23 gru 2015

O narodzinach nadziei

Ciężko mi ostatnio zaglądać do internetu...  mamy swoje własne, rodzinne problemy, a tymczasem świat wokół zdaje się taki trudny i ciężki do zrozumienia. Myślę sobie, że im musiało być jednak stokroć ciężej. Tylko we dwoje, w nieprzyjaznym świecie, bez dachu nad głową - i z nowo narodzonym dzieckiem. Czy bardzo się bali? Czy czuli się samotni i słabi? Czy z niepokojem patrzyli w przyszłość? Zapewne tak. 

Ale znaleźli w sobie siłę, znaleźli nadzieję, zapewne tak jak my wszyscy - z miłości. Z miłości do swojego syna. I z miłości Syna do nich. Bo to małe, bezbronne dziecko miało zmienić wszystko, miało przynieść nadzieję - nie tylko im, ale całemu światu.

Ten czas jest trudny nie tylko dla mojej rodziny. Jest trudny dla wielu znanych mi ludzi, którzy przeżywają rodzinne tragedie, choroby swoje i choroby bliskich osób, strach, poczucie odrzucenia... Jest trudny dla obcych mi ludzi uciekających przed złem, bojących się zła, tracących zaufanie i wiarę w bezpieczny świat obok. Jest trudny zwłaszcza, gdy się śledzi na bieżąco medialne doniesienia o wojnach - tych realnych i tych w głowach, o zaginięciach, wypadkach, zagrożeniach... Założę się, że wielu z Was martwi się czasem i lęka tak jak ja. Tak jak lękali się też samotni rodzice ponad 2000 lat temu w Betlejem.

Ale w każdym strachu, w każdym świecie - jest nadzieja. Ja czerpię nadzieję z tego samego źródła, z którego czerpali oni. I Wam na te Święta życzę przede wszystkim - nadziei. Trzymajmy się. Nie dajmy się przeciwnościom i strachom. Pielęgnujmy w sobie miłość, dobro i radość. O to w tych Świętach, o to w naszych życiach, o to w tym wszystkim chodzi.

Carlo Maratta "Świeta noc"

29 lis 2015

O Adwencie, sensie życia i o filcowych skarpetach


Odbyłam ostatnio krótką rozmowę z ważną dla mnie osobą, o „ważnych rzeczy robieniu”. Każda z nas ma bowiem poczucie, że robi w swoim życiu za mało, za mało ważnych rzeczy. Oczekujemy od siebie więcej, niż  - w naszym odczuciu – z siebie dajemy. A przecież w koło tylu ludzi, bliskich i mniej bliskich, a czasem i obcych, którzy potrzebują pomocy i wsparcia.  A tu człowiek tak ledwo, ledwo coś z siebie krzesze.

Myślałam dziś o tej rozmowie, szyjąc z kolorowego filcu skarpety świąteczne dla dzieci. Myślałam sobie: „Pffff… skarpety. Oto pierwszy dzień Adwentu, mojego ulubionego czasu w roku. A tu, z powodu grypy, co mnie podstępnie rozłożyła na ostatni tydzień, nawet wieńca adwentowego nie ma jeszcze. Nie pali się pierwsza świeca, jak u innych.  Nie ma też kalendarza adwentowego, co go od paru lat planuję zrobić po raz pierwszy w życiu i również w tym roku – nie zrobiłam. Miałam chociaż z dziećmi porobić ozdoby świąteczne z kolorowego filcu, tymczasem posiedziałyśmy razem godzinkę, a potem dziewczyny rozpierzchły się do swoich spraw, a ja zostałam z tą skarpetą. Krzywą zresztą.”

No lipa, po prostu lipa. 

I tak szyjąc tę skarpetę, przypomniałam sobie dowcip, który mi opowiedział kolega z Ukrainy. Dowcip idzie tak:

Pewien człowiek umarł i stanął przed Panem Bogiem.

Zebrał się więc na odwagę i pyta: Boże, czy mogę Ci zadać jedno pytanie?

-Tak- odpowiedział Bóg – Pytaj, o co chcesz.

-Po co ja żyłem? Jaki był sens mojego życia? – zapytał człowiek.

Na to Bóg odrzekł:

-Pamiętasz, jak raz w życiu byłeś w Petersburgu?

-Tak.

-I pamiętasz, jak poszedłeś do eleganckiej restauracji?

-Tak, pamiętam.

- A czy pamiętasz, że stolik obok siedział taki człowiek, i ten człowiek cię poprosił, żebyś mu podał sól?

-Tak, jak przez mgłę pamiętam, że tak było.

-I pamiętasz, co wtedy zrobiłeś?

-Podałem mu sól.

-No widzisz. I to właśnie było Twoje zadanie na ziemi. To był sens Twojego życia.

Koleżankę ten dowcip zasmucił. „To straszna wizja!” powiedziała. A mnie z kolei ubawił i napełnił poczuciem ulgi. Pomyślałam sobie, że kto wie, może tak właśnie jest? Każdy z nas ma do spełnienia jakieś zadanie na ziemi, ale to zadanie to niekoniecznie jest od razu wynalezienie nowego leku albo zbudowanie szpitala w Afryce. Może to moje, Twoje zadanie jest prostsze, niż nam się wydaje? Może wykonujemy je, nawet nie wiedząc o tym? A cała reszta życia jest dla nas od Pana Boga – w prezencie. Możemy z nim zrobić, co chcemy. Możemy w spokoju zaparzyć sobie herbatę i pomyśleć „Nie zarabiam kupy pieniędzy, nie wyjeżdżam na misję, nie piszę wielkich dzieł literatury – i to jest ok. Bo i mnie, nawet z moimi małymi talentami, tymi niepozornymi, Bóg chce na tej ziemi. ”

Jutro kupię, mam nadzieję, gotowy wieniec adwentowy. Kalendarz w tym roku odpuszczę. Dokończę drugą skarpetę. I obejrzę rekolekcje o. Szustaka, które w tym roku, jak wynika z zapowiedzi, będą o świętości prostego życia, o tym, że Bóg jest z nami w każdej drobnej rzeczy i nie ma dla niego rzeczywistości „nieświętej”. 

Nie musimy być Atlasami.  Róbmy po prostu swoją robotę dobrze i z sercem. I to wystarczy. 

Dobrego Adwentu! 

źródło www.pexels.com



11 lis 2015

O tym, co w środku


Dawno nic nie pisałam i po prawdzie - nie wiem, kiedy i czy w ogóle pisać nadal. Nie mam bowiem nic sensownego do powiedzenia. Dziś w końcu złapałam dzień oddechu i postanowiłam tak po prostu podzielić się z Wami tym, co się dzieje u mnie, w środku. Nawet, jeśli nie jest to nic ważnego ani wiekopomnego. 

Sprawa wygląda tak, że rzeczy się zmieniają i - być może - ja również się zmieniam. Czuję tę zmianę bardziej, niż ją widzę lub rozumiem. Dragonella napisała kiedyś w komentarzu o tym, że zmiany następują co 7 lat.  Może coś w tym jest? Synafia, czyli ta część mnie, którą widzicie w tym, co piszę, ma właśnie 7 lat. Po tych 7 latach zastanawiam się, na ile tożsame są Synafia i Marta, bo tak właśnie mam na imię. Zastanawiam się nad tym właśnie dzięki Dragonelli, która napisała mi o tym, jak postrzega mnie na podstawie tego, co piszę. I był to obraz jaśniejszy i piękniejszy niż ten, który widzę codziennie patrząc w lustro. Czy jest więc Synafia formą oszustwa? Bardzo serio zadaję sobie to pytanie. 

Mam świadomość tego, że pisząc, porządkuję sobie w głowie - robiłam to od zawsze. Tak więc owoc mojego pisania jest uporządkowaną, uspokojoną i przyjemniejszą wersją mnie samej. To jest właśnie Synafia. Wersja eksportowa. 

Tymczasem jednak, w codziennym życiu, wcale nie jestem bardzo uporządkowana i uspokojona. Jestem gadatliwa i głośna. Z tendencją do rubaszności. Mam upodobanie do przekory. I lubię zachowywać się głupawo. Np. ścigać się na krzesłach biurowych po korytarzu. Jestem bardzo podatna na bodźce - zachwyca mnie widok za oknem, robię zdjęcia kwiatków, a muzyka działa na mnie jak środki psychoaktywne. Jednocześnie jestem nadwrażliwa - boli mnie hałas, boli mnie bałagan i bardzo bolą mnie rożne ludzkie błędy i niesprawiedliwości, te, które popełniam ja sama, i te, które popełniają obcy mi ludzie. A kiedy mnie coś za mocno dotyka - potrafię płakać i krzyczeć. I cisnąć czymś w ścianę. Wiem też, że gadam za dużo, myślę za dużo i wszystko za mocno analizuję. Myślenie to często moja ucieczka od czucia. Bo czucie czasami mnie przygniata i przerasta.

Z tym wszystkim próbuję ostatnio się uporać. Próbuję się wyciszyć i znaleźć równowagę między czuciem i myśleniem. Między wrodzonym ekstrawertyzmem i potrzebą bycia tylko ze sobą. Między poczuciem obowiązku i potrzebą odpoczynku. Między tym wszystkim, co stanowi treść życia - i każdy z nas uczy się jakoś to balansować. 

Dla mnie metodą balansowania jest ostatnio bieganie i nauka medytacji chrześcijańskiej. Staram się mniej mówić, a więcej słuchać. Staram się nie działać gwałtownie i przestać się ciągle spieszyć. Nie jem też mięsa od ponad roku i dobrze mi to robi.

Czuję też, że nadszedłw moim życiu czas skupienia się na realnym tu i teraz. Że moi bliscy potrzebują więcej mojej uwagi i zaangażowania - zwłaszcza dzieci, ale i zapracowany mąż, i mama oraz dziadek, mocno przeżywający śmierć babci, i siostra, z którą chyba za mało sobie dajemy zrozumienia, i teściowa, która jest chora i bardzo się o nią boję, i przyjaciele, którzy przeżywają także swoje problemy i chciałabym dać im tyle wsparcia, ile umiem. I jestem jeszcze ja, która też sama od siebie potrzebuję uwagi i troski - codziennej medytacji, dobrego jedzenia, wewnętrznego spokoju. Czasu na dobrą książkę. Wyspania się, żeby głowa dobrze działała, bo nowa praca wymaga ode mnie i kreatywności, i skupienia, i dokładności i wytrzymałości psychicznej.

Dużo tego? Dla mnie dużo. Nie wiem, jak w tym wszystkim odnaleźć się z pisaniem. Nie ukrywam, że bardzo lubię pisać - to dla mnie forma terapii, szukania kontaktu ze światem innym niż mój, porządkowania sobie obrazu rzeczywistości. 

Tylko czy to moje pisanie ma nadal sens? Tego właśnie nie jestem pewna. 

Dlatego wybaczcie mi, jeśli coraz częściej milczę. To nie dlatego, że przestałam lubić ten nasz wspólny blogowy świat, albo że przestało mi nagle zależeć. 

Zwyczajnie – pogubiłam się  trochę w sobie, w środku. W Marcie. A jak już się odnajdę, to nie wiem, co znajdę, i to też mnie trochę niepokoi.

A u Was, wszystko dobrze? Mam nadzieję, że tak!

12 paź 2015

O jesieni

Jesień nadeszła na dobre. Liście zaczęły się w końcu żółcić i czerwienić. Poranki zrobiły się więcej niż rześkie, a wieczory rozkosznie melancholijne. Codziennie strzępki myśli przebiegają mi wraz z wiatrem po głowie, ale ulatują gdzieś szybko. Nic mądrego nie zostaje. Tylko zachwyt, ten sam od lat, nad spokojnym, majestatycznym, jesiennym pięknem. Nad kolorem bakłażana. Nad złoceniami koron drzew. Nad zapachem liści. Nad delikatną koronką zamglonego jesiennego powietrza.



A ja się tymczasem starzeję. Coraz więcej mam w sobie pragnienia, żeby usiąść i patrzeć, bez chęci rozumienia za wszelką cenę, bez chęci kontroli. Coraz gorzej znoszę hałas, bałagan i pośpiech. Coraz trudniej mi spiąć w całość różne, czasem mocno odmienne potrzeby, pragnienia, obowiązki.

Czasem zastanawiam się, czy nie powinnam z czegoś zrezygnować. Czy przypadkiem nie tracę z oczu czegoś ważnego. Czy nie wpadłam w jakąś koleinę, z której boję się zboczyć tylko dlatego, że mam silnie rozwiniętą potrzebę bycia konsekwentną.

A innym razem myślę sobie, że może jestem po prostu leniwa. Zasypiam wieczorami w ubraniu, na łóżku Giganny, zamiast się wziąć w garść i – nie wiem – poczytać, pobiegać, zrobić na drutach szalik albo odnaleźć sens życia.

Bo ja się w tym życiu jakoś nie umiem uporządkować. Raz się nim zachwycam. Innym razem się go boję. Gdy czytam o polityce Putina i o sytuacji w Syrii. Gdy dowiaduję się, że pod szkołą mojego dziecka grasują pedofil oraz bandyta, co grozi dzieciom nożem i okrada je z pieniędzy. Gdy myślę o tym, ze coś złego mogłoby stać się moim bliskim. Gdy wyrzucam sobie, że moich bliskich zawodzę, że nie dość z siebie daję, że nie dość się staram. Gdy mam wrażenie, że wszystkie wysiłki obracają się w proch.

A potem, z Bożą pomocą, jakoś się uspokajam i znów się zachwycam – złotym liściem, śmiechem dzieci, zapachem kawy, muzyką. I za wszystko to – codziennie dziękuję. Jeśli jest w życiu jakiś sens, to może tylko ten właśnie. Żeby być wdzięcznym za to, co jest, i płynąć z wiatrem. Kto wie, może i ja się kiedyś nauczę.

23 wrz 2015

O uchodźcach i o wilkach


foto by Sergey Sanin

Przez media i social media przetaczają się obecnie fale dyskusji na temat uchodźców. Przyjmować? Nie przyjmować? Tolerować? Nie tolerować? Czy to ludzie tacy sami jak my? Czy jednak zbyt inni, żebyśmy mogli żyć wspólnie?

Boimy się. Moim zdaniem boimy się całkiem słusznie - z różnych względów. Bo logistycznie i ekonomicznie nie udźwigniemy tylu imigrantów naraz. Bo spodziewają się raju na ziemi, a to, co zastają na miejscu, wzbudza frustrację i gniew. Bo tak duże grupy ludzi nie będą się wcale łatwo asymilować. Bo wśród nich mogą być potencjalni terroryści. Bo w końcu Europa nie jest z gumy i nie pomieści wszystkich mieszkańców Afryki czy bliskiego Wschodu. Bo trzeba pomagać w pierwszej kolejności tam, na miejscu.

Wielu moich znajomych ma takie same obawy i uważam, że trzeba o nich rozmawiać otwarcie. Dla dobra naszego i dobra uchodźców. Ale niestety, w dyskusjach na fejsie, wśród tzw. znajomych znajomych, widzę jeszcze innego rodzaju strach. Strach przed innym. Strach posunięty poza granice, przechodzący w agresję. Teksty o brudasach i śmieciach. O pakowaniu do gazu i ucinaniu głów. Teksty, od których zaczynam się bać swoich własnych rodaków.

Ja wiem, strach przed innym jest nam darowany przez biologię. Ale ten strach ma nas nauczyć ostrożności, a nie agresji. I ten strach da się rozbroić. Poznaniem. Rozmową. Próbą zrozumienia. Wyciągnięciem ręki.

Pisałam już, że w w nowym miejscu pracuję teraz w bardzo międzynarodowym towarzystwie. Pracuję z Ukraińcami, z Rosjanami, a także z Turkami, którzy są muzułmanami. Nie jedzą wieprzowiny. Nie piją alkoholu. Modlą się 5 razy dziennie i mają do tego przeznaczony specjalny pokój. A ich żony i koleżanki noszą na głowach chusty.

I wiecie co się dzieje w mojej pracy w związku z tym? Otóż nie dzieje się nic. Rozmawiamy. Żartujemy. Pracujemy. I tyle. Czy czasem rodzą się we mnie obawy, że może oni mnie nienawidzą jednak za to, że jestem chrześcijanką, Polką? Tak. A potem znowu rozmawiamy. I te obawy ustępują przeświadczeniu, że przede wszystkim jesteśmy ludźmi, a dopiero potem chrześcijanami, muzułmanami, Polakami i Turkami.

Zapytałam nawet wprost kolegę Turka - jak to jest u Was? Opowiedział. Opowiedział o sunnitach, szyitach i alewitach. O tym, że Koranu uczyła go kobieta. O tym, że jest bardzo zły na terrorystów, którzy jego wiarę wykorzystują jako zasłonę dla zła, które czynią. O tym także, że dla muzułmanów Chrystus jest jednym z pięciu proroków i cieszy się szacunkiem, a kto nie uznaje Chrystusa za proroka, ten nie jest prawdziwym muzułmaninem.

On zresztą też pytał. O to, o co chodzi w Świętej Trójcy. I czy wierzymy w Chrystusa. I jak czytamy Biblię. A na końcu zapytał, gdzie mógłby sobie kupić Biblię po angielsku.

Wiem, trudno się nie bać, kiedy w Syrii dzieje się teraz to, co się dzieje. Ale ja decyduję się nie bać drugiego człowieka (choć boję się skutków złej polityki - dla nas wszystkich). Tak jak nie boję się kolegi Rosjanina, choć znam przecież historię stosunków polsko-rosyjskich. I tak jak nie boję się koleżanki Ukrainki, choć wiem przecież o rzezi wołyńskiej. Ale nie mam zamiaru obwiniać ich o to, czego nie zrobili oni sami. I nie wierzę w “narodowy charakter” zła.

Czemu dogadujemy się tak dobrze tu, w miejscu, w którym pracujemy? Czy tak samo dogadywalibyśmy się 100 lat temu? Czy tak samo dogadywalibyśmy się, gdybyśmy byli teraz w Syrii? Albo na węgierskim dworcu? Nie wiem. Możliwe, że nie. Możliwe, że w odpowiednich okolicznościach każdy z nas jest w stanie ujawnić zdolność to nienawiści i czynienia zła. Mówi coś o tym słynny więzienny eksperyment prof. Zimbardo.

Nawet, jeśli tak jest, nadal z radością wypiję kawę z moimi znajomymi z pracy - Polakami, Ukraińcami, Rosjanami i Turkami. I nie będę oczekiwać od nich niczego złego. W sobie i w innych chcę dokarmiać tylko dobrego wilka.



6 wrz 2015

O pożegnaniu z Babcią

Różne mi się w głowie układały słowa ostatnimi czasy. Słowa, którymi chciałam podzielić się z Wami. Wydawało mi się, że warte wypowiedzenia. Nawet bardziej do siebie, niż do innych – do pomyślenia na głos, żeby się w końcu czegoś w tym życiu nauczyć. Żeby żyć mądrzej. Lepiej.

Tymczasem jednak zamiast wszystkich tych słów, napisałam coś zupełnie innego. Wspomnienie o mojej Babci, które mam przeczytać jutro, podczas jej pogrzebu.

Tak szybko to wszystko się stało. To, że Babcia ostatnio czuła się coraz gorzej. Że miała trudności z oddychaniem. Że w końcu w połowie sierpnia trafiła do szpitala na badania. I po tygodniu diagnoza – nowotwór. A po kolejnym tygodniu hasło – hospicjum. Przeraziłam się tą myślą – hospicjum? Jak to? Przecież dopiero co postawiono diagnozę, przecież to trzeba leczyć! Nie zdążyłam trwać długo w tym przerażeniu. Babcia zmarła następnego dnia.

I nie mam w sobie żadnych mądrych słów. Mam w sobie tylko żal i tęsknotę. I myślę sobie, czy to takie ważne, żeby żyć mądrzej, lepiej? Czyż nie o to tylko chodzi w tym życiu, żeby po prostu kochać ludzi, najmądrzej i najlepiej, jak umiemy? Bo tylko to po nas wszystkich zostaje. Miłość, którą dajemy z siebie.

Moja Babcia dała mi dużo miłości. Bardzo wierzę w to, że dzięki temu zostanie mi dużo Babci. Nam wszystkim, którzy jutro pójdziemy na cmentarz się z Nią pożegnać.

10 sie 2015

O wakacjach - fotorelacja

Byliśmy tam, gdzie zawsze, więc bez zbędnych słów - było tak:





























 
 


6 sie 2015

O powrocie do pracy

Wróciliśmy! Było zimno, wietrznie, deszczowo i przepięknie - jak zwykle nad Bałtykiem, bo ja po prostu bardzo lubię Bałtyk. Dokumentację zdjęciową obiecuję wrzucić wkrótce. Tymczasem jednak nadrabiam zaległości. Opowiem Wam więc o kolejnej rzeczy, którą bardzo lubię, czyli o mojej pracy.

Jak część z Was już wie, jestem z wykształcenia filologiem klasycznym, ale od 9 lat wykonuję inny zawód. Zawód ten po angielsku nazywa się instructional designer lub learning designer, co na język polski przekłada się mniej więcej jako metodyk szkoleń e-learning. Zajmuję się tworzeniem szkoleń e-learningowych - moja praca, w największym skrócie, polega na przetworzeniu dostarczonego mi przez eksperta merytorycznego materiału na scenariusz interaktywnego, nowoczesnego szkolenia, które uczestnik będzie mógł przejść przy pomocy nowych technologii (samymi nowymi technologiami nie zajmuję się już ja, tylko programiści).

Bardzo lubię swój zawód, bo nie tylko pozwala mi zarabiać na życie, ale też daje mi dostęp do wiedzy, do której w innych okolicznościach pewnie bym nie dotarła. Pisałam scenariusze szkoleń dla przedsiębiorców, dla księgowych, dla rolników, dla urzędników, dla sprzedawców. Teraz zaś piszę dla studentów kierunków związanych z zarządzaniem, ekonomią  finansami. Przy tworzeniu szkolenia sama zyskuję wiedzę, którą mają zyskać moi odbiorcy. I to jest najfajniejsza część mojej pracy! Bo ja po prostu bardzo lubię dowiadywać się różnych rzeczy. Tak pięknie w moich uszach brzmią nowe słowa i pojęcia - koroboracja, twierdzenie Heckschera-Ohlina, filozofia Kaizen albo płyta gnojowa!

Jak już wiecie, niedawno odeszłam z firmy, w której spędziłam ostatnie 9 lat. Nie było to dla mnie łatwe odejście, bo pracowało mi się tam bardzo dobrze - atmosfera w firmie, między ludźmi, była po prostu rodzinna. Razem pracowaliśmy, ale też przeżywaliśmy ważne wydarzenia w swoim życiu, imprezowaliśmy, odwiedzaliśmy się po domach, a nawet na porodówkach. Wyniosłam z tej firmy nie tylko doświadczenie zawodowe, ale też przyjaźnie na całe życie i wiele fantastycznych wspomnień. Takie rzeczy zdarzają się tylko raz w życiu!

Od lipca pracuję w nowym miejscu. Spotkałam tu także bardzo fajnych ludzi, tak samo jak ja lubiących e-learning. Po pierwszym miesiącu mogę napisać, że pracuje mi się dobrze - w fajnym zespole, a do to tego nowymi technikami, z nowym narzędziem i z nowymi wyzwaniami zawodowymi. Jednym z tych wyzwań jest konieczność przełamania bariery językowej, bo - jak się okazało - pracuję w bardzo międzynarodowym środowisku. Muszę się więc dogadywać po angielsku, choć po prawdzie przydałoby mi się nauczyć także kilku innych języków.

Pracy jest bardzo dużo, ale jest to praca nowa, więc jeszcze nie zaczęła mnie męczyć. Jedyne, czym jestem naprawdę znużona, to upały. Do tego stopnia doskwiera mi gorąco, że marzę o chłodzie i deszczu, którego jeszcze tydzień temu doświadczałam nad morzem. Jak już pisałam, zdjęcia wrzucę wkrótce, na razie tylko jedna fotka pysznych, deszczowych chmur - dla ochłody!



PS.  Nie ogarnęłam się jeszcze w nowej pracy na tyle, żeby znaleźć nowy system pisania bloga, odpowiadania na komentarze i, co najważniejsze, czytania blogów. Wybaczcie więc J., Diable, Mader, Bożeno, Dragonello i inni - nie dlatego się nie odzywam, że nie chcę, tylko dlatego, że czytam Was teraz najczęściej z telefonu w metrze lub na placu zabaw, a komentować z telefonu zwyczajnie nie umiem.

12 lip 2015

O leśnych narodzinach Dziobalindy

Wybraliśmy się wczoraj na wycieczkę rowerową do Powsina. Uwielbiam Powsin - jestem, jak wiadomo, miłośniczką czasów przeszłych, a Powsin dzieli ze mną tę miłość. Zatrzymał się gdzieś w połowie lat 80. i tkwi tak, ze swymi drewnianymi domkami, z klubokawiarnią, z bukinistami i starszymi panami grającymi w szachy. Oczywiście współczesność dotarła do Powsina w postaci placu zabaw z dmuchanym zamkiem i kulkami oraz lodów Magnum i kawy z ekspresu. Ale nie jest nachalna. Przycupnęła sobie wśród drzew i wpasowała w klimat - spokojnego, cichego, ukrytego w sercu lasu wehikułu czasu.

W drodze do Powsina Dziobalinda wyjawiła nam niesamowity sekret. Powiedziała, że ona narodziła się właśnie tam - w Powsinie. Dawno temu, zanim trafiły do mojego brzucha, a nawet wcześniej, zanim trafiły do serca Boga, ona i Giganna były wiatrem, który szumiał nad Powsinem. Były duchami leśnymi, które unosiły się w powietrzu. I to one wybrały, że przyjdą na ziemię - do nas. Uznały, że to my będziemy dla nich najlepszymi rodzicami, że będziemy dla nich odpowiedni. I wtedy dopiero trafiły do serca Boga, a potem - do nas.

Trochę się tego domyślałam.

Podziękowaliśmy naszym córkom za to, że wybrały właśnie nas, bo uczyniły nas tym samym bardzo szczęśliwymi ludźmi.

A potem pojechaliśmy dalej, do Powsina, zanurzyć się w czułej przeszłości i w zieleni drzew.  


24 cze 2015

O potrzebie tożsamości






W przyspieszonym tempie, aczkolwiek bez przesadnej  histerii (cum grano histeriae - akurat tyle, ile potrzeba!), staram się przestawiać,  otwierać na wyzwania i na nowe okoliczności związane ze zmianą pracy. Zaczynam widzieć, jak inny jest świat, w który będę teraz wchodzić. I jakiego przeobrażenia będzie ode mnie wymagać przejście do tego świata. 

Przemiany, które już zaczynają we mnie kiełkować, budzą ekscytację, ale i poczucie żalu oraz straty. Ze zdumieniem odkrywam, jak bardzo byłam przywiązana do tej wersji samej siebie, którą żyłam przez ostatnie lata. Z czysto logicznego punktu widzenia wiem, że to tylko wersja i że przecież ja sama nie jestem czymś, co podlega trwałemu zdefiniowaniu. Ostatecznie bowiem, czym jest to “ja”, które odczuwam, jeśli nie tylko jaką projekcją mnie samej?*

A jednak “ja-podmiot” dostrzega, że “ja-przedmiot” podlega zmianie - i ma w związku z tym kryzys tożsamości. Bo czy po zmianach - to będę nadal ja? Ta sama ja, do której już się zdążyłam przyzwyczaić, zadomowić w niej na dobre? Wiem, gdzie co stoi i co jak działa. A tu trzeba na nowo oswajać się z samym sobą.

A może to tylko ja tak mam? Może nikt oprócz mnie nie przywiązuje się tak do swojej wersji, płynnie przechodzi proces zmian i nie ma poczucia, że w tym procesie traci część siebie?

Chyba jednak nie.

Myślę sobie, że to poczucie żalu i straty jest znane przynajmniej części imigrantów, którzy z różnych powodów opuszczają swoje kraje i zaczynają żyć w innych przestrzeniach nie tylko geograficznych, ale językowych, kulturowych, religijnych i światopoglądowych. Czy to nie z tego żalu za sobą samym biorą się problemy z asymilacją? Zwykliśmy uważać, że problemy imigrantów to problemy czysto ekonomiczne. Że nie wpasowują się płynnie w nasze społeczeństwa z powodu biedy i wykluczenia. To na pewno jest część wytłumaczenia, ale nie całość. Bo jak zrozumieć to, że w szeregi Państwa Islamskiego wstępują dzieci imigrantów, którym się zawodowo i ekonomicznie powiodło w nowych ojczyznach? Młodzież wychowana we względnym dostatku, w dobrych szkołach, z perspektywami? Czy to nie pragnienie znalezienia silnej, łatwej do zdefiniowania tożsamości pcha ich do takich decyzji?**

I czy nie jest przypadkiem tak, że w w naszej kulturze, która kiedyś była grecko-rzymska i judeo-chrześcijańska, a teraz nazywamy ją europejską - w kulturze dostatku, spokoju, dobrobytu - zapomnieliśmy o znaczeniu tożsamości? Chcemy wierzyć, że nie jest ona człowiekowi do niczego potrzebna, że można ją łatwo zmieniać, dostosowywać do okoliczności, sprowadzać do podstaw prawe że fizjologiczno-biologicznych (ja = człowiek). A jeśli już ona jest, ta tożsamości, to chcemy, żeby jej nie uzewnętrzniać, żeby była nie tylko prywatna, ale i ukryta - żadnych pochodów i parad, żadnych coming outów, żadnych symboli w widocznych miejscach na ciele, żadnego “narzucania swoich poglądów” (obserwuję tendencje do nazywania narzucaniem swoich poglądów każdego tych poglądów uzewnętrznienia). 

Myślę ostatnio dużo o tożsamości i o tym, że jednak nie da się od niej uciec. Że ludzie (pewnie nie wszyscy) mają potrzebę definiowania samych siebie. I że nie ma sensu udawać, że jest inaczej, bo to prowadzi do frustracji. Zamiast tego trzeba szukać rozwiązań, które pozwolą nam funkcjonować w miarę pokojowo i spokojnie, w ramach naszych odmiennych tożsamości. Jakie to powinny być rozwiązania? Tego nie wiem. Ale myślę, że trzeba zacząć ich szukać już teraz. Zanim frustracja narośnie tak bardzo, że będzie za późno.

________

*Pytanie, jaka część mnie projektuje to odczucie i czym ta część mnie jest - to już pytanie filozoficzne. Jak to się dzieje, ze sama dla siebie jestem i przedmiotem obserwacji, i jednocześnie obserwującym podmiotem? Zalążki odpowiedzi dla mnie kryją się gdzieś w mojej wierze, ale mam świadomość, że nie mam jeszcze pełnej odpowiedzi.

**Bardzo polecam książkę Zadie Smith "Białe zęby", która jest świetną ilustracją problemu tożsamości wśród imigrantów w Wielkiej Brytanii. 

____
źródło zdjęcia http://jaymantri.com/

17 cze 2015

O rozpruwaniu zwrotnicy i suszeniu pokrzywy

Piętrzy mi się lista tematów, o których chcę napisać - tematów, w moim odczuciu, ważnych i wartych rozważania. Tymczasem jednak wciągnęła mnie bardzo codzienność, bo i codzienność jest ważna i wiele przynosi czasami zaskoczeń. Takich np., jak to, że się kończy 33 lata i odkrywa, że w sercu drzemie od dawna marzenie o graniu na bębnach. I marzenie to przedostaje się do świadomości i daje sygnał: teraz! A także takich, że się po 9 latach w jednej firmie zmienia pracę. I ta zmiana jest czymś wielkim, przerażającym i ekscytującym zarazem. Wyzwaniem. Niewiadomą. Szansą.

Jestem więc w procesie zmian i czuję nieomal fizycznie, jak się w moim życiu przestawia zwrotnica. Nie wiem, czy zjeżdżam z głównego toru na boczny, czy przeciwnie - z bocznego na główny. Nie wiem też, dokąd tym torem dojadę. Mam w sobie jednak poczucie, że trzeba tym torem pojechać i zobaczyć, co się stanie. A resztę powierzyć jak zwykle Panu Bogu.

Poza tym zasadziłam sobie w doniczkach pomidory, marchewkę i maliny. Z maliny wrosła mi pokrzywa. Ale pokrzywa dobra jest i pożyteczna zdrowotnie - ususzę sobie i zrobię z niej ekologiczną herbatkę. Wszystko, co się dzieje, jakoś się w życiu przydaje i czegoś uczy. Pokrzywa też.

Trzymajcie za mnie kciuki od 1 lipca, iżbym w tej nowej pracy dała radę. I żeby nowa praca też dała radę. I żebym miała czas pisać do Was, bo póki co wieczorami zasypiam na łóżku Giganny i budzę się w środku nocy, z rozmazanym makijażem oraz dyskomfortem od różnych sprzączek, ściągaczy i innych dziwnych elementów ubrania (oczyma wyobraźni widzę siebie grającą na bębnach w luźnej, powłóczystej szacie!).

A teraz idę suszyć pokrzywę i rozpruwać zwrotnicę*!



____
* Rozprucie zwrotnicy - przejazd pojazdu szynowego przez zwrotnicę torem od strony krzyżownicy gdy zwrotnica przestawiona jest na jazdę po drugim torze; zwrotnice mogą być rozpruwalne, czyli dopuszczające jazdę „na rozprucie” bez uszkodzenia (zwykle na liniach tramwajowych gdzie występuje ruch jednokierunkowy „z ostrza”) i nierozpruwalne, które nie dopuszczają takiej jazdy (zwykle ulegają uszkodzeniu).

28 maj 2015

O rasistowskiej presji Jacka Żakowskiego


Cieszyłam się wczoraj, że polski rząd wydał zezwolenie na przyjęcie do Polski uchodźców z Syrii - syryjskich chrześcijan, którzy muszą uciekać z kraju przed prześladowaniami ze strony ISIS. A już dziś z rana zmroziła mnie wypowiedź Jacka Żakowskiego, który skomentował decyzję rządku tymi sowami:

To dla mnie zapowiedź pogłębiania się państwa religijnego, jeśli można uchodźców segregować ze względu na wyznanie - mówił Żakowski. - Niedługo będzie można segregować pacjentów w szpitalach: chrześcijan operujemy teraz, a niechrześcijan dopiero w przyszłym roku. Byłem zszokowany. Gdyby jeszcze to był rząd ZChN, powiedziałbym, że można było się tego spodziewać. Rząd przestraszył się, co się stanie, jeśli przyjadą do polski muzułmanie. Uległ rasistowskiej presji.

Mam świadomość, że pan Jacek Żakowski nie ma szans przeczytać mojego bloga (nawet, gdyby miał - nie sądzę, żeby chciał i żeby zdanie zwykłej, nawet nie popularnej blogerki, miało dla niego jakiekolwiek znaczenie). Niemniej nie jestem w stanie zmilczeć i muszę się do tej wypowiedzi odnieść, choćby z tego prostego względu, że aktywnie uczestniczyłam w poparciu dla działań Fundacji Estera.

A zatem, krótko i węzłowato, jak mawiał wykładowca ze szkoły mojego taty.

Fundacja Estera utrzymuje kontakt z częścią chrześcijan (300 rodzin) zamieszkujących tereny opanowane przez Państwo Islamskie. Zebrała fundusze i ma kontakty, aby wyciągnąć tych ludzi z Syrii i dać im schronienie w Polsce. Od naszego państwa potrzebowała jednak zezwolenia - rząd wydał zezwolenie na przyjęcie 60 rodzin. Rozumiem, że zdaniem p. Żakowskiego nie powinien wydawać tego zezwolenia, ponieważ dotyczy ono rodzin chrześcijańskich. A zatem argumentując o rzekomej segregacji ze względu na wyznanie de facto p. Żakowski odmawia ludziom prawa do pomocy właśnie ze względu na ich wyznanie. Żelazna logika!

Ale może nie, może ja się mylę. Może p. Żakowski wcale nie odmawia nikomu prawa do pomocy, tylko tak dba o pluralizm i świeckość naszego kraju, że pozwoliłby Fundacji przyjąć chrześcijan pod warunkiem, że przyjmie taką samą ilość muzułmanów. Czyli Fundacja musiałaby rozpocząć prace od nowa, bo nawiązać kontakty w kraju ogarniętym wojną nie jest łatwo, a do tego należałoby zebrać drugie tyle funduszy na przyjęcie takiej samej ilości muzułmanów (wywalić z listy połowę chrześcijan, żeby zamiast nich przyjąć muzułmanów też wszak rasistowsko i nie wypada). Ergo w sytuacji, gdy liczy się każdy dzień, ludzie mają tam czekać bezczynnie i jakoś uniknąć śmierci - albo i nie uniknąć, ich problem - bo my tu mamy na głowie ważniejsze problemy, niż ich życie, mianowicie nasze „czyste ręce” i „szczytne idee”. Ale halo halo, ja przepraszam, czy poświęcanie życia dla idei nie jest aby fanatyzmem? A poświęcanie cudzego życia dla swoich idei? Hmm?

Oczywiście, zgadzam się, brzydko to tak pomagać „tylko swoim”. Co prawda wszyscy w pierwszej kolejności pomagamy tam, gdzie nam najbliżej i gdzie możemy, łatwiej pomóc sąsiadce niż dzieciom z Afryki, łatwiej też chrześcijanom z Polski nawiązać kontakty z chrześcijanami w Syrii niż z muzułmanami w tym samy kraju (choć, co ciekawe, Fundacja Estera poinformowała na swoim profilu, że Stowarzyszenie Europa Przyszłości prowadzące portal euroislam.pl wsparło ją w inicjatywie na rzeczy przyjęcia prześladowanych chrześcijan z Syrii w Polsce - najwyraźniej jeszcze nie wiedzą, że w ten sposób przykładają ręce do szerzenia rasizmu!). No ale chrześcijanie tacy niby chcą być dobrzy, a tu fe, nieładnie, mentalność plemienna.

A wiecie, co ja myślę? Myślę sobie, że dla tych ludzi, których możemy uratować, to naprawdę wszystko jedno, czy to zrobimy „brzydko” czy  „po chrześcijańsku”. Oni się martwią codziennie o życie swoich dzieci i swoje. Nasze dylematy nie mają tu nic do rzeczy. Chodzi tylko i wyłącznie o nich, nie o nas - o tych, których można i trzeba uratować w miarę możliwości. Nie ratować lub zwlekać, żeby zachować „czyste ręce”, żeby było „po europejsku” czy „po chrześcijańsku” czy „po równo”? To jest dopiero obrzydliwość.

Nikt nie broni p. Żakowskiemu ani nikomu innemu zainicjować ruchu na rzecz przyjęcia do Polski rodzin mniejszości muzułmańskich prześladowanych przez ISIS, ani też Fundacja Estera nie nawołuje, żeby tego nie robić. Oni po prostu robią to, co mogą, a ja wsparłam ich tak, jak mogę. Wesprę każdą inicjatywę, która ma na celu chronienie ludzkiego życia i ludzkiej godności - od poczęcia, aż do naturalnej śmierci, bez względu na kolor skóry, płeć, wyznanie, orientację seksualną i narodowość. Ludzie są ważniejsi niż nasze najszczytniejsze choćby idee.  

Chciałabym, żeby Pan to zrozumiał, Panie Redaktorze.  

26 maj 2015

O wyborach i o emigracji

Otóż były w Polsce ostatnio wybory i w tych wyborach został wybrany nowy prezydent. W związku z tym obserwuję w wirtualnym świecie prawdziwe eksplozje temperamentów - jedni wiwatują, tańczą i śpiewają, inni rwą włosy z głosy, zapowiadają emigrację i rozpaczają nad upadkiem kraju i społeczeństwa. Słyszę też historie o znajomych, co zrywają kontakty, oraz o rodzinach, w których brat bratu i matka córce skaczą do gardła z powodu wyborów politycznych.

Innymi słowy - fletus et stridor dentium.

Tymczasem w poniedziałek rano, w firmie, w której pracuję, jak zwykle spotkali się w firmowej kuchence ludzie. Ludzie ci mają przeróżne poglądy i światopoglądy - są wierzący, niewierzący, liberalni, konserwatywni, antysystemowi, lewicowi, prawicowi oraz centrowi. Każdy z nich jakoś głosował lub wcale nie głosował. Nikt wszakże nikogo nie wypytuje, za poły płaszcza nie łapie, nie szarpie w rozpaczy. Niektórzy sami mówią o tym, na kogo głosowali. Rozmowy o polityce pobrzmiewają jednak tonem racjonalnym - kto jak naszych polityków ocenia, czego kto się obawia, na co kto ma nadzieję, z czym się zgadza lub czemu sprzeciwia.

I wiecie co?

I nic się więcej nie dzieje. Nikt nie zerwał z nikim znajomości. Nikt nie rzucił się nikomu do gardła. Nikt nie tańczył na niczyich trupach. Porozmawialiśmy, a potem wybraliśmy sobie jednogłośnie kolegę na prezydenta i sformowaliśmy własny gabinet, a potem rząd. Dostałam fuchę ministra edukacji, więc drżyjcie, bo mam zamiar wprowadzić obowiązkową łacinę już dla sześciolatków!

Po co ja to piszę dzisiaj? Piszę, bo mam świadomość, że na polityce nie znam się tak dobrze, żebym się nie mogła pomylić. Myliłam się już zresztą wiele razy. Ale jestem przekonana,  że nie mylę się, kiedy piszę - kochani, wciąż jesteśmy ludźmi. Polakami. Wszystkim nam (mam nadzieję) leży na sercu dobro naszego kraju, tylko każdy z nas inaczej to dobro postrzega i w inne chce złożyć je ręce. Możemy się różnić, nie zgadzać, możemy uważać nawet, że "ta druga strona" jest ślepa i się myli - ale to nie powód, żebyśmy przestali być dla siebie ludźmi. Znajomymi, przyjaciółmi, krewnymi. Bliźnimi po prostu.

Budujemy dobro naszego kraju nie tylko głosując w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Budujemy je codziennie, dokonując wyborów małych i wcale nie takich trudnych - dbając o bliskich, wykonując dobrze i odpowiedzialnie swoją pracę, angażując się w życie lokalnych społeczności, pomagając sąsiadowi wnieść kanapę albo staruszce przynieść zakupy do domu. Zmiana prezydenta czy rządu jest procesem normalnym w demokracji, natomiast w życiu codziennym każdego z nas zmiana powinna zaczynać się od nas samych.

Co do emigracji zaś, bo jej temat się mocno w internetach przewija - mam prośbę poważną i gorącą. Są na świecie ludzie, którzy naprawdę i pilnie muszą ze swoich krajów emigrować - grozi im bowiem realne niebezpieczeństwo utraty życia. Piszę tu o Syryjczykach, w których kraju od 4 lat toczy się krwawa wojna. W tej wojnie ponad 300 000 ludzi straciło już życie, a miliony ludzi musiało uciekać ze swoich domów. Tych ludzi możemy wesprzeć my, Polacy, dając im u siebie schronienie. Chce ich przyjąć fundacja Estera, która zebrała na ten cel środki i fundusze, a jedyne, czego potrzebuje, to formalnej zgody polskich władz.

Podpiszcie proszę tutaj petycję o ich przyjęcie - oni mają do stracenia wszystko. A my - nie traćmy ducha, nadziei i człowieczeństwa.

6 maj 2015

O rozstaniu z samym sobą


Tak się ułożyło, że z powodu przechodzonego zapalenia zatok przez ostatnie dni byłam w stanie jedynie leżeć i oddychać. Przy czym oddychanie było dla mnie wyzwaniem niczym trening z Ewą Chodakowską - prawie niemożliwe do zrealizowania. 

Nagle więc wokół mnie zrobiło się spokojnie i cicho. Mąż zajął się domem i dziećmi. Dzieci zajęły się sobą. Kot spał jak zwykle. A ja zostałam sama z krwawiącym nosem i myślami. A myśli poprowadziły mnie w kierunku, w którym wcale - jak mi się zdawało - nie zamierzałam wyruszać.

Dotarło do mnie bowiem, jak dziwnie się czuję bez tych wszystkich codziennych czynności, które zaprzątają mi głowę. Bez możliwości wejścia w głębszą interakcję z bliskimi ludźmi. Bez możliwości zajęcia myśli książką lub filmem. Bez możliwości zajęcia rąk pracą. Co mi zostało, gdy nagle nie mogłam wykonać żadnej z rzeczy, które przez całe życie robię? Otóż - przezroczystość. 

Poczułam się nagle bardzo przezroczysta. Nie pusta, bo to by zakładało istnienie pustki w czymś, co jest mną. Ja tymczasem poczułam, że to, co jest mną -  to nijak nie umie nabrać sensu samo z siebie. To coś, co nazywam mną, to jest dopiero jakaś przestrzeń do zagospodarowania. Jakaś możliwość. Nic tak naprawdę pewnego. A już na pewno nie stałego. 

Przez moment bardzo mnie to przygnębiło. Po co się żyje, skoro się nie jest „czymś”, co by samo z siebie mogło swoje istnienie uzasadnić? Po chodzić po ziemi, gdy się nie jest w stanie odcisnąć na jej powierzchni trwałego śladu? Bo przecież nawet o największych pamięć w końcu przygasa. Tym bardziej zaś o mnie. Takiej przezroczystej. 

I wtedy przyszło do mnie Słowo. Ono do mnie przychodzi w konkretnym kontekście, ale wiem, że tak samo przychodzi i w innych religiach, innych kulturach. I mówi zawsze to samo: „Kto zbytnio ceni swe życie, ten je straci. Kto nie ceni swego życia na tym świecie, ten zachowa je dla wieczności.” (Jana 12, 25). Uderzyło mnie nagle z całą mocą  -  czy skoro jestem tylko przestrzenią, możliwością, jest sens przywiązywać się do samej siebie tak bardzo? Martwić się, czym w zasadzie jestem i co po mnie zostanie? Czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Przecież nie ma. 

A dalej już wiedziałam - jedyne, co ma znaczenie, to sposób, w jaki tę przestrzeń - mnie - wykorzystam. Czym ją zapełnię i co z niej przekażę innym ludziom. Bo człowiek w pełni realizuje się dopiero w relacji. Gdy stara się tylko sam o siebie - nalewa wszakże z pustego w próżne. Ale w relacji z drugim człowiekiem tworzy to, co jako jedyne ma sens na tym świecie. Miłość. Tylko miłość, ta miłość, która się rodzi, gdy dajemy raczej niż bierzemy, tylko ona prawdziwie nas napełnia, a jednocześnie uwalnia od nadmiernej troski o swój ciężar gatunkowy, o swoje znaczenie. 

Miłość w rozumieniu chrześcijańskim nie jest uczuciem, lecz postawą. To  agape”, a nie „eros”. W tym sensie miłość jest czymś prostszym i łatwiejszym do osiągnięcia, niż nam się wydaje. Akt miłości to akt uwagi skierowanej na drugiego człowieka. To uszanowanie go i - o ile to możliwe - wsparcie. To każdy najmniejszy gest dobroci. 

Jakiś czas temu przeczytałam w książce relację weterana wojennego, który przeżył doświadczenie śmierci klinicznej i w jego trakcie „dowiedział się”, które z jego uczynków były uczynkami dobrymi, a które złymi. A dowiedział się między innymi o tym, co dobrze zrobił  - raz w trakcie wojny towarzyszył dwóm umierającym żołnierzom, Anglikowi i Niemcowi, którzy chwilę wcześniej strzelali do siebie. Anglik poprosił go o papierosa, a on tę prośbę spełnił. Odpalił Anglikowi papierosa, a ten zaraz poprosił o drugiego - dla umierającego Niemca. Odpalił więc papierosa i dla Niemca, ale ze świadomością, że robi to tylko na prośbę Anglika - sam wolałby raczej Niemcowi poderżnąć gardło.

Taki to był dobry uczynek - mierzony nie emocją czyniącego, ale tego, który z czynu skorzystał. Tak w każdym razie odczytuję tę opowieść. 

I myślę sobie - bez względu na to, czy ktoś wierzy w Boga, czy w opowiadania ludzi, którzy doświadczyli śmierci klinicznej, czy w nic z tych rzeczy – to po prostu jest prawda. Aktem miłości może być każdy najmniejszy gest, który wykonujemy raczej ze względu na kogoś, niż na siebie samego. Nawet, jeśli nam to daje poczucie spełnienia – niechaj to będzie bonus, pozytywny skutek uboczny, a nie cel sam w sobie. 

I nie ma co się martwić, że się nie wynalazło ważnego lekarstwa i nie założyło żadnej fundacji. Liczy się nawet drobny gest. Paradoksalnie, zamartwianie się tym, że się „robi wciąż za mało”, też jest nadmiernym przywiązaniem do samego siebie. Nie na darmo jest powiedziane „Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa (Mateusza 6, 1-6). Bo to naprawdę nie chodzi o mnie, kiedy daję, i o to, jaki „wynik osiągnę” - chodzi tylko o dobro tego obdarowanego. 

Gdy się przestaję skupiać na sobie samej, na swoich „wynikach” i  „osiągnięciach”, wtedy dopiero doświadczam prawdziwej wolności. I nieważne jest wtedy, czy ktoś kiedyś zrobi coś dla mnie, czy „odda mi”, czy zostanę doceniona – to wszystko traci znaczenie. Liczy się tylko ten drugi człowiek. Liczy się tylko akt miłości. Nie być nadmiernie przywiązanym do siebie, rozstać się z samym sobą – to jest dopiero uwolnienie i otwarcie się na radość płynącą z bycia tu, teraz i dla innych, nie tylko dla siebie. 

A jak się z samym sobą rozstać? To jest zadanie trudne i na całe życie. Ale jestem przekonana, że warto. I w tę właśnie podróż mam zamiar wyruszyć.