30 gru 2013

"Bilet wizytowy z listą imponujących tytułów"

Z książki "Absurdy Polski międzywojennej":

SAMUEL WIGWICZ

WŁAŚCICIEL SKŁADU MIĘSNEGO
PREZES STOWARZYSZENIA WYRĘBYWACZY MIĘSA ZADZIEGO 
OPIEKUN SIEROT
CZŁONEK ZARZĄDU TOWARZYSTWA
" POŻYCZKI BEZPROCENTOWE NA PRADZE"
HONOROWY ZMYWACZ TRUPÓW
ZNAWCA BUDOWY FIZJOLOGICZNEJ WOŁÓW

("Dobry wieczór" 1929)

***
A w ogóle to bardzo tę książkę polecam nie tylko miłośnikom dwudziestolecia międzywojennego. Wszystkim zmęczonym ją polecam - zmęczonym czytaniem prasy i oglądaniem telewizji, zmęczonym wojnami na górze i sporami po bokach. Mi samej nie tylko radość, ale i dużą ulgę przynosi czytanie jej, gdyż uświadamia mi, jak niewiele w istocie się zmienia. Jak liczne spory toczymy już od tamtych czasów. Jak dużo kwestii to po prostu nasza ludzka natura, której przeskoczyć nie sposób, więc trzeba się z nią pogodzić i działać w jej ramach najlepiej, jak się da. I że naprawdę, nie dzieje się nic (i nie stanie się nic aż do końca?).

No, polecam po prostu :)


24 gru 2013

Dziateczki, dziateczki...

W luterskim domu Święta Bożego Narodzenia będą wyglądać podobnie, jak we wszystkich innych domach. Choinka jest. Wieniec adwentowy (luterski wynalazek) jest. Pierniki, Dziobalindy rączkami pięknie ozdobione, są. Bigos (jeden z głównych sprawców mych świątecznych uniesień) jest. Ryby i zupa grzybowa. Ciasta i mandarynki. I prezenty też. Wszystko podobnie jak u Was :)

Co może inne, to że w ostatnią niedzielę Dziobalinda wraz z innymi dziećmi występowała w kościele podczas nabożeństwa, śpiewając kolędy w anielskim przebraniu. A potem, po nabożeństwie, do kościoła przyszedł św. Mikołaj i rozdawał dzieciom prezenty. Dziobalinda była zachwycona, Giganna za to raczej przerażona. My zaś rozradowani.

I ja radości chcę Wam Wszystkim życzyć dzisiaj. Radości na przekór wszystkiemu. Radości płynącej z nadziei i wiary w to, że nic nigdy nie jest stracone. Że ktoś nas kocha i dobra naszego pragnie. Dla mnie tym Kimś jest Bóg. Ale bez względu na to, w co i jak wierzycie, czy może nie wierzycie w nic - tego właśnie poczucia, poczucia miłość i sensu, wszystkim Wam życzę nie tylko na Święta Bożego Narodzenia. Bo rodzimy się codzienne od nowa. 

Wesołych Świąt! Wszystkiego dobrego! I mocy Bożych błogosławieństw!


                                                                                                                                                                                                       Lorenzo Monaco, 1409 r.

Zostawiam Wam luterską kolędę, bo coś mi mówi, że mało kto zna luterskie kolędy :)



16 gru 2013

Twórczość Dziobacza

Zdolne mam dziecka, nie powiem.

Giganna ułożyła już swoją pierwszą piosenkę. Piosenka składa się z dwóch tonów i opowiada o jabłkach. Jej treść brzmi następująco:
- Apa, apa!
(czyt. jabłka, jabłka!)

Dziobalinda za to zadała mi zagadkę, która (trawestując mego pupilka Spike'a) skurczyła mi mózg do wielkości rodzynki. Zagadka brzmi następująco:
To zaczyna się na literę P. Jest długie. Kiedy się kończy, to już tego nie ma. Może być różnokolorowe, a może tez być w tylko jednym kolorze.

Czy ktoś zgadnie, co to jest?

Ja nie zgadłam :)

11 gru 2013

Bez lukru dla Mikołajka - już po raz trzeci!

Kochane i Kochani! Wszyscy, którzy tu do mego ogródka zaglądacie częściej lub rzadziej, lub tylko na chwilę, przejazdem, zdążając w inne rewiry Internetu.

Chcę Wam opowiedzieć o czymś, o czym zapewne już wiecie sami. Gdyż albowiem Macierzyństwo bez lukru to jest projekt, który sam dla siebie najlepszą jest rekomendacją i swoim własnym światłem jasno świeci. Jeśli jednak tak się składa, że o nim nie wiecie, to spieszę wyjaśnić, iż jest to akcja charytatywna prowadzona dla Mikołajka, chorującego na rdzeniowy zanik mięśni (SMA I). W ramach tej akcji blogujące matki, nie pobierając honorariów, wydały już dwa zbiory tekstów - o macierzyństwie, takim niepolukrowanym właśnie, bo osłodą w jego cierpkiej często rzeczywistości jest miłość po prostu i żadnych dodatkowych słodzików już nie trzeba.

Dziś chcę Wam powiedzieć, że oto ukazał się trzeci tom „Macierzyństwo bez lukru - co powie tata”. W tym tomie wspólnym głosem przemawiają matki i ojcowie. Jest to zatem rodzicielstwo bez lukru, widziane oczami autorów rozmaitych, których łączy nie tylko bycie rodzicem, ale także inspirująca i oko ciesząca zażyłość z słowem.



Książka, wydana przez wydawnictwo RW20102,  jest już do kupienia tutaj. Kupując ją, wspomożecie Mikołajka, a i sobie dostarczycie ciekawej i satysfakcjonującej, mam nadzieję, lektury.

Jest mi też niezmiernie miło - i wcale nie będę udawać, że skromnie, bo nieprawda, bo bardzo jestem dumna z tego - dodać, że wśród znakomitych tekstów matek i ojców w „Macierzyństwie bez lukru 3” znalazł się też tekst mojego, mniej znakomitego, ale pełnego emocji autorstwa.

No to co, nie będę więcej zapraszać, tylko idziemy wszyscy kupować, tak? :)

4 gru 2013

O stawaniu się

Skończyłam czytać biografię Ryszarda Kapuścińskiego pióra Artura Domosławskiego „Kapuściński non-fiction”. Wiele mogłabym o tej książce napisać. Wiele bowiem sznureczków we mnie pociągnęła. I wiem też, że wiele wzbudziła kontrowersji. Gwoli recenzji napiszę jednak tylko tyle, że warto tę książkę przeczytać. Nie tylko dla bohatera, którego życiorys próbuje prześledzić, ale też dla pytań, które stawia - pytań i o kształt dziennikarstwa, i o życiowe wybory, i o kształty rzeczywistości, w które każdy z nas ją ubiera. No i też dużo historycznych i politycznych smaczków się w tej książce znajduje. Moim zdaniem naprawdę dobrze jest tę książkę przeczytać.

Ale co mnie skłoniło dziś do pisania, to jedna refleksja, która mi się przy lekturze nasunęła. Refleksja o tym, jak różnie jeden człowiek jest postrzegany przez innych ludzi. Bo oczywiście tak, każdy z nas patrzy przez pryzmat samego siebie i każdy z nas trochę inaczej widzi. Ale myślę sobie, że jest w tym coś więcej. Myślę, że i człowiek w każdej relacji staje się trochę kimś innym. Że nie mamy - my ludzie, ja Synafia - jednej monolitycznej osobowości, ale że w spotkaniu z każdym konkretnym człowiekiem budujemy swoją osobowość trochę inaczej, w trochę odmiennych odcieniach. I te wszystkie odcienie składają się na nasze „ja” w oczach innych i w naszych własnych oczach, czasem uzupełniając się harmonijnie, a czasem kontrastując. Niekoniecznie musi być tak, że jedna osoba widzi mnie „dobrze”, a druga „krzywo”. Może być też tak, że w spotkaniu z jedną osobą staję się trochę innym człowiekiem, a w spotkaniu z drugą - innym.  Za każdym razem wchodzę przecież w reakcję z osobowościami innych ludzi.

I dlatego tak niezmiernie ważne jest to, co sobie nawzajem - my ludzie, ja Synafia - chcemy ofiarować. Bo można być z innymi w taki sposób, że się obie strony trochę lepszymi ludźmi stają, a można i tak, że się stają ludźmi trochę gorszymi. Im więcej dobrych ludzi wokół nas, tym łatwiej nam wydobywać swój dobry potencjał. Im więcej ludzi ciągnie nas w dół, tym trudniej. Nie jest to nic nowego, a jednak dotknęła mnie mocno myśl, że to nie ja sama siebie stwarzam codziennie - to wielu dobrych ludzi pomaga mi stwarzać mnie samą, pomaga mi szukać w sobie tego, co dobre. I tym wszystkim ludziom bardzo jestem wdzięczna i dziękuję im bardzo.

Podziękowania składałam tu liczne - a jednak mam wrażenie, że nie wszystkim, którym powinnam.  Dlatego teraz chcę podziękować bardzo tym, których chyba do te pory nie wymieniałam. Mojemu Mężowi i Córkom. Mojej Mamie, Mojemu Tacie, Mojej Siostrze. Babciom, Dziadkom i Cioci.

I chciałam też podziękować kilku kobietom, którym też nie dziękowałam do tej pory, a wiele, wiele dobrego im zawdzięczam. Bo przyjęły mnie kiedyś do swojego grona, choć tak na pierwszy rzut oka nie pasowałam wcale. I otoczyły mnie wsparciem i dobrym słowem, a także czynem, gdy tego potrzebowałam. I także one sprawiają, że chcę być lepszym człowiekiem. Dziękuję więc Mader, Pawlince, Nati, Kazi, Matce Założycielce, Kasi, Mamieróży, Aniołowi Stróżowi, Sion, Ismie.

I wszystkim tym, którym już tutaj dziękowałam - raz jeszcze dziękuję. Za wspólne bycie i wspólne stawanie się :)

29 lis 2013

O różnicach

Taka mnie naszła refleksja przy czytaniu fejsbukowych statusów niektórych fejsbukowych znajomych.

Jest zasadnicza różnica między „Kocham moją żonę” a „Jestem hetero, a homoseksualiści to zboczeńcy nadający się tylko do leczenia”.

Jest zasadnicza różnica między „Lubię mój kraj” a „Polska dla Polaków, won z Murzynami i Chińczykami, Żydzi na Madagaskar”.

Jest zasadnicza różnica między „Nie wierzę w Boga” a „Religia to rak świadomości, wszelkie zło na świecie czynią wierzący, czyli tak naprawdę banda otumanionych fanatyków, faszystów i talibów.”

Jak również jest zasadnicza różnica między „Chwała Panu!” a „Wszelkie wszawe lewactwo i postępactwo pójdzie do piekła, gdyż to przez nich  świat chyli się ku upadkowi.”


Po prostu jest zasadnicza różnica między posiadaniem przemyślanego, zintegrowanego światopoglądu i życiu w zgodzie ze swoją tożsamością, a budowaniu swojego światopoglądu i tożsamości w oparciu o niechęć, brak zrozumienia i pogardę wobec „innych”.


Czasem dziwi mnie, jak bardzo niektórzy nie widzą i nie czują tej różnicy. 

26 lis 2013

Motylek

Czytamy z Dziobalindą książeczkę do nauki angielskiego dla przedszkolaków. Ja pokazuję obrazki, a Dziobalinda nazywa je po angielsku, jeśli umie.

Pokazuję motylka.

- Dziobalindo, a pamiętasz, jak jest „motylek” po angielsku?
- Hmm... Nie.
- Aaaaa... a po niemiecku?
- Schmetterling!

Kurtyna!

PS. Dobry suchar!


23 lis 2013

O krabuszku i jająćku

Przypływ energii po wczorajszym koncercie Sorry Boys osiągnął swoje apogeum dziś po południu, kiedy to wracałyśmy z Dziobalindą z pływalni. Wystąpiły następujące objawy:
1. Kiedy wsiadłyśmy do metra, przez całą (krótką) podróż kręciłyśmy się we dwie wokół tej samej (służącej zazwyczaj do trzymania) rurki, w różnych kierunkach i konstelacjach. Piszcząc.
2. Kiedy wysiadłyśmy z metra, swoim zwyczajem przesiadłyśmy się na rower miejski. Następnie jadąc przez większość drogi śpiewałyśmy na głos "I am sitting on a vulcanooooooooo... I am watching how days go byyyyyyyyyyy....".
3. Kiedy odstawiłyśmy rower do stacji, resztę trasy odbyłyśmy pieszo prowadząc dialog o treści jak poniżej:
- Jająćku?
-Krabuszku?
-Jająćku!
-Krabuszku!
-Jająćku...
-Krabuszku...

W związku z czym przypuszczam, że mam już na dzielni reputację ustaloną na wieki, nieprawdaż.

Tak to się kończy, jak se matka raz na trzy lata wybędzie na  koncert w piątkowy wieczór. Co zresztą wszystkim matkom gorąco polecam!


PS. Jająciek i Krabuszek zostały wymyślone dziś podczas jazdy rowerem i jak na razie nic jeszcze nie znaczą, ale kto wie, może tchniemy w nie jakieś życie wkrótce... Albo i nie tchniemy.


20 lis 2013

Ukryty Indos...

Znalazłam dziś genialny tytuł na thriller polityczny...

UKRYTY INDOS POWIERNICZY

Nie mogę wyjść z zachwytu!

____
PS. Ukryty indos znalazłam tutaj. Jest tam więcej indosów, ale ten jest moim zdaniem najfajniejszy.

16 lis 2013

Sorry Boys "Vulcano"



Z czasem to są zabawne historie. Płynie on, ten czas, jak chce, o ile w ogóle płynie, a nie tylko subiektywnie płynąć się wydaje. Tak więc płynął czas najpierw długo i leniwie – trzy lata płynął, zanim po „Hard working classes” pojawiło się „Vulcano”. A kiedy już się pojawiło, kiedy w końcu mogłabym (tak jak planowałam) zamknąć się z wyczekanym krążkiem w słuchawkach i po prostu słuchać, czas mi nagle stanął dęba, zarżał straszliwie i jak nie ruszył z kopyta! Tak więc mimo, iż od premiery minęły już dwa tygodnie, nadal nie znalazłam jednego spokojnego wieczoru na słuchanie. Co było robić – musiałam słuchać w metrze, na ulicy, w tramwaju…

Nie jest to może najbezpieczniej, słuchać „Vulcano” w środkach komunikacji zbiorowej. Gdyż albowiem gdy już się człowiek nasycił przesłuchaniem pierwszym, drugim, trzecim… to przy czwartym zaczyna śpiewać sam. Nawet, jak śpiewa cicho, półgębkiem, nawet, jak rytm wybija sobie tylko ukradkiem, jedną stopą wciśniętą pod krzesełko – to niestety widać i niestety ludzie się gapią. A jest jeszcze gorzej, bo chce się nie tylko śpiewać, ale i tańczyć! Przy takich utworach, jak „Evolution”, „The Sun” czy tytułowym „Vulcano” po prostu nie da się tak po prostu stać i słuchać. Coś w środku zrywa się i fruwać próbuje, i resztę ciała porywa ze sobą…  

Do tej pory nie wytypowałam swojego ulubieńca na tej płycie. Ciarki przechodzą mnie, gdy zaczyna się „This New Word”. Evolution” makes me feel like fighting, że się posłużę cytatem z samego utworu.  Motyw z „Miss Homeless” wbił się w głowę tak, że śpiewam na głos, całkiem nieświadomie - nie, żebym myślała, że mogę zaśpiewać tak dobrze jak Bela Komoszyńska, no przecież, że nie. Gdyż Bela sama jedna śpiewa kilka światów na raz. A każdy piękny. Nie tylko zresztą głosem Beli „Vulcano” przenosi w inne światy – szczególnie mocno szarpnął mi w struny muzycznie utwór „Leaving Warsaw”. W te same struny mi szarpnął, w które dawno temu szarpnął mi czerwony album Aya RL, a było to szarpnięcie tak piękne, że aż bolesne (i trwa do dziś). 

Są na płycie dwa utwory, które poruszyły mnie w sposób szczególny, nie tylko muzycznie. Pierwszy z nich to „Vulcano” – radosna afirmacja życia ludzkiego ze wszystkim jego komplikacjami:

Nobody is perfect
And I know you think I’m not
Rather things seem to be different
Much different than we’d want
When in Rome, I’m not a Roman, am I?
Dancing on a crater
It’s only human nature

Nie będę sobie pochlebiać, że ten utwór był napisany specjalnie dla mnie, bo przecież nie był, a jednak kiedy pierwszy raz go usłyszałam, tak właśnie poczułam – oto wiadomość dla mnie! Wiadomość pełna pocieszenia i nadziei.
Drugim utworem, który poruszył mnie do głębi, jest „Zimna wojna”. Poruszył tak mocno, że pozwolę sobie przytoczyć tekst w całości:

Umierajmy we dwoje
Umierajmy na ulicach
Ja się tego nie boję
Umierajmy na ulicach

Jem słowa nie moje
Z obcego języka
To jest wojna we dwoje
Ramię, przyłbica

Zimna wojna we dwoje trwa
Ja się tego nie boję mam
Głowę, naboje, totem psa
Jeszcze zabraknie nam tchu
Nareszcie

Przed tobą się zbroję
Przesuwam granice
W miłosnych okopach
Samotna Piechota

Na mapach nas nie ma
W kronikach istnienia
To jest wojna we dwoje

Zimna wojna we dwoje trwa
Ja się tego nie boję mam
Głowę, naboje, totem psa
Jeszcze zabraknie nam tchu
Nareszcie

Nie mogę powiedzieć (bo zbyt to intymne), jak bardzo głębokie pokłady uczuć drgnęły we mnie, gdy usłyszałam ten tekst – nie dość, że sam w sobie znakomity, to jeszcze we wspaniałej muzycznej oprawie.

Mogę za to powiedzieć, że po tym, jak przesłuchałam „Vulcano” po raz pierwszy, spojrzałam na siedzącą obok mnie w metrze dziewczynę – i poczułam, że z chęcią bym ją uściskała. Po owocach ich poznacie, mówi Pismo, a owoce Sorry Boys wydaje zaprawdę znakomite. Toteż nawet jeśli na kolejny album trzeba będzie czekać kolejne trzy lata – poczekam cierpliwie. Wiem, że warto.

13 lis 2013

Depesza

Nadaję depeszę. Stop. Żyję, oddycham, pracuję, działam, ogarniam/nie ogarniam (niepotrzebne skreślić). Stop. Mąż choruje na dwie anginy na raz. Stop. Dziobalinda palpituje alergiami. Stop. Giganna zmienia antybiotyki jak rękawiczki. Stop. Mimo chorób licznych, nadal są oni bardzo fajni, ci moi oni. Stop. Toteż daję radę. Stop. Napiszę wkrótce. Stop.


(I o Vulcano napiszę, bo takie ci ono zacne, to Vulcano, że Dziobalinda porzuciła bez wahania Natalię Przybysz i do sny słucha teraz Sorry Boys. No to chyba najlepsza rekomendacja jest!).

28 paź 2013

Już za tydzień!

No dobra, biorę się w garść! Co się będę mazać. Za oknem pięknie. W domu dwie świetne dziewczynki, jeden wspaniały facet oraz jeden grubawy kocur. W pracy ekipa dziewcząt tak przecudnej urody (i nie tylko  tej, co to się ją w lustrze ogląda), że aż się chce do firmy przychodzić z chenciom i radościom. I wokół mnie tylu wspaniałych ludzi. I dwie bardzo mądre, inspirujące i wspaniałe babki udało mi się w końcu spotkać osobiście i herbatę na Saskiej Kępie wypić z nimi. I pasztet z czerwonej soczewicy też wyszedł. No to co się będę martwić, jak tyle powodów do radości jest.

A, a kolejny powód jest taki, że już za tydzień premiera VULCANO!

                                                + + + /\ + + +


23 paź 2013

Bessa


Ach, jak bardzo chciałabym czasem przestać być sobą. Wydaje mi się, że gdybym nie była sobą, żyłabym jakoś mądrzej, lepiej, łatwiej. Bycie mną mnie wykańcza czasami.

A jednocześnie bardzo boję się stracić to, co - jak mi się zdaje - jest mną. Choć wcale nie mam pewności, czy sama siebie dobrze definiuję. Bo przecież "ja" to może być coś zupełnie innego, niż mi się zdaje, że jest.

"Prawdziwą wartość człowieka poznaje się przede wszystkim po tym, w jakim stopniu zdołał wyzwolić się od samego siebie" - powiedział Albert Einstein.



Tymczasem u mnie jednak notowania niskie i nadal lecą na łeb na szyję - w dół.


20 paź 2013

Rozmowy rowerowe

Pojechałyśmy wczoraj z Dziobalindą popływać. Na basen pojechałyśmy. Na rowerze miejskim, rzecz jasna. I jadąc na tym rowerze próbowałyśmy rozmawiać sobie, mimo niesprzyjających konwersacji warunków i okoliczności przyrody.

Jedziemy więc i w pewnym momencie słyszę, jak moja pięcioletnia córka mówi do mnie:
- Mamo. Ja chcę ci powiedzieć coś ważnego dla mnie. Ale coś kiepsko wychodzi mi ta rozmowa. Bo te samochody tak hałasują i ja przez to nie wiem, o co mi chodzi.


14 paź 2013

Tytułu nie będzie

Już byłam w ogródku, już witałam się z Brommbą...

No dobra, to Brommba była w moim ogródku i prawie, prawie już wychodziłam, żeby się z nią spotkać na jakiejś miłej kawie, gdy zastanowiło mnie, że Małżonek, który miał właśnie przejąć opiekę nad dziećmi, nie jest w stanie wstać z kanapy. "Idź, idź..." mówi, ale jakoś tak słabo. I jakoś tak wcale się nie rusza, żeby te dzieci przejąć. Przybliżyłam się więc czujnie i poczułam, że gorąco odeń bucha ogromne. Pufff, jak gorąco! Ruszyłam więc powoli, jak żółw ociężale, po termometr. Bo już przeczuwałam, co nas czeka, już pisałam w myślach wiadomość z przeprosinami i informacją, że jednak nie dotrę na tę kawę. No i nie dotarłam. Gdyż albowiem Małżonek nabawił się anginy.

No to co ja będę jeszcze pisać dalej. Szarpnęłam wagony i ciągnę z mozołem... i pewnie dojadę w końcu, gdzie miałam dojechać, ale z tydzień mi to zajmie przypuszczalnie. I obym dojechała bez żadnej katastrofy kolejowej.

9 paź 2013

Sukcesy fizyczne!

No niestety, nie, nie chodzi mi o Nagrodę Nobla za bozon Higgsa, bo na temat bozonów to ja wiem tyle, o.

Chwalić się będę za to. Gdyż albowiem:
- Giganna zaczęła stawiać pierwsze samodzielne kroki!
- Dziobalinda zaczęła uczęszcząć na zajęcia z judo, ktorymi jest zachwycona!
- ja zaczęłam ćwiczyć! ( i nie, nie do konkursu, kto szybciej wciągnie spaghetti albo kto zje więcej popcornu oglądając filmy z Jennifer Aniston, jak również nie do konkursu wiedzy o Friendsach, chociaż to akurat powinnam, bo konkurs ma się odbyć rzeczywiście - ćwiczyć zaczęłam w sensie ćwiczeń fizycznych, co to ich nie wykonywałam nigdy w życiu do tego stopnia, że nawet na lekcjach WF wszystkie nauczycielki po kolei odpuszczały mnie sobie jako przypadek nie rokujący żadnych nadziei).

I myślę sobie, że och! dumna jestem z nas.

4 paź 2013

Open-minded... ?

Jeszcze niedawno byłam pewna, że moim obowiązkiem intelektualnym jest otwierać sobie głowę na każde odmienne zdanie i każdą odmienną opinię.

Teraz zaczynam podejrzewać, że zbyt szerokie otwarcie głowy skutkuje wypadnięciem mózgu na podłogę.

3 paź 2013

OMG, jaki prezent!

No bo naprawdę, przychodzę dziś do pracy i na biurku zastaję PREZENT. Dla mnie! I to jaki! Ręcznie wykonaną, spersonalizowaną podstawkę pod kubek. I nie wiem, co mnie bardziej cieszy, czy to, że tak pięknie zrobiona, czy to, że tak dobrze spersonalizowana, no bo sami zobaczcie:


Prezent dostałam oczywiście od Naszej Utalentowanej Izy, od której Dziobalinda dostała pudełeczko na skarby. Jeśli chcecie zobaczyć, jak powstawał, zajrzyjcie na jej stronę.

IZUŚ! DZIĘKUJĘ! :* :* :*

2 paź 2013

Squill state of mind

Potrzebuję przemeblowania. Koniecznie. A skoro w domu przemeblowania robimy w zasadzie nieustannie, to muszę je przeprowadzić gdzie indziej. W głowie mianowicie. Własnej, rodzonej głowie.

(A swoją drogą, czy wiecie, że w starogreckim języku istnieje słowo oznaczające człowieka z głową w kształcie morskiej cebuli? O ile dobrze pamiętam, to jest - jak zwykle w takich wypadkach - słowo autorstwa Arystofanesa i zostało stworzone specjalnie na opisanie Peryklesa. Ale nie chce mi się teraz grzebać w słowniku i sprawdzać, więc jeśli się mylę, to niechaj mnie Lis albo J. poprawią. Albo inny filolog klasyczny, jeśli jeszcze jakiś się tutaj zabłąkał).

Nie wiem jeszcze, na czym to przemeblowanie ma polegać, poza tym jednym, że w fazie remontu na pewno bardziej mam zamiar się skupiać na peelingach cukrowych i maseczkach do twarzy, a mniej na toczeniu „ważnych dyskusji”, od których moja głowa chyba już kształt morskiej cebuli przybrała, a jej zawartość ma konsystencję nóżek w galarecie. Akurat na tyle może mi się teraz przydać, żeby się zająć peelingami cukrowymi.

Poza tym zdecydowanie muszę w końcu nabyć umiejętność mówienia sobie samej takich prostych słów jak „chcę”, „ nie chcę” oraz „tera mnie to wali”.

Zacznę zatem od tego, że chcę peeling cukrowy.

1 paź 2013

Lubię kiedy rowery...

Jeśli za coś szczególnie jestem ostatnio wdzięczna mojemu Miastu, to za rowery. Miejskie rowery. Korzystam z nich ochoczo od początku sezonu i bardzo dobrze mi one robią nie tylko na szybkość przemieszczania się, ale przede wszystkim na samopoczucie (agresywność - jeden!). Bo ja się na rowerze czuję lepiej, niż na nogach. Chociaż żadnym wyczynowcem ani rekordzistką nie jestem.

Dobrze mi więc robią rowery, a i łaskawe są dla mnie bardzo i z Bożego zarządzenia opiekuńcze. Gdyż albowiem z rowerami to ja mam tak.

Wysiadłam sobie ostatnio dwie stacje metra wcześniej, aby odebrać zamówienie z Merlina oraz zanabyć trochę zapasów w Rossmannie (gdyż ponieważ w Rossmannie mleko owsiane jest tanie! - czy mogę zostać copywirterem już?). Pobrałam rower miejski, iżby po zrobieniu zakupów odbyć na nim podróż do domu. Ponieważ jestem matkom i notorycznie nie mam na nic czasu, pobierając rower prowadziłam jednocześnie jakieś telefoniczne ustalenia, których wcześniej ani później na pewno nie dałabym rady przeprowadzić. Zakończywszy rozmowę wrzuciłam telefon do koszyka rowerowego, wraz z torebką. A następnie zaparkowałam rower przed Merlinem, wzięłam torebkę i poszłam odebrać zamówienie. I jakież było moje zdumienie, gdy wyszłam z Merlina i zobaczyłam, że mój telefon nadal spoczywa w koszyku rowerowym! Skąd nikt nie zabrał go chyba tylko dlatego, że zapewne trudno uwierzyć komukolwiek, iż można być tak nieogarniętym, żeby zostawić prawdziwy telefon w rowerze miejskim. No ale. Podziękowałam Panu Bogu za opiekę nad mą głupotą i pojechałam do Rossmanna. Zaparkowałam rower.  Wzięłam telefon! Zrobiłam zakupy. Włożyłam je do koszyka. Po czym jeszcze zdzwoniłam się z mężem, który poprosił mnie o upolowanie jakiegoś mięsa. Pobiegłam więc szybko do mięsnego, gdzie już składając zamówienie zaczęłam się zastanawiać, gdzie u licha są moje zakupy z Rossmanna. No i gdzie były? Oczywiście - w rowerze! Skąd i tym razem nikt ich nie zabrał, ale może tylko dlatego, że niewielu jest amatorów mleka owsianego i kaszki ryżowej o smaku bananowym. Zabrałam więc wszystkie swoje klezmerskie bambetle (ukradłam „klezmerskie bambetle” od Doroty Masłowskiej wieku temu i nadal ich z radością używam) i udałam się do domu, już bez większych przygód.

Dodam do tego, że wciąż zdarza mi się wypożyczyć ze stacji rower miejski, którego wcale tam nie ma. Po prostu wpisuję jakiś inny numer, bo mi się we łbie mięsza, a potem, nie wiem na jakich zasadach, stacja mi go wypożycza, tylko nie wiem, gdzie. Bo nie tam, gdzie jestem. Szukam tego roweru, nie znajduję, oddaję, wypożyczam nowy... A ludzie wokół przyglądają mi się z coraz większą podejrzliwością.

Zimno już, a ja nadal twardo  jeżdżę miejskimi rowerami, mimo, iż najwyraźniej nie mam do tego predyspozycji ( a przecież Warszawa to jest miasto predyspozycji! What’s wrong with me?!). Jeżdżę, bo lubię! Wiele rzeczy w życiu robię, bo lubię, chociaż niekoniecznie się do tego dobrze nadaję. W zasadzie wszystko. Do pisania też nie nadaję się za dobrze, dlatego dziś będzie bez puenty. Bo lubię!

23 wrz 2013

Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi...

Gdyż nawet chandrę należy przeżywać z kulturom i z klasom! Proszę słuchać i delektować się!




18 wrz 2013

Równościowe przedszkole DIY


Głośno ostatnio było w internetach o „równościowych przedszkolach”.  Oczywiście, że bardzo chciałabym się w tym temacie jakoś oryginalnie wypowiedzieć - wiadomo, wyrazisty i soczysty pogląd zawsze jest w cenie! Niestetyż nie jestem w stanie wygenerować z siebie żadnego poglądu na ten temat, bo zwyczajnie jestem zbyt leniwa i nie chce mi się zapoznawać z liczącym sobie 62 strony  programem „równościowego przedszkola”, tak jak zrobiła to Chuda (chwała jej za to!).

Przy okazji równościowej dyskusji przypomniały mi się za to moje wakacyjne spostrzeżenia, com je nawet miała spisać, ale - znowu - zbyt jestem leniwa i zapomniałam zwyczajnie. Ale co się odwlecze, to czasami uciecze, a czasami wróci, i tym razem wróciło.

Spostrzeżenia mi się nasunęły po sytuacjach następujących.

Sytuacja 1. Spacer po plaży. Dziobalinda biegnie w morskich falach, Giganna spoczywa w chuście na mej piersi. Od dźwigania Giganny zaczyna mi jednak strzykać tu i ówdzie oraz rozjeżdżać się to i owo, postanawiamy więc z Małżonkiem, że się Giganną wymienimy. Zachustowałam Małżonkowi nasze młodsze dziecię na piersi, a Dziobalinda stanęła jak wryta i krzyczy: Ale przecież mężczyźni nie noszą dzieci!
- Noszą, noszą, czemu mieliby nie nosić? - zapytaliśmy zdziwieni.

Sytuacja 2. Po południu dzieci bawią się za domem, a my z Małżonkiem znaleźliśmy piłkę do koszykówki i zaczęliśmy sobie ćwiczyć rzuty osobiste. A tu znowu Dziobalinda stanęła jak wryta i krzyczy: Ale przecież dziewczyny nie grają w piłkę!
-Grają, grają, czemu miałby nie grać? - zapytaliśmy zdziwieni.

Rozpamiętywaliśmy sobie potem te dwie sytuacje z Małżonkiem przy wieczornym piwie Karmi          i zastanawialiśmy się, skąd nasza starsza córka pobrała takie dziwne poglądy. I nagle olśniło nas, że pobrała je znikąd indziej, jak od nas! Nie, żebyśmy takie poglądy wyznawali w rzeczywistości. Po prostu Dziobalinda nigdy wcześniej nie widziała swego ojca chustującego ani swej matki grającej w kosza!

I rzeczywiście, po kilku dniach obserwowania, jak tata chustuje, a mama trenuje rzuty osobiste, Dziobalinda sama zaczęła trenować rzuty osobiste, a na widok pana z dzieckiem w nosidełku rzekła: O proszę, inni panowie też noszą dzieci!

No więc w kwestiach równościowych jedyny pogląd, jaki w swym lenistwie jestem w stanie z siebie wyprodukować, jest taki: jak chcemy dziecka nasze uchronić od stereotypów na temat płci, to może zacznijmy od uważnego przyjrzenia się samym sobie?

16 wrz 2013

13 wrz 2013

Poranne awantury filozoficzne


Odbyłam dziś z rana interesującą konwersację. No dobrze, to akurat nie jest prawda. Odbyłam nieprzyjemną awanturę z epitetami, po której się zwyczajnie poryczałam w firmowej łazience. No ale, zdarza się i tak. Interesujące natomiast w tej awanturze było poruszone zagadnienie dobra i zła.

Bo otóż. Mój Współrozmówca nie zgodził się ze mną w zasadniczej kwestii, mianowicie takiej, że coś może być dobre lub złe. Jego zdaniem nic nie jest dobre lub złe i nazwanie jakiegokolwiek czynu dobrym lub złym jest równoznaczne z wydawanie ocen w stosunku do osób czyn ten popełniających. Oczywiście za przykład posłużył nam tradycyjnie kazus zabicia kogoś w obronie koniecznej.

Otóż zdaniem Współrozmówcy zabicie człowieka nie jest czynem złym samym w sobie, zależy bowiem od okoliczności. Jeśli zabijam kogoś w obronie własnej, to wtedy zabicie człowieka nie jest czynem złym. Moim zdaniem zaś zabicie człowieka jest czynem złym zawsze - bo w skutek zabicia zawsze ginie człowiek. Nawet jeśli zabijam w obronie koniecznej, to nadal zabicie człowieka jest złym czynem. Tyle tylko, że w tej sytuacji - usprawiedliwionym. I to, że ktoś zabił w obronie koniecznej, nie czyni z niego automatycznie człowieka złego. Można nazwać czyn złym, nie potępiając przy tym człowieka, który go dokonał. Można odróżniać „problem od człowieka”, jak to się ładnie w różnych poradnikach nazywa.

Dla mojego Współrozmówcy takie podejście jest niemożliwe. Jego zdaniem, jeśli nazywam jakiś czyn złym, tym samym nazywam złym człowieka, który tego czynu dokonał. Nie można tych dwóch spraw oddzielić. Koniec i kropka.

Ja tę sprawę widzę zupełnie inaczej. Uważam, że można i trzeba nazywać po imieniu zło, które polega na wyrządzeniu krzywdy drugiemu człowiekowi (lub samemu sobie). Ale to, że się to robi, nie oznacza wcale potępienia. Na tym zresztą polega wybaczanie - nie na tym, że uznaję, iż ktoś, kto uczynił mi krzywdę, tak naprawdę jej nie uczynił, tylko na tym, że wiem, iż uczynił mi krzywdę, ale mimo to wybaczam mu, widzę w nim człowieka takiego jak ja, nie potępiam i nie życzę mu źle. Bo wiem, że ja sama też jestem zdolna do czynienia zła. Bo wiem, że krzywdzę innych ludzi, nawet, gdy nie chcę. I dlatego też wiem, że czasem krzywdzimy się nieumyślnie, że ranimy się, bo inaczej nie umiemy. Co nie znaczy, że wszyscy jesteśmy złymi ludźmi.

Mimo to nie możemy nie mówić o tym, co jest dobre i złe. Nawet, jeśli mogę zobaczyć zrozpaczonego człowieka w matce, która swoje nowonarodzone dziecko dusi i wyrzuca do śmietnika - po prostu nie wolno mi powiedzieć, że zabicie dziecka jest dobre lub złe, w zależności od okoliczności. Nie mogę powiedzieć, że gdy to hipotetyczne dziecko zostało uduszone - to nic się nie stało, bo przecież matka nie była złym człowiekiem.

Ach, gdyby złe czyny popełniali tylko źli ludzie, życie byłoby takie proste! Problem polega na tym, że ja nie wierzę w dobrych i złych ludzi. Wierzę tylko w to, że człowiek jest istotą obdarzoną wolną wolą i korzysta z niej raz dobrze, raz źle - w zależności od różnych czynników, które na niego wpływają. Wierzę, że tak jak każdy z nas jest podatny na upadek, tak i jest zdolny to podniesienia się i przerośnięcia samego siebie. Wierzę, że jest to możliwe z Bożą pomocą, ale wiem też, że są i tacy, którzy robią to w Bożą pomoc nie wierząc - i chwała im za to. I wśród wszystkich ludzi ja sama niczym się nie różnię. Tak samo dokonuję złych i dobrych wyborów, złych i dobrych uczynków. I tylko mam nadzieję, że jestem jeszcze w stanie odróżnić jedne od drugich. Żeby umieć przeprosić. Żeby umieć naprawić.

To wszystko chciałabym móc powiedzieć mojemu Współrozmówcy, gdyby tylko zechciał mnie wysłuchać. I przeprosić go raz jeszcze za nadmiar emocji, bo moje przeprosiny wypowiedziane w trakcie rozmowy w tym nadmiarze chyba utonęły i nie zostały usłyszane. Tylko do tego musielibyśmy obydwoje zobaczyć w sobie ludzi. Nie złych, i nie dobrych - po prostu ludzi.

10 wrz 2013

Ludzie!

Jestem nieśmiałą ekstrawertyczką. Serio serio. Sprawiam podobno wrażenie ekstrawertyczki śmiałej, ale to taki pozór, który wcale nie jest tak trudno rozgryźć. Nieśmiała więc jestem, ale i ekstrawertyczna, zwłaszcza w tym sensie, że największą radość czerpię z ludzi wokół mnie. Lubię ich słuchać, lubię na nich patrzeć, lubię z nimi rozmawiać, uczyć się od nich i spędzać czas w ich towarzystwie. Lubię ludzi. I mam szczęście spotykać na swojej drodze ludzi naprawdę wspaniałych.

Bo tak. Przyszłam do pracy wczoraj i zastałam na swoim biurku to:
Był to prezent dla Dziobalindy zrobiony przez Izę. Tak po prostu, bez okazji. Ręcznie wykonana szkatułka na biżuterię (czytaj gumki, spinki i korale), z wkładem w środku! Szkatułka jest naprawdę śliczna, a żeby zobaczyć, jak powstawała i jak wygląda w środku, zajrzyjcie do Izy na stronę. Dziobalinda była zachwycona!  Ja też byłam zachwycona i to do tego stopnia, że przez moment nawet rozważałam, czy nie zachować jej dla siebie. No ale są pewne granice bycia złomatko. Oddałam dziecku, co jego. 

Ale żeby nie było - i ja dostałam prezent. Bo gdy zwisałam wczoraj smętnie z biurka, nagle wylądowała przede mną dorodna jagodzianka. 
- Eeeee? - zapytałam nieprzytomnie Salomeę, z której rąk jagodzianka przed chwilą wywędrowała.
- Czytałam. Wiem, że potrzebujesz bułów, więc masz bułę. Dobrą bułę. 

Bo takie mam właśnie przepyszne koleżanki w pracy. Że już nie wspomnę o A., która mnie wraz z dziećmi zabrała na weekend do lasu. I o G., która mnie stawia do pionu, gdy tylko próbuję rozkleić się ponad normę, a kto jak kto, ale G. stawia do pionu wzorowo.  I o AM., która specjalnie ze mną pojechała kiedyś dobierać mi najlepszy lakier do paznokci, bo jak trzeba wybrać coś najlepszego, to nikt tego nie zrobi tak dobrze, jak ona. I która swojego czasu ze mną i z A. twardo popylała na basen o 5:45 rano. I o I., której zmysłowy głos nadal część z nas nosi w telefonie, a głos ten mówi "Jesteś piękna, jesteś wybitnie inteligentna, masz wspaniałe poczucie humoru, jesteś sexy...". I która kiedyś urządzała w firmowej kuchence najlepsze mięsne imprezy w mieście. I o A., która zachowuje dystans, spokój i godność osobistą w każdych warunkach, ale - o czym nie każdy wie, ale ja wiem - potrafi też na imprezie literalnie wyfrunąć przez okno! I o Tamburynce, na którą zwsze mogłam liczyć, a której ja już teraz liczyć nie powinnam, bo sobie właśnie poszła pracować gdzie indziej - ale liczę, kurczę, bo nie umiem inaczej. Wszystkie one sprawiają, że w pracy czuję się trochę jak w drugim domu. I wszystkim im teraz, oficjalnie, chciałam powiedzieć: Dziękuję!


8 wrz 2013

Fletus et stridor dentium

Właśnie zakończyłam urlop na adaptację żłobkową. Urlop, ale nie samą adaptację. Adaptacja będzie trwać jeszcze długo, obawiam się. Póki co bowiem Gigannie żłobek podobał się bardzo, dopóki była w nim mama. Ale pozostawiona testowo na 45 minut bez mamy - Giganna popadła w rozpacz. Po rzeczonych 45 minutach odebrałam małą, czerwoną jak burak, zapłakaną dziewczynkę. I nie będę udawać, że byłam twarda, bo nie byłam.  I nic a nic mnie nie uspokoił fakt, że połowa grupy żłobkowej płakała tak samo. I że panie mówią, że to zupełnie naturalna i normalna dla malucha reakcja. Połamałam się na drobne kawałki w środku. I udałam się z Giganną, która w matczynych objęciach doszła do siebie od razu, do najbliższej piekarni, iżby sobie nakupić bułów i napchać się nimi po brzegi. Bo jak jestem niespokojna, to jem buły. Tak jakby schodziło ze mnie powietrze i jakbym musiała wypchać się czymś od środka, żeby zachować w miarę stabilną postawę ciała.

Tymczasem jednak jutro ja idę do pracy, a Giganna do żłobka. Na 4 godziny, bo na tyle ma chodzić we wrześniu. Szczęśliwie Mąż nie ma jutro zdjęć, więc będzie stacjonował w żłobkowej szatni, żeby w razie czego odebrać Gigannę przed czasem. A ja postaram się nie zwariować z niepokoju i zmartwienia. I oczywiście nakupię sobie bułów. Na wszelki wypadek.

A po tygodniu w domu, bez pracy, refleksja mi się nasunęła taka. Ja moją pracę bardzo lubię. I cieszę się, że pracuję. Ale niech mi jeszcze kiedyś jakaś lepiej - wiedząca - matka - niepracująca powie, że kobiety wracają do pracy z egoizmu, bo nie są się w stanie poświęcić dla dziecka. To jej odpowiem z głębin mojego doświadczenia, żeby milczała, gdy mówi do mnie. Że siedzenie w domu z dzieckiem to dla mnie akurat nie jest żadne poświęcenie. To dla mnie spokojny, relaksujący czas, kiedy nie muszę gonić z zegarkiem i kalendarzem w ręku i kiedy, owszem, urobię się po pachy, ale wieczór mam wolny i mogę sobie odsapnąć, i jestem, owszem, zmęczona, ale nie skrajnie sfrustrowana. Natomiast kiedy pracuję, a już zwłaszcza, kiedy pracuję w domu, jednocześnie zajmując się dziećmi - o, to jest dopiero jazda! Wtedy ganiam jak pies z wywieszonym jęzorem, w wiecznym niedoczasie i wynikającym z tego niedoczasu stresie. Wtedy sprawy do załatwienia piętrzą mi się i przepełniają mózg, aż mi z niego kipi. Wtedy  ręce trzęsą mi się z pośpiechu i wszystko mi z nich wypada. Nie jest to, zaprawdę powiadam, nie jest to wcale jakiś super odpoczynek od „bycia z dziećmi”. Wręcz przeciwnie! Jeśli więc w moim życiu coś miałoby być jakimś poświęceniem, to właśnie ten stan, w którym muszę robić na raz tyle rzeczy, że żadnej nie udaje mi się robić tak dobrze, jak bym chciała. I w którym wyrzuty sumienia wpędzają  mnie w pośpiech, a pośpiech wpędza mnie we frustrację, a frustracja wpędza mnie w wyrzuty sumienia. Tyle tylko, że to nie jest żadne poświęcenie. To życie jest po prostu. Moje własne, i dlatego w najlepszej możliwej wersji, życie.

5 wrz 2013

Kołowrotek

Ponieważ jestem teraz na urlopie żłobkowym, czytajcie: chodzę do żłobka z Giganną na tzw. dni adaptacyjne, znajduję sie obecnie w amoku i w szoku i nic napisać nie jestem w stanie. W każdym razie nic, co miałoby ręce i nogi.

Chwilowo znalazłam dla Was zastępstwo i to o ileż zacniejsze ode mnie! Proszę - oto Phoenix do oglądania!

(A ja się wkrótce pozbieram i jakoś to wszystko, ten kołowrót, szok i amok - opiszę.)


26 sie 2013

Phoenix

Gdy uświadamiam sobie, że niedługo miną dwa lata, odkąd nie przesypiam nocy, zaczynam co nieco rozumieć ze stanu, który mnie od czasu do czasu dopada, chwyta za gardło i tarmosi po kątach tak długo, aż zostają ze mnie tylko powiewające na wietrze włókna nerwowe. Na szczęście Pan Bóg stawia na mojej drodze wielu dobrych ludzi. Tym razem postawił A., która będąc świadkiem mojego piątkowego załamania nerwowego po prostu zabrała mnie wraz z córkami do lasu, na działkę, gdzie spędziłyśmy z jej rodziną cudowne dwa dni w ciszy i zieleni. Słońce świeciło, igliwie pachniało, kury gdakały, skrzypiały huśtawki, na których moje dziewczyny huśtały się zapamiętale i z radością, dzieci kwiczały i skakały, mama A. zaserwowała najpyszniejsze na świecie knedle ze śliwkami, a dziadek A. obdarował nas pomidorami, jajkami i gruszkami z własnego gospodarstwa. A ja po prostu byłam i cieszyłam się tym wszystkim, i obecnością A., która jest jedną z bliższych i ważniejszych w moim życiu osób. I tym zaproszeniem uratowała mnie od popadnięcia w czarną otchłań rozpaczy (pozwolę sobie pożyczyć to sformułowanie od Ani Shirley).

Tak więc po weekendzie powstaję z popiołów jak feniks. A tu oto, obok rześkiego, poniedziałkowego poranka, obok zapachu zbliżającej się jesieni i poczucia, że życie jest piękne samo w sobie, nawet, gdy się mało śpi - kolejna niespodzianka! Czekałam na nią niecierpliwie i w końcu jest:

22 sie 2013

Quantus tremor est futurus...

Dies Irae już blisko, napisała do mię Broszki, i prawdą to jest, blisko on. Gdyż albowiem  - wrzesień. Wrzesień w tym roku będzie wrześniem edukacyjno-placówkowym dla obu naszych córek - a to dlatego, że zupełnie niespodziewanie dla nas Giganna dostała się do żłobka (Dziobalinda nie dostała się mimo prawie 2 lat naszego intensywnego figurowania na liście oczekujących, co ostatecznie skończyło się pójściem do prywatnego klubiku malucha i pozbyciem się wszystkich oszczędności na zaspokojenie żądań finansowych tegoż).

Nie tak to wszystko planowałam, nie. Giganna w mych oczach zbyt mała jest przecież. Rok dopiero co w czerwcu skończyła. Powinna być w domu ze mną, a nie z kimś obcym, gdzieś w obcym miejscu, o 2 stacje metra od domu! Na samą myśl serce moje matczyne drży ze strachu. Tym bardziej, że im mocniej Magdalena Środa zachwala żłobki jako jedyne korzystne dla dzieci środowisko rozwoju, tym głośniej z przeciwległego bieguna światopoglądowego płyną głosy o straszliwych traumach żłobkowych, powodujących zaburzenia osobowości, a wręcz ryzyko przedwczesnego zgonu. Nawet, gdybym była bardzo zrównoważona psychicznie, to bym się tym wszystkim przejęła, a przecież nie jestem. Jestem, jako mawiał mój tata, łatwo wzruszająca się.

Tymczasem jednak moja praca w domu coraz częściej polega na tym, że Giganna siedzi mi na plecach i próbuje radosnymi rączkami wcisnąć „delete” na dokumencie, który tworzę od godziny, albo wysłać do mojej szefowej maila o ważkiej treści: bbfbfffftttotoo555. Wówczas to popadam we frustrację i próbuję Gigannę zająć czymś innym, co z kolei powoduje napad frustracji u niej. Giganna obraża się na mnie i wrzeszczy, aby mi ogrom swoich urażonych uczuć uświadomić. Mój ogrom uczuć kumuluje się zaś w pełne napięcia oczekiwanie na dzień pracy w biurze, ergo w ciszy, spokoju i bez rozsypanych wszędzie wokoło klocków duplo.

Wszystko to sprawia, że wzruszam się perspektywą żłobka nieco mniej, niż mogłabym w innych okolicznościach. Jeszcze tylko nie wiem, jak to zrobię, żeby rozwieźć rano zbior-komem dwoje dzieci do dwóch różnych placówek i zdążyć potem do pracy. Jeszcze się martwię, że kiedy obydwoje będziemy pracować poza domem, to dzieci będą musiały być w tych placówkach aż do 17:00 - 17:30, czyli ponad 2 godziny dłużej niż wszystkie inne dzieci na dzielni (swoją drogą, jak to robią ci wszyscy pracujący rodzice, że po 15:00 przedszkole Dziobalindy świeci już pustkami? skoro ja muszę na głowie stawać, żeby do 17:00 zdążyć wrócić z firmy, a firmę mam naprawdę elastyczną i przyjazną człowiekowi - jak zatem robią to wszyscy inni? hm?). Jeszcze się boję, jak Giganna poradzi sobie ze żłobkiem, a tym bardziej - jak żłobek poradzi sobie z Giganną?

No ale. Przestałam się już dręczyć myślą, że powinnam swojej rodzinie zapewnić życie w Nibylandii, w której wszystko jest najlepszej jakości i w dodatku zupełnie za darmo. Jest co jest, będzie co będzie. I jakoś sobie z tym wszystkim damy radę, taki mam plan. A kto może, niech kciuki potrzyma albo westchnie w naszej intencji czasem, ślicznie proszę.

19 sie 2013

Gniew

Znowu myśli kłębią się w głowie za szybko, a rzeczywistość napiera zbyt mocno. Chaos we mnie i chaos wokół mnie.  Czuję się zmęczona, przede wszystkim bardzo zmęczona. Ale spoza tego zmęczenia przebija się coś jeszcze. Uczucie, które tak trudno jest mi w sobie zaakceptować. W sobie, ale też w innych. To uczucie to GNIEW.

Mam w sobie dużo gniewu. Przykrywam go serwetkami, obrusami, przygniatam szafkami o rzeźbionych nóżkach. Stawiam na nim niezliczone wazony z kwiatkami, figurki z porcelany, górskie pejzaże w szklanych ramkach. Niż z tego. Im dłużej staram się go ukryć, tym bardziej cała konstrukcja dygocze i chwieje się w podstawach. Coraz częściej zawala się hukiem. W drzazgi lecą szafeczki, w pył porcelanowe figurki. Staję wtedy nad całą tą potrzaskaną nadbudową i lamentuję. Bo mi się zdaje, że oto coś obcego, paskudnego, co nie jest mną, zepsuło mi znowu mozolnie budowaną konstrukcję pod roboczym tytułem Synafia.

Tymczasem nie. Tymczasem jednak inaczej.

Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam powtarzające się przeżycie - nie był to sen. Kładłam się wieczorem do łóżka i próbowałam sobie coś wyobrażać przed zaśnięciem. Cokolwiek to było, zawsze powierzchnia pod tym pękała na pół i wciągała rzeczywistość w przepaść. Nie umiałam tego powstrzymać. W myślach podstawiałam więc pod to pęknięcie szafę, ale szafa się przewracała - podstawiałam więc pod nią kolejną szafę, a pod tą kolejną - jeszcze następną. Stawiałam tak szafy w nieskończoność, ale wszystko rozsypywało się, przewracało, obraz pękał mi na pół i załamywał się. A ja nie umiałam temu przeciwdziałać, choć działo się to tylko w mojej głowie.

I tak jest właśnie z moim gniewem. Co jakiś czas rozsadza to, co ja sama uważam za moje „Ja”, robi w nim szczelinę, ujawnia ciemną dziurę w środku. Stawianie szaf nie pomaga. Może więc nadszedł  czas pozwolić tej szczelinie zostać. I zajrzeć w nią. Sprawdzić, co jest w środku. Być może wcale nie muszę się tego bać. Cokolwiek tam zobaczę - będzie przecież częścią mnie.

Nie mniej i nie bardziej „mną”, niż wszystkie te porcelanowe figurki i haftowane serwetki.


7 sie 2013

Wakacje - odsłona trzecia, czyli Chłapowo

A nad morzem byliśmy w Chłapowie. Które to Chłapowo ugościło nas tak dobrze, że chciałabym się mu odwdzięczyć kilkoma słowami pochwały.

Co mnie ujęło w tej miejscowości, to względny spokój, który panuje w niej nawet w środku sezonu - oczywiście w porównaniu do typowych wakacyjnych kurortów takich jak pobliskie Wałdysławowo. Plaża w Chłapowie jest zdecydowanie mniej oblegana niż we Władysławowie i moim zdaniem bardziej urokliwa, jako że znajduje się pod urwistym, zalesionym klifem. Zejść z klifu na plażę można po schodach, które pokazywałam na jednym ze zdjęć - tą trasą wchodziliśmy i schodziliśmy przez cały nasz nadmorski pobyt, po to, aby na 3 h przed wyjazdem odkryć jeszcze drugie, całkowicie płaskie zejście przez wąwóz - nie dość, że płaskie, to jeszcze bardzo urokliwe. Trasa przez wąwóz wiedzie m.in. przez tunel, którego zdjęcie również umieściłam w fotorelacji. No i także, co dla mnie akurat ważne, trasa ta omija chłapowski deptak, na którym to Dziobalinda osaczona przez lody, gofry, zabawki, kulki i automaty do gry regularnie traciła nad sobą panowanie. Zejście przez wąwóz bardzo gorąco polecam.

Co jeszcze gorąco polecam w Chłapowie, to obiady „Jak u mamy” w Villa Magnolia. Można tam codziennie zjeść dwudaniowy obiad, podany z kompotem i skromnym deserem, za jedyne 17 zł - porcje są tak duże, że zamawialiśmy dwie i najadaliśmy się we czwórkę. Co ciekawe, codziennie serwowany jest tylko jeden zestaw, nie ma menu, co moim zdaniem jest fantastycznym pomysłem - usprawnia bardzo funkcjonowanie kuchni i zdejmuje z gości ciężar myślenia nad wyborem. A jedzenie jest naprawdę dobre codziennie. Giganna pochłaniała je z apetytem, czasem po dwie porcje, a Dziobalinda, która z zasady nie lubi jeść, również doceniła smak sporej części potraw.

W Villa Magnolia można też zarezerwować pokój, my jednak zatrzymaliśmy się u pani Ireny, która prowadzi pensjonat Beti. Pani Irena przyjęła nas miło i ciepło w trzyosobowym pokoju z łazienką (wiadomo - Giganna i tak śpi z nami). Do dyspozycji mieliśmy też kuchnię, ogólnodostępny pokój wypoczynkowy z zabawkami dla dzieci oraz znajdujące się za domem podwórko z placem zabaw, trampoliną, siatką do siatkówki i koszem do koszykówki. Przy okazji koszykówki naszła mnie niespodziewana refleksja zresztą, ale o tym w kolejnej notce.

Muszę jednak wspomnieć o jednej rzeczy, która w mnie w Chłapowie przeraziła do szpiku kości. Otóż w jednym z lokalnych przybytków gastronomicznych (nie wiem niestety, jak się ów nazywa, bo nie widziałam żadnego szyldu - to taka drewniana konstrukcja przy ul.Zielonej, vis a vis Villa Magnolia) zamówiliśmy pizzę tak niewyobrażalnie niedobrą, że nie jestem w stanie tego opisać słowami. Ale i tak spróbuję. Po pierwsze - spód pizzy nie był zdolny nawiązać długotrwałej relacji ze swoim pokryciem - zwyczajnie spływało ono przy każdej próbie podniesienia kawałka pizzy do ust.  Nie powinno to jednak dziwić, pokrycie bowiem było patologicznie wręcz niesmaczne - myślę, że spód zwyczajnie chciał je z siebie zrzucić. Jest to najprawdopodobniej cecha każdej serwowanej tam pizzy, ponieważ zamówiliśmy aż trzy i każda jedna była gorsza od poprzedniej. Jadłam w życiu wiele rodzajów pizzy, mniej lub bardzie smacznych. Sama robię mniej lub bardziej smaczną pizzę. Ale tego dantejskiego zjawiska nie jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Może tylko tym, że to jakaś konkurencja płaci kucharzowi za to, żeby robiąc tak bardzo złą pizzę wykończył lokal?

W każdym razie Chłapowo zrobiło nam bardzo dobrze, tak dobrze, że mogę je polecić każdemu, kto nad morze jedzie po to, żeby po prostu być nad morzem - i tylko tyle. Dla mnie takie właśnie po prostu bycie jest kwintesencją wakacyjnego odpoczynku.

2 sie 2013

Złote usta Dziobalindy

O wakacjach jeszcze będzie, tymczasem nie mogę sobie darować podzielenia się błyskotliwym intelektem naszej starszej córki.

Gdyż albowiem.

Rozmawiamy sobie ostatnio z Małżonkiem o kwestiach żywieniowych i o tym, że Dziobalinda jest dziewczęciem wyjątkowo szczupłym. Sama Dziobalinda bawi się gdzieś w obszarze naszego niewielkiego mieszkania, pozornie niezainteresowana tematem rozmowy.

-No wiesz -mówię do Małżonka - ja podobno byłam właśnie dzieckiem jak na swój wiek wysokim i szczupłym. Czego teraz już tak nie widać.

- Bo teraz jesteś niska i gruba! - rozlega się w tle głos Dziobalindy.

Kurtyna!


____

PS. Jeśli ktoś jest ciekaw mojej reakcji - zaprzeczyłam. Powiedziałam mej córce, że niska nie jestem w żadnym wypadku (no nie jestem), a w kwestii wagi mieszczę się w statystycznej normie (chwilowo zapewne górnej, hłe hłe). Myślę, że teksty typu "Ach, jaka ja jestem gruba!" to nie są teksty, których powinna wysłuchiwać mała dziewczynka w okresie kształtowania się poczucia własnej wartości i poglądów na kobiecość.

Co nie znaczy, że się nie mam zamiaru odchudzić nieco, sure I do! ;)

30 lip 2013

Wakacje - odsłona pierwsza, czyli jak przestałam mieć żal do prof. Magdaleny Środy

Wróciłam. Bogatsza o piasek we włosach, opaleniznę, dobre wspomnienia, rodzinne zdjęcia i kilka refleksji. Uboższa o sporo niepotrzebnych myśli i napięć. Z mocnym postanowieniem poprawy, a jakże!

Zacznę od początku, czyli od pierwszej myśli, jaka mnie nawiedziła po tym, jak postawiłam stopę na plaży. Była to myśl o Magdalenie Środzie. Brzmi to jak czysta perwersja, wiem! Wyjaśniam zatem.

Nad morzem w tzw. sezonie nie byłam chyba od 15 lat. Tak się złożyło, że albo nie mieliśmy wakacji wcale, ale spędzaliśmy je na Podlasiu, albo w nad morzem, ale poza sezonem - dość powiedzieć, że klimat zatłoczonej, gorącej plaży zdążyłam całkowicie zapomnieć. Toteż kiedy znalazłam się w tłumie urlopowiczów przybyłych z wszelkich możliwych skrzyżowań geografii i kultury, poczułam lekki zawrót głowy. Wraz z zawrotem głowy przyszła do mnie myśl, w jak wąskim ekosystemie żyję na co dzień i jak łatwo utożsamiam ten ekosystem z ogółem rzeczywistości. Niby wiem, że ludzie są różni, żyją w różnych środowiskach, pochodzą z równych rodzin i różne wartości wyznają. Niby pamiętam o tym, że mój punkt widzenia jest jedynie punktem widzenia, a nie obowiązującą wszystkich prawdą objawioną. A jednak żyjąc w określonym miejscu, pracując w określonej branży, otaczając się określonymi ludźmi, zapominam, jak to jest realnie doświadczać prawdziwej odmienności, a nie jedynie różnicy zdań. Zapominam, że patrzę na świat tylko z jednej z wielu znajdujących się na ziemi sadzawek, a nie z chmurki na niebie, niczem „Pan Bóg”, w którego zdaniem niektórych wierzę (taki brodaty staruszek, co to siedzi na chmurce i burczy na ludzi). Zapominam i oto przypominam sobie o tym na tej plaży, gdzie wokół mnie tylu naprawdę RÓŻNYCH, jakże różnych niż ja sama i moi przyjaciele ludzi, którzy innym mówią językiem, innym myślą obrazem i inne zwyczaje w swojej codzienności kultywują. I wtedy właśnie przychodzi mi na myśl Magdalena Środa - obiekt mojej zawiedzionej młodzieńczej fascynacji. Pani profesor, która w moich oczach z pozycji autorytetu z czasem przeniosła się na pozycję tej fantazyjnej chmurki właśnie, na której siedzi i burczy na ludzi, a właściwie na swoje o nich wyobrażenia, bo po prawdzie to niewiele ona z tej chmurki jest w stanie zobaczyć. Pomyślałam o niej i dotarło do mnie - jakże niewiele się w istocie różnimy! Jak łatwo jest wziąć swoją codzienność za globalną normę i swój punkt widzenia za jedyną prawdę. I jak trudno jest to sobie uświadomić! Czasem trzeba przejechać 8 godzin pociągiem na drugi koniec Polski, a czasem pewnie i dłuższą odbyć podróż.

Tak więc nie mam już żalu do Magdaleny Środy.

Mam za to mocne postanowienie, żeby sobie mocniej horyzont myślowy poszerzać. Najlepiej oczywiście via PKP, ale innymi drogami też warto.

Ciąg dalszy, w tym pewien rodzaj dokumentacji zdjęciowej, nastąpi!

19 lip 2013

Komu w drogę, temu pociąg!

No i tak. Gorączki szczęśliwie niet. Giganna wypączkowuje za to z siebie jakieś dziwne bąble, co to nie są ospą (lekarz stwierdził), ale też nie wyglądają mi na ukąszenia (lekarzowi wyglądały). Podejrzewam dziwną reakcję alergiczną. Nie wiem tylko, na co - może na stres? Bo stres to ja produkuję ostatnio w ilościach hurtowych i obawiam się, że choć ze wszystkich sił próbuję trzymać go w ryzach, to mi się on ulewa i bliskich mi plami i brudzi.

Idzie matka, tam gdzie chatka,
niesie worek dziatkom,
a przez dziurkę, stresik ciurkiem
sypie się za matkom. 

Może mi się uda ten stres zostawić nad morzem - gdzieś tam go w wydmie zakopię albo w wodzie utopię? I potem mieszkańcy nadmorskich miasteczek będą budzić się w trwodze o północy, i na plażę wylegać, by obserwować w zdumieniu jak w falach rzucają się ryby i inne stworzenia wodne, i trzewia swe otwierają i do księżyca wrzeszczą: Muszę, kurna, komuś przylać, bo mnie, kurna, krew zaleje!

Taaa...

W każdym razie nad morze udajemy się, jutrzejszym porannym pociągiem typu PKP. Trzymajcie, proszę, kciuki, cobyśmy cało i w miarę spokojnie dotarli do celu. I takoż wrócili za tydzień.

Do zobaczenia po urlopie!

17 lip 2013

Uważaj, czego sobie życzysz...

Prolog

Wczoraj rano postanowiłam ubrać się w śliczną, zieloną sukienkę. Co prawda sukienkę tę nabyłam dawno temu, tuż po urodzeniu Dziobalindy. Co prawda byłam wówczas dobrych parę kilo tęższa. Co prawda sukienka ma rozmiar dostosowany do tych paro kilo więcej. Ale prawda prawdą, a sukienka ładna i leży w szafie nieużywana, pomyślałam więc - łotewa! Założę sobie za dużą nieco sukienkę, sukienka nie gacie, z zadka mi nie zjedzie, wstydu nie będzie. Założyłam. Do pracy pobieżyłam.

Akt I (i jedyny)

Późnym popołudniem wracałam z pracy metrem wielce zatłoczonem. Miałam cichą nadzieję na upolowanie miejsca siedzącego (Wiesław Myśliwski palił mnie w torebce i naglił!), nadzieja jednak matką nierozsądnych, miejsca oczywiście nie upolowałam. Stanęłam więc zrezygnowana i poczęłam w myślach narzekać i lamentować z powodu braku miejsca siedzącego.

Wtem!

Widzę i słyszę, jak miła pani w średnim wieku zwraca się do siedzącego obok młodzieńca, pokazując na mnie: Czy mógłby pan ustąpić miejsca pani, bo pani jest W CIĄŻY!

Pan zerwał się z miejsca, a ja popadłam w lekki popłoch i zaczęłam tłumaczyć, że nie, że niechże pan sobie siedzi, bo to nie ciąża tylko zdecydowanie źle dobrana do figury sukienka. Pan jednak pozostał już  w pozycji stojącej, mówiąc: Nie, nie, proszę, niech pani usiądzie. Co było robić - usiadłam. Miła pani w średnim wieku jęła mnie przepraszać i tłumaczyć, że ona to w dobrej intencji i żebym się nie gniewała. Odrzekłam jej zgodnie z prawdą, że nie gniewam się, a co najwyżej dziękuję za uświadomienie mi, że NAPRAWDĘ nie powinnam już nosić tej sukienki.

Tak oto w niespodziewany sposób spełniło się moje życzenie i resztę podróży spędziłam siedząc wygodnie i czytając Myśliwskiego.

Epilog

Wracając z metra do domu pomyślałam sobie, że jestem najlepszym przykładem na to, iż Pan Bóg jak najbardziej ma poczucie humoru. I że muszę niezwłocznie pozbyć się za dużej sukienki. Oraz może zapoznać się jednak z tą panią Chodakowską, która podobno wyzwala z cielesnych okowów rzesze Polek i przenosi je od razu w kolejne, lepsze wcielenie.

Tymczasem jednak zakupiłam coś na kształt bikini, bo za 3 dni mamy udać się na wymarzony urlop nad morze. Giganna zaś zaczęła na tę okoliczność gorączkować, co kwestii urlopowej dodaje niewątpliwie pikanterii i soczystości.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

16 lip 2013

Googlowka - zdolna główka

Bardzo podziwiam wszystkich, którzy mają w rękach dar tworzenia. Ja sama umiem zrobić szalik na drutach oraz kuleczkę szydełkiem. I tyle. Wychodzi mi jak wychodzi, zgrzebnie, ale za to bardzo mnie odprężają czynności rękodzielnicze. Uważam, że jest w nich moc! Tym bardziej imponują mi osoby, które umieją tę moc okiełznać i przekuć w realne, piękne i użyteczne przedmioty. Jedną z takich osób jest moja koleżanka, znana w sieci jako Googlowka. Gdyż albowiem zdolne to dziewczę szyje. I to dobrze szyje! Mam okazję obserwować jej samodzielnie tworzone stroje i jestem nieodmiennie pod dużym wrażeniem. Ostatnio zaś z nudów i ścinków stworzyła serię rozkosznych potworków, o takich:


Dwa z nich powędrowały do Dziobalindy i Giganny i mieszkają teraz w naszym domu.

Kto chętny na takie potwory, niech zajrzy do Googlowki, tutaj. Może da się na coś namówić? A w każdym razie można u niej popatrzeć na proces szycia, a i może samemu nauczyć się czegoś, jeśli ktoś ma nieco więcej zdolności w ręcach, niźli ja mam. Zajrzyjcie zatem.

15 lip 2013

Licho luterskie!

Ja wiem, że chwalić się jest nieładnie, ale cóż poradzę, czasami człowiek musi, inaczej się udusi. Chwalę się więc wszem i wobec, że mieliśmy wczoraj piękny, luterski chrzest córeczki Luki i Kaina, zwanej w internetach Lichem. A ja dostąpiłam zaszczytu bycia dla Licha matką chrzestną!

Było oczywiście z emocjami i z przytupem. Gdyż albowiem aż dwa autobusy podstępnie uciekły rodzicom Licha spod nosa i przedsięwzięliśmy akcję przedostawania się do kościoła (tego ładnego okrągłego kościoła obok Zachęty - to jest NASZ kościół, aha!) metrem. Mimo utrudnień (takich jak zamknięcie na okres wakacji dwóch centralnych stacji metra) dotarliśmy na miejsce o czasie, w jednym kawałku i niezepsutych makijażach. Licho podczas nabożeństwa zachowywało się z pogodą ducha i prawdziwą godnością. A trzeba Wam wiedzieć, że luterskie nabożeństwo to nie w kij dmuchał, poniżej godziny nie schodzi, a razem z chrztem spokojnie 1,5 godziny wynieść potrafi - i tyleż właśnie wyniosło. Przy samej chrzcielnicy Licho popadła w zachwyt i próbowała się nawet wykąpać. Ja zaś doznałam gwałtownego wzruszenia i prawdopodobnie uśmiechałam się głupkowato już do końca nabożeństwa, zapatrzona w Lichowe słodkie oczęta.

Udał się chrzest pięknie i pięknie udało się potem małe przyjęcie, jakie Luca i Kain wydali dla rodziny i bliskich znajomych. Torcik był przepyszny, rozmowy prowadzono ożywione i na tematy intelekt żywo poruszające. Gdyby nie to, że reszta mojej rodziny czekała na mnie niecierpliwie w domu (Dziobalinda serwowała przez weekend stan podgorączkowy, dla rozkręcenia wakacyjnej atmosfery luzu i zabawy), nie musiałabym uciekać tak szybko.

No więc tak. Jeszcze niedawno żadnymi chrześniakami nieopatrzona, nagle stałam się matko chrzestno dla dwójki młodych ludzi - Licha, oraz - jakiś miesiąc temu - synka mojej przyjaciółki P. (dla którego jednakowoż formalnie byłam tylko świadkiem chrztu, gdyż chrzest odbył się w kościele katolickim).  Bardzo się czuję i zaszczycona, i uradowana, i odpowiedzialna także. Z tej radości uleciał mi gdzieś pomysł na puentę, więc puenty dzisiaj nie będzie.

12 lip 2013

Niepodzielni

„Ale też w moim przekonaniu tylko człowiek sam jest w stanie opowiedzieć prawdę o sobie. Nikt za niego.

Kiedy nawet przywłaszcza to czy tamto swojej pamięci, kiedy tę pamięć nagina do intencji, kiedy mistyfikuje czy nawet kłamie, jest to jedyna prawda o nim, jaką możemy poznać. Nasze prawdy o innych to zazwyczaj domniemania, przypuszczenia, hipotezy lub oceny, które są w istocie prawdami nie o tych, o których mówimy, ale o nas samych. Powiada Ludwik Wittgenstein: „Jestem moim światem”. Dodam: i z nikim niepodzielnym.”

Wiesław Myśliwski "Słowa jak okna", Tygodnik Powszechny 14 lipca 2013 nr 28(3340)

9 lip 2013

Ta notka jest pisana dla uwolnienia emocji


Zdarzyło mi się kiedyś, że nie odpisałam komuś znajomemu na maila przez jeden dzień. Miałam w tym czasie dużo na głowie, nie było kiedy usiąść i zająć się pocztą. Nadawca maila zniecierpliwił się i zadzwonił do mnie. Zadzwonił i powitał mnie słowami:
- Cześć! Czy Ty naprawdę olewasz to, że ja do ciebie piszę maile?

Co powinnam odpowiedzieć na tak zadane pytanie? Gdybym chciała odnieść się tylko do jego konstrukcji, miałabym dwie możliwości do wyboru: „tak, naprawdę olewam” i „nie, naprawdę nie olewam”. Ach, kusi mnie czasem w takich sytuacjach, żeby wybrać wersję numer 1! Zamiast tego jednak postanowiłam odpowiedzieć, zgodnie z prawdą, że nie miałam czasu zająć się korespondencją przez ostatnie dni. Odpowiedziałam tak, choć wymagało to ode mnie pewnego wysiłku, ponieważ sposób zadania pytania zagotował mi krew w żyłach. Gdyż albowiem pytanie zostało zadane z już gotową tezą. Zanim mój rozmówca w ogóle się ze mną skontaktował, już sobie zinterpretował moje milczenie, przypisując mi negatywne intencje. Co chciał mi więc przekazać swoim telefonem? Czy naprawdę chciał mnie zapytać o to, czemu nie odpisałam na maila? Nie wydaje mi się. Sądzę raczej, że chciał mi powiedzieć, że jest na mnie za to nieodpisywanie zły. Czemu więc nie powiedział tego wprost?

Im mocniej zagłębiam się w słowa, tym bardziej sądzę, że tylko niewielką ich część przeznaczamy na komunikowanie się z innymi.  Znakomitą większość przeznaczamy na uwalniane swoich emocji. Wydaje mi się to całkiem zrozumiałe - myślę, że my, ludzie, jesteśmy bardziej emocjonalni, niż chcemy przyznać. Emocje kierują nami do tego stopnia, że często tego nawet nie zauważamy. Tym bardziej wydostają się z nas kaskadami wraz ze słowami, które są najrzadziej oszczędzanym dobrem na tym świecie.

Uwalnianie emocji jest dla mnie czymś naturalnym i potrzebnym. Sama piszę głównie emocjami i o emocjach. Co mnie jednak niepokoi, to jak często nie jesteśmy wcale świadomi naszych uczuć. Jak przerzucamy odpowiedzialność za nasze emocje na innych. Nie umiemy powiedzieć „tego nie lubię, to mnie przeraża, to mnie złości”. Zamiast tego mówimy „to jest głupie, ten jest świnią, ty mnie olewasz”. Niezwykle raniące jest to zwłaszcza w bliskich relacjach. Jak wiele małżeństw dałoby się uratować zmianą schematu komunikacji? Jak wiele znajomości nie rozpadłoby się w głupi sposób?

Komunikacja w Internecie to jeszcze gęstszy i silniej woniejący temat. W Internecie bowiem często pozwalamy sobie na bezkarne wylewanie wszelkich naszych frustracji bez żadnej kontroli i chyba też bez świadomości - czy naprawdę tak istotnym dla wielu problemem jest tusza jakiejś piosenkarki lub kolor zębów modelki? Czy może raczej po ciężkim, frustrującym dniu, musimy sobie po prostu odreagować, a że na żonę/męża głupio jest wrzeszczeć bez powodu, można sobie powrzeszczeć trochę do Internetu? Problem w tym, że z Internetem jest jak z mitem o królu Midasie. Wydaje nam się, że wrzeszczymy do dziury w ziemi, która to wszystko ukryje przed światem. A tymczasem z dziury wyrasta trzcina, która potem wyszumi innym o tym, że to my mamy ośle uszy.

W Internecie udaje mi się kontrolować swoje emocje o wiele łatwiej niż w życiu codziennym. Przepuszczam je przez klawiaturę, więc łatwiej mi ochłonąć, przemyśleć, co chcę powiedzieć. Na żywo, z bliskimi, wcale nie idzie mi dobrze. Często daję się ponieść emocjom. Staram się bardzo nie przerzucać ich na innych. Mówić raczej „Ja czuję”, a nie „Ty jesteś”. Jednak nie zawsze jest to proste i nie zawsze daje rezultaty.  Nie zawsze ja sama jestem w stanie powiedzieć, o co mi chodzi. W końcu też nie wszyscy dobrze reagują na taką komunikację. Bo na sformułowanie  „Ty jesteś” są w stanie rozpocząć dyskusję polemiczną, a ujawnienie emocji w zdaniu „Ja czuję” odbierają jakoś inaczej - jedni jako agresję, inni jako informację pozbawioną sensu w dyskusji. Często ciężko mi się porozumieć, bo moje możliwości są ograniczone, bo nie zawsze sama wiem, co tak naprawdę chcę powiedzieć, nie zawsze jestem świadoma swoich uczuć.

Tym bardziej jednak, kiedy już emocje opadną, staram się wziąć w garść. I uczciwie sama ze sobą rozliczać ze swoich słów. Rozważam też wciąż, jak ograniczać ich ilość. Wiem, że duża ich część nie jest potrzebna.

Myślę, że wszyscy skorzystalibyśmy na komunikacyjnej diecie - na uświadamianiu sobie swoich emocji, na odpowiednim i oszczędnym ubieraniu ich w słowa. Na rezygnowaniu z tych słów, które nic nie wnoszą, a mogą jedynie ranić. I na zastanawianiu się, czy to, co chcemy powiedzieć, naprawdę brzmi jak to, co chcemy, żeby ktoś inny usłyszał.

Mam jednak świadomość, że ile byśmy się nie starali, zawsze wejdziemy na jakąś minę, bo jesteśmy tylko ludźmi. Postrzegamy świat i innych ludzi przez swoje własne, specyficzne filtry. Pozostaje więc, oprócz sztuki komunikacji, ćwiczyć się w życzliwości i wyrozumiałości wobec naszych wspólnych, ludzkich błędów.