów i blizn. Takie ja jest nadzwyczajnie lekkie, skłonne do każdej decyzji, skłonne do poddania się, ale i do walki. Ale słychać je tylko przez chwilę. Potem blizny i strupy dają o sobie znać. Stają się znowu mną.

Co robić, co robić? Zacisnąć zęby i wyjść do góry, choć nie wiem jeszcze, gdzie pogubiłam nogi i ręce przy upadku. Ale znaleźć je, wyjść, wyjść do innej rzeczywistość, takiej, w której świadomie trzymam się z dala od krawędzi. Tylko jak się to robi.

2 wrz 2011

Dlaczego nie lubię forów internetowych i inszych spędów wirtualnych

Halo, halo! Tu matczyne radio w matczynym kraju,
Nadajemy audycję z matczynego raju.
Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo zebrały się matki dla odbycia narad:
Po pierwsze - w sprawie,
kto głosował przeciwko ustawie?
Po drugie - czemu
żłobek prowadzi ku wszelkiemu złemu?
Po trzecie – o tym
że butelką karmią tylko niecnoty!
Po czwarte - jak
ukarać matkę,
co robi coś nie tak?
A po piąte przez dziesiąte
Będą mówić, dyskutować,
przekonywać i mordować
Matki następujące:

nienormalna feministka
laktacyjna terrorystka
katolicka waryjatka
oraz eko-chusto-matka
głupia zdzira, moherzyca,
egoistka, wampirzyca,
święta pinda, psychopatka
oraz każda inna matka.

Pierwsza z nich zaczyna furiatka:
"Halo! Ty tępa różowa lalo!
Tu nie lata sześćdziesiąte!
Jak można mieć dzieci piątkę?
Ty się naucz z gumką bzykać!
Albo idź do medyka,
niech ci podwiąże co trzeba!”

Na to druga: „Wielkie nieba!
"Jak to poszłaś do pracy?!
Moje dzieci są cacy,
Bo ja się umiem poświęcić,
Mnie kariera nie nęci.
A ty jesteś bez serca suka!
Ja wiem dobrze, mnie nikt nie oszuka,
Kobiety pracować nie muszę wcale,
Ja takie jak Ty to serdecznie walę!

Jak usłyszy to trzecia,
wrzaśnie: „Tobie się mózg rozleciał!
Ty od siedzenia w domu,
Masz intelekt silikonu!
Jak można w ogóle nie pracować,
Nie rozwijać się, marnować!
Mąż w końcu cię rzuci i dobrze zrobi!
Ty powinnaś mieszkać chyba w Nairobi!”

I od razu wszystkie matki,
wystukują cne notatki:
"Karmić piersią – to zwierzęce! Ja umywam z tego ręce!
Co? Butelką? Targowica! Butlą karmi wampirzyca!
Ja nie szczepię, nigdy w życiu! Wolę wylądować w kiciu!
Do przedszkola nie posyłaj! Tam kalectwo, syf i kiła!
Z mamą w domu? To kaleka! Jaka przyszłość dziecko czeka?
Moje na wierzchu ma być! A czyje?
Język ci wyrwę, oko wybiję!
Ty matką zwiesz się? Wstydź się, wstydź się!"
I wszystkie matki zaczęły bić się.
Przyjechała Święta Inkwizycja
I tak się skończyła matczyna audycja.

1 wrz 2011

Mech

Omszałam na umyśle mocno. Tak mi ten mech puszczański zrobił, a może i co inszego, w każdym razie od kilku dni siedzę nieustannie w mchu.

30 sie 2011

Cicho

Błąkam się ostatnio gdzieś między swoimi fobiami i obsesjami, a silnym pragnieniem porządku, spokoju i wolności od sztucznie tworzonych potrzeb. Stąd moje lekkie zauroczenie minimalizmem, o którego istnieniu nie wiedziałam, dopóki nie natknęłam się przypadkiem w sieci na Minimalistkę.

Bardzo chciałabym schwytać więcej takich chwil, jakie przydarzyły mi się wczoraj.

Gdy Dziobalinda szła obok mnie dmuchając bańki, wzlatujące w górę stadami i wirujące kolorowo w późnosierpniowym powietrzu.

Gdy leżałyśmy obok siebie na kanapie czytając czwarty raz z rzędu tę samą książeczkę o tym, jak Mała Księżniczka nie chciała się przeprowadzić do nowego domu.

Gdy Dziobalinda obudziła się z popołudniowej drzemki i przyszła do mnie twierdząc, że w zasadzie to jeszcze śpi. Po czym położyłyśmy się obie na kanapie i w ciszy patrzyłyśmy w okno. A na tym oknie, na tle nieba, stał dumnie wyhodowany rękami mojego Małżonka mały dąb (po 3 latach od włożenia żołędzia do doniczki wypuścił w tym roku aż 5 liści!).

W takich chwilach mój mózg wyciąga swobodnie nogi, nasuwa na oczy kapelusz i zapada w rozkoszną drzemkę. A ja w końcu mogę odpocząć od samej siebie.

26 sie 2011

Dziadek Zaleski

Dziadek Zaleski (lub Zalewski) to ojciec mamy mojego dziadka od strony taty. Czyli dziadek mojego dziadka. Czyli mój prapradziadek.

Dziadek Zaleski był to chłop jak dąb, prawie dwa metry wzrostu. Był, o ile mi wiadomo, kowalem. Mieszkał we wsi pod Lublinem, w której był szeroko znany jako komunista i ateista. Za swoje komunistyczne sympatie został w trakcie wojny aresztowany i zesłany do obozu w Majdanku, gdzie zmarł. Ale nie o tym będzie ta historia.

Otóż Dziadek Zaleski, jako się rzekło, był ateistą, znaczy się - do kościoła nie chadzał. Księdza jednak po kolędzie przyjmował, ale w swoim stylu - podejmując go wódką i zakąską. Stary proboszcz przyszedł raz do Dziadka po kolędzie, a zastawszy zaproszenie na jednego, oburzył się i zaczął Dziadkowi ciosać kołki na głowie. Na co Dziadek, krewkiego będąc temperamentu, księdza za kołnierz chwycił i z domu wyrzucił za pomocą kopniaka lub dwóch. Wieś grzmiała.

