Posty

Żegluga domowa

Strudzony małżonek po wielu wędrówkach  powrócił na łono rodziny, a tymczasem ja dopiero po jego powrocie zaczynam pruć tkany przez ostatnie 2 tygodnie kilim (w zasadzie to makatkę) pt. "Jestem dzielna i daję sobie radę". Gdyż albowiem teraz, gdy już się czuję bezpieczna i zaopiekowana, dotarło do mnie, że w ostatnim czasie działałam w trybie awaryjnym. Co mnie mocno wyczerpało jednak. Taka ze mnie Penelopa, jaka z naszego Okrągłego Osiedla Itaka. Kieszonkowa. Po tygodniu w domu Topik je i tyje koncertowo, Dziobalinda zaś walczy z całą gamą sprzecznych emocji. Sekunduję jej w tym dzielnie, gdyż i mnie emocje kotłują się w głowie - od euforii po strach, od zdziwienia po dziwaczne próby działania "po dawnemu". Jednak co by nie mówić, przeszliśmy jako rodzina do następnego etapu  i wszyscy musimy się teraz jakoś w nim odnaleźć. Żeglujemy więc dalej w nieznane, momentami targani objawami morskiej choroby, ale bardzo ciekawi, co nas w tej żegludze jeszcze spotka. Jak...

Topik

Tak jak niektórzy przewidywali, Topik zaczęła się rodzić w moje urodziny. Ostatecznie jednak urodziła się następnego dnia, o 5:45 nad ranem. Dziewczę z fantazją i charakterem, bo urodziła się z ręką przy głowie i dwukrotnie owinięta pępowiną, powiązaną dodatkowo w dwa supełki. I co ciekawe, nerw jej nie puścił, tętno nie spadło, tak że mimo iż przez ponad godzinę drugiej fazy byłam pewna, że umrę z kretesem, Topik urodziła się siłami natury i w bardzo dobrym humorze. Chciałabym to wszystko jakoś opisać. Co to dla mnie znaczył ten poród siłami natury (Dziobalinda urodziła się przez cc, bo jej gwałtownie tętno spadło w II fazie). Poród bardzo kobiecy, bo z mamą i z fantastyczną położną, której nie będę w stanie się odwdzięczyć do końca życia (Bóg czuwał nad tym porodem, że nas wysłał na dyżur pani Agnieszki i że zdążyłam urodzić na godzinę przed końcem jej dyżuru). Jakie to było uczucie, gdy zobaczyłam Topika i gdy leżąc na mojej piersi podniosła głowę do góry i spojrzała mi w oczy. Ja...

O radości, co jest wciąż

Pamiętam, jak tata obudził mnie w pewien niedzielny ranek. Byłam już wtedy dużą dziewczynką, bo miałam jakieś 19-20 lat.   W tamtą niedzielę tata wszedł do mojego pokoju o poranku i podetknął mi pod nos śmietankową krówkę (taką z Milanówka). Kiedy otworzyłam jedno oko, zobaczyłam, jak kładzie ją na poduszce obok mnie. Otworzyłam drugie oko i zobaczyłam, jak -   chichocząc - kolejną krówkę kładzie na podłodze obok mojego łóżka. I kolejną dalej, i jeszcze kolejną, i następną – aż do drzwi. Wstałam i poszłam tym krówkowym szlakiem, który – jak się okazało – ciągnął się z mojego pokoju, przez przedpokój aż do kuchni. W kuchni ostatnią krówkę wręczył mi tata do rąk własnych. A potem zaczął robić śniadanie. Bo w niedzielę to tata robił śniadania, zgodnie z rodzinną tradycją. Czekam teraz na Topika i smutno mi, że tym czekaniem się już z tatą nie podzielę. Ale nie umiem się po nim smucić tylko i wyłącznie – nie po takim tacie. Zbyt wiele swojej radości przelał we mnie przez t...

Raport z ostatnich odcinków

Do terminu zostało 6 dni. Małżonek wybywa na pierwszy z wyjazdów. Dziobalinda produkuje hektolitry zielonego kataru. Zamiast do przedszkola idziemy więc do lekarza (ostatnia diagnoza laryngologiczna - trzeci migdał powiększony, płyn w uszach, operacja konieczna, czeka się na nią 1,5 roku, tra la la - a tymczasem mamy zwalczać katary ze zdwojoną zaciekłością). Topik twardo siedzi w brzuchu i nie daje znaku, że chce wyjść. Chyba że znakiem byłoby to, iż od 3 dni jakoś udaje mi się spać w nocy. Skończył mi się ostatni w miarę elokwentny odcinek mózgu - jestem już w stanie skupić się tylko na tym, żeby robić wdech po wydechu i wrzucić do gara pierogi z mrożonki. Bez pointy.

Depresja impresja progresja

Obraz
Topik nadal w brzuchu. Ale podobno kiedyś urodzę. Postępy szyjka czyni - marne, bo marne, ale czyni. Staram się nie popadać w przesadę. Niestety - bez pozytywnych efektów. Synafia Przesada de domo Histeria - to ja. Matrona kształtów obfitych, sunąca z bawolą gracją przez osiedlowe uliczki. Upraszająca córkę swę pierworodną o wyrozumiałość, gdyż "muszę do domu siusiu, kochanie, no naprawdę muszę", na co córka odpowiada z ponurą rezygnacją "wiem, wiem, bo masz taki duży brzuch...". Biedna Dziobalinda wspina się na szczyty cierpliwości wobec swej upośledzonej ruchowo matki. Matka wspina się na wyżyny cierpliwości wobec samej siebie i życia jako takiego. A życie jak koń - jakie jest, każdy widzi.  Trudne w sensie. Dragonella mię natchnęła refleksją taką, że wobec tego życia trudnego, wobec cierpienia, które ze sobą niesie, a zwłaszcza wobec ludzkich katastrofalnych upadków, chciałoby się w końcu znaleźć jakiś sprawny system zapobiegawczy. Przepisy idealne, których ...

Napięcie rośnie

Jak się dowiedziałam, że z pięciodniowego wyjazdu zrobiły się dwa pięciodniowe wyjazdy jeden po drugim, to najpierw się długo śmiałam nerwowo. Potem się popłakałam jeszcze bardziej nerwowo. Potem powiedziałam "Panie Boże, robi się coraz ciekawej, ale ja Ci wierzę, że masz w tym swój plan - tylko potrzymaj mnie proszę za rękę, żebym ja dała radę ten plan wykonać!" - i poszłam spać. Dziś wstałam i wściekle piekę muffinki na piknik w przedszkolu Dziobalindy. Może od tego urodzę. W związku z napowyższym zbieram propozycje technik wywoływania porodu. Zakurzona pisała o myciu podłóg. P. poleca zabijanie żywego karpia (w ten sposób mama P. urodziła ją aż 7 tygodni przed terminem). Czy jeszcze jakieś metody ktoś zna? Będę wdzięczna.

Jeszcze nie

Czekam i czekam. Jeszcze nie rodzę. A coraz mi trudniej, przyznaję bez bicia. Popadam w przestrach na różnych frontach. Spać nie mogę. Mam coraz mniej siły, uwagi, skupienia w sobie, żeby ogarniać prostą rzeczywistość. Potem w piaskownicy cudze babcie na mnie krzyczą, że ja za cicho krzyczę na swoje dziecko, które niechcący machnęło łopatką za wysoko i nasypało piachu na drugie, babciowe dziecko. Znaczy, że w ogóle nie krzyczę, tylko mówię, bo one od razu krzyczą - na moje dziecko i na mnie. A ja sobie myślę, że nie mam siły się przecież kłócić z nimi, tymi babciami, bo na nic nie mam siły, i że chciałabym już urodzić, ale też boję się, jak ja sobie z dwójką poradzę. Przecież to dwa razy więcej babć będzie na mnie krzyczeć potem. Dziobalinda chyba to moje zmęczenie i niepokój wyczuwa, bo też chodzi podminowana. A może to dlatego, że J. w przedszkolu ją podrapał, albo dlatego, że jej najlepsza koleżanka jest chora i nie ma jej w przedszkolu. A może wszystko naraz. W każdym razie kłó...