26 wrz 2011

I count my blessings



(A pisać będę, będę, tylko się z diutsów wygrzebię - jak to pan jeden mówił w rozmowie telefonicznej z A. "Wyślij mi to na end of de dej, to zczardżuję, jeśli moje diutsy pozwolą.")

22 wrz 2011

Zła matka

Synafia, Małżonek i Dziobalinda wracają wieczorem z basenu.

Dziobalinda: Mamo, jestem już zmęczona. Bolą mnie nogi.
Synafia: Zaraz będziemy w domu, odpoczniemy, obejrzysz sobie bajkię.
Małżonek (chichocze)
Synafia: Tfu, bajkę, nie bajkię! Cholera!
Dziobalinda: Co się stało? Co to było?
Synafia: To była, droga córko, palatalizacja spółgłoski.

He kurtine.

20 wrz 2011

O konkrecie i abstrakcji

Jest to oczywiście absurdalne, żeby Bóg przychodził do nas w ciele człowieka. Żeby cierpiał i umierał jak człowiek. Żeby człowiek mógł być jednocześnie Bogiem.

Ale myślę sobie - a jak inaczej? Skoro tylko w kontakcie z drugim człowiekiem stajemy się naprawdę ludźmi. Idee wypaczają nas, czynią okrutnymi, nieczułymi. Łatwo jest gardzić, tłamsić, walczyć i zabijać w imię idei, z ideą na ustach i w głowie.

Bóg musiał przyjść jako człowiek, bo tylko tak może być naprawdę dla nas widzialny, tylko tak przestaje być dla nas okrutną abstrakcją, a staje się realną miłością. Bóg mieszka prawdziwie w drugim człowieku - przez niego się objawia i w nim się z nami komunikuje najpełniej. W zupełnie konkretnej relacji.

O ile byłoby prościej, gdybyśmy po prostu rozmawiali, patrząc sobie w oczy i słuchając się nawzajem, zamiast ciskali w siebie nawzajem swoje wzniosłe ideały. W oczach drugiego człowieka można zobaczyć Boga.

19 wrz 2011

Dynia i inne pokusy

Mam wielkie szczęście mieszkać obok jednego z ostatnich w tym mieście bazarków. Chadzam tam, iżby zrzucić z siebie troski dnia codziennego. Bazarek jest moim spa, moim chilloutem i wakacjami na Maderze. Bazarek jest moim rajem, ponieważ są na nim warzywa. A ja pod względem warzyw jestem nieznośnie zboczona.

Najbardziej podniecają mnie cukinie. Nawet nie pytajcie. Są piękne. Sosy z cukini mogę robić w nieskończoność. Bakłażany są jeszcze piękniejsze. Lśnią w słońcu. Są gładkie i brzuchate, mają kolor morza, po którym Achajowie sunęli w swych szybkoskrzydłych okrętach. By odbić Helenę. Myślę, że Helena była piękna jak bakłażan.

Z drugiej strony dynia. Dynia ma w sobie ciepło sierpniowego poranka, okrągłość i dobroć starej babuni na ganku. Dynia jest szlachetnie pogodna, ma w sobie dumę i godność, ale pogodną, zapraszającą. Dynię lubię gładzić. Nosić w rękach, tulić w ramionach. Trudno jest się z nią rozstać.

Papryka z kolei. A właściwie papryki. Papryki są jak kuszące cudzoziemki, niepokojące i niejednoznaczne. Lubię podglądać je, gdy leżą jedna na drugiej, czerwona obok żółtej, pomarańczowa obok zielonej. Nieświadome swoje urody, leniwie wylegują się w słońcu. Pachną subtelnie.

Pomidory pachną mocniej, działają na zmysły intensywniej. Są wręcz bezwstydne w swej okrągłości i delikatności. Wzięte w dłonie uginają się subtelnie, roztaczają kuszący aromat, który wbija się w nozdrza i wywołuje przed oczami fantomy lata. Ugryziony pomidor perwersyjnie rozpływa się w ustach, spływa przez palce. Zostawia swoje wspomnienie na długo.

