Otóż były w Polsce ostatnio wybory i w tych wyborach został wybrany nowy prezydent. W związku z tym obserwuję w wirtualnym świecie prawdziwe eksplozje temperamentów - jedni wiwatują, tańczą i śpiewają, inni rwą włosy z głosy, zapowiadają emigrację i rozpaczają nad upadkiem kraju i społeczeństwa. Słyszę też historie o znajomych, co zrywają kontakty, oraz o rodzinach, w których brat bratu i matka córce skaczą do gardła z powodu wyborów politycznych. Innymi słowy - fletus et stridor dentium. Tymczasem w poniedziałek rano, w firmie, w której pracuję, jak zwykle spotkali się w firmowej kuchence ludzie. Ludzie ci mają przeróżne poglądy i światopoglądy - są wierzący, niewierzący, liberalni, konserwatywni, antysystemowi, lewicowi, prawicowi oraz centrowi. Każdy z nich jakoś głosował lub wcale nie głosował. Nikt wszakże nikogo nie wypytuje, za poły płaszcza nie łapie, nie szarpie w rozpaczy. Niektórzy sami mówią o tym, na kogo głosowali. Rozmowy o polityce pobrzmiewają jednak tonem racjonalnym ...
Oto, proszę, scenka z natury. Dramatis personae: mój brat oraz obcy człowiek na ulicy.
OdpowiedzUsuńhttp://scianolaz-po-pracy.blog.pl/znak-czasow,15107761,n
Też pyszne :D
OdpowiedzUsuńAle, ale, czy to znaczy, że elita intelektualna tego kraju jeździ metrem? Bo w metrze dużo osób czyta książki.
Inteligencję kwaterowano na Ursynowie, o ile mi wiadomo... To by sporo wyjaśniało.
OdpowiedzUsuńA wiesz, dziś rano pan obok mnie w metrze czytał "Pięć lat kacetu" Grzesiuka w e-booku!
OdpowiedzUsuń