30 sie 2011

Cicho

Błąkam się ostatnio gdzieś między swoimi fobiami i obsesjami, a silnym pragnieniem porządku, spokoju i wolności od sztucznie tworzonych potrzeb. Stąd moje lekkie zauroczenie minimalizmem, o którego istnieniu nie wiedziałam, dopóki nie natknęłam się przypadkiem w sieci na Minimalistkę.

Bardzo chciałabym schwytać więcej takich chwil, jakie przydarzyły mi się wczoraj.

Gdy Dziobalinda szła obok mnie dmuchając bańki, wzlatujące w górę stadami i wirujące kolorowo w późnosierpniowym powietrzu.

Gdy leżałyśmy obok siebie na kanapie czytając czwarty raz z rzędu tę samą książeczkę o tym, jak Mała Księżniczka nie chciała się przeprowadzić do nowego domu.

Gdy Dziobalinda obudziła się z popołudniowej drzemki i przyszła do mnie twierdząc, że w zasadzie to jeszcze śpi. Po czym położyłyśmy się obie na kanapie i w ciszy patrzyłyśmy w okno. A na tym oknie, na tle nieba, stał dumnie wyhodowany rękami mojego Małżonka mały dąb (po 3 latach od włożenia żołędzia do doniczki wypuścił w tym roku aż 5 liści!).

W takich chwilach mój mózg wyciąga swobodnie nogi, nasuwa na oczy kapelusz i zapada w rozkoszną drzemkę. A ja w końcu mogę odpocząć od samej siebie.

26 sie 2011

Dziadek Zaleski

Dziadek Zaleski (lub Zalewski) to ojciec mamy mojego dziadka od strony taty. Czyli dziadek mojego dziadka. Czyli mój prapradziadek.

Dziadek Zaleski był to chłop jak dąb, prawie dwa metry wzrostu. Był, o ile mi wiadomo, kowalem. Mieszkał we wsi pod Lublinem, w której był szeroko znany jako komunista i ateista. Za swoje komunistyczne sympatie został w trakcie wojny aresztowany i zesłany do obozu w Majdanku, gdzie zmarł. Ale nie o tym będzie ta historia.

Otóż Dziadek Zaleski, jako się rzekło, był ateistą, znaczy się - do kościoła nie chadzał. Księdza jednak po kolędzie przyjmował, ale w swoim stylu - podejmując go wódką i zakąską. Stary proboszcz przyszedł raz do Dziadka po kolędzie, a zastawszy zaproszenie na jednego, oburzył się i zaczął Dziadkowi ciosać kołki na głowie. Na co Dziadek, krewkiego będąc temperamentu, księdza za kołnierz chwycił i z domu wyrzucił za pomocą kopniaka lub dwóch. Wieś grzmiała.

Parę lat później nastał nowy proboszcz. Gdy zimową porą nowy proboszcz wybrał się po kolędzie, cała wieś ostrzegała go, żeby do Zaleskiego nie szedł, bo Zaleski księży z domu na kopach wyrzuca. Proboszcz postanowił jednak zaryzykować, a gdy zawitał do Dziadka Zaleskiego, zastał zgodnie z tradycją wódkę, zakąskę i zaproszenie na jednego. Proboszcz zaproszenie przyjął. Od słowa do słowa rozpoczęła się rozmowa, w której to proboszcz wyznał Dziadkowi, że nudzi mu się i pszczoły by chociaż chciał hodować. Na co Dziadek odparł, że jest to rzecz do zrobienia, gdyż zna stolarza, który zimową porą nawet za pół ceny księdzu ule zbuduje, a pszczoły Dziadek sam ze swej pasieki dostarczy. Tak to rozpoczęła się pszczelarska znajomość Dziadka Zaleskiego z proboszczem. I choć Dziadek twardo do kościoła nie chodził, spotykali się z proboszczem na rozmówki o tym i owym, zapewne głównie o pszczołach. Ciekawa jestem bardzo, o czym jeszcze rozmawiali. I co z tego na koniec wynikło.

Ten proboszcz wcale nie nazywał się Don Camillo, jakby się kto pytał.

Wnuk Dziadka Zaleskiego, a mój Dziadek, zgodnie z rodzinną tradycją, nogi w kościele od 70 lat nie postawił i nie postawi. Z proboszczem żadnym nigdy nie rozmawia ani wódki nie pije. Rozmawia za to i pije wódkę ze mną, więc cienko bo cienko, ale jakoś tę rodzinną tradycję podtrzymujemy.

24 sie 2011

Łatwiej...

Chciałabym, żeby było łatwiej.

Żeby łatwiej mi było być pracującą mamą. Nie mieć wyrzutów sumienia za każdym razem, gdy czytam artykuł o tym, jak bardzo dziecko potrzebuje kontaktu z mamą, i że najlepiej żeby ta mama była jednak non stop. I gdy w rozmowie ktoś próbuje dowieść, że dzieci pracujących matek są nieszczęśliwe, gorzej się rozwijają, mają gorszy start w życie. Że pracująca matka to matka gorsza, niezdolna do poświęceń na rzecz dziecka. Że przecież zostać w domu jest łatwo, a różne powody, dla których kobiety pracują, są wyssane z palca, żeby nie powiedzieć, z d.

Żeby mi było łatwiej być chrześcijanką. Nie mieć wciąż tylu wątpliwości i pytań. Zaufać tak po prostu Temu, o którym nikt nic nie wie na pewno, a tylu wypowiada się z autorytarną pewnością. Widzieć w drugim człowieku bliźniego bez wysiłku, nie unosić się wciąż emocjami. Puszczać mimo uszu uwagi mojego dziadka, że nie umiem samodzielnie myśleć, skoro zdecydowałam się ochrzcić. Nie przejmować się tymi, którzy uważają za stosowne okazywać mi dobroduszną pogardę i informować mnie, że jestem spoko, tylko głupia, bo wierząca.

Żeby mi było łatwiej być człowiekiem. Nie zastanawiać się tyle, czy moje lub czyjekolwiek bycie ma sens. Nie szarpać się między „muszę”, „powinnam”, „ wypada”, a „czuję”, „pragnę”, „marzę”. Nie porównywać się wiecznie do tego, co wokół mnie, nie popadać ze skrajności w skrajność. Nie nadeptywać innym na ich czułe miejsca ze zwykłej nieporadności czy bezmyślności. Dawać innym takie ciepło, żeby mogli przy nim po prostu odpocząć. Nie szukać w innych samej siebie, ale słuchać i przyjmować otwarcie, bez strachu i uprzedzeń, bez szufladkowania.

Żeby mi było łatwiej być sobą. Nie bać się ciągle, nie bać się tyle, nie wahać się i nie kalkulować w nieskończoność. Podejmować ryzyko. Rozwiązywać problemy. Ponosić konsekwencje z otwartą przyłbicą. Nie drżeć przed złym spojrzeniem.

Ale nie jest mi wcale łatwo.

Tylko myślę sobie, czy gdyby mi było łatwo, to na pewno byłoby dobrze? Czy to właśnie o to chodzi, żeby mi było łatwo? Czy może ból jest sygnałem, że wciąż, że mimo wszystko, że naprawdę i realnie - żyję?

10 sie 2011

Sierpień

Zawsze w sierpniu dopada mnie na amen...