Homo homini lupus
Tak się składa, że kilka bardzo bliskich mi osób ma dość negatywny stosunek do religii. Mimo to jesteśmy w stanie się przyjaźnić – każda strona zachowuje szacunek dla zdania drugiej i jest ok. Nikt nikogo nie nawraca, nie przekonuje, nie obraża. Wydawałoby się – rzecz normalna. Dziś weszłam na bloga znajomego ze studiów, którego zawsze lubiłam i dobrze mi się z nim gadało. I z przykrością stwierdziłam, że czas tego dobrego gadania chyba się skończył. Kolega bowiem pół życia poświęca na zwalczanie religii, a każdy wierzący jest jego zdaniem totalnym kretynem. Siłą rzeczy nie będzie mógł więcej ze mną rozmawiać, skoro przyjęłam chrzest. Chyba, że zrewiduje poglądy i uzna, że bywają i wierzący posiadacze czynnych mózgów. Obawiam się jednak, że prędzej kolega zrewiduje swój pogląd na moją osobę, niż na religię. Jakoś nie jestem w stanie zrozumieć, skąd w ludziach to wieczne dążenie do walki i posiadania „jedynej prawdy obiektywnej”. Na chłopski rozum jest to dla mnie niedorzeczne– każdy po...