25 cze 2013

Nie boję się, gdy ciemno jest...

Obsłuchujemy ostatnio z Dziobalindą Litzę w wersji dla dorosłych - Luxtorpeda oraz dla dzieci - Arka Noego (Acid Drinkers oraz 2 Tm. 2,3 zostawiamy sobie na później). Dziobalinda jest wstępnie Litzą zafascynowana, a zwłaszcza tym, ile Litza ma dzieci i że te dzieci śpiewają z nim piosenki. Piosenki też bardzo jej do gustu przypadły, toteż dziś tuż przed snem zaśpiewała sobie sama do siebie:
Nie boję się, gdy ciemno jest,
sama, bez ręki, umiem już iść...

Zuch dziewczyna!

23 cze 2013

Parami chodzą.


Jedno z najtrudniejszych dla mnie doświadczeń rodzicielskich to jest doświadczenie bezradności. Bezradności wobec zdarzeń losowych, które chadzają parami i najwyraźniej mocno sobie biorą do serca problemy demograficzne naszego kraju, bo w tych parach ochoczo i z sukcesem się rozmnażają.

 U nas tym razem tak. Spotkałyśmy się wczoraj z B. i  jej dziećmi w parku. Dzieci się bawiły, myśmy z B. w końcu mogły porozmawiać jak ludzie, słońce świeciło, dzień udał się znakomicie. I już dziś na ranem B. zadzwoniła, że jej starszy ma ospę.

No i co. Dziobalinda ospę już przechodziła. Giganna jednakże nie, a co gorsza, nie zdążyliśmy jej jeszcze zaszczepić. Tymczasem okres wysiewania to 2- 3 tygodnie, a my za 4 tygodnie mamy wyjechać na upragnione, od 2 lat oczekiwane wakacje nad morzem. A zatem - histeria. Panika. Dramat.

Wyszukałam informację, że podanie szczepionki 72 h po kontakcie z osobą chorą może zahamować albo przynajmniej złagodzić chorobę. Zapytałam Sporothrix, która w dziedzinie szczepień jest moim autorytetem nr 1. (zresztą  nie tylko w tej dziedzinie). Skonsultowałam z pediatrą. Obie potwierdziły tę informację. Chwyciłam za telefon, by umawiać na jutro szczepienie.

Tymczasem zaś Dziobalinda tuż pod mym zmąconym okiem zaczęła obficie gorączkować. Ze wstępnych oględzin paszczy powzięliśmy podejrzenie anginy. Tak więc skomplikowała się nie tylko kwestia grafiku prac na przyszły tydzień, lecz - co gorsza - szczepienia Giganny. Bo czy można szczepić roczniaka, którego starsza siostra anginuje w najlepsze?

Siedzę więc i nie wiem.
Nie wiem, czy uda się zaszczepić Gigannę.
Nie wiem, skąd na szczepienie wziąć niebagatelną sumkę. 
Nie wiem, czy - nawet zaszczepiona - Giganna nie zachoruje na ospę.
Nie wiem, czy uda się nam wyjechać za tydzień w odwiedziny do moich dziadków, którym miałam w końcu pokazać Gigannę na żywo, a nie przez technologiczne przekaźniki informacji.
Nie wiem, czy uda nam się pojechać na upragnione wakacje nad morzem.
Nie wiem nawet, jak mam pracować w przyszłym tygodniu, a że pracować muszę - to jest jedno, co wiem na pewno.

Jedyne, co mogę zrobić w takiej sytuacji, to czekać na rozwój wypadków, i to jest właśnie to, czego znieść nie jestem w stanie. Czekanie. Bezradność. Poczucie, że nie ode mnie zależy decyzja. Prosta prawda o ludzkiej kondycji - mogę dużo, ale nie mogę wszystkiego.

Do skarbczyka złotych myśli z serii: „Czego mnie uczy rodzicielstwo” dodaję odpwowiedź: pokory.

18 cze 2013

My jesteśmy = ja jestem.


Czytam sobie i słucham rozmowy o „Polakach”. I dowiaduję się, że:
Polacy są nietolerancyjni.
Polacy wiecznie narzekają.
Polacy to tępy naród.
Polacy są nieufni.
Polacy są zacofani.
Polacy są leniwi.

Nigdy, ani razu nie usłyszałam i nie zobaczyłam zdania: Ja, Polak, jestem nietolerancyjny, leniwy, zacofany, nieufny, tępy. Nigdy tak o sobie nie mówimy nawet wtedy, gdy wypowiadamy się na temat grupy, do której sami należymy. Choć wydawałoby się oczywiste, że gdy Polak stwierdza, że Polacy są nienormalni, sam siebie o tę nienormalność posądza.

I o ile jestem w stanie od biedy zrozumieć, że często bez litości i nawet próby zrozumienia krytykujemy „innych” (niewierzący wierzących, wierzący niewierzących, kobiety mężczyzn, mężczyźni kobiety, wysocy niskich i chudzi grubych), o tyle nie wiem, jak to się dzieje, że tak samo postępujemy wobec „swoich” - tych, których wspólnotę sami tworzymy i w związku z tym ponosimy za jakość tej wspólnoty współodpowiedzialność.

Domyślam się, że mówiąc „Polacy są tępi” żaden Polak nie ma na myśli siebie. Dlatego, że w swojej ocenie nie jest tępy, a może nawet nie jest Polakiem - w każdym razie nie tym „Polakiem”, który jest rzekomo „stanem umysłu”. Nawet jednak, jeśli nie czujemy się tymi strasznymi „Polakami”, to mieszkamy w Polsce i wśród Polaków, i jakoś się przez tę polskość chcąc nie chcąc definiujemy. Tyle razy powtarzając utarte opinie o naszych wadach narodowych, sami się w końcu wpędzamy w poczucie wstydu. Czyż nie jest wstyd być Polakiem, takim z Polski - tępym, nieufnym, nietolerancyjnym, ksenofobicznym? Czy ktoś, kto patrzy na nas z zewnątrz, od razu zorientuje się, kto z nas tylko się w Polsce urodził, ale od całej tej polskości wstrętnej się przecież odżegnuje zapamiętale?

A może zmienić zasady gry, że się posłużę cytatem. Może zamiast odżegnywać się, potępiać i uciekać - wziąć swoją część odpowiedzialności. „Bo Polacy to tylko narzekają!” - mówi kolega,  a ja pytam: „Kurczę, to może nie narzekaj na narzekanie? Może to Ty bądź tym Polakiem, który nie narzeka?”.  Może powiedzieć właśnie „Jestem Polakiem i jestem tolerancyjny, jestem mądry, jestem ufny, jestem pracowity”. Może zająć się opuszczonym ogródkiem na podwórku.  Pomóc sąsiadce z zakupami. Uśmiechnąć się do pani w sklepie za ladą, powiedzieć jej „Dzień dobