Otóż były w Polsce ostatnio wybory i w tych wyborach został wybrany nowy prezydent. W związku z tym obserwuję w wirtualnym świecie prawdziwe eksplozje temperamentów - jedni wiwatują, tańczą i śpiewają, inni rwą włosy z głosy, zapowiadają emigrację i rozpaczają nad upadkiem kraju i społeczeństwa. Słyszę też historie o znajomych, co zrywają kontakty, oraz o rodzinach, w których brat bratu i matka córce skaczą do gardła z powodu wyborów politycznych. Innymi słowy - fletus et stridor dentium. Tymczasem w poniedziałek rano, w firmie, w której pracuję, jak zwykle spotkali się w firmowej kuchence ludzie. Ludzie ci mają przeróżne poglądy i światopoglądy - są wierzący, niewierzący, liberalni, konserwatywni, antysystemowi, lewicowi, prawicowi oraz centrowi. Każdy z nich jakoś głosował lub wcale nie głosował. Nikt wszakże nikogo nie wypytuje, za poły płaszcza nie łapie, nie szarpie w rozpaczy. Niektórzy sami mówią o tym, na kogo głosowali. Rozmowy o polityce pobrzmiewają jednak tonem racjonalnym ...
Cieszyłam się wczoraj, że polski rząd wydał zezwolenie na przyjęcie do Polski uchodźców z Syrii - syryjskich chrześcijan, którzy muszą uciekać z kraju przed prześladowaniami ze strony ISIS. A już dziś z rana zmroziła mnie wypowiedź Jacka Żakowskiego , który skomentował decyzję rządku tymi sowami: To dla mnie zapowiedź pogłębiania się państwa religijnego, jeśli można uchodźców segregować ze względu na wyznanie - mówił Żakowski. - Niedługo będzie można segregować pacjentów w szpitalach: chrześcijan operujemy teraz, a niechrześcijan dopiero w przyszłym roku. Byłem zszokowany. Gdyby jeszcze to był rząd ZChN, powiedziałbym, że można było się tego spodziewać. Rząd przestraszył się, co się stanie, jeśli przyjadą do polski muzułmanie. Uległ rasistowskiej presji. Mam świadomość, że pan Jacek Żakowski nie ma szans przeczytać mojego bloga (nawet, gdyby miał - nie sądzę, żeby chciał i żeby zdanie zwykłej, nawet nie popularnej blogerki, miało dla niego jakiekolwiek znaczenie). Niemnie...
Otóż wyspałam się! fot. Austin Schmid Taki mam pyszny świąteczny urlop za sobą, że się wysypialiśmy, jedliśmy, spotykaliśmy z przyjaciółmi oraz czytaliśmy książki – udało mi się nawet dotrzeć do biblioteki 31 grudnia i zrobić zapas książek na nowy rok. Tak więc spędzałam dnie i wieczory z ulubionym Małżonkiem i Dziewczętami, które - wyspane i najedzone - były dla rodziców swych pełne miłosierdzia. A także z choinką, bigosem, pierniczkami, Pilchem, nową (starą?) Bridget Jones i Malalą Yousafzai (wiem, wiem, zestawienie zaiste dziwaczne i trącące pomięszaniem psychicznym) - same dobre rzeczy! Udało mi się nawet pobiegać dwa razy, przy czem drugi bieg nastąpił 1 stycznia, przy temperaturze -15 i wyniósł prawie 6 km, toteż dumna jestem z tego powodu i blada. Chuda nie, chuda nie jestem ni trochę, przeciwnie raczej, bo przecież bigos, pierniczki i jeszcze więcej bigosu. Gdyż albowiem kocham bigos miłością ogromną. A Małżonek mój robi bigos najlepszy na świecie! Taka jes...
Jejku, oni mówią w dwóch językach na raz!
OdpowiedzUsuńI te stroje, nie sceniczne, ale na przykład pan z jury!
Wspaniałe.