30 gru 2012

Kolejne Prawo Murphy'ego

Jeśli za kilka dni masz wrócić do pracy po przedłużonym urlopie macierzyńskim, Twoja półroczna córka przestanie spać, rozchoruje się poważne (Augmentin welcome to!) i odmówi jedzenie czegokolwiek, co nie jest piersią matczyną.

Starsza córka i mąż rozchorują się również.

Powrót do firmy za 4 dni.

27 gru 2012

Jak bardzo brzydki?

Wieczorne rozmowy z Małżonkiem.

Synafia: Ależ ten wokalista Turbo to był brzydki jak kał murarza.
Małżonek: On to raczej jak g..... po jagodach.


24 gru 2012

Narodzenie Boże!

To nasze pierwsze Boże Narodzenie we czwórkę. Zupełnie inne, niż do tej pory, inne, niż standardowo, inne i tyle. A zatem życzę.

Tym z Was, dla których to po prostu Boże Narodzenie - żeby te święta były dla was dobre, pogodne, radosne, dające wytchnienie,

A tym z Was, dla których, jak i dla mnie, to Narodziny Boga - żeby nam się rodził codziennie w sercach, w oczach tych, którzy są nam bliscy, w sylwetkach tych, którzy są nam dalecy, w tym co dobre, i tym, co trudne. Żebyśmy chcieli iść za nim wciąż i nie tracili wiary. Żeby nam było radośnie przy tym. Jak przy śpiewaniu kolędy.

A że Święta inne są dla mnie w tym roku, to i kolęda będzie inna :)


14 gru 2012

Trzy opcje

Dostałam wieści niezbyt przyjemne i niezbyt pomyślnie wróżące naszemu budżetowi domowemu, a także poczuciu satysfakcji i spełnienia w sferze zawodowej jednego z nas (bo miewamy, owszem, miewamy z rzadka takie poczucie). Swoim starym dobrym zwyczajem moje dziecko wewnętrzne rzuciło się na ziemię i zaczęło spazmatycznie szlochać, gdy tymczasem obok zasiadła zamieszkująca mnie również stara zrzędliwa ciotka i zaczęła wzdychać, jęczeć, zrzędzić i międlić w palcach robótkę ręczną, dopiero co zaczętą - szalik dla Giganny.

Trwało to, jak to u mnie zwykle, dobrą chwilę. Może nawet bym sobie zaklęła szpetnie, gdyby nie dziecka bawiące się obok, a może i napiłabym się, gdyby nie dieta matki karmiącej. No więc tylko pogrążyłam się z ponurą masochistyczną satysfakcją w czarnej otchłani rozpaczy.

A potem mi przeszło. Bo mieszka we mnie jeszcze taka jedna, nie wiem sama dokładnie, kto to jest, ale przychodzi w podobnych chwilach i mówi mi tak:

Są trzy opcje.
Opcja pierwsza - jest kiepsko, ale potem będzie lepiej. Jeśli tak, nie ma się czym martwić, można spokojnie przeczekać.
Opcja druga - jest kiepsko, ale potem będzie jeszcze gorzej. Jeśli tak, nie ma się czym martwić, lepiej się cieszyć tym, co jest, póki jest.
Opcja trzecia - jest kiepsko i tak już zostanie. Jeśli tak, nie ma się czym martwić, trzeba się przyzwyczaić i nie marnować reszty życia na smutki.

Zawsze działa!

8 gru 2012

Zaszczyty

Mam takie dni, jak ten, który właśnie minął, że za sukces uważam sam fakt przetrwania do wieczora. Kiedy przytłacza mnie wszystko i z niczym sobie nie radzę, a już najmniej  - z własnymi dziećmi. I myślę sobie wtedy: O Panie Boże, zaprawdę dałeś mi dzieci nieprzeciętne - jedno cały dzień krzyczy niczym Godzilla w stanie ostatecznej utraty równowagi psychicznej, odmawia wzięcia na ręce każdemu, kto nie jest mamą, płacze z wściekłości, gdy wypadnie mu z ręki zabawka; drugie przez cały dzień śpiewa tubalnym głosem pieśni poliglotyczne własnego autorstwa, przemieszcza się tylko biegiem lub skokiem, fika kozły, tańczy, fruwa na wysokości lamperii, kłóci się ze mną o każdy przecinek w zdaniu. Natężenie emocji, intensywność osobowości moich córek nie daje mi zbyt wielu chwil na umysłowe (o fizycznym nie pomnę) dolce far niente. Czasem myślę nawet, że nie dam sobie rady. Że nie nadążę za starszą lub nie podołam wymaganiom młodszej.

Ale dziś tak mi przyszło do głowy, po całym dniu, że jeśli córki nasze są córkami nieprzeciętnymi, to Bóg miał chyba do nas duże zaufanie, że akurat nam je powierzył w opiekę. Że musi być przekonany, że właśnie damy radę.  I że w zasadzie takie nieprzeciętne córki to prawdziwy zaszczyt. Dowód Bożego zaufania do nas.

I tak bym chciała napisać - Drodzy Rodzice Świata! Zmęczeni, sfrustrowani, zagubieni, pełni zwątpienia, tacy jak ja - Rodzice! Wasze dzieci to dowód Bożego zaufania do Was. A jeśli On ufa, że dacie radę, to dacie radę. Będzie dobrze!

Tylko, ach, tylko czy sama sobie te własne słowa przypomnę jutro? 

6 gru 2012

Myśli nie moje

"Mam wrażenie, że wielu z uznających się za ateistów, a zwłaszcza ci, którzy powołują się na naukę, ewolucję, przypadki, odrzuca takiego Boga, którego ja też bym odrzucił. Źle Go sobie wyobrażają."

ks.prof. Michał Heller
"Książki" nr 4(7)  grudzień 2012

"Pozostaje mi zamilknąć. O quam salubre, quam iucundum et suave est sedere in solitudine et tacere et loqui cum Deo! Rychło połączę się zmoją zasadą i nie sądzę już, by był to Bóg chwały, o którym powiadali mi opaci mojego zakonu, albo radości, jak sądzili ówcześni minoryci, może nawet nie zmiłowania. Gott ist ein lautes Nichts, ihn ruhrt kein Nun non Hier... Zapuszczę się wkrótce na tę pustynię rozległą, doskonale płaską i niezmierzoną, w którą serce naprawdę pobożne zapada się szczęśliwe. Zanurzę się w Boskim mroku, w niemej ciszy i w niewysłowionym związku, i w tym zanurzaniu zatraci się wszelka równość i wszelka nierówność, i w tej otchłani mój duch zatraci sam siebie, i nie pozna już ani tego, co równe, ani tego, co nierówne, ani niczego; i zapomniane zostaną wszystkie odmienności, będę od podstaw prosty, będę w pustyni milczącej, gdzie nigdy nie spotka się odmienności, w intymności, gdzie nikt nie znajdzie się na swoim miejscu. Opadnę w boskość milczącą i nie zamieszkałą, gdzie nie masz ni dzieła, ni obrazu."

Umberto Eco "Imię róży"


29 lis 2012

Pobudka z jutubka 2

Tym budzimy się ostatnio - polecam do budzenia nie tylko dzieci, lecz także dorosłych. U nas w każdym razie śmiga! 




Chciałabym wysmażyć jakąś dłuższą i sensowną notkę, ale codzienność zagoniła mnie do narożnika i napiera - nie dam się jednak bez walki. Jak to powiedział kiedyś prezes bodajże Lotosu Gdańsk ( tak! żużel, moi drodzy, żużel!): Tanio meczu nie sprzedamy!


21 lis 2012

Ludzie są

Korzystając z pięciu minut ciszy (Giganna spała, Dziobalinda ze swym gruźliczym kaszlem poszła z tatą wymusić wizytę u lekarza, gdyż albowiem w przychodni zlikwidowali numerki i teraz trzeba ją szturmować w szyku testudo - i nawet sobie nie można przybić dziecka do tarczy, bo dziecko musi szturmować razem z rodzicem, w końcu to poradnia dla dzieci, no więc. I znikąd pomocy!) - no dobrze, chyba zrobiłam za długą dygresję i teraz, niczem hiszpańska inkwizycja, wejdę jeszcze raz.

Korzystając z pięciu minut ciszy siadłam do laptopa, żeby napisać notkę. Notkę o moich macierzyńskich upadkach i powstaniach, o tym, że pod wozem i na wozie, ale pod wozem jednak częściej, i że och, czyż naprawdę mogłam się spodziewać, że będzie inaczej. Ale zanim zaczęłam pisać, zajrzałam w takie jedno miejsce w sieci i wsiąkłam. Bo to takie miejsce, gdzie się spotykam z moim trzema przyjaciółkami - A., B. oraz I. Z którymi znam się od prawie 20 lat już, z którymi przeżyłam już tyle pod-woziów i nad-woziów, i po tylu latach nadal lubię z nimi po prostu siedzieć i gadać. Tak jak wtedy, gdy miałyśmy po 15 lat i całymi popołudniami siedziałyśmy u jednej z nas w domu, grałyśmy w tetris i robiłyśmy w zasadzie nic, ale jakaś fajna energia z tego płynęła. Bo teraz nadal gadamy i robimy w zasadzie nic, a ta energia płynie wciąż. Tylko teraz potrzebuję jej o wiele bardziej. I czasem, gdy jestem w domu sama z moimi dwiema wymagającymi dziewczętami, czuję niemoc i mam ochotę odgryźć sobie głowę, piszę rozpaczliwe sms'y i dostaję odpowiedź prawie od razu - a wraz z nią i zrozumienie, i wsparcie, i siłę, żeby sobie tę głowę jednak przymocować na nowo i może nawet do góry podnieść, niezbyt wysoko. I dlatego, z tego miejsca, wszystkim im trzem dziękuję oficjalnie, za te 20 lat bycia razem, w szczęściu i w nieszczęściu. I za to, że takie fajne są, te moje trzy baby, A. B. i I.

I jeszcze bardzo dziękuję  M., która mi maila dziś wysłała, bo ten mail mnie tak jakoś starsznie ucieszył tym, że był skierowany właśnie do mnie.

I Kasi także dziękuję, co myślała o mnie, po czym wysłała mi koło ratunkowe nie wiedząc nawet, jak bardzo go właśnie potrzebowałam.

I w zasadzie jakbym zaczęła publikować tu listę podziękowań, to byłaby to bardzo długa, w ratach zapewne pisana notka. Wielu, wielu dobrych ludzi mi Pan Bóg na drodze postawił i stawia. U wielu ludzi mam dług wdzięczności ogromny, wielu z nich mi pomogło i życie mi ratuje samą swoją w nim obecnością. 

Bo ja, powiem Wam szczerze, ja jestem napędzana energią międzyludzką. Ludzie mi dają frajdę i radość, i siłę, i zachwyt, i do myślenia zmuszają mnie też, i do pokory czasami. Toteż dziękuję ludziom, tym wszystkim, co w moim życiu grają role pierwszo, drugo i trzecioplanowe, i tym, co się przemknęli tylko, niczym Prosiak Statysta - bo każdy coś mi podarował, a nie każdemu zdążyłam podziękować.

Dziękuję, Drodzy Ludzie. Fajne Ludzie z Was. 

8 lis 2012

Awanturki



W mieszkanku opodal górki
Mieszkają Złe Awanturki

Ta pierwsza jest z tego powodu,
Że się kurtką trza chronić od chłodu.
Druga – że zaciął się zamek,
Trzecia- że za wczesny poranek,  
A jeszcze, że bajek za mało,
Że jeść żelki by ciągle się chciało,
Że nie można gryźć, krzyczeć i kopać,
I że tata znów poszedł rabotać.
Awanturka ostatnia jest o to, 
Że jest mama okropną niecnotą. 

Więc czy trzeba się napić cyjanku,
By nie było Awanturek w mieszkanku?

_____

W dniu wczorajszym Dziobalinda zrobiła tak profesjonalną Awanturkę, że chciałam dzwonić po policję, żeby mnie zabrali do pogotowia opiekuńczego, a Dziobalindzie wlepili mandat za znęcanie się nad matką. Awanturka była o to, że trzeba założyć polar, jak się wychodzi na dwór, bo listopad jest. Od polaru, przez zacięty zamek i niechęć do zakładania czapki, przeszłyśmy nie wiem jak i kiedy do bitwy, którą chwilowo odczułam jako moją prywatną bitwę pod Zamą - wyszłam z niej bowiem zrujnowana psychicznie do szczętu. Choć dla Dziobalindy było to chyba pyrrusowe zwycięstwo.

Są takie dni, kiedy zupełnie serio pytam się sama siebie, czy ja się do tej roboty w ogóle nadaję? No ale umowę mam na czas nieokreślony, etat pełny, nie mogę się teraz wycofać, a i opieprzać się nie wypada. Wstałam więc dziś znowu i kombinuję, jak to zrobić, żebyśmy obie z Dziobalindą zdrowe psychicznie i fizycznie powitały również jutrzejszy dzień.
 

5 lis 2012

Pobudka z jutubka

Dzisiaj była nowa pobudka:



Dziobalinda niezwykle przeżyła ten teledysk, teraz ciągle mówi o jabłkach. Dlaczego ta pani kąpie się w jabłkach? Dlaczego zjada te jabłka? Jak się ta pani nazywała - Natalia Jabłek?

Przyznam, że i ja te jabłka przeżywam. Podobają mi się bardzo.

2 lis 2012

Złamatka

Jestem złom matkom. Objawia się to w licznych czynach nagannych, m.in.:

Żeby obudzić rano Dziobalindę do przedszkola, puszczam jej z jutuba "Czarny ciągnik" Blendersów.

Słucham przy Gigannie polskiego reggae i hip-hopu - z WYRAZAMI.

Na pytanie Dziobalindy, czemu mam zły humor, odpowiadam, że jestem zła, bo mam okres. Na pytanie, co to jest okres, odpowiadam również. 

Kiedy jestem zła, wydaję z siebie odgłos rozwścieczonego obecnością śrutu w tyłku dzika. Naprawdę.

Pozwalam Dziobalindzie oglądać bajkę My little pony.

Mówię do Dziobalindy łacińskimi bon motami.

Jem przy Dziobalindzie KFC. I daję jej frytki.

Gigannę zabrałam na pierwszą imprezę, gdy miała 6 tygodni. W chuście.

Mimo, że karmię Gigannę piersią, codziennie wypijam jedną kawę. I jem też KFC.

Puszczam Dziobalindzie bajkę, kładę Gigannę na macie edukacyjnej, a sama idę sobie poczytać.

Wieczorem, zamiast prasować, piję Karmi i piszę notki na bloga. Np. o tym, że jestem złom matkom. Jakby się było czym chwalić, doprawdy.

I nie wiem, czy już pisałam, ale jem KFC.

UPDATE:  Zapomniałam dodać, że uczę Dziobalindę grać w karty. Bo Małżonek kart nie lubi, a moja babcia mnie zawsze sromotnie ogrywa, a ja potrzebuję takiego partnera do tysiąca, co choć raz da mi zalicytować i ugrać moje marne 110.

 

1 lis 2012

Zapalam świeczkę

Kiedy pierwszy raz, w Dzień Zaduszny 3 lata temu, szłam na grób mojego taty, bałam się. Nie wiedziałam, jak to zniosę. Nie miałam pojęcia, jak się zachować. To przecież mój tata, tryskający energią i humorem, miłujący życie i radość w to życie wnoszący, mój najukochańszy tata miał być tam, w tym grobie.

Ale poszłam, oczywiście. Poszłam. Był ładny, słoneczny dzień. Drzewa błyszczały kolorowo, jesiennymi barwami, ćwierkał ptak, w górze przelatywały chmury. Mały cmentarz w Bydgoszczy był pełen ludzi, ale nie zatłoczony i umęczony, jak to w Warszawie o tej porze bywa.

Poszłam. Stanęłam nad grobem. I poczułam ogromną ulgę i radość. Bo wiedziałam, miałam absolutną pewność, że mojego taty tam nie ma. Poczułam z całą mocą, że oto stoję nad pustym grobem, nad miejscem spoczynku prochów, ale nie nad miejscem, w którym jest mój tata. Bo mój tata jest we mnie, w mojej siostrze, w moich dzieciach. Bo jest w moich wspomnieniach, jest we wspomnieniach tych wszystkich, którzy go znali, a których życie uczynił choć trochę lepszym, weselszym. Jest nadal w świecie, bo świat nosi w sobie to dobro, które mu dał od siebie. W tym sensie nie muszę mieć nawet wiary, bo wiem, że tata jest wieczny i nieśmiertelny w naszych sercach - i to jest najlepszy rodzaj wieczności.  Ale ja wierzę, i wierzę też w to, że tata z Panem Bogiem jakoś sobie swoje różnice światopoglądowe wyjaśnili. Że wypili razem herbatę.

