Posty

O ziemi pod stopami

Ziemia pod stopami. Zatrzęsła mi się kilka razy w ostatnim tygodniu. Najgwałtowniej wtedy, gdy podczas zabawy na placu zabaw Giganna zapłakała nagle, że boli ją ręka. A ręka nie miała nigdzie żadnego zadrapania ani skaleczenia. Tylko zdała się nagle dziwnie miękka. I bezwładna. I... zwisająca taka. Gdy biegłyśmy we trzy do domu - gdzie mąż już wzywał taksówkę, żeby jechać do szpitala - siłą woli powstrzymywałam krzyk. Dziobalinda modliła się głośno. I tylko Giganna zachowała spokój, kiedy już minął ból spowodowany tym, że ręka wypadła częściowo ze stawu (!). W głowie miałam najczarniejsze scenariusze. W szpitalu jednak okazało się, że to dość standardowy uraz i wcale nie poważny. Miła pani doktor nastawiła rękę jednym prostym ruchem. Giganna wybiegła z gabinetu bez śladu bólu czy zmartwienia i zaczęła wymachiwać obiema zdrowymi rękami.  A ja poczułam, że ziemia wróciła mi pod stopy, i opadłam na nią ciężko, bez siły. Już dobrze. Już dobrze. Dziękuję Ci Boże. Już dobrze. Ale nie wsz...

O dziękowaniu

Biegłam dziś rano do autobusu. Biegłam, biegłam - i dobiegłam, bo miły kierowca poczekał na mnie z otwartymi drzwiami. Wbiegłam więc do środka, ostatnimi drzwiami, opadłam na ostatnie siedzenie i pomyślałam, jak to miło z jego strony, że zaczekał. A wtedy on wychylił się i przez cały autobus krzyknął do mnie, że mówi się „dziękuję”. No, miał rację, przyznaję. Poczułam się jak ostatni burak. Mogłam przecież przejść do początku autobusu i podziękować, albo i krzyknąć - tak jak zrobił to on - ale zaaferowana byłam tym wbieganiem i tym opadaniem... A wystarczyło jedno słowo i oboje - kierowca i ja - mielibyśmy lepszy poranek. Bo „dziękuję” to tylko jedno słowo właśnie, a przecież takie ważne i tyle może zmienić. Podziękować mężowi za to, że zrobił mi herbatę. Podziękować córkom za to, że pomogły robić kolację. Podziękować mamie za to, że została wieczorem z wnuczkami, żebyśmy mogli pójść do kina. Podziękować teściowej za to, że została z małą wnuczką po to, żebyśmy mogli pójść do pracy...

O dzielniaczku

Giganna jest w kiepskiej formie ostatnio, bo chora. Nie jakoś straszliwie, ale za to długo i uciążliwie, w kilku wariantach naraz. Znosi to jednak odważnie, z siłą i godnością osobistą. Obudziła się wczoraj w nocy - jak to Giganna, od urodzenia nie przespała jeszcze ani jednej nocy - i przyszła do naszego łóżka, zmartwiona. - Chodź, mój mały dzielny dzielniaczku - rzekłam do niej. Na co Giganna spojrzała na mnie z wyrzutem i powiedziała stanowczo - Nie jestem dzielniaczkiem! -Nie? - zdziwiłam się. -Nie! - odparła z mocą, po czym dodała, gwoli wyjaśnień - Nie jestem chłopcem! I teraz nie wiem, czy bardziej podziwiam moją prawie (już za tydzień!) dwuletnią córkę za takie stanowcze określenie swej tożsamości, czy za wyczucie językowe, które pozwala jej nawet w środku nocy rozpoznać w nieudolnych matczynych neologizmach końcówki wskazujące na rodzaj męskoosobowy * męski. ____ *edit po interwencji pani Łoterlu  :)

O człowieku

Obraz
 autor: Rubi Art (znalezione via Pinterest)

O czerstwym dowcipie

Wracałam wczoraj z zakupów z Dziobalindą, która po dniu w przedszkolu i po godzinie na judo miała nadal nadwyżki energii (jak ona to robi, pytam się, no jak?!), ja zaś miałam nadwyżki bagażu, w liczbie toreb 3 (ciężkie!) plus wielka paka papieru toaletowego. Nakazałam Dziobalindzie nieść papier, ale nadal ja miałam za duże obciążenie, a Dziobalinda za dużo chęci do skakania po murkach, oglądania witryn, turlania się po trawniku etc. Zaapelowałam więc do niej słowami mniwiency takimi, że chodźże córko prędzej, bo ja tu jestem obładowana niczem dromader. Bardzo się Dziobalinda uśmiała, a ja stwierdziłam, że oto ułożyłam swój pierwszy w życiu dowcip! Owszem, czerstwy i przaśny, ale jednak dowcip! Oto i on: -    Jak się nazywa po angielsku matka wracająca z zakupów? -    Dro-mader! No więc tak właśnie, o. Oklaski. I serdeczne uściski dla Mader , która jest już nie tylko mader, ale i grandmader :)

O modlitwie

Jeśli mam być szczera, nie wiem dokładnie, jak działa modlitwa. Wiem tylko, że dla mnie - działa. Przede wszystkim, daje spokój ducha i porządek w głowie. Poczucie relacji z Bogiem, takiej żywej, bo ja się modlę tak, jak czuję, nikt mnie nigdy nie uczył modlitwy. I nadzieję daje modlitwa, bo powierzam Bogu wszystkie moje sprawy, moje zmartwienia, lęki i prośby. I jestem pewna, że On się tym wszystkim zaopiekuje. Z tym ważnym zastrzeżeniem, że modlitwa to nie jest zamówienie złożone w restauracji, a Bóg nie jest kelnerem - nie wszystkie moje życzenia wyrażane w modlitwie zostają wysłuchane. Dlatego modlę się swoimi słowami, ale też słowami biblijnej modlitwy, słowami „bądź wola Twoja”. Bo ja mam tak, że nawet wtedy, gdy czegoś bardzo, bardzo pragnę, przyjmuję taką ewentualność, że jednak Bóg wie lepiej od mnie. Że jestem tylko człowiekiem i nie zawsze jestem w stanie przewidzieć, jakie konsekwencje miałoby spełnienie jakiegoś mojego pragnienia. Tak więc jedne moje prośby i marzenia są...

O macierzy

Obraz
 Dla A., która jest moją niezawodną macierzą zewnętrzną. Będzie dziś o macierzy, ale nie o matce. Ach nie, wróć. Będzie i o matce, czyli o mnie. Będzie więc o matce z macierzą. Nie mylić z macicą. Choć owszem, macicę także posiadam. Gdzieś w końcu musiałam wyhodować te dwie wybujałe osobowości, z których ostatnio: -           Giganna (lat prawie 2) była uprzejma zderzyć się czołowo z komodą i tym samym zafundować sobie, a także całej naszej rodzinie, pierwsze w historii zakładanie szwów (7 szwów na łuku brwiowym! gdyż albowiem, jak mawiał Joey Tribbiani, „if you wanna do something wrong, do it right!”); -           Dziobalinda (lat prawie 6) zadała mi wczoraj filozoficzno-retoryczne pytanie: „Mamo, jak Ty myślisz, czy ja urodzę przez cesarskie cięcie czy naturalnie?” (no i proszę, miało być o macierzy, a tymczasem my tu znowu o macicy...). Tak, tak, więc będzie o macierzy... O ...