31 gru 2014

O postanowieniu noworocznym

Mam jedno!

źródło: http://spiritualinspiration.tumblr.com

30 gru 2014

O prezentach - tych świątecznych i tych codziennych

A pod choinkę dostałam w tym roku dużo pięknych prezentów!

  1. Wolne wieczory do spędzania z Małżonkiem przy winie grzanym, bigosie i filmach si-fi.
  2. Wolne dni do spędzania w łóżku z książką (dzieci bawią się obok na podłodze) lub z dziećmi (wspólne oglądanie bajek).
  3. Gołe stópki dziecięce wierzgające w pościeli podczas wspólnego oglądania bajek.
  4. Kolacja samodzielnie przyrządzona i przyniesiona na tacy przez Dziobalindę.
  5. Bigos. Dużo, dużo, dużo bigosu.
  6. Spotkania z mamą, siostrą, dziadkami, teściami, przyjaciółmi - proste i dobre, bo proste. Bez pretensji, kłótni, przytyków. Po prostu wspólne bycie razem. Nie ma nic lepszego.
  7. No dobra, jest coś lepszego. Bigos.
  8. Oraz dużo, dużo, dużo bigosu!

 Jest taka „bajka o Ani”, znacie? 

No więc ze mną jest jak z Anią. Ani specjalnie nie jestem urodziwa, ani bogata z domu, ani z dorobku własnego, ani też inteligencją nie sięgam wyżyn światowych. I nawet czasem siądę sobie i biadolę na ten temat. Ale potem sobie myślę - no właśnie! Bo przecież nikim specjalnym nie jestem, ani też nie zapracowałam sobie na to, a tyle mnie szczęścia spotyka! Te stópki dziecięce wierzgające, te wieczory z Małżonkiem, który robi najlepszy na świecie bigos! To wsparcie rodzinne, ci wszyscy dobrzy ludzie, te piękne wschody słońca (dziś rano był taki, pomarańczowe chmurki na błękitnym niebie, cudności)! I wszystko to - za nic. Niczym sobie przecież nie zasłużyłam na to. Jeśli to nie jest szczęście, to ja już nie wiem, co miałoby tym szczęściem być.

Na nowy rok życzę Wam szczęścia właśnie - tego codziennego, najlepszego na świecie szczęścia, które objawia się w rzeczach prostych i ważnych. Tego, którego Wam nikt nie zabierze, bo ciepło w Waszych sercach zostanie z Wami już na zawsze, jeśli tylko zechcecie je tam zachować.

A sobie z kolei życzę, żebym za to całe szczęście umiała się choć trochę światu odwdzięczyć.

Wszystkiego dobrego! 

22 gru 2014

O najważniejszych Słowach



Parę dni temu w szkole Dziobalindy odbyło się klasowe spotkanie wigilijne. Każdy, kto był na takim spotkaniu, ten wie – występy, wierszyki, składkowy „stół wigilijny”. Nie ma o czym pisać. Ale o jednym napisać chcę. Bo na tym spotkaniu pani nauczycielka wręczyła nam, rodzicom, małe papierowe książeczki. I w tych książeczkach kazała nam napisać dla naszych dzieci cztery najważniejsze słowa – słowa, które sprawiają, że człowiek jest szczęśliwy. A potem okazało się, że takie same książeczki dzieci wykonały dla nas. 

Wiecie, jakie słowa wybrała dla nas Dziobalinda?

Kohać (pisownia oryginalna ;) ).
Dobre słowa.
Pomoc.
Czas. 

To wszystko, zdaniem naszej starszej córki, sprawia, że człowiek jest szczęśliwy. A że Dziobalinda jest mądra i ufam jej w tej kwestii - właśnie tego wszystkiego życzę Wam na Święta Bożego Narodzenia. I na cały nadchodzący przyszły rok. 

A tym, dla których -  tak jak dla mnie - w tych świętach chodzi o Kogoś więcej, życzę także, żeby były dla nas prawdziwym Bożym narodzeniem. Żebyśmy się wraz z Nim i dzięki Niemu rodzili wciąż na nowo, docierając do swego prawdziwego jestestwa, tego, które jest kroplą czystej, żywej Miłości.

Wesołych Świąt! 

Fresk w Bazylice Bożego Narodzenia w Betlejem, foto: Magdalena Matasek

15 gru 2014

O pierniczkach, które zbliżają ludzi


W moim domu „panieńskim” miałyśmy z mamą i siostrą tradycję wspólnego pieczenia i zdobienia pierniczków na Święta. I tę tradycję zachowałyśmy do dziś. Co roku zbieramy się u mnie i wspólnie pieczemy świąteczne pierniki. Bardzo to lubię, bo to taki wspólny, babski czas - z tym że teraz jest nas już pięć babek do pieczenia pierników, gdyż Dziobalinda i Giganna uczestniczą aktywnie i chętnie.
Nie wyobrażam sobie pieczenia pierników samodzielnie. Nie tylko dlatego, że to rodzinna tradycja, i nie tylko dlatego, że lubię ten czas spędzany przy wspólnej pracy (how lutheran of me!). Także z tej praktycznej przyczyny, że przepis, z którego pieczemy, jest dość podstępny - jak się zacznie zagniatać ciasto, to się z niego nie da potem samemu wydostać. Potrzebna jest koniecznie druga osoba do wyciągania z ciasta. Najlepiej uzbrojona w niezbyt ostry kuchenny nożyk.