A dziś, myślę sobie, dziś jest ten dzień, w którym powinnam nie tyle bardziej za tatą tęsknić niż zwykle, bardziej płakać po nim, co raczej bardziej cieszyć się z tego, że był. Bardziej Bogu dziękować za to, że miałam naprawdę wspaniałego ojca. Takiego, który umiał mnie kochać. Takiego, który - mimo wszystkich córkowsko-ojcowskich kłótni, pretensji i przewin - wniósł w moje życie, oprócz miłości, starsznie dużo radości. Z którym kiedyś wsiedliśmy sobie z nudów do samochodu i pojechaliśmy przed siebie. I dojechaliśmy do Bielska-Białej. Na lody.

Nie mogłam w tym roku pojechać na grób, ale zapalam świeczkę i ściskam Cię, Tato.


18 paź 2012

Pecunia i jęki powszednie

W przedszkolu Dziobalindy koleżanka z grupy będzie wkrótce fetować swoje 4. urodziny. Fetować będzie przedstawieniem teatralnym, na które zaproszone są dzieci z trzech grup. Łącznie prawie setka. Setka przedszkolaków będzie celebrować urodziny dziewczęcia, w dużej części nie znając jubilatki, a może i powodu owej celebracji się nie domyślając. Jest w tym coś starożytnego, coś cesarskiego, coś z pochodu triumfalnego Dolnej Deski z Łoża Nikomedesa. Igrzyska ku czci! Chojny gest i radość uszczęśliwionego ludu! Niestety, nie udało się przedstawienia zorganizować w Cyrku Flawiuszów, więc z konieczności odbędzie się w przedszkolu. Ale nie traćmy nadziei, to dopiero czwarte urodziny. Najlepsze jest wciąż przed nami.

Oczywiście czysta to gorycz przemawia przeze mnie, bo ja Dziobalindzie nie urządzam ani takiej, ani inszej fety, tylko stare niemodne urodziny z tortem i świeczkami. I nie mogę przecież oczekiwać, żeby się do moich anachronicznych przyzwyczajeń dostroił świat pędzący chyżo do przodu, tak chyżo, że nie tylko Nikomedesa i jego Dolną Deskę, ale i mnie pozostawił daleko w tyle. Powinnam za nim pobiec pewno?

W jednym z ostatnich Tygodników Powszechnych Kobieta Sukcesu radziła młodym, oszukanym przez system i śmieciowe wykształcenie, jak odnaleźć się na rynku pracy. Hobby! rzekła. Hobby jest dyplomem przyszłości. Pracuj nad znalezieniem hobby i hobby zamień na pracę. Na hamaku odpoczywają ludzie bez przyszłości! rzekła jeszcze. A ludzie bez przyszłości nie będą mogli swoim dzieciom urządzić urodzin na 100 osób, rzekłam ja do siebie i stropiłam się. Bo jeśli miałabym na pracę zamienić to, co jest moim wytchnieniem, to kiedyż odpocznę? I jeśli dla pracy mam pasje w sobie rozwijać, to kiedyż dla samej siebie rozwijać się będę? Kiedy sama sobą dla siebie mam się cieszyć? Gdzie wartości swojej szukać, jeśli na PLN jej przeliczyć nie umiem?  I co własnym dzieciom powiedzieć - miłujcie bliźniego swego czy olśnijcie bliźniego swego? Ceńcie swoją wartość czy ceńcie wartość swoich kont? Szukajcie tego, co da Wam spełnienie, czy walczcie o to, co da Wam prestiż i modne kalosze?

Wiem, wiem, co powiedzieć i co zrobić, wiem. Tylko czasem mnie trwoga ogarnia, czy podołam. A jak trwoga, to do bloga. Po wytchnienie. Po odpoczynek na hamaku. Bez wyglądania przyszłości. I bez pointy.




12 paź 2012

Zamotać robaka



Dziobalinda zachorowała. Na Weltschmerz.  Choroba poważna, a także, jak się okazuje, zakaźna. Ból istnienia zaczęliśmy odczuwać wszyscy w trakcie niezliczonych awantur na temat: chcę jeszcze jedną bajkę, chcę zostać na placu zabaw, chcę pójść do domu G., chcę lizaka, chcę Zyzgaka oraz przede wszystkim nie chcę znać ciebie mamo i ciebie tato. A kysz. Oraz płacz i zgrzytanie zębów. Co tam płacz. Krzyk, ryk, trąby jerychońskie. 