Parę lat później nastał nowy proboszcz. Gdy zimową porą nowy proboszcz wybrał się po kolędzie, cała wieś ostrzegała go, żeby do Zaleskiego nie szedł, bo Zaleski księży z domu na kopach wyrzuca. Proboszcz postanowił jednak zaryzykować, a gdy zawitał do Dziadka Zaleskiego, zastał zgodnie z tradycją wódkę, zakąskę i zaproszenie na jednego. Proboszcz zaproszenie przyjął. Od słowa do słowa rozpoczęła się rozmowa, w której to proboszcz wyznał Dziadkowi, że nudzi mu się i pszczoły by chociaż chciał hodować. Na co Dziadek odparł, że jest to rzecz do zrobienia, gdyż zna stolarza, który zimową porą nawet za pół ceny księdzu ule zbuduje, a pszczoły Dziadek sam ze swej pasieki dostarczy. Tak to rozpoczęła się pszczelarska znajomość Dziadka Zaleskiego z proboszczem. I choć Dziadek twardo do kościoła nie chodził, spotykali się z proboszczem na rozmówki o tym i owym, zapewne głównie o pszczołach. Ciekawa jestem bardzo, o czym jeszcze rozmawiali. I co z tego na koniec wynikło.

Ten proboszcz wcale nie nazywał się Don Camillo, jakby się kto pytał.

Wnuk Dziadka Zaleskiego, a mój Dziadek, zgodnie z rodzinną tradycją, nogi w kościele od 70 lat nie postawił i nie postawi. Z proboszczem żadnym nigdy nie rozmawia ani wódki nie pije. Rozmawia za to i pije wódkę ze mną, więc cienko bo cienko, ale jakoś tę rodzinną tradycję podtrzymujemy.

24 sie 2011

Łatwiej...

Chciałabym, żeby było łatwiej.

Żeby łatwiej mi było być pracującą mamą. Nie mieć wyrzutów sumienia za każdym razem, gdy czytam artykuł o tym, jak bardzo dziecko potrzebuje kontaktu z mamą, i że najlepiej żeby ta mama była jednak non stop. I gdy w rozmowie ktoś próbuje dowieść, że dzieci pracujących matek są nieszczęśliwe, gorzej się rozwijają, mają gorszy start w życie. Że pracująca matka to matka gorsza, niezdolna do poświęceń na rzecz dziecka. Że przecież zostać w domu jest łatwo, a różne powody, dla których kobiety pracują, są wyssane z palca, żeby nie powiedzieć, z d.

Żeby mi było łatwiej być chrześcijanką. Nie mieć wciąż tylu wątpliwości i pytań. Zaufać tak po prostu Temu, o którym nikt nic nie wie na pewno, a tylu wypowiada się z autorytarną pewnością. Widzieć w drugim człowieku bliźniego bez wysiłku, nie unosić się wciąż emocjami. Puszczać mimo uszu uwagi mojego dziadka, że nie umiem samodzielnie myśleć, skoro zdecydowałam się ochrzcić. Nie przejmować się tymi, którzy uważają za stosowne okazywać mi dobroduszną pogardę i informować mnie, że jestem spoko, tylko głupia, bo wierząca.

Żeby mi było łatwiej być człowiekiem. Nie zastanawiać się tyle, czy moje lub czyjekolwiek bycie ma sens. Nie szarpać się między „muszę”, „powinnam”, „ wypada”, a „czuję”, „pragnę”, „marzę”. Nie porównywać się wiecznie do tego, co wokół mnie, nie popadać ze skrajności w skrajność. Nie nadeptywać innym na ich czułe miejsca ze zwykłej nieporadności czy bezmyślności. Dawać innym takie ciepło, żeby mogli przy nim po prostu odpocząć. Nie szukać w innych samej siebie, ale słuchać i przyjmować otwarcie, bez strachu i uprzedzeń, bez szufladkowania.

Żeby mi było łatwiej być sobą. Nie bać się ciągle, nie bać się tyle, nie wahać się i nie kalkulować w nieskończoność. Podejmować ryzyko. Rozwiązywać problemy. Ponosić konsekwencje z otwartą przyłbicą. Nie drżeć przed złym spojrzeniem.

Ale nie jest mi wcale łatwo.

Tylko myślę sobie, czy gdyby mi było łatwo, to na pewno byłoby dobrze? Czy to właśnie o to chodzi, żeby mi było łatwo? Czy może ból jest sygnałem, że wciąż, że mimo wszystko, że naprawdę i realnie - żyję?

10 sie 2011

Sierpień

Zawsze w sierpniu dopada mnie na amen...

19 lip 2011

Roma locuta, causa iocosa

A.: A we francuskim dużo jest łaciny?

Salomea :No chyba we wszystkich językach tych... no, romańskich, jest dużo łaciny. W końcu dlatego są romańskie, że od łaciny, od Romów, nie?

17 lip 2011

Okruchy

Mam takie małe marzenie, dzielone poniekąd z Małżonkiem, żeby robić filmy dokumentalne. Z tym że on ich zrobił kilka, a ja jeden i to taki, ekhem, owaki, rzekłabym. A ja bym chciała uwieczniać chwile cudowne, które się zdarzają znienacka, a słowem ich w pełni oddać nie sposób.

No bo jak mam opisać atmosferę starych sadów na Służewcu, gdzie w upalne weekendowe popołudnie ludzie wychodzą się wygrzewać na słońcu, rozłożeni na kocykach, ręcznikach, w namiotach (sic!) - z daleka słychać szum przejeżdżających Puławską samochodów, w trawie grają świerszcze, a pod jednym z drzew stoi młody człowiek z rozłożonymi nutami i gra na saksofonie?

Albo jak opisać tę scenę w Parku Ujazdowskim, gdzie obok malutkiego wodospadu, pod niskimi drzewami siedzi starszy pan na leżaku i maluje obraz, i nagle z drzewa nad jego głową spada niczym dojrzała gruszka mały chłopiec, pupą prosto w zieloną trawę, a jego niewidoczny towarzysz wybucha perlistym śmiechem ukryty w zielonych liściach przed moim wzrokiem?

Jak opisać dzieci kwiczące i piszczące w strugach wody wyrzucanych przez małą fontannę, jak opisać radość w ich oczach i ekscytację z powodu chłodnego strumienia wystrzeliwującego znienacka w bose nogi?

Wszystko to chciałabym uwiecznić, ale nie umiem tego zrobić tak, jakbym chciała, słowami. Zachowuję więc w głowie jak cenne klejnoty – będę je sobie obracać w dłoniach w długie zimowe wieczory, ogrzewać się nimi i karmić, gdy za oknem znowu będzie szaro i smutno. Ale to jeszcze nie teraz.

Gdzie indziej

Dziobalinda: Chodźmy gdzie indziej. Tam będzie fajnie!

No nieprawda to jest? Przecież prawda - zawsze fajnie jest gdzie indziej.

13 lip 2011

Roar

Wczoraj po raz pierwszy w życiu podniosłam głos na obcą osobę w miejscu publicznym.

W popołudniowym tłoku pani w wieku zasługującym na miano szacownego zderzyła się z wózkiem, prowadzonym przez mego męża, a zawierającym w środku naszą córkę. Ciasno było, weszli na siebie, zdarza się. Jej złość wydała mi się zrozumiała, choć uderzenie wymierzone w wózek - już mniej (całe szczęście w wózek, nie w dziecko, w przeciwnym razie siedziałabym teraz w areszcie pod zarzutem pobicia). Jednak obelżywe słowo, które padło pod adresem mojego męża, wyprowadziło mnie z równowagi tak bardzo, że zanim się zorientowałam, ryczałam grubym głosem na dwa razy starszą ode mnie kobietę, że nie życzę sobie wyzwisk, że owszem, nie należy na ludzi wjeżdżać wózkiem, ale wyzywać też nie należy i nie zgadzam się na takie traktowanie mojej rodziny. Głos, który się ze mnie wydobywał przy tym, zaskoczył nawet mnie samą. Był to bowiem słynny "dyrektorski głos" mojej mamy - tak niski, że mama skutecznie mroziła nim niepokornych uczniów oraz powodowała mikropęknięcia w fundamentach okolicznych budynków.

Do tej pory nie wiedziałam, że mam w sobie ten głos. I nie wiedziałam też, że byłabym w stanie takim głosem przemówić do kogoś, zwłaszcza do kogoś starszego ode mnie. Do tej pory bowiem w milczeniu znosiłam popychanie, przesuwanie, prychanie i komentarze. Myślałam, że to wrodzona nieporadność powiązana z szacunkiem do osób starszych, a może cokolwiek innego, sprawia, że nie jest zdolna do reakcji innej niż przeżuwanie w sobie upokorzenia. A jednak nie, jednak jestem zdolna.

Co nie znaczy, że chciałabym taką sytuację jak wczorajsza przeżyć raz jeszcze. I nie chciałabym po raz kolejny dać się tak bardzo wyprowadzić z równowagi. I nie jestem dumna z siebie, natomiast czegoś nowego się o sobie dowiedziałam - i z tej wiedzy się bardzo cieszę.

12 lip 2011

A mury runą?

Bywają takie momenty, że dociera do mnie, co to znaczy, iż kto chce ocalić swoje życie, straci je, i że trzeba się zaprzeć siebie samego, żeby zyskać życie wieczne, życie prawdziwe. Bo na własnej skórze czuję, że im bardziej boję się o siebie, tym bardziej moje życie zaczyna przypominać grzebanie się żywcem w grobie.

Im mocniej skupiam się na swoich emocjach, na swoim lęku, na swoich oczekiwaniach, na swoich wyobrażeniach, tym mnie dostrzegam świata wokół siebie. Buduję wokół siebie zapory, filtry, przez które przepuszczam tylko to, co jest dla mnie wygodne i bezpieczne. Niekoniecznie dobre, a już na pewno nie w pełni prawdziwe, bo odarte z kontekstu, poszatkowane i przesączone przez moje prywatne sitka. A te sitka to nic innego, jak naczynia, które rozpadły się podziurawione strachem - nic już nie uniosą.

Im bardziej myślę o drugim człowieku w kategoriach „Co on o mnie myśli? Czy mnie lubi? Jak mnie ocenia? Co może mi zaoferować?”, tym bardziej przestaje być dla mnie realnym człowiekiem, a staje się tylko lustrem, w którym się sama przeglądam. Tracę szansę na realną relację, na poznanie kogoś poza sobą samą.

Im bardziej boję się tego, co się może stać, im bardziej obawiam się życia i świata, im bardziej krytyczna jestem wobec innych, tym grubszy mur wokół siebie buduję. Zamiast doświadczać życia w jego pełni, zamiast korzystać z rzeczywistości danej mi przez Boga, obserwuję trwożliwie przez wąskie okienka w wysokiej baszcie, gotowa uciec, gdy tylko zobaczę nadciągającą chmurę.

Najgorzej zaś, gdy zaczynam zamieniać doświadczenie w osąd, wysłuchanie drugiego człowieka w jego ocenianie. Wtedy moje wąskie okienka w murze mogą łatwo zamienić się w otwory strzelnicze.

6 lip 2011

Jej życie

Za mąż wyszła bardzo młodo, jak na nasze współczesne standardy. Pierwsze dziecko urodziła w wieku 21 lat. Chłopczyka. Ale chłopiec poważnie zachorował. Na raka. Zmarł, gdy miał 3 lata.

Już wówczas była w ciąży z drugim dzieckiem - córką. Córka urodziła się zdrowa. Ale całe życie chuchali na nią z mężem i dmuchali, bali się bardzo. Dziś druga córka ma 32 lata i wszystko jest dobrze. Córka jest trochę zła o to, że była ciągle trzymana pod kloszem. Że rodzice tak się z nią ciągle cackali.

Trzecie dziecko nie się urodziło wcale - poroniła. Zaraz potem poważnie zachorowała. Długi czas spędziła w specjalnym namiocie tlenowym, zarazki mogły ją zabić. Martwica skóry. Wizyty męża tylko w sterylnych warunkach. Dotyk tylko przez gumową rękawiczkę. Trwało tak długo, że gdy w końcu mogła wrócić do domu, jeszcze na wózku inwalidzkim, córka bała się do niej podejść.

W międzyczasie z mężem układało się różnie. Bywało kiepsko. Kryzysy. Ale jakoś przetrwali. Są ze sobą do dziś.

Czwarte dziecko miało się nie urodzić. Gdy zaszła w ciążę, lekarze zalecali aborcję. Powiedzieli, że ciąża poważnie zagraża jej zdrowiu, nawet życiu. Że dziecko może urodzić się poważnie chore. Nie zdecydowała się na aborcję. Urodziła zdrową dziewczynkę. Dziewczynka ma teraz 26 lat. Dwa lata temu wyszła za mąż.

Ta dziewczynka to moja dobra koleżanka. Znamy się od 5 lat. Ale dopiero teraz poznałam historię jej rodziny, jej mamy. Kobiety, o której nie piszą gazety, o której nie powstał film. Kobiety, która cierpiała, walczyła i przetrwała.

4 lip 2011

Polish my English

Małżonek dokonuje renowacji starych krzeseł. Dokonał renowacji krzesła nr.1 i prezentuje. Dziobalinda siada. Mości się. Uśmiecha z satysfakcją.

I rzecze: Ooo, faaaajne, naaaaajs!