Na tym tle cebula i czosnek jawią się niepozornie. Trochę zadziorne, szorstkie w obyciu, nieco niedostępne. Twarde. Ale to właśnie je zabieram ze sobą wszędzie. Przywodzą mi na myśl słońce. Są jak niezawodni przyjaciele. Sprawdzają się w każdej sytuacji. Dodają ducha ( i chucha).

Cebulki, cukinki, ja wszystkie was dziewczynki...

16 wrz 2011

Granice

Trzeba mieć bardzo otwartą głowę, żeby umieć stawiać sobie i innym granice.

12 wrz 2011

Impresje przyziemne

U mojej cioci Basi, w Karkonoszach, w kibelku leżała zawsze krzyżówka i długopis. Kto wchodził, ten mógł sobie w trakcie innych czynności rozwiązywać – i tak cała rodzina wespół rozwiązywała krzyżówki w kibelku.

W moim domu rodzinnym w kibelku zawsze leżały specjalnie na ten cel kupowane gazety tzw. toaletowe, typu Viva albo Twój Styl. Czytało się je tylko tam. Pewnego razu nakryłam moją mamę na czytaniu w kibelku wywiadu z ks. Janem Twardowskim i czyniłam jej z tego powodu wyrzuty.

Kolega Paweł chcąc wyrazić swoje niskie mniemanie o „Paidei” Jaegera powiedział kiedyś „Jeagera, moja droga, to ja w kiblu czytam!”.

U mojej dalekiej znajomej zastałam kiedyś w kibelku nie tylko koszyk z gazetami, ale i popielniczkę, co było dla mnie prawdziwym olśnieniem, gdyż paliłam wtedy niczym pierwszy w Polsce parowóz z otuliną aerodynamiczną, znaczy się – dużo i namiętnie.

Kolega Maciej wyraził kiedyś swoją ideę kibelka idealnego , który miał posiadać nie tylko koszyk na gazety i popielniczkę, ale także szafkę ścienną zawieszoną na wysokości czoła osoby siedzącej, coby można się było rzeczonym czołem o rzeczoną szafkę oprzeć i zakimać.

A co Wy, moi mili, czynicie, by uczynić Wasze kibelki miejscami urokliwymi i pełnymi rozrywki wszelakiej?

8 wrz 2011

Meldunek specjalny

Okręt podwodny "Synafia" dokonał wynurzenia i obiera nowy kurs. Kapitan składa serdeczne podziękowania załogom ratunkowym - brygadzie warszawskiej, jednostce poznańskiej oraz jednostce amerykańskiej - za doholowanie okrętu na bezpieczne wody. Ahoj! Płynę!

4 wrz 2011

De profundis clamo

Wykopyrtnęłam się dziś o swoje emocje dokumentnie. Wykopyrtnęłam poza granice przyzwoitości, o których myślałam, że jestem daleko niczym od murów, za którymi kręciła się karuzela. Tak, myślałam, że jestem bezpieczna, bo wiem, co jest dobre, a co złe. Tymczasem ta wiedza czasem nie pomaga. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi gniew. I strach.

Wykopyrtnęłam się i leżę. I co. Po pierwsze dno, na którym się znalazłam, jest zimne i ciche. Wpadam w lekką panikę. Wierzgam. Krzyczę. Ale nie ma tu niczego, czego można się złapać. Żadnego pocieszającego wersetu. Żadnej dłoni, która poklepie po plechach i powie, że nie jest tak źle. Bo jest tak źle. Źle się dzieje w moim prywatnym państwie, nawet jeśli z boku wcale to aż tak strasznie nie wygląda. Bo bywa przecież gorzej.

Dno jest suche, o dziwo, i ciche. Na dnie opanuje spokój, który tylko ja zagłuszam. Być może to jest właśnie to dno Jana od Krzyża, to, w którym nie ma już nic, poza czystą wolą, gdzie głosu Boga nie słychać wcale, więc właśnie teraz słychać go wyraźnie? A może nie, może to jeszcze nie jest to dno. Może tylko jego przedsionek. Nie wiem, tak głęboko jak dziś jeszcze nigdy nie zeszłam.

Paradoksalnie cisza panująca na dnie potrafi przynieść ulgę, prawdziwy odpoczynek od własnego ja, które okazuje się być czymś pustym, choć boleśnie istotnym. Aktem woli samym w sobie, odartym ze wszelkich chceń, pragnień, zranień, strupów i blizn. Takie ja jest nadzwyczajnie lekkie, skłonne do każdej decyzji, skłonne do poddania się, ale i do walki. Ale słychać je tylko przez chwilę. Potem blizny i strupy dają o sobie znać. Stają się znowu mną.

Co robić, co robić? Zacisnąć zęby i wyjść do góry, choć nie wiem jeszcze, gdzie pogubiłam nogi i ręce przy upadku. Ale znaleźć je, wyjść, wyjść do innej rzeczywistość, takiej, w której świadomie trzymam się z dala od krawędzi. Tylko jak się to robi.

2 wrz 2011

Dlaczego nie lubię forów internetowych i inszych spędów wirtualnych

Halo, halo! Tu matczyne radio w matczynym kraju,
Nadajemy audycję z matczynego raju.
Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo zebrały się matki dla odbycia narad:
Po pierwsze - w sprawie,
kto głosował przeciwko ustawie?
Po drugie - czemu
żłobek prowadzi ku wszelkiemu złemu?
Po trzecie – o tym
że butelką karmią tylko niecnoty!
Po czwarte - jak
ukarać matkę,
co robi coś nie tak?
A po piąte przez dziesiąte
Będą mówić, dyskutować,
przekonywać i mordować
Matki następujące:

nienormalna feministka
laktacyjna terrorystka
katolicka waryjatka
oraz eko-chusto-matka
głupia zdzira, moherzyca,
egoistka, wampirzyca,
święta pinda, psychopatka
oraz każda inna matka.

Pierwsza z nich zaczyna furiatka:
"Halo! Ty tępa różowa lalo!
Tu nie lata sześćdziesiąte!
Jak można mieć dzieci piątkę?
Ty się naucz z gumką bzykać!
Albo idź do medyka,
niech ci podwiąże co trzeba!”

Na to druga: „Wielkie nieba!
"Jak to poszłaś do pracy?!
Moje dzieci są cacy,
Bo ja się umiem poświęcić,
Mnie kariera nie nęci.
A ty jesteś bez serca suka!
Ja wiem dobrze, mnie nikt nie oszuka,
Kobiety pracować nie muszę wcale,
Ja takie jak Ty to serdecznie walę!

Jak usłyszy to trzecia,
wrzaśnie: „Tobie się mózg rozleciał!
Ty od siedzenia w domu,
Masz intelekt silikonu!
Jak można w ogóle nie pracować,
Nie rozwijać się, marnować!
Mąż w końcu cię rzuci i dobrze zrobi!
Ty powinnaś mieszkać chyba w Nairobi!”

I od razu wszystkie matki,
wystukują cne notatki:
"Karmić piersią – to zwierzęce! Ja umywam z tego ręce!
Co? Butelką? Targowica! Butlą karmi wampirzyca!
Ja nie szczepię, nigdy w życiu! Wolę wylądować w kiciu!
Do przedszkola nie posyłaj! Tam kalectwo, syf i kiła!
Z mamą w domu? To kaleka! Jaka przyszłość dziecko czeka?
Moje na wierzchu ma być! A czyje?
Język ci wyrwę, oko wybiję!
Ty matką zwiesz się? Wstydź się, wstydź się!"
I wszystkie matki zaczęły bić się.
Przyjechała Święta Inkwizycja
I tak się skończyła matczyna audycja.

1 wrz 2011

Mech

Omszałam na umyśle mocno. Tak mi ten mech puszczański zrobił, a może i co inszego, w każdym razie od kilku dni siedzę nieustannie w mchu.