Bardzo się z Małżonkiem stropiliśmy i zaczęliśmy szukać przyczyn. I tak po rozlicznych nocnych rodziców rozmowach doszliśmy (tak, dopiero teraz, o zgrozo!) do nieodkrywczego wniosku, że Dziobalinda bardzo źle znosi detronizację, jaką w jej oczach stało się pojawienie Giganny. Bo też my głupio uparliśmy się starać, żeby było jak dawniej. A to przecież nie jest i nigdy nie będzie jak dawniej. Nie da się ukryć faktu, że oto ktoś mały i całkiem nowy zamieszkał na stałe w maminych ramionach i w rodzicielskim łożu leży co rano przyssany do maminej klatki piersiowej. Że krzyczy, kiedy leci ulubiona bajka i trzaska wielką kupę wtedy, gdy akurat tata robi pyszną kolację. Nie jest jak dawniej i nie będzie. A zatem, pomyśleliśmy z Małżonkiem, a zatem niechaj będzie właśnie inaczej. 

Wiedziona przeczuciem postanowiłam złożyć Dziobalindzie niemoralną propozycję. Zapytałam mianowicie - ją, która od ponad roku porusza się już tylko rowerem lub perpedesem - czy ma ochotę, abym ją do przedszkola zaniosła w chuście (tak, czterolatek w chuście – profesorowie filozofii i e-mamy po raz pierwszy zjednoczeni przez wspólnego wroga piszą listy protestacyjne do Wysokich Obcasów!). Nasza chusta udźwig ma do 30 kg, toteż 17 kg mojego brązowookiego szczęścia zmieściło się bez uszczerbku na zdrowiu, a nawet odrzekło, że mu wygodnie. Zamotałam i zaniosłam do przedszkola, gotowa wzbudzić sensację. Co tam sensację zresztą. Skoro w liceum mogłam przez rok nosić wojskowy plecak z przytwierdzoną do niego ogromnych rozmiarów  gumową, dmuchaną rybą, to i czterolatkę w chuście mogę bez obciachu nosić. I całujcie mnie wszyscy pod kolano. 

O dziwo, zaniesiona w chuście Dziobalinda przez kolejne 2 dni nie popadła w ani jedną czarną otchłań rozpaczy. Uśmiech znowu zagościł na jej twarzy, a ust zaczęły znowu wyfruwać skrzydlate słowa „tak, oczywiście, nie ma sprawy, zróbmy to”. Pysk zły i obrzydliwy Rodzinnej Rozpierduchy zaczął znowu w pokrzywach się chować. Czy na długo, to się jeszcze zobaczy.

9 paź 2012

Stridor dentium Synafiae

To nie jest śmieszne, kiedy ktoś wkłada ci ręce w majtki, nawet jeśli sprytnie podszył się pod fachowca od naprawiania windy.

To nie jest zabawne, kiedy ktoś cię gwałci, upokarza, traktuje jak przedmiot, nawet jeśli jest twoim "szefem", a ty sprzątasz jego mieszkanie.

To nie jest nieistotne, że po tym, jak tracisz ukochaną osobę, ktoś bez szacunku traktuje jej ciało, nawet  jeśli to ciało jest już martwe.

To nie jest bez znaczenia, czy w rodzinnym grobie chowasz szczątki sowich bliskich, czy kogoś innego, nawet jeśli pogrzeb odbywa się na koszt państwa.

To nie jest kwestia polityki. To nie jest kwestia wolności słowa. To nie jest kwestia poczucia humoru.

To są ludzie - może ich nie widzimy, kiedy rozmawiamy na ich temat, może nie zgadzamy się z ich poglądami, ale to nadal są ludzie żyjący tuż obok nas. Ludzie, którym my wtykamy paluchy w ich intymność, w ich traumy, w ich cierpienie, w ich godność - bo cenimy sobie przecież swoje prawo do swobody wypowiedzi i poglądów.

Gdybyśmy tylko umieli cenić prawa innych tak, jak cenimy własne, to żadnej z powyższych kwestii nie musielibyśmy dyskutować na niezliczonych rodzinnych obiadkach, przy piwach i na fejsbuniu - zwyczajnie by nie zaistniały.

Ale wtedy byłoby nudno, och, jak nudno i purytańsko, prawda?


4 paź 2012

Daj mi rękę

Giganna (artystka dawniej znana jako Topik) objawiła dziś swe pierwsze preferencje muzyczne. Objawem tychże był radosny, gulgoczący śmiech w odpowiedzi na piosenkę - zarówno puszczaną w oryginalnym wykonaniu, jak i śpiewaną przez matkę. Matka zaś piosenkę śpiewa chętnie i często, bo i dla niej stała się ona ostatnio ulubioną. A idzie to tak:

3 paź 2012

A my śpiewamy tak...

Cała rodzina
wielbi McQueena
jak kraj jest wielki wszerz i wzdłuż!
Wszyscy gotowi?
Można zaczynać?
Zatem włączamy McQueena już!

Zyg - Zak, Zyg - Zak, Zyg - Zak, Zyg -Zak!

Ja jestem Pan Zygzak,
a to mój mały świat,
tak tak tak, to Pan Zygzak
i jego mały świat!

(A teraz zgadnijcie, kto jest ulubionym bajkowym bohaterem Dziobalindy.)

2 paź 2012

Myśl krótka inspirowana Moniką Richardson

Im bardziej się starzeję, tym bardziej dochodzę do wniosku, że dobrze jest śmiać się z siebie, innych natomiast traktować z szacunkiem. Zazwyczaj jednak lubimy czynić dokładnie na odwrót.

I czasem wynika z tego mała przykrość, czasem duża, ale zawsze - jakiś niesmak pozostaje. 

23 wrz 2012

Gi!



Gi! Jest to ostrzegawcze zawołanie Topika. Gi! – zaczynam się wkurzać! Gi! – robię się zmęczona! Gi! – burczy mi w brzuchu! Zignorowane Gi! zamienia się dość szybko w komendy wojskowe wywrzaskiwane z taką werwą, że zadumałby się nad nią zapewne mój tata, zupełnie niepoprawny podpułkownik z kieszeniami pełnymi confetti. A kto wie, może gdzieś tam patrzy i duma właśnie, jeśli się z Panem Bogiem oko w oko pogodzili.  

Ze względu na Gi! nazywamy teraz Topika Panną Gi, Gigułką, Gigawką, Gigusią. Największą kreatywnością wykazała się wszakże Dziobalinda, nazywając Topika Panną Giganną. Tak mnie tym zachwyciła, że poważnie rozważam zmienić Topikowi pseudonim artystyczny na Gigannę.  

Gi! to zresztą najsubtelniejszy sposób przejawiania frustracji w naszym domu. W tym względzie Topik/Giganna jest z nas wszystkich najelegantsza. Dziobalinda bowiem pluje, tupie, wywala język, rzuca się na podłogę i wrzeszczy w niebogłosy. Ja zaś roluję oczy, parskam, zgrzytam zębami, wbijam sobie paznokcie w dłoń, puszczam nosem smoliste opary oraz wysyłam sygnały ostrzegawcze. Wyrzekłam nawet ostatnio do Dziobalindy, że jestem tak wściekła, iż zaraz dym mi pójdzie uszami – empatyczna moja córka zakryła mi więc rękami uszy po to, aby powstrzymać zbliżającą się niechybnie katastrofę. Ale takie rzeczy to tylko od święta. Najczęściej bowiem Dziobalinda tupie i wrzeszczy, ja parskam i zgrzytam, czasem także wrzeszczę, Małżonek zaś złorzeczy.

Chciałabym się bardzo widzieć zrównoważoną i panującą nad emocjami osobą, którą  niestety nie jestem.  Poszukuję sposobu – medytacja? kickboxing? wdychanie prany? Tymczasem jednak nieustannie „czuję w czaszeczce moje częste palpitacje mózgu” i  „wychodzę wobec innych ze złoconych ram mego dobrego wychowania”.
Gi!  

18 wrz 2012

Dwie babeczki

Nie wiem z jakiego powodu jestem ostatnio w niełasce WBW (Wielkiego Boga Wypieków). Najpierw moje przednie zazwyczaj bułeczki drożdżowe okazały się być złożone w całości z zakalca, następnie sknociłam ciasto do pizzy. Popadłam w rozpacz, smarkając mężowi w rękaw, że ostatnio nie udaje mi się nic upiec.

A on na to: Najważniejsze, że udały ci się dwie babeczki!

To prawda, udały się.

16 wrz 2012

Wahania energetyczne

Poznałam fantastycznych ludzi. Rodziców Dziobalindowej koleżanki z przedszkola. Ludzi sympatycznych, pogodnych, otwartych, przyjaznych. Niezadających wścibskich pytań, niekomentujących, niewylewających na otaczającą rzeczywistość rzeki frustracji. Rodziców dwóch przefajnych córek. Właścicieli dużego, rozkosznego psa. I w dodatku grających w karty!

Spędziłam popołudnie w ich wielkim, jasnym i przestronnym mieszkaniu i syciłam się krążąca po nim pozytywną energią. Gdy wraz z dziewczynkami ruszyłyśmy w drogę do domu (czyli do bloku na przeciwko), czułam się odprężona i spokojna. Lecz gdy tylko przekroczyłam progi naszego malutkiego mieszkania, dopadł mnie czarny, zły i obrzydliwy (jak dupa z pokrzywy) demon. W mgnieniu oka porównałam swoje mieszkanie do ich mieszkania, swoje nawyki do ich nawyków, swoją karierę do ich karier, swoją figurę do ich figur. Już prawie porównywałam naszego kota do ich psa, gdy poczułam się w jedyny możliwy w takiej sytuacji sposób - jak beznadziejny wołowy zad.

W zadzim nastroju błąkałam się po domu przez cały wieczór i cały następny poranek. Męczyłam się i dręczyłam, biczowałam za swą życiową niezaradność, brak silnej woli, tłumiony gniew i kompleksy, za brak cierpliwości i namiętność do obżerania się w nocy makaronem. Za wszystko. A najbardziej za to, że zamiast się cieszyć, że poznałam fajnych ludzi, pogrążam się w mdlącym koktajlu zazdrości i pretensji do samej siebie.

Aż w końcu naszło mnie na Grubsona. I tak trzech Grubsonów, jednego Łonę jedną Luxtorpedę i jednego Malejonka później, zmęczona tańczeniem z Dziobalindą w naszym wielofunkcyjnym ( 4 w 1) salonie, poczułam znowu radość. Zaparzyłam herbatę w mym pokoju nad światem. Nic nie straciłam. 


12 wrz 2012

Podziekowanie poranne


Obudziłam się rano. Topik już nie spała – spojrzała mi w oczy i zachrumczała, gotowa na kolejne karmienie. W nogach łóżka spała na wznak Dziobalinda, która wiedziona instynktem stadnym także ląduje u nas w środku nocy, tuż za wiedzioną głodem Topikiem. Małżonek chrapał donośnie, odporny na wszelkie odgłosy poranka. Godzina 06:50. Na 08:00 czas do przedszkola. Trzeba wstać i rozpocząć ten dzień.

Wśród porannej krzątaniny – umyć się i ubrać, nakarmić Topika, przewinąć Topika, ubrać Topika, przygotować Dziobalindzie mycie zębów, śniadanie, ubranie, zakleić plasterkiem bąbelek na rączce, połaskotać w stópki Topika, wycałować w szyjkę Dziobalindę, opowiedzieć historię o dziewczynce, co z nudów prawie zamieniła się w owcę – no więc wśród tej porannej krzątaniny stanęłam na chwilę z kubkiem kawy przy oknie kuchennym. Z wysokości 10 piętra zobaczyłam niebieskie niebo i poranne słońce, i ścianę lasu, co jeszcze zielona, pod powierzchnią już szykuje w sobie żółtą jesień. Za moimi plecami moje małe córki zajmowały się sobą. W pokoju obok wybudzał się niespiesznie Małżonek. Poczułam nagle z zadowoleniem, że wszyscy czworo mamy, jak to w jednej książeczce stało, oczy do patrzenia, uszy do słyszenia, nogi do biegania i ręce do bawienia się i obejmowania. I jeszcze kota. Grubego mizantropa, który z rzadka pozwoli się pogłaskać, ale łaskawie daje się nam karmić i czesać.  I że jest jesień, którą tak lubię od zawsze. I że jesteśmy razem. I że to wszystko wcale nie jest przecież takie oczywiste. I w tej chwili podziękowałam Bogu za to wszystko, bo dotarło do mnie, że to ogromny dar, który mi w codziennej bieganinie zbyt często umyka.

Zdecydowanie muszę dziękować częściej.

____
A potem jeszcze pan na poczcie ustąpił mi i zachustowanej Topikowi miejsce w kolejce do okienka. To już nie są codzienne proste radości. To prawdziwy cud!