Ale za to pierniki wychodzą pyszne i piękne, o takie:

bohater drugiego planu - ręka Giganny

a tu z kolei występuje Dziobalinda


A potem każda z nas bierze swoją część pierników i zdobi już samodzielnie, według uznania. Ja oczywiście mam najłatwiej, bo zdobimy wspólnie z Dziewczętami, a w zdobieniu są one wprost niezastąpione! Giganna co prawda zjadła połowę dekoracji w trakcie zdobienia, ale nie zaszkodziło to efektowi końcowemu (czy zaszkodzi Gigannie, to się pewnie wkrótce okaże). Efekt końcowy wyglądał zaś tak:





Oszczędzę Wam oglądania zdjęć wszystkich sześciu talerzy z pierniczkami ;)


Przy okazji tych pierników, co to się je piecze zbiorowo i viribus unitis, myślę sobie o tym, jak to dobrze mieć wokół siebie ludzi bliskich, dobrych i pomocnych. Takich, co i pośmieją się wspólnie, i posłuchają, i doradzą, i z ciasta nożykiem wykroją. A czasem i z bagna za uszy wyciągną.

Tak jak mnie przez ostatni tydzień - bo upadłam i potłukłam się porządnie, i sama nie dałabym rady wstać. Ale jak tak leżałam na ziemi przerażona, zobaczyłam, jak wokół mnie wyciągają się ręce pomocne. Jedne wręczały mi Biblię, inne wino i pastę z sera feta i ajwaru, inne jeszcze - po prostu swoją uwagę i serce, a wszystko to było na wagę złota. I za to wszystko bardzo dziękuję - tym, którzy są w moim życiu i tyle dobra w nim czynią, i Bogu, że ich stawia na mojej drodze.

A podstępny przepis na pierniczki brzmi tak: 


za gwiazdą podąża jeden z Trzech Mędrców, zdobiony przez Małżonka

Składniki i ich ilość:


  • 1,5 kg mąki
  • 3 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 0,5 kg margaryny
  • 0,5 kg miodu
  • 0,5 kg cukru
  • 1-2 łyczeczki cynamonu
  • 1-2 łyżki kakao
  • łyżka dżemu
  • paczka przyprawy korzennej (albo dwie)
  • 6 jaj




Sposób przygotowania:

Mąkę wsypać do miski i wymieszać z sodą. W rondlu rozpuścić margarynę, miód, cukier. zagotować i dodać przyprawy oraz korzenie, dżem. Wlać gorące do mąki i wymieszać.
Po wyrobieniu ciasta dodać 6 całych jaj (ciasto może sobie przedtem postać, bo gęstnieje samo w miarę stygnięcia miodu).

Rozwałkować na grubość 1 cm, wycinać pierniczki nożem albo foremkami albo szklanką. Blachę wysmarować/wyłożyć papierem do pieczenia, piekarnik nagrzać do 200 stopni i piec ok. 10 minut - jeśli dwie blachy naraz, to nieco dłużej.
Można zamykać w pojemniku żeby nie wysychały zbyt szybko, ale prawdę powiedziawszy to nie ma znaczenia jeśli się je zrobi na prawdziwym miodzie:) Żeby były twardsze wałkować bardziej cienko. Ozdabiać wg własnej fantazji.

5 gru 2014

O tym, dlaczego kocham pewną G.

Czy ja już pisałam, że mam nakoleżeńsze milusie z pracy na świecie? Pisałam z milion razy, ale napiszę jeszcze raz!

Bo tak.

Nie wiem, jak to się składa, ale w ostatnim tygodniu permanentnie nie mam przy sobie gotówki i pożyczam w pracy pieniądze od G.  Spłacam, a potem znowu pożyczam - i tak już ze 3 razy!

Kiedy więc dziś znowu zajrzałam do portfela i okazało się, że nie mam gotówki, a G. powiedziała, że spoko, pożyczy mi, odrzekłam:
Kurczę, G., pożyczam do ciebie od tygodnia! Muszę się jakoś odwdzięczyć, może ja ci okna umyję?

Na co G., z właściwym sobie wdziękiem, odparła: Nie, bo źle mi te okna umyjesz i jeszcze będę na ciebie zła!

No i jak można nie kochać G.? No nie można!

PS. Poważnie rozważam założenie nowego specjalnego bloga do publikowania rozmów z pracy. Mogłabym wtedy opisywać, jak A. przerywa rozmowę słowami "O przepraszam, tyłek mi dzwoni" i inne perełki.

28 lis 2014

O rodzicielstwie bliskości i o ucieczkach z pożarów

Generalnie jestem zwolenniczką i sympatykiem rodzicielstwa bliskości. Zgadzam się w pełni z założeniami i przyświecającą im ideą. Jestem przekonana, że dziecko jest takim jak ja człowiekiem i należy mu się pełny szacunek. Że komunikować się w rodzinie należy bez przemocy i z poszanowaniem potrzeb wszystkich jej członków. Że rodzic czasem musi się wczuć w odmienny świat dziecka i zamiast po prostu egzekwować spełnianie swoich oczekiwań, znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Tak, wszystko to wiem.

Wiem także, że w czasie pożaru należy zakryć usta mokrą tkaniną i posuwać się do wyjścia wzdłuż ścian i przy podłodze. Gorzej, jak wybuchnie pożar, a ja nie będę mieć mokrej tkaniny. Albo zwyczajnie ze stresu narobię w pory i zapomnę wszystko, czego się skwapliwie uczyłam na szkoleniu z BHP.

Takoż z rodzicielstwem bliskości - niby wszystko ładnie i wszystko wiadomo, ale przychodzi jednak ten dzień. Ten dzień, w którym wstaję pół godziny wcześniej, żeby na pewno zdążyć rano bez pośpiechu i awantur. W którym dziecię jest najedzone i ubrane już na 20 minut przed wyjściem do szkoły. I w którym ma to 20 minut żeby na spokojnie zająć się sobą, podczas gdy ja szykuję nas obie do wyjścia. I gdy wszystko idzie dobrze i mamy już się ubierać w okrycia wierzchnie i wychodzić, wtedy moja ukochana córka mówi mi, że nie. Ona musi narysować jeszcze Roszponkę. A ja czuję już swąd dymu. I nie mylę się. Bo oto nie działa tłumaczenie, że czas, że szkoła, że praca mamy. Nie. Nie działa propozycja rysowania Roszponki po szkole. Nie działa też stanowcze powiedzenie, że już czas i wychodzimy - tzn. działa, ale odwrotnie, wywołuje bowiem dziki wrzask i odmowę pójścia do szkoły. Śpiąca do tej pory połowa rodziny się budzi. A mi się robi czerwono przed oczami. Bucha płomień. I nie mam, nie mam żadnej mokrej tkaniny!

Pewna pani psycholog radziła w takiej sytuacji powiedzieć wrzeszczącemu pacholęciu: Widzę, że naruszyłam twoje granice. Ja niestety widzę co innego. Widzę ciemność. Ciemność widzę!

Pobieram więc dziecko za szeleczki i mówię, że w tej chwili z domu marsz i że założyć kurtkę może w windzie lub wcale. Wszystek mi jedno. I że nie, nie poniosę plecaczka i nie, nie dam więcej czasu. Nie.

Bowiem w takich chwilach praktyka rodzicielstwa bliskości sprowadza się do tego, że nie odrywam nikomu głowy i nie używam słów obelżywych ani szkalujących osoby ludzkie znajdujące w pobliżu lub w oddali, w redakcjach magazynów psychologicznych. Nie biję, nie wyzywam, nie ubliżam - ale bierę i stawiam do pionu. Za szeleczki. 

I tyle.

27 lis 2014

O szkole i o szkielecie

Pierwsze miesiące w szkole są dla nas, jak dotąd, doświadczeniem pozytywnym. Dziobalinda lubi panią, lubi koleżanki, lubi zajęcia i lubi świetlicę - czasem wręcz prosi, żebym pozwoliła jej zostać dłużej i jeszcze trochę się pobawić. Wchodzi do szkoły radosna i radosna, choć zmęczona, z niej wychodzi.

Przyznam, że szkoła i nam, rodzicom, się podoba. To zwykła szkoła rejonowa, ale kolorowa i raczej przyjazna dzieciom. Mam pewne zastrzeżenia do szkolnej stołówki - nie spodziewałam się w szkole tylu słodkości. Dla Dziobalindy, która jest alergikiem, Monte i budyń waniliowy na podwieczorek są podwójnie groźnym - bo i cukrowym, i mlecznym - koniem trojańskim. A Dziobalinda znacznie mężniej stawia opór rodzicielskim poleceniom, niż słodyczom w szkole - no więc. Poza tym jednak jest całkiem dobrze. I zdaje się, że trafiliśmy na naprawdę świetną nauczycielkę.

Dziobalinda uczy się chętnie, choć bez spazmów ekscytacji. Czasem coś ją szczególnie zainteresuje lub ucieszy i wtedy poświęca się temu z wielką pasją. Lubi zajęcia teatralne i bardzo polubiła prace plastyczne.

A dziś na przykład z lekcji etyki* Dziobalinda przyniosła... papierowy szkielet. Gdyż albowiem rozmawiali na lekcji o kręgosłupie. Czyżby chodziło o kręgosłup moralny? Jeśli tak, szkielet jest dość interesującą formą utrwalania zdobytej wiedzy.

Szkielet był do wycięcia i sklejenia, jednakże Dziobalinda nie byłaby sobą, gdyby nie postanowiła dodać mu czegoś od siebie. A mianowicie - dodała mu warkoczyki. Gdyż jej szkielet, wyrzekła, będzie dziewczynką. To miłe!

W związku z tym wszystkim wypowiedziałam dziś jedna z najdziwniejszych w mym życiu kwestii (a wiele już dziwnych kwestii w życiu wypowiadałam). Zakrzyknęłam bowiem do Giganny, domagającej się dodatkowych kartek do rysowania:
Chwileczkę! Przyniosę ci kartkę, jak tylko skończę robić warkocze dla kościotrupa!

Szkoła to tyle nowych wrażeń, naprawdę!
_____
*Dziobalinda chodzi na religię w szkółce niedzielnej, więc w szkole testujemy etykę.

19 lis 2014

O córkach - subiektywny wybór cytatów


Nasze córki wyraźnie manifestują swe silne i malownicze osobowości.

Dziobalinda np. lubi konkret i proste, kategoryczne oceny sytuacji.  Bywa to bardzo urocze i w pełni zgodne z linią rodzicielskiej indoktrynacji, jak np. wtedy, gdy czytałyśmy na dobranoc „Basię i gotowanie”. Na początku książeczki mama odmawia gotowania kolacji, bo jest zmęczona. Dzieci zadają ryzykowne pytanie w stylu „ale jak to, przecież mama uwielbia gotować, bo bardzo nas kocha?” Tata staje jednak na wysokości zadania i razem z dziećmi zabiera się za gotowanie, podczas gdy mama idzie sobie poczytać.

Dziobalinda komentuje: No bo przecież wszystkie kobiety uwielbiają...

(co powiedziała, jak myślicie? gotować uwielbiają jej zdaniem?)

... czytać! - dokończyła Dziobalinda.

Ha! Punkt dla mnie! I na razie nie wyprowadzam jej z błędu.

Bywa też, że Dziobalinda wykazuje się zmysłem bystrego i krytycznego  obserwatora życia społecznego. Dziś rano w windzie znalazła pustą puszkę po napoju gazowanym. Dzielnie postanowiła wynieść ją do śmieci.

Szłyśmy więc do szkoły trasą obok śmietnika, a Dziobalinda tłumaczyła mi: Coraz więcej jest głupców, którzy śmiecą w windzie! Coraz więcej wariatów na drogach, którzy jeżdżą na czerwonym świetle! Co się dzieje z tymi ludźmi? Czy woda sodowa uderzyła im do głowy?!

Ha! Zatkało mnie. Powiedziałam tylko, że eeeee.... nie wiem, co się dzieje z tymi ludźmi. Ale zaiste, źle czynią, jeżdżąc na czerwonym świetle i śmiecąc w windzie. Oraz skąd znasz córko takie malownicze wyrażenie, jak woda sodowa uderzająca do głowy?

To zamiłowanie do szybkich i celnych diagnoz społecznych, połączone z ogromnym zamiłowaniem do śpiewu (Dziobalinda śpiewa naprawdę dobrze i z pasją, a w tym tygodniu organizuje nawet festiwal dla koleżanek), każe mi podejrzewać, że w przyszłości nasza starsza córka zostanie Kazikiem.

***

Kim zostanie w przyszłości Giganna? Chwilowo podejrzewam, że dramatopisarką lub aktorką. Wykazuje bowiem ostatnio pasję do odgrywania ról. W zasadzie nie rozmawiamy ze sobą „normalnie”, tylko „w rolach”. Na życzenie Giganny ja jestem Kłapouszkiem, a ona Prosiaczkiem. Ja Mamą Świnką, a ona Świnką Peppą. Ja żyrafą, a ona małpką.

Wczoraj np. ja byłam bananem, a ona marchewką. W tej konwencji układałyśmy budowle z klocków. Giganna - Marchewka miała koncepcję, którą należało zrealizować, kiedy więc chciałam dołożyć do wieży klocek żółty zamiast niebieskiego, zaprotestowała gwałtownie. Ale nie byłaby sobą, gdyby nie ubrała swego protestu w słowa pełne poezji i patosu.

Zakrzyknęła bowiem z mocą: Nie ten klocek, nie, nie, ach nie, bananu!

Ha! 

Kurtyna. 

11 lis 2014

O niepodległości

Święto Niepodległości postanowiliśmy uczcić sensu stricto - w sposób wolny i niepodległy. Czyli zostaliśmy w domu, zjedliśmy niespieszne śniadanie, potem niespieszny obiad, a potem poszliśmy wszyscy na spacer. Na plac zabaw i na ostatnie radości z kolorowej i ciepłej jesieni. Po czym wróciliśmy do domu na ciepłe kakao i ciastka.

Nie włączam radia, telewizora tym bardziej, skoro go nie mam, a do serwisów informacyjnych nie zaglądam. Nie wiem, czy w Warszawie ktoś się z kimś bije, czy tęczę znowu ktoś spalił i co się krzyczy „na mieście”. Może dowiem się tego jutro, a może nie. Bez względu na to, co tam się dzieje, ja tutaj i teraz cieszę się z tego, że żyję w kraju wolnym i niepodległym, ze wszystkimi jego wadami i bolączkami. Cieszę się, że mogłam spokojnie wyjść na spacer z rodziną i nie bać się - tak po prostu. I wdzięczna jestem tym wszystkim, którzy o tę moją dzisiejszą wolność walczyli kiedyś, nawet, jeśli oni sami nie zgadzali się między sobą, nawet, jeśli mylili się czasem - nie mnie ich oceniać teraz. Nie wiem przecież, jak zachowałabym się na ich miejscu. Najważniejsze, że ich wysiłek nie poszedł na marne. I żebyśmy my go nie zmarnowali teraz, gdy już nie musimy walczyć tak, jak oni wtedy. Gdy możemy po prostu - starać się uszanować i porozumiewać tam, gdzie są jakieś punkty styczne. Bo zawsze jakieś są.

A mnie dziś wpadło w oko takie hasło i wielce mi się spodobało. Toteż zamilknę już i hasłem tym skończę na dziś.
źródło: Pinterest

4 lis 2014

O widzeniu

Mader zaprosiła mnie do takiej fejsbukowej zabawy, która polega na publikowaniu przez pięć kolejnych dni pięciu zrobionych przez siebie, czarno-białych zdjęć. Początkowo chciałam się wymigać, ale posądzona o tzw. wymówkozę (ehh... mam to, przyznaję!) honorem się uniosłam i - dołączyłam.

Pierwsze zdjęcie zrobiłam po prostu zza biurka, przez szybę. No, nie było to zachwycające. Ale w kolejnych dniach starałam się już patrzeć na rzeczywistość tak, żeby dostrzec coś "dobrego do zdjęcia". Podczas spaceru z dziećmi i w drodze do pracy rozglądałam się i układałam sobie wszystko w kadr. I w trakcie tych pięciu dni stał się taki mały cud. Nie to, żebym nagle nauczyła się robić zdjęcia, bo nie nauczyłam się. Ale patrzeć! Patrzeć się nagle nauczyłam! Wydawało mi się, że ja patrzeć raczej umiem - zawsze mnie zachwycał piękny kolor jesiennych liści, błękitne niebo, zachód słońca. Tyle że w kolorze łatwo jest się zachwycać, a w szarościach - o wiele trudniej. Tymczasem nawet w tych szarościach udało mi się zobaczyć tyle pięknych rzeczy. Tyle ciekawych szczegółów. Tyle poruszeń serca.

I pomyślałam sobie - jak wiele zależy od nas samych. Wiem przecież, że nie wszystko. Ba, wiem, że w zasadzie na bieg wypadków wpływ mamy niewielki. Ale już na nasze patrzenie, na widzenie świata - ogromny! I gdy się patrzy tak, żeby zobaczyć piękno, to ono staje się dla nas widzialne. Mam nadzieję, że nauczę się widzieć go coraz więcej.

A moje widzenie i patrzenie przez te kilka dni dało owoc taki. Nie jakiś mocno zachwycający, ale w każdym razie - mój własny :) I z Wami się dzielę :)


sobotni spacer z Dziewczętami
 
Giganna
Dziobalinda ogląda "uwolnioną" książkę - po rosyjsku ;)
nasz luterski kościół

ul. Bagatela

Łazienki


poranny spacer w drodze do pracy
a na koniec trochę koloru - sam kolor w zasadzie :)

31 paź 2014

O jesiennym święcie

Dzisiaj święto, wiecie o tym?

Ale nie, nie to święto, o którym pewnie myślicie. Nie to, o które od tygodnia kłócą się internety. Nic o dyniach. Nic o sztucznych kłach i wampirach. Nic o strachach, choć wiem, że wciąż jeszcze są tacy, co się TEGO tematu mocno boją.

Dzisiaj, Kochani, jest Święto Reformacji! Dzisiaj protestanci (czy wszyscy? tego nie wiem, tylu nas rożnych jest), a w każdym razie ewangelicy, obchodzą święto upamiętniające ogłoszenie przez Marcina Lutra jego słynnych tez.

Co robią luteranie w Święto Reformacji? Czy jedzą koty na cmentarzu? Czy plują na obraz Matki Boskiej? Czy ujeżdżają czarnego koguta?

Otóż nie. Tego nie robimy ani dzisiaj, ani w żaden inny dzień roku.

Co zaś robimy - idziemy do kościoła na nabożeństwo. Śpiewamy hymny. Modlimy się. Może ktoś składa sobie życzenia? Tego nie wiem. Jestem wszakże luteranką nie z urodzenia, a z wyboru, nie mam znowu tak wielu luterańskich znajomych i w tradycjach nie wyrosłam, uczę się ich wciąż.

Ciekawostka: teoretycznie mogłabym dziś poprosić o dzień wolny w pracy, który odrobiłabym w innym terminie. Mam do tego konstytucyjne prawo. Ale nie korzystam.

Inna ciekawostka dla tych, którzy nie wiedzą. Luter wyglądał mniej więcej tak:


Prz okazji słowo wyjaśnienia: Luter nie jest dla luteran odpowiednikiem papieża. A już broń Boże nie jest odpowiednikiem Chrystusa. Nie wierzymy w Lutra. Wierzymy w Boga. Luter jest takim "Ojcem założycielem". Z Lutrem można się nawet nie zgadzać ;)

A tak wygląda tzw. Róża Lutra, godło reformacji i symbol Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego.


Czy czujecie się już bardzo zindoktrynowani? To jeszcze tylko hasło reformacyjne na koniec, z I Listu do Koryntian (3:11):

" Fundamentu innego nikt nie może założyć oprócz tego, który jest założony, a którym jest Jezus Chrystus."

O to nam, luteranom, tak najogólniej chodzi :) 

Pozdrowienia serdeczne dla Luki i Natalijki! 


27 paź 2014

O pocztówce

Czy już pisałam, że kocham Łonę? Pisałam. To napiszę jeszcze raz - kocham Łonę!

Na pocztówce mu to może napiszę i wyślę :)


22 paź 2014

O życzliwości

Jakieś parę godzin po tym, jak wyprodukowałam ostatni wpis, Giganna (chora na zapalenie płuc w tamtym czasie) dostała napadu silnego kaszlu. Tak silnego, że zaczęła mieć poważne problemy z oddychaniem. Wezwaliśmy karetkę. Karetka zawiozła nas do szpitala. W szpitalu Giganna dostała lek rozkurczający oskrzela. Po osłuchaniu i obserwacji wróciłyśmy do domu z receptą na nowy antybiotyk i leki do inhalacji.

Po zmianie leków i wprowadzeniu inhalacji jest już dobrze. Osłuchowo - czysto. Kaszel w zaniku. Giganna w świetnej formie. Nadal musi być w domu i zażywać inhalacji, ale najgorsze - mam nadzieję! - za nami.

Chciałabym coś mądrego na ten temat napisać, ale nie umiem. Tyle tylko, że Panu Bogu dziękuję, że nic poważnego się nie stało.

I że wdzięczna jestem lekarzowi z karetki, który nie tylko zajął się Giganną w sensie medycznym, ale i nami obiema w sensie czysto ludzkim. Niósł mój plecak do karetki i potem do szpitala. Pocieszał. Rozładowywał napięcie. Wspierał i słuchał.

I wdzięczna jestem pani doktor i pielęgniarkom, które życzliwie i profesjonalnie zajęły się Giganną w szpitalu.

Owszem, nie wszyscy, których spotkałam i z którymi rozmawiałam wtedy, byli mili. Niektórzy wręcz odwrotnie. Ale wolę skupić się na wdzięczności dla tych, którzy okazali życzliwość, niż na żalu do tych, którzy jej nie okazali.

Gdyż albowiem wiem, że w teorii każdy z nas powinien być zawsze życzliwy i profesjonalny. Ale wiem też, że często się to nie udaje. Może u niektórych - z lenistwa. Ale u innych może - z rozpaczy? Ze zmęczenia? Z braku wsparcia od innych? Nie wiem. Wiem tylko, że w tamtym momencie, gdy jechałyśmy karetką, a ja zorientowałam się, że zabrałam książeczkę zdrowia Dziobalindy, a nie Giganny - lekarz tylko uśmiechnął się i powiedział: „O widzi pani, a ja też taki nieogarnięty, wpisałem datę urodzenia 2008 i wcale mnie to nie zastanowiło.” I to zdanie, wypowiedziane spokojnie, z uśmiechem, znaczyło dla mnie wówczas więcej niż wszystkie skarby świata.

Może i życzliwość (czy zawsze?) nie kosztuje wiele, ale wiele może zdziałać. I właśnie dlatego cenię każdy życzliwy gest. I za każdy - dziękuję.

15 paź 2014

O smutkach i stratach

Dzisiaj 15 października, Dzień Dziecka Utraconego.
Koleżanka udostępniła informację na fejsbuku.
Pierwszy komentarz, mężczyzny:
"Trzeba mieć naprawdę solidny defekt pod kopułą :D"

Ja nie wiem. To jest rzeczywiście jakiś defekt? Trudno zrozumieć, że to boli, gdy dziecko odchodzi przed rodzicem? Że boli nawet utrata dziecka przed jego urodzeniem? Nawet bardzo małego? 

To jest jakiś defekt naprawdę, czy tylko niechęć do tego, by uszanować czyjeś uczucia, nawet, jeśli się ich samemu nie doznało i nie jest się w stanie takich uczuć wyobrazić? Czy w takiej sytuacji nie można po prostu - zamilknąć?

Chciałam się wściec, ale nie umiem. Jest mi tylko ogromnie, ogromnie smutno. 

Dzień Dziecka Utraconego jest i moim dniem. I bardzo się cieszę, że taki dzień jest. Bo tak samo, jak utrata, bolą próby jej negowania. Boli, że nie ma grobu. Boli, że nie ma żadnego znaku: było - nie ma. Jedynym dowodem, że było, jest moje, nasze wspomnienie i żal. I gdy ktoś ten żal neguje, wyśmiewa - to ja tego zwyczajnie nie jestem w stanie pojąć. To nawet nie boli, to zdumiewa i zatrważa. 


10 paź 2014

O tym, że warto się starać

Dużo się mówi, pisze o tym, żeby naszym dzieciom poświęcać czas i uwagę. Żeby nie krytykować, nie pouczać, a otworzyć się na ich potrzeby i emocje. Żeby dawać wsparcie, zamiast ocen. Żeby prawdziwie dla nich - być.

Czasami bywam przerażona tym, jak dużo wysiłku trzeba, żeby nie działać w utartym schemacie, nie reagować z automatu złością, lękiem, frustracją, tylko właśnie - otworzyć się, być. To wcale nie jest łatwe. Niekiedy wręcz - zwłaszcza po ciężkim dniu pracy, wieczorem, gdy się już na pysk pada ze zmęczenia, a tymczasem jedna córka płacze, bo zgubiła łyżeczkę, a druga krzyczy, że nie życzyła sobie pianki do kąpieli i że proszę mi zrobić kąpiel od nowa - no więc niekiedy to się wydaje poświęceniem ponad ludzkie siły. A nie daj Boże jeszcze się coś stłucze albo zepsuje. Albo zgubi. Albo inny problem wyrośnie. Człowiek ma ochotę urwać sobie głowę i pobić się nią do nieprzytomności, a tu trzeba jakoś zachować jako tako spokój i pamiętać o wrażliwości dziecięcej -  no ciężko bywa. Nie zawsze się to dobrze udaje.

Ale! Ale przychodzi taki moment, że się niespodziewanie dostaje w zamian ogromny prezent - wzajemność! I to potrafi uskrzydlać i aż pod niebiosa unosić.

Bo tak.

Wybierałyśmy się raz z Córkami do alergologa, prawie na drugi koniec miasta. W połowie drogi do metra zorientowałam się, że zapomniałam wziąć z domu dokumentu, bez którego wizyta nie ma kompletnie sensu. Oczy zaszły mi mgłą czerwoną i wszczęłam głośną samokrytykę: Zapomniałam! Zapomniałam tego dokumentu! Jak można być tak głupim, żeby zapomnieć, na Jowisza!

I wtedy nagle usłyszałam, jak Dziobalinda (6 l.), rzecze do mnie spokojnie: Wcale nie jesteś głupia. Po prostu zapomniałaś, to się zdarza. Wrócimy po to do domu i zdążymy do lekarza, zobaczysz, damy sobie radę.

Uspokoiłam się do razu. I pobiegłyśmy. I zdążyłyśmy! A w nagrodę zafundowałam nam frytki z keczupem i czekoladę, a co!

Albo też wczoraj. Godzina 21:00. Po sprzątaniu pokoju, pakowaniu plecaka do szkoły, szykowaniu ubrań na jutro, zjedzeniu kolacji, sprzątaniu kuchni, kąpieli,  a w międzyczasie kilku awanturach o tę zgubioną łyżeczkę etc. - w końcu siedzimy w łóżku i szykujemy się do czytania Piaskowego Wilka. I Giganna znowu zaczyna lament, bo ... I wymiękam. I mówię moim córkom: No more! Jestem zmęczona, padam na twarz, oczy mię bolą - i jak słyszę te krzyki, to zaczynam się stresować i już nie wytrzymię ani chwili dłużej!

I wtedy znów Dziobalinda ( 6 l.), cmoka mnie w policzek i mówi: Spokojnie, mamo.

I wiecie co? Uspokoiłam się.

Albo znowu - szarpię się z wózkiem, opornym zatrzaskiem czy inną przeszkodą życiową, a obok Giganna, ( 2 l.) krzyczy: Dasz radę, mamo! Dasz radę!

I daję radę. A Giganna bije mi brawo.

No i tak właśnie.

Ja nie twierdzę, ze to jakaś moja zasługa, takie cudne Córki. Takie mi się urodziły fajne, takie je pod opiekę dostałam. Ale staram się bardzo, żeby ich nie zepsuć. I mimo, że te starania zdają mi się czasem jakimś herkulesowym trudem - wiem, że starać się warto. Quod erat ad demonstrandum ;)

4 paź 2014

O "pożytkach" z wiary



Dziobalinda po operacji ma się już dobrze, a zatem – rodzinna wycieczka. Weekend z rodziną zaowocował istotnym pytaniem ze strony Dziobalindy. I tak oto niespodziewanie i bez przygotowania po raz pierwszy szczerze porozmawiałam z moją sześcioletnią córką o czymś bardzo w moim życiu poważnym, czyli o rozwodzie moich rodziców.

Nie była to dla mnie rozmowa łatwa. Chociaż gdy rodzice się rozstali, byłam już prawie dorosła, przeżyłam to bardzo mocno. I mimo że teraz jestem już sama rodzicem, więcej rozumiem i więcej umiem własnym rodzicom wybaczyć, nic nie poradzę na to, że gdzieś w środku już na zawsze będę mieć bliznę po tym amputowanym z mojego życia czymś, co pewnie nie było najlepszym na świecie małżeństwem,  dla mnie jednak było najlepszą na świecie rodziną. 

Nawet stare blizny bolą i szarpią czasem, i mnie dziś szarpnęło trochę. A z tym szarpnięciem przyszedł i strach. Bo jak starać się budować coś trwałego, gdy się już raz przeszło przez małe trzęsienie ziemi? A przecież te trzęsienia przychodzą wokół, dalej i bliżej, czy tego chcemy czy nie. Czasem po prostu - nie wychodzi. Tak jak nie wyszło moim rodzicom. I rodzicom mojego męża. Jak z takim bagażem iść w życie i zachować nadzieję, że z nami będzie inaczej? Czy nie jesteśmy z góry skazani na porażkę? I czy w takim razie nie jesteśmy z góry winni wobec naszych dzieci?

Trwoga. A jak trwoga, to do Boga, mówi porzekadło. I to właśnie robię. To znaczy Biblię otwieram, na chybił trafił. I trafiam na list św. Pawła do Filipian, rozdział 3. I czytam między innymi tak:

"Bracia, ja o sobie samym nie myślę, że pochwyciłem, ale jedno czynię: zapominając o tym, co za mną, i zdążając do tego, co przede mną, zmierzam do celu, do nagrody w górze, do której zostałem powołany przez Boga w Chrystusie Jezusie."

Wiem, że z boku życie w wierze może wyglądać jak niepotrzebne nakładanie na siebie ograniczeń i więzów. Dla mnie jednak jest źródłem nadziei na to, że z tego, co mnie ogranicza i więzi - mogę się uwolnić.  Z dawnych zranień i z obecnych strachów.  To, co za mną, nie jest moim przeznaczeniem. Przeznaczeniem jest to, do czego jestem powołana w przyszłości. Choć jeszcze nie wiem, co to jest.

A jeszcze wcześniej w tym samy liście stoją takie słowa:
"I znaleźć się w nim, nie mając własnej sprawiedliwości, opartej na zakonie, lecz tę, która się wywodzi z wiary w Chrystusa, sprawiedliwość z Boga, na podstawie wiary."

Wiem, że nikt z nas nie jest w stanie być doskonały tu, na ziemi. Błądzimy czasem wszyscy, wierzący i niewierzący. Kościół to jest wspólnota grzeszników, a nie elitarny lub golfowy. I ostatnimi będą ci, którym się wydaje, że są pierwsi. Wiara nie może być źródłem poczucia wyższości - przeciwnie. Wiara ma być soczewką, która pozwala nam swoje błędy dostrzegać. Ale i liną, rzuconą tonącemu - nadzieją, że nie ma takiego upadku, z którego nie można się podnieść. Dla mnie jest drogą do tego, by przezwyciężać swoje słabości, naprawiać swoje błędy, zabliźniać swoje rany i jak najmniej zranień innym fundować. I chociaż wiem, że to wszystko po ludzku jest trudne ogromnie, mam nadzieję,  że wytrwam. Takie „pożytki” z wiary. 

22 wrz 2014

O sztuce prowadzenia sporów

Nasze córki, Giganna ( 2 l.) i Dziobalinda (6 l.) są jak każde inne rodzeństwo - czyli że kłócą się częściej lub rzadziej. Ponieważ teraz spędzają ze sobą 24 h na dobę (Giganna w domu z katarem, a Dziobalinda czeka na zabieg usuwania trzeciego migdałka - już w tę środę! Proszę bardzo o modlitwę i/lub trzymanie kciuków), to kłócą się częściej.

Wczoraj byłam świadkiem takiej oto kłótni:
Giganna: Zabrałaś mi moje ludziki!
Dziobalinda: Nieprawda! Ja je pierwsza wzięłam!
Gi: Nie!
Dzi: Tak!
Gi: Nie!
Dzi: Tak!
Gi: Jesteśmy głupie jak chałupa!

W tym momencie nastąpiła chwila konsternacji, a następnie zbiorowy wybuch śmiechu. Kwestia ludzików pozostała zaś nierozstrzygnięta.

Także ten, tego... Polecam ten bon mot ;) Autorski bon mot Giganny, nie żaden Schopenhauer. O!

17 wrz 2014

Mam lajfstajla!

Jako dumna posiadaczka kompleksu prymusa, długo walczyłam z pokusą, żeby zostać profesjonalną zawodową blogerką. Nie wiem jednak, czy dam radę opierać się dłużej. Widzę, jak wokół mnie, niczem grzyby, ślimaki i dżdżownice po deszczu, wyrastają piękne, nowe blogi lajfstajlowe. I w końcu dojrzałam do myśli, że może i ja powinnam spróbować? No bo w końcu - czyż nie mam aparatu w telefonie? Czyż nie mam bloga? Czyż nie mam ciekawego życia?!

Czyż nie mam butów i torebki? 


I jeszcze więcej butów? 

nie wszystkie są na moich nogach, ale cóż, ad astra per aspera przecież

Czyż nie pijam kawy? 

ciekła parafina obok nie jest do picia!

I czyż nie pijam herbaty?

znajdź herbatę na obrazku!

Czyż nie mam czytnika książek? 

to jest zdjęcie naszego firmowego czytnika, nasz czytnik jest bardzo ładna!


Czyż nie mam życia wypełnionego interesującymi zadaniami?


I modnymi gadżetami? 



Czekam zatem na oferty reklamodawców! Jestem gotowa i mam wszystko, czego potrzeba, aby zostać gwiazdą internetu - kombinerki, miarkę, pilnik, otwieracz do puszek, śrubokręt płaski, nożyk, otwieracz do butelek, śrubokręt gwiazdkowy, mały nożyk i piłę*!

 ______
*wszystko to w tym czerwonym diwajsie - wyglądającym jak sekator -  na ostatnim zdjęciu