24 sie 2012

15

Szperam po jutubie w poszukiwaniu mojej młodości - przeszłość zapisuje mi się w głowie przede wszystkim muzycznie.

Znalazłam swoje 15. urodziny.


15 sie 2012

Boska matka

Rozmawiamy z Dziobalindą o dzisiejszym święcie i o Matce Boskiej*.

Dziobalinda: Ale ty jesteś matką!
Synafia: Tak, ale ja nie jestem Matką Boską, tylko matką Dziobalindy i Topika.
Dziobalinda: Ale ty jesteś matka boska - boska to znaczy przepiękna!

_____
* Wszem i wobec dementuję - luteranie nie wmurowują sobie w progi kościołów portretu Matki Boskiej, żeby móc po niej deptać. Luteranie nie mają rozwiniętego kultu maryjnego tak jak katolicy, nie modlą się za pośrednictwem Matki Boskiej, bo w ogóle nie modlą się za pośrednictwem żadnym, ale mają wielki szacunek dla Matki Boskiej, a nawet zachowane dwa dogmaty maryjne (Luter nie kwestionował nigdy istniejących za jego życia dogmatów maryjnych, w tym - ku memu smutkowi - dogmatu o wiecznym dziewictwie).

14 sie 2012

Jak być?

Miałam być jeszcze. I jestem.  Po tuningu, bo po obcięciu włosów z długich na krótkie po raz kolejny. (Dygresja: Kiedyś, wizytując w Warszawie, Anna o Ptasim Nazwisku rzekła stoicko, gdy po raz trzeci drzwi tramwaju przycięły jej plecak: "W końcu coś musi stać się tradycją." Takoż i u mnie, tradycja być musi zachowana przy każdej z naszych córek: 1. ciąża 2. ślub 3. poród 4. ścięcie włosów). Odkąd pozbyłam się włosów, czuję, że jestem jakby trochę bardziej.

Bo gdy się matką jest, to się nią jest bardzo pełnoetatowo zazwyczaj i można w tym wszystkim zagubić swoje pozostałe kobiety: żonę, przyjaciółkę, siostrę, kobietę sukcesu, boginię seksu, a już zwłaszcza - siebie samą. Dzieje się to zazwyczaj bezszelestnie i samoistnie, jak jesień: nic cię nie niepokoi jeszcze, wszystko wydaje się być na swoim miejscu, aż tu któregoś dnia budzisz się i UPS! tak byłaś zajęta obserwowaniem radosnego rozwoju swoich dzieci, że przegapiłaś obserwowanie swojego, może trochę mniej radosnego rozwoju. Nie do końca wiesz, kim jest ta pani w lustrze i czy ona tylko w zastępstwie za tę radosną dwudziestolatkę, którą się czułaś cały czas od dziesięciu lat, czy też może już na stałe i czy musisz się z nią teraz zaprzyjaźnić.

Ja w lustrze widzę te same dwudziestoletnie oczy, które pamiętam ze zdjęć robionych podczas nocnych kąpieli w fontannie w Parku Saskim, ale pod oczami to tak jakby nie ja. Mąż mi mówi, że moja twarz się nie sypie wcale, tylko szlachetnieje. Bardzo pragnę w to wierzyć, niemniej nie mogę się oprzeć wrażeniu, że się zaczynam zamieniać w matronę. A matroną ja być nie chcę. Kobietą dojrzałą - o tak, jak najbardziej. Ale nie omszałą. Osiadłą. Obrzmiałą.

Toteż pobiegłam do fryzjera i krzyknęłam: Ciąć, ciąć, ciąć do skóry, gdyż matką jestem trzydziestoletnią i muszę poczuć, że żyję! I poczułam. Bo zza tych wiechci obciętych wyjrzały mi wyraźnie moje dwudziestoletnie oczy.

Zresztą, czy one muszę dwudziestoletnie być? Niechże i stuletnie będą, ważne, że wciąż jeszcze wesołe.

12 sie 2012

Chrumczydełko

Dziobalinda dominuje mi ostatnio zapiski, gdyż taka jest elokwentna i wybujała, gdy tymczasem siostra jej, Topikiem zwana, kończy za moment dwa miesiące - i chrumczy. Podejrzewam, że i ona może mnie zadziwić wkrótce elokwencją, gdyż bardzo próbuje z chrumczenia przejść w mówienie - otwiera buzię i stara się wydawać odgłosy, a z każdym dniem idzie jej coraz lepiej. Najwyraźniej bardzo chce się już wypowiedzieć w tej i owej kwestii. Mój drogi mąż, dźwiękowiec, musi być w siódmym niebie w domu pełnym trzech elokwentnych, produkujących tyle dźwięków kobiet. (Dziobalinda znalazła nawet bajkę, która jest ewidentnie o mnie i moim zamiłowaniu do słowa - tyle, że z użyciem psiego kostiumu).

Ale Topik. Pieszczotliwie zwana obecnie Chrumczydłem. Topik patrzy na nas nieśmiało. O ile Dziobalinda od urodzenia prezentowała spojrzenie figlarne i zuchwałe ("Elo elo, mamo, to ja!") , Topik w pierwszych minutach po drugiej stronie brzucha spojrzała na mnie poważnie, jakby chciała powiedzieć "Dzień dobry. Mam nadzieję, że się nie spóźniłam. To ja. Czy to Ty?" . Poważne wejrzenie w połączeniu z częstą czkawką przyczyniło się nawet do powstania pseudonimu Czkaton. Wzrok jej się jednak rozpogodził wkrótce i teraz patrzy ufnie i wesoło, choć wciąż z pewną taką nieśmiałością. Nieśmiały, lubo zalotny prezentuje nam także uśmiech.

Topik jest zajęta obserwowaniem swego stada ( czyt. nas), a także jedzeniem, spaniem i od czasu do czasu - krzyczeniem po niemiecku w przejawie frustracji (gdy np. zepsuta cywilizacją matka, nienawrócona jeszcze do końca przez Jean Liedlloff, zostawia ją w wózku i idzie do kibelka, żeby w ukryciu przy okazji poczytać gazetę). Gdy jest lirycznie usposobiona, rozrzuca nam uśmiechy lub puszcza banieczki ze śliny. W odróżnieniu od Dziobalindy, która jest pszeniczną blondynką, zapowiada się na brunetkę, co by ją czyniło choć trochę podobną do mnie.

W tej zaś chwili, w których kreślę słowa mego listu, Topik śpi na mej piersi w chuście. I chrumczy przez sen.

Tyle Topik.

Gdzie natomiast ja? Jeszcze będę!

11 sie 2012

Score!

- Mamo, zobacz! Stoję nieruchomo!

Kto choć raz widział Dziobalindę, ten wie, że był to wyczyn na miarę złotego medalu olimpijskiego.

7 sie 2012

Przeznaczenie

Dramatis personae:
Synafia ( 30 l.)
Dziobalinda  ( 4 l.)

Jedna z tych długich dyskusji z Dziobalindą z serii "Mamo, ale". Trwa już 10 min. gdy...

- Dziobalindo, możesz skakać, ale nie tu, tylko w swoim pokoju. To jest mój pokój i nie zgadzam się, żebyś tutaj skakała.


- Mamo, ale to jest moje przeznaczenie!

4 sie 2012

Musk

Moje dwie największe ziemskie namiętności to książki i rower.

Ten drugi chwilowo kurzy się w piwnicy, gdyż choćbym nie wiem jak sprytną i gibką matką Polką była, z Topikiem na rower nie wsiądę, a bez Topika - nie wsiądę jeszcze bardziej. Zerkam więc tęsknie na mijających mnie na ulicach rowerzystów, zawieszam się wzrokiem na kiełkujących po drugiej stronie ulicy (o szczęście niepojęte!) rowerach miejskich. Marzę, że może któregoś wieczoru, gdy moje dziewczęta usną, wyrwę się na chwilę i skorzystam z darmowych 20 minut na takim miejskim rowerze.

Tymczasem próbuję czytać książki. Niestety, tu także spotyka mnie srogi zawód. Gdyż nie to nawet, że nie mam czasu na czytanie, nie. Ja na to czytanie nie mam wystarczających zasobów mózgowych. Zużywam je w ciągu dnia na skomplikowane akrobacje strategiczno-logistyczne oraz na nużące rutynowe rytuały, na wzbudzanie w sobie energii do zabawy oraz tonowanie jej nadmiaru w sytuacjach kryzysowych.  Pod koniec dnia, gdy Dziobalinda usypia wysłuchawszy na dobranoc prawie całej "Fabryki klamek" Grzegorza Turnaua, a Topik zakończy swe setne tego dnia karmienie i zaśnie po wielu walkach wewnętrznych (głowa chce spać, ale ręce chcą działać - budzą zmęczoną głowę, która za piątym podejściem zaczyna wściekle krzyczeć po niemiecku), próbuję dokończyć czytać "Biegnącą z wilkami", którą z takim zapałem czytałam na bloku poporodowym. I nie rozumiem ni słowa. Próbuję dokończyć "Lód" Dukaja. I zasypiam. Próbuję przeczytać gazetę. I mój mózg zaczyna skrzypieć, a z mych uszu wydobywa się przykry swąd spalenizny.

Z przykrością muszę za Monty Pythonem powtórzyć:


Ale skoro boli, to znaczy, że jeszcze żyje, prawda?

2 sie 2012

Rodzicielskie prawa Murphy'ego

Prawo nr.1

Niezależnie od tego, jak mocno śpi dziecko, obudzi się dokładnie wtedy, gdy skończysz przygotowywać sobie kanapkę i usiądziesz, żeby ją zjeść.