28 cze 2011

Pan X miał zawał

Pan X miał zawał. Drugi to już zawał był, bo pierwszy Pan X przechodził, nie wiedział nawet, że miał. Ale drugi to już go powalił ostro. W szpitalu go potrzymali trochę, zbadali, a potem wypuścili i powiedzieli, że ma się zgłosić za 3 tygodnie na udrożnienie żył. Pan X wrócił do domu, ale pomyślał sobie, że 3 tygodnie nie będzie czekał. Postanowił zasymulować, że mu słabo, i zgłosił się do szpitala po kilku dniach. Przyjęto go na oddział i jeszcze tej samej nocy akcja serca ustała mu po raz pierwszy. Podjęto reanimację - z sukcesem. W ciągu kolejnej doby serce pana X stanęło jeszcze 3 razy. Reanimowano go już byle tylko uratować - bez żadnych żeli do defibrylatora, stąd poparzenia na klatce piersiowej. Ale udało się. Pan X żyje. Jakby nie zasymulował, to by już nie żył, w domu by pewnie umarł we śnie. Czasem oszustwo ratuje życie.

Tej reanimacji prądem to pan X nikomu nie życzy - jak się obudził, czuł się tak, jakby mu ktoś bejzbolem na dyskotece w łeb przyjebał. Dźwięczy wszystko i huczy w głowie. No ale grunt, że żyje. Tylko co to za życie teraz będzie. W sercu jakieś rurki, jakieś metalowe płytki. Zawodu pan X nie będzie mógł wykonywać przez pół roku. A dom chciał właśnie młodszemu synowi stawiać. Bo skoro już tak szczerze rozmawiamy, to pan X jest z domu dziecka. No i chciał dzieciom dać wszystko to, czego nie miał, chciał dać to, co najlepsze. A teraz co. Wiertarki nawet w ręku nie może trzymać, ręki wysoko podnieść nie może, żeby mu kable z serca nie wyszły.

Przejebane to życie jest, naprawdę, pan X to wie. No ale z drugiej strony, grunt że żyje, może się wnuczków doczeka. Sam dwóch synów ma, swoje możliwości już poznał, hehe, no to zobaczymy, co też młodzi teraz zmajstrują. Jedna zaleta tego zawału, że jak synowie usłyszeli, że to od fajek, to od razu rzucili palenie. Długo to może nie potrwa, się zobaczy, no ale teraz nie palą.

Jak się tak czeka na coś, to się dłuży czas strasznie. Człowiek myśli, że spał godzinę, a spał dziesięć minut, i kurwa kiedy się ten dzień skończy. Byle do wieczora, łyknąć proszki i zasnąć. A badanie to najprędzej w poniedziałek, teraz weekend, nie ma kto badań robić. Pan X musi wracać, bo jeszcze lekarz zobaczy, opieprzy.

Pan X dostał swoje życie jeszcze raz.

26 cze 2011

Skarbczyk Słów Zapomnianych vol. 3




Dzisiejszy odcinek sponsorują latająca niczym z propelerem Mariposanegra oraz Wojciech Młynarski.

21 cze 2011

Smuteczki

Nad brzegiem stołecznej rzeczki, mieszkały małe smuteczki.
Ten pierwszy smuteczek albowiem spółdzielnia rujnuje mi zdrowie,
i w swym dzikim szale uparta podnosi mi czynsz raz na kwartał.
Ten drugi pierwszemu jest bliski, bo na wodę też przyszły podwyżki,
a trzeci smuteczek niestety, bo od sierpnia drożeją bilety,
a czwarty smuteczek bo żarcie nieustannie drożeje uparcie.
I przyszedł piąty smuteczek, skąd się wziął, czy państwo zgadniecie?
Ano stąd się przyplątał nieborak, że od września drożeją przedszkola!
Tak mnie piąty smuteczek zaskoczył, że mię strzelił jak ... między oczy.

Strzelonam, leżę i krzyczę.

20 cze 2011

Pies Pawłowa

On powiedział, ja odpowiedziałam. Ona napisała, ja odpisałam. On krzyknął, ja krzyknęłam. Oni stwierdzili, ja się sprzeciwiłam. One wydały opinię, ja wydałam kontropinię.

Jak pies Pawłowa. Akcja - reakcja. Natychmiast. Póki emocje są żywe, póki język ostry, póki słowa spływają do głowy kaskadą. I taką samą kaskadą wylewają się z niej w przestrzeń. I potem w tej przestrzeni żyją sobie własnym życiem, harcują, pączkują, tworzą nowe światy. Gdy tymczasem głowa po ostudzeniu znajduje się w punkcie zero - nic się nie zmieniło, nic się nie stało, nie było się o co pieklić.

Och, jak ja nie lubię być psem Pawłowa, chodzić na pasku własnych emocji, reagować wzorcowo niczym eksperymentalny gryzoń, gryźć wtedy, gdy mi zapalą czerwoną lampkę!

A przecież orientuję się zazwyczaj po czasie. W pierwszym odruchu wydaje mi się zawsze, że to moja wolność, moja niezależność, mój intelekt się odzywa, że w słusznej sprawie kruszę kopię. A potem najczęściej się okazuje, że to znowu emocje, że znowu zareagowałam szczekaniem na brzęczyk.

Panie Boże, gdzie się to wyłącza?

16 cze 2011

The Host of Serpahim

Wrzucam, bo jeszcze znowu zgubię. A są takie dni, kiedy muszę tego posłuchać na-tych-miast.

15 cze 2011

Biała lokomtywa

Kiedy pierwszy raz usłyszałam ten kawałek, miałam może z 10 lat. I nie mogłam w nocy spać. Serio.

14 cze 2011

Dzień podziękowań

Równo 29 lat temu w pewnym bydgoskim szpitalu pewna młoda, 22 letnia kobieta postanowiła, że tego dnia urodzi swoje pierwsze dziecko. Mimo iż lekarze byli innego zdania, stwierdzając, że na poród za wcześnie i że dziecko zdecydowanie za małe, mimo prób powstrzymywania porodu, kobieta poczuła, że rodzić musi i koniec kropka. To samo poczuło jej dziecko - nie wiem, czy wiedziało już wtedy o zielonych wodach płodowych, w każdym razie na pewno czuło, że zaczyna być kiepsko, że najwyższy czas wychodzić, wychodzić więc zaczęło nerwowo, ale konsekwentnie. I dzięki wspólnej matczyno-dziecięcej determinacji wyszło, rzeczywiście małe i już ledwo żywe, ale wyszło. Podobno z pierwszym oddechem i pierwszym krzykiem był jakiś problem. Ale jak już krzyknęło, to się darło porządnie. Podobno minę miało niczym urażona w swej dumie hrabina. Rodzice byli zadziwieni tym, jak małe było (2,5 kg, po spadku 2 kg). Na imię nie dali mu Wacław, bo było dziewczynką.

Dziś powinnam podziękować mojej mamie za to, ze była taka dzielna i mądra, sobie za to, że byłam mimo swych 2,5 kg wystarczająco zdeterminowana, i Bogu za to, żeśmy obie z mamą z tego cało wyszły. Toteż dziękuję z wdzięcznością :)

9 cze 2011

Nieśmiertelność

Zainspirowana wczorajszymi rozważaniami o zwłokach, które sponsorowała Mariposanegra, przemyśliwałam sobie w tramwaju na temat nieśmiertelności. I wyszło mi, abstrahując od moich czy czyichkolwiek zapatrywań na kwestie życia po śmierci, Boga, nieba i piekła, otóż powiadam wyszło mi, że człowiek jest w istocie nieśmiertelny. I że to się da obserwować mniej lub bardziej wnikliwym okiem już teraz.

Bo tak. Mój tata. Mój tata nie żyje od ponad 2 lat. Nie widzę go i nie mogę z nim porozmawiać. Nie mogę go już przytulić, co lubiłam robić nawet jako duża już całkiem dziewczynka. Ale wciąż go słyszę. Słyszę w głowie jego śmiech. Jego powiedzonka i udzielane pół żartem, pół serio rady („Oficer to jest takie bydlę, które sobie zawsze daje radę!”). Słyszę go, gdy przemawiam do Dziobalindy sztandarowym tekstem taty, nawet z jego intonacją „Droga córko!”. Czuję jego obecność wtedy, gdy korzystam z tego, czego mnie nauczył. A nade wszystko uświadamiam sobie, że jest ze mną, zawsze wtedy, gdy myślę o tych, których kocham. Bo wiem, że tata kochał mnie. I wiem, że ta jego i mojej mamy miłość, ta do dzieci i ta wzajemna (choć się w ostateczności okazała niezdolna pokonać kolejnej przeszkody), ta miłość mnie ukształtowała i dała mi zdolność kochania innych ludzi. I wiem, że miłość którą kocham Małżonka, Dziobalindę, rodzinę i przyjaciół, że ona zawiera w sobie miłość, którą otrzymałam od rodziców. I że puszczam ją dalej w świat i mam nadzieję, że ona pójdzie wraz z Dziobalindą dalej. Że kiedyś ktoś, kto nie będzie wiedział o istnieniu moim czy moich rodziców, będzie jednak niósł nas w sobie, te nasze miłości, które wkładamy w bliskich nam ludzi.

Tak się właśnie człowiek rodzi, rozwija i rozmnaża. Choć nie wiem, czym w istocie jest człowiek. Ale że się człowiek realizuje w tym, co daje innym ludziom i w tym, co od innych ludzi otrzymuje, tego jestem pewna.

Tyle, że nie zawsze otrzymujemy i dajemy rzeczy dobre. Zbyt często dostajemy od innych ból i cierpienie, które przekazujemy dalej. I - wiem, że już kiedyś o tym pisałam - chyba na tym polega nadstawienie drugiego policzka, żeby nie tyle dać się zgnoić z bezradności, co świadomie zatrzymywać ten transfer cierpienia, nie przekazywać go dalej, ale przemieniać je w miarę możliwości. Bo to, co dajemy innym, to jesteśmy właśnie my - nieśmiertelni. Idziemy potem w świat i ślad po nas nie ginie nigdy.

Chciałabym bardzo zostawić taki ślad, który nie rani.

7 cze 2011

Take mam myśl

W internecie ludzie som bardzo mądre. Radę dadzom każdemu i na każdy temat. Najlepiej opatrzoną subtelnom reprymendom. No-halo-proszę-ja-ciebie ja nie mam dzieci, a wiem, że to normalny etap w rozwoju dziecka, a ty nie wiesz, klaps się należy pah pah. Se nie myśl, że ci się upiecze, bo fejsbuk patrzy, blip patrzy, forum patrzy, wie o Tobie wszystko wszyścichuno i jak mawiał Dzierżyński - ufa, ale kontroluje!

(Dzierżyński to był na pewno? jak nie, to poproszę reprymendę i pah pah linijką po łapach - nawet nie jęknę, bo będę wiedzieć, że mi się należało).

31 maj 2011

Jak się skutecznie udręczać

Poradnik dla młodych matek pracujących

Jeśli nić żywota nazbyt mało napiętą ci się zdawa, a spokój ducha uciążliwym ci jest niczym w klasztorze tym żeńskim jutrznia codzienna i w ogródkach roboty ręczne, oto masz sposób niezawodny, aby w codzienność swą obmierzłą wpleść tragizm niczym z Medei Eurypidysowej, co włos jej niczym fale nadmorskie wzburzone ze zgryzoty całkiem posiwiał i zmarniał, lub niczym z wenezuelskiej telenoweli o pięknej dziewczynie imieniem Cielo, którą życie przykrymi przytykami doświadczyło srogo. A oto i on.

Rozmawiając z młodymi matkami pozostającymi z dziećmi w domu - dręcz się myślą, że tylko zła matka pracuje, dziecię małe pod opieką babci lub w przedszkolu lub w szkole zostawiwszy. Myśl intensywnie o tym, jak traumatyczny wpływ ma Twoja praca na Twoje dziecko, którego życia stanie się pasmem nieszczęść odtąd aż do śmierci. Jeśli przypadkiem Twoja praca dostarcza niezbędnych składników domowego budżetu, bez których nie spłacicie kredytu na mieszkanie/nie zapłacicie czynszu/nie kupicie dzieciom butów etc. - tym lepiej! Dręcz się myślą, że jesteście rodziną nieudaczników, której powinno się odebrać prawo do rozmnażania.

Rozmawiając z młodymi kobietami pracującymi (matkami lub nie, jak wolisz), robiącymi karierę - dręcz się myślą, że pracujesz już 5 lat w tej samej firmie, nie zarabiasz wcale 5 tys. na rękę, nie masz służbowego Blackberry, nie jeździsz na służbowe wyjazdy do Walii i nie masz służbowego samochodu. Nie realizujesz ambitnych celów, nie rozwijasz się. Nie porzuciłaś też pracy biurowej po to, aby w starej kamienicy na Powiślu otworzyć Centrum Twórczego Rozwoju dla Kobiet z Solca i Pelcowizny i zostać bohaterką reportażu w Zwierciadle. Ponadto rano musiałaś z woli sił wyższych zmienić szybko spodnie na spódnicę i teraz z przerażeniem stwierdziłaś, że nogi przecież goliłaś dwa dni temu i że widnieją na nich pierwsze wykrzywione z złośliwym uśmiechu wredne gęby czarnych i okrutnych niczym koreańscy żołnierze włosków.

Stosuj te dwie metody naprzemiennie i regularnie, a już po tygodniu zobaczysz pierwsze efekty. Po miesiącu dostaniesz nerwicy, a po pół roku będziesz chuda, melancholijna i mroczna, z tendencjami do romantycznych wybuchów płaczu i rwania pięknych długich włosów (olałaś już dawno chodzenie do fryzjera, nie zasługujesz na życie na tym świecie, a co dopiero na fryzjera!) ze swej porcelanowej kruchej głowy.

Satysfakcja gwarantowana.

30 maj 2011

Duża rzecz

Wczoraj Małżonek dokonał oficjalnej konwersji na luteranizm. Jesteśmy teraz wszyscy troje prawdziwą kacerską rodziną!

To jest w naszym życiu naprawdę Duża Rzecz, z serii Tych Dużych Rzeczy.

27 maj 2011

Ciekawa praca magisterska

Ktoś tu w me skromne progi trafił szukając ciekawej pracy magisterskiej na temat empatii lub inteligencji emocjonalnej. Przepraszam, ale nie posiadam. Posiadam za to bardzo ciekawą pracę magisterską na temat: "Obraz Konstancjusza II w pismach Hilarego z Poitiers i Lucyferiusza z Calaris czyli kanon inwektywy antycznej w pismach wczesnochrześcijańskich". Serio serio. Można cytować nieodpłatnie.


Drogie Bravo, czy teraz się szuka prac magisterskich w necie?

24 maj 2011

Urodziny

No więc były urodziny Dziobalindy. Trzecie. I przy okazji tych urodzin pomyślałam sobie, że przecież nie świętujemy faktu, że to trzecie, tylko że to urodziny. Innymi słowy, nie dlatego dajemy komuś prezenty urodzinowe, że ktoś ma „już ileś tam lat” (bo żadna to jego zasługa, nieprawdaż), tylko dlatego, że kiedyś tam on się urodził – po prostu – i jest. Sam fakt istnienia czyjegoś świętujemy. Bo jego istnienie przynosi nam radość, ono samo, bez żadnych dodatków w postaci starannego wykształcenia (malowanie na szkle, lektura francuskich powieści, gra na klawikordzie) i szeroko pojętego sukcesu.

„Cieszę się, że jesteś” – mówię komuś, robiąc dla niego tort. W tym wypadku własnej córce. Która świętowała swe urodziny między innymi tak:



Tymczasem wczoraj były urodziny mojego taty. Nie mogę mu już powiedzieć, że się cieszę, że jest. Ale nadal cieszę się, że był. Toteż tatowe urodziny świętowaliśmy z Małżonkiem tak, jak mój tata doceniał i lubił – wódką czystą popijaną z kielonków do jajek, wznosząc toasty za jego powodzenie gdziekolwiek jest teraz. I czułam, serio serio, czułam, że się tata do tej naszej imprezy momentami dołączał. Jak to się mówi – duchem. Ha ha.

Wiele rzeczy chciałabym tacie powiedzieć, ale myślę, że teraz on już to wszystko wie i bez mojego mówienia. Taką mam przynajmniej nadzieję.

19 maj 2011

Migawki

Urlop mam. Komputer nie. Internet nie. Bieganie tak. Rower tak. Lato w mieście. Powsin wita. Pan w Powsinie imputował mi posiadanie legitymacji studenckiej. Ha ha. Ha.

Bazylia mi zakwitła w doniczce na parapecie. Pierwszy raz w życiu widzę kwitnącą bazylię.

Urodziny Dziobalindy trzecie. Upiekłam już dwa ciasta. Ciąg dalszy nastąpi. Dziobalinda śpiewa ciastom "sto lat". Najlepszy jak dotąd prezent to trzy samochodziki od Zygzaka Mcquenna. Wyścigi trwają nieustannie.

Bardzo bardzo bardzo lecę na własnego męża. Hm.

Jeszcze tylko 4 dni urlopu.

10 maj 2011

Na początku było słowo

Podobno Bóg stworzył świat słowem.

Im więcej siedzę w necie, tym wyraźniej widzę, jak słowo stwarza mnogie światy - różne, takie, do których chce się wejść i zostać, oraz takie, z których chce się jak najszybciej uciec. Dwa lata na kilku forach internetowych świetnie mi ukazało ten mechanizm. Widziałam i doświadczałam, jak można słowem przerzucić mosty nad podziałami oraz jak można zranić tak, że rany zostają głębokie, choć to tylko iluzoryczna przestrzeń na monitorze. Wiem, że w życiu realnym to działa tak samo, ale w necie jakoś lepiej to widać chyba, bo tu jest słowo obnażone, pozbawione kontekstu, wsparcia mimiki - trzeba nim operować ostrożnie niczym skalpelem, bo czasem źle dobrany zaimek powoduje lawinę nie do zatrzymania.

Przykro jest mi zwłaszcza czytać słowa niektórych osób, dla których słowo jest chlebem powszednim - są z nim zaprzyjaźnione, umieją nad nim zapanować, znają jego tajniki. Obracają nim sprawnie i efektownie. Wiedzą, jaką ma moc, a mimo to używają go jak floretu, a czasem - o zgrozo - jak miecza. Widziałam takich przykładów kilka. Do kilku osób straciłam szacunek.

Czasem cyzeluję słowa jak pedantyczny jubiler, obracam każde i sprawdzam, czy aby nie ma zbyt wystających kantów. A czasem wyrzyguję je z siebie tylko po to, żeby poczuć ulgę, jak po ciężkim alkoholowym zatruciu. I wtedy mogę zachlapać komuś buty. Nie chciałabym jednak złapać się na tym, że wykuwam słowom kunsztowne groty i haki tylko po to, żeby komuś finezyjnie wyszarpać z piersi kawałek ciała. Oby ominęła mnie ta pokusa.

6 maj 2011

Cidops

Wyszliśmy już z fazy, gdy dziecię o 6.00 rano budziło nas dzikim wrzaskiem ze swego szczebelkowego łóżeczka. Zupełnie niespodziewanie dla mnie (bo myślałam, że to znacznie później!) weszliśmy w fazę, w której to ja wstaję wcześniej i idę czochrać gołe nóżki wystające spod kołdry i namawiać syrenim głosem "wstajemyyyyy!", a Dziobalinda zakrywa głowę misiem mrucząc "Jeszcze pięć minutek...".

Jak wiadomo, jedną z najlepszych metod wychowawczych jest bakszysz. A zatem dziś rano wyciągnęłam Dziobalindę z łóżka "Cidopsem", który to "Cidops" ostatnio obie maniakalnie uwielbiamy.

Whenever I hear goodbays
- śpiewam ja.
Remind me baby od you! - śpiewa Dziobalida.

4 maj 2011

Budyń poranny

Moja kochana mamusiu - powiedziała Dziobalinda - jak okropnie cię lubię!

I mój mózg roztopił się w skondensowane mleczko o smaku karmelowym.

Może i życie nie ma większego sensu, ale potrafi chwycić za serce tak, że się chce żyć dla tej jednej chwili.

23 kwi 2011

Czekanie

Czekanie wielkanocne powinno być czekaniem radosnym. Czekamy na zmartwychwstanie, czekamy na zwycięstwo miłości nad śmiercią.

Tymczasem pewna bardzo mi bliska rodzina czeka na OIOMie na tatę, który już drugi dzień w stanie ciężkim leży pod respiratorem.

Została modlitwa. O którą bardzo proszę.

UPDATE 27.04.
Ów tata już bez respiratora trzeci dzień, oddycha samodzielnie, jest przytomny. Cudowna, cudowna wiadomość!

22 kwi 2011

"Lud to czarne szuje, powiem ci to szczerze, nie całkiem pojmuję, skąd ten lud się bierze!"

Postanowiłam sobie wczoraj zafundować odrobinę luksusu - zanurzywszy się w wonnych olejkach i aromatycznych solach kąpielowych pobrałam do rąk swych kwietniowe Zwierciadło, z którym od czasu do czasu się przepraszam, niczym kobieta-bluszcz ze swym toksycznych kochankiem pijakiem. Co robi kochanek pijak, gdy wraca do niego skruszona kobieta-bluszcz? Bo Zwierciadło serwuje artykuł o tworzeniu więzi między matką i dzieckiem. Po którego lekturze czuję się mniwiency jak po wieczorze z kochankiem pijakiem.

Bo tak. Dziecko potrzebuje mamy. Zgoda.
Potrzebuje też taty, ale mniej. Hm. No ale ok.
Dziecko jest gotowe do krótkiej rozłąki z mamą dopiero gdy ma 3 lata. Jeśli nam się wydaje, ze nasze dziecko jest „śmiałe” i wcześniej gotowe, to znaczy, że jest patologiczne i niezdolne do tworzenia więzi ( pani psycholog mówi: Widziała pani dzieci w domu dziecka? One też są śmiałe i cały czas się uśmiechają!). Zaczynam się bać.
Dziecko, którego mama poszła do pracy przed jego 3 urodzinami nie jest w stanie tworzyć bezpiecznej więzi. Nie będzie umiało budować zdrowych relacji z innymi. To bardzo zła wiadomość dla mnie.
Łatwo poznać takie dziecko - np. w supermarkecie. Dziecko, które ma z rodzicami bezpieczną relację, idzie grzecznie z nimi, nie trzeba go wołać ani pilnować. Jeśli dziecko biega, ucieka rodzicom, psoci - to znaczy że ma „pozabezpieczną” więź z rodzicami. Na Jowisza, moje dziecko psoci i ucieka!
Dzieci oddzielone od matki stają się upośledzone.
No to mamy duży duży klops.

Ale ok, niechaj będzie. Nie jestem psychologiem, nie znam się, może i pani ma świętą rację (czy na pewno ma?). Ale ma też pani w sobie chyba świętą naiwność (o sancta simplicitas! woła się po łacinie na to). Gdyż albowiem na tym artykuł się kończy. Nic o tym, co robić, drogie Bravo, jeśli z różnych powodów rodzina nie może zrealizować planu „3 lata w domu z mamą, a potem przedszkole na 4 h dziennie”. Czy dzieci z tych rodzin są upośledzone, proszę pani psycholog? Czy rodzice tych dzieci mają szanse jakoś je przed tym upośledzeniem uchronić, szanowna pani? Czy, wysoki sądzie, wszystkie te rodziny, my, patologiczny proletariat, jesteśmy z góry skazani na socjopatię i pozabezpieczne więzi? Czy jest dla nas ratunek, czy tylko przymusowa sterylizacja lub rezerwaty?

I czy ma to coś wspólnego z tym, że w dziale moda proponujecie mi torebki za 6 tysi i okularki za 700 peelen?

20 kwi 2011

Rym cym cym

Dziobalinda śpiewa tak:

Aż w końcu znalazł się kupiec,
bo z kaczki zrobił się głupiec.

19 kwi 2011

Chce mi się

Chce mi się wyjechać gdzieś - na wieś. Wsi spokojna wsi wesoła, co w niej nie mieszkam, więc nic o niej nie wiem, a w głowie pieszczę sielskie wyobrażenia mieszczucha.

Do puszczy, do boru, do jezioru, ja muszę w końcu się ruszyć stąd, bo za oknem widzę dzień w dzień Sarajewo. Autentyczny obraz powojennego "nic", z kikutami i pustymi oczodołami opustoszałych kamienic. Dzień w dzień przekraczam magiczną linię, której kiedyś - przecież nie tak dawno! - ludzie nie mogli przekraczać, skazani na odchodzenie w samotności - a ja mam wrażenie, że ich wspomnienia jeszcze unoszą się nad dachami, wychylają się z piwnicznych okienek. I sama nie wiem, czy powolne odżyw(i)anie tych miejsc, cerowanie tej dziury i zabliźnianie rany dobrze im robi, tym zapomnianym ludziom, czy źle? Bo chyba o to chodzi, żeby żyć dalej, ale też, żeby w tym życiu, z tym prądem, nieść wspomnienie o nich? Co kiedyś tak samo byli, jak ja?

Tymczasem Sarajewo się zieleni, niemrawo, nieśmiało, ale jednak. Mam w sercu dużo czułości dla niego. Witam się z nim codziennie jak z przyjacielem. Ale.

Muszę wyjechać, choć na chwilę, albo przynajmniej przeprowadzić się do wielkiego domu z ogrodem na starej Sadybie (o!). Siedzieć na ganku, patrzeć na ogród pełen piwonii (piwonii?) i sączyć popołudniową kawę w świetle zachodzącego słońca.

Albo chociaż zbudować letni ogród na balkonie. Bo w sumie z balkonu widok mam też z tych kojących raczej. Na zieleń i na horyzont. O.

15 kwi 2011

Frankie goes to...

Spostrzegłam z niekłamanym przerażeniem, że nie umiem już odpoczywać. Gdy czasem przez przypadek wdepnę w wolnostojącą kulkę wolnego czasu, wpadam w lekką histerię, jak ktoś, kto został zaproszony na imprezę pierwszy raz od 20 lat i zastanawia się, czy to było zaproszenie podyktowane szczerą sympatią, czy też chęcią upicia, założenia gaci na głowę i spuszczenia tejże głowy w kiblu ku ogólnej uciesze okrutnej gawiedzi.

Nie umiem się zrelaksować. Jedyne, co przynosi mi ulgę, to sporządzanie listy zadań w google calendar. I porządkowanie ich, odhaczanie a potem dodawanie nowych.

Wolny czas jest dla mnie czymś mitycznym i przerażającym niczym Yeti. Może dlatego wieczorem zamiast brać kąpiel w aromatycznych olejkach i czytać relaksujące książki o gospodyniach domowych odnajdujących swą zagubioną duchowość na wycieczce w Indiach, walę się jak kłoda tam gdzie stoję, niczym narkoleptyk, żeby obudzić się rano z bólem głowy i wyrzutami sumienia? Nie mam cukrzycy ani depresji, tylko po prostu zbyt mnie stresuje myśl, że mogłabym się nie stresować?


13 kwi 2011

Ujawniam twarz!


Jedna z postaci ludzkich na tym zdjęciu to jestem ja. Sześć lat temu. Serio serio.

Sens

Rozmyślam na tym wpisem J. od kilku dni.

W wywiadzie dla TP Stefan Chwin mówi tak:
„Ja zresztą uważam, że sens życia to sprawa drugorzędna. Dużo ważniejszy jest ten ogień, który tylko czasem się w nas pali i nie wiadomo skąd go wziąć, gdy go zabraknie. To jest zresztą dzisiaj problem wielu ludzi.

Pan podsyca w sobie ten płomień? Dzięki miłości? Bo raczej nie władzy...

Bez miłości wszystko jest do niczego. Ale mnie do życia są też potrzebne dość ostre spięcia międzyludzkie. To one rozpalają we mnie iskrę, która wciąż przygasa.”

Ja myślę z kolei tak. Czy jest sens? Nie wiem. Nie widzę go zazwyczaj.

Bo w gruncie rzeczy chyba nie ma sensu. Bóg stwarza człowieka bez sensu. Bo tylko z miłości. Bez żadnych innych przyczyn i celów. Po prostu z miłości.

Podobno Matka Teresa całe życie zmagała się z poczuciem braku sensu. Robiła jednak, co robiła, z miłości do ludzi.

Czy Bóg wierzy w sens? Czy też, jak mówi Chwin, sens jest sprawą drugorzędną? Bo z nich wszystkich najważniejsza jest miłość.

Czy może miał rację De Mello pisząc, że w istocie jedyne co jest naprawdę to miłość i strach? Bóg - życie i strach przed życiem?

Ale sens? Nie widzę. Po prostu ufam. Zupełnie bez sensu.

12 kwi 2011

Komunikat o stanie

Niniejszym chciałam ogłosić, że:
1. Zatrułam się w indyjskiej knajpie (Ganesh na Ursynowie - nie idźcie tam!) i od 3 dni nie mogę nic jeść.
2. Mimo to nadal mam na sobie tonę tłuszczu, która przez zasiedzenie zyskała prawo stałego pobytu i nie mam jak jej eksmitować. Takoż z pociążowymi rozstępami. Squatują u mnie i robią se happeningi jak Łódź Kaliska. I nie, znowu nie dałam rady wstać o 6.00 rano, żeby biegać.
3. Nie dałam rady wstać o 6.00 rano, bo do 2.00 w nocy walczyłam z PITami.
4. Bo źle wypełniłam jedno okienko w programie i wyszło mi, że musimy płacić podatek, zamiast dostać zwrot! I dostaliśmy zawału i palpitacji, i do 2.00 w nocy z długopisem i kalkulatorem miotałam niczym Russel Crowe w Pięknym Umyśle, aż w końcu siłami własnemi obliczyłam, że jednak mamy ten zwrot i że źle kilknęłam jedno okienko w pieprzonym programie.
5. I nadal nie jestem bogata. Mimo tego zwrotu.
6. I dziecko mi płacze, jak idzie do przedszkola. Zła zła matka, co jej dziecko płacze. I rano do przedszkola dostojne, okrągłe mamy z kolejnymi potomkami w brzuchach odprowadzają spokojnym, niespiesznym krokiem swe rumiane i szczęśliwe pociechy, a ja ciągnę swe znękane, płaczące dziecko, pełna zazdrości i rozpaczy na raz, bo też chcę być dostojna, spokojna i mieć kolejnego potomka. A tymczasem pędzę do pracy, która daje mi poczucie, że zarabiam, ale nie daje mi poczucia, że mam tyle kasy, żeby zapraszać kolejnego potomka na ten świat.
7. I sklep internetowy wydyndał mnie i nie będę mieć ślicznych nowych Adidasów za 89 zł, bo się pan zorientował, że jednak wyprzedaże mu się nie opłacają. Więc się wycofał z transakcji. Mentula magna minax!
8. I przeczytałam raz jeszcze Bridget Jones, co ją czytałam 10 lat temu. I z przerażeniem odkryłam, że teraz to ja mam tyle lat co ona i teraz to ja jestem jedną z bohaterek (chyba Magdą, tą od „Hej Bridge, chciałam Ci powiedzieć do nocnika! Włóż kupkę do nocnika!). Aaaaaaa!
9. Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!
10. Koniec komunikatu. Dziękuję za uwagę.

11 kwi 2011

1%




Mój 1% jak co roku idzie dla Wiktora, syna mojej kuzynki. Wiktor to dzielny chłopak jest. I bardzo dzielni są jego rodzice. I brat. Wszyscy są dzielni i godni podziwu.

Jeśli ktoś też zechce pomóc Wiktorowi, to namiary są w linku albo u mnie - mailowo.

8 kwi 2011

Oj coś leniwa głowa mi się kiwa kiedy wieje wieje wiatr

No dobra, miałam tu coś napisać. Coś o B. i A. i o naszej sięgającej czasów podstawówki burzliwej przyjaźni. Coś o tym, jak to wczoraj świętowałyśmy sukcesy A. - jej awans z ważnego stanowiska z niezłą kasą na ważniejsze stanowisko z lepszą kasą oraz jej urodziny, które nie były jeszcze trzydziestymi. I że meksykańska knajpa i alkohol i fajnie, i że taki mi dobrze imprezować z kimś, z kim piłam pierwszą wódkę, paliłam pierwsze papierosy i czyniłam pierwsze zwierzenia.

Ale wczorajsze żarcie meksykańskie i alkohol i pogoda dzisiejsza mocno brytyjska uczyniły mój mózg wiotkim i kruchym. Choć jednocześnie podobnym do budyniu. Kruchy ale budyń. Więc no. Nie da się. Sorry Gregory.

Ale Gabriel za to, o! Piękny młody Gabriel! Tata mój dawno mi już mówił, że Genesis to było z Gabrielem, a potem to była kupa, nie Genesis. I miał oczywiście rację. Czego dowody są następujące: