Posty

O rasistowskiej presji Jacka Żakowskiego

Cieszyłam się wczoraj, że polski rząd wydał zezwolenie na przyjęcie do Polski uchodźców z Syrii - syryjskich chrześcijan, którzy muszą uciekać z kraju przed prześladowaniami ze strony ISIS. A już dziś z rana zmroziła mnie wypowiedź Jacka Żakowskiego , który skomentował decyzję rządku tymi sowami: To dla mnie zapowiedź pogłębiania się państwa religijnego, jeśli można uchodźców segregować ze względu na wyznanie - mówił Żakowski. - Niedługo będzie można segregować pacjentów w szpitalach: chrześcijan operujemy teraz, a niechrześcijan dopiero w przyszłym roku. Byłem zszokowany. Gdyby jeszcze to był rząd ZChN, powiedziałbym, że można było się tego spodziewać. Rząd przestraszył się, co się stanie, jeśli przyjadą do polski muzułmanie. Uległ rasistowskiej presji. Mam świadomość, że pan Jacek Żakowski nie ma szans przeczytać mojego bloga (nawet, gdyby miał - nie sądzę, żeby chciał i żeby zdanie zwykłej, nawet nie popularnej blogerki, miało dla niego jakiekolwiek znaczenie). Niemnie...

O wyborach i o emigracji

Otóż były w Polsce ostatnio wybory i w tych wyborach został wybrany nowy prezydent. W związku z tym obserwuję w wirtualnym świecie prawdziwe eksplozje temperamentów - jedni wiwatują, tańczą i śpiewają, inni rwą włosy z głosy, zapowiadają emigrację i rozpaczają nad upadkiem kraju i społeczeństwa. Słyszę też historie o znajomych, co zrywają kontakty, oraz o rodzinach, w których brat bratu i matka córce skaczą do gardła z powodu wyborów politycznych. Innymi słowy - fletus et stridor dentium. Tymczasem w poniedziałek rano, w firmie, w której pracuję, jak zwykle spotkali się w firmowej kuchence ludzie. Ludzie ci mają przeróżne poglądy i światopoglądy - są wierzący, niewierzący, liberalni, konserwatywni, antysystemowi, lewicowi, prawicowi oraz centrowi. Każdy z nich jakoś głosował lub wcale nie głosował. Nikt wszakże nikogo nie wypytuje, za poły płaszcza nie łapie, nie szarpie w rozpaczy. Niektórzy sami mówią o tym, na kogo głosowali. Rozmowy o polityce pobrzmiewają jednak tonem racjonalnym ...

O rozstaniu z samym sobą

Obraz
Tak się ułożyło, że z powodu przechodzonego zapalenia zatok przez ostatnie dni byłam w stanie jedynie leżeć i oddychać. Przy czym oddychanie było dla mnie wyzwaniem niczym trening z Ewą Chodakowską - prawie niemożliwe do zrealizowania.  Nagle więc wokół mnie zrobiło się spokojnie i cicho. Mąż zajął się domem i dziećmi. Dzieci zajęły się sobą. Kot spał jak zwykle. A ja zostałam sama z krwawiącym nosem i myślami. A myśli poprowadziły mnie w kierunku, w którym wcale - jak mi się zdawało - nie zamierzałam wyruszać. Dotarło do mnie bowiem, jak dziwnie się czuję bez tych wszystkich codziennych czynności, które zaprzątają mi głowę. Bez możliwości wejścia w głębszą interakcję z bliskimi ludźmi. Bez możliwości zajęcia myśli książką lub filmem. Bez możliwości zajęcia rąk pracą. Co mi zostało, gdy nagle nie mogłam wykonać żadnej z rzeczy, które przez całe życie robię? Otóż - przezroczystość.  Poczułam się nagle bardzo przezroczysta. Nie pusta, bo to by zakładało istnien...

O śmierci

Wczoraj napisałam o tym, że nic nie jest dane raz na zawsze. Dwie godziny później  kolega mojego Męża zginął w wypadku. Wyjeżdżał z firmy. Uderzył w niego samochód. Zginął na miejscu. Zostawił żonę i roczną córeczkę. Bliskich. I całą masę ludzi, dla którego jego odejście jest stratą i bólem nie do wyobrażenia. Dobry, uczciwy, fajny, młody człowiek. Miał 34  lata. Pomódlcie się, proszę. Za niego, za jego rodzinę i bliskich. 

O niebie

Obraz
Ot, nie piszę nic od dłuższego czasu, bo wydaje mi się, że nie ma o czym pisać. A jak już jest o czym, to - cytując kolegę - brak mi obelżywych słów. Bo takie np. żużlowe Grand Prix na Stadionie Narodowym. Czekał człowiek od pół roku, bilety miał wykupione, jarał się jak piętnastolatek, biegł uskrzydlony nadzieją na szał uniesień - jak za starych dobrych lat, gdy jeszcze Tomasz Gollob jeździł w jedynym słusznym klubie, czyli w Polonii Bydgoszcz... I wyszło jak wyszło. Zamiast szału uniesień był fletus et stridor dentium. Po serii żenujących wydarzeń z psującą się taśmą startową i zbyt miękkim torem (pierwszy raz w życiu widziałam na torze żużlowym walec!) - zawody przerwane. Wyszłyśmy z Dahoovką wściekłe i rozżalone, w czarną, zimną noc, i wracałyśmy na piechotę przez most przeżuwając w ustach przekleństwa i lamenty. No i tak. I kamieni kupa. Byłam tak „pogrążona w czarnej otchłani rozpaczy”, jak mawiała Ania Shirley, jakoś przez klika godzin. A potem mi przeszło. P...

O świętach, pokorze i nadziei dla wszystkich

Obraz
W tym roku okres świąteczny uczy mnie przede wszystkim pokory… A zaczęło się nie tak najgorzej - od choroby Dziobalindy. Zachorowała na tydzień przed świętami, tak więc wylądowałam na zwolnieniu, w domu. Co się nawet dobrze poskładało, bo gdy ona odsypiała gorączkę, ja spokojnie mogłam zacząć sprzątanie i przygotowania do Świąt. Około środy było wręcz idealnie - kontrola u lekarza wykazała, że Dziobalinda zdrowieje, w domu już pachniały poprane zasłony, a do tego udało mi się w nagłym spazmie pracowitości odmalować ścianę w kuchni, co to się do niej zabierałam już od grudnia. Było po prostu – pięknie! Mimo tego, że rzeżucha krzywo wyrosła, a podłogi zabrudziły się dokumentnie w 5 minut po umyciu.  I jeszcze tej samej nocy, w środę, Giganna obudziła się z wysoką gorączką. A potem posypało się po kolei.   Giganna pochorowała się mocniej, niż Dziobalinda, a do tego później. Stało się jasne, że nie będziemy mogli pojechać w pierwszy dzień Świąt na rodzinne spotkanie d...

O remoncie

Obraz
I oto już po dwóch miesiącach skończyliśmy remont pokoju dziecięcego! No, prawie skończyliśmy... Przydałyby się nowe zasłonki. I kilka innych detali. Cóż, kiedy idealne tekstylia wypatrzyłam w Ikea i innych już nie chcę, a pojechać do tych Janek czy Marek nie mam ani kiedy, ani też - czym. W każdym razie pokój jest czynny, skończyła się zatem krótka złota era "rodzicielstwa bliskości" w naszym skromnym domu i przestaliśmy wszyscy mieszkać w jednej izbie. Dziewczęta śpią już u siebie. Bawiły się u siebie też, jakoś przez pierwszy tydzień, kiedy były zachwycone łóżkiem piętrowym ze schodami (Małżonek uczynił rękami własnemi z ikeowskiego reagłu i belek drewnianych) i statkiem kosmicznym (Małżonek wycinał i malował osobiście), kosmiczną ścianą z planetami i oraz powiększeniem się powierzchni użytkowej pokoju. Teraz już wszystko wróciło do normy, tzn. mają swój pokój, ale i tak przebywają ciągle u nas. Przytłacza to trochę Małżonka, który z natury jest człowiekiem spokojnym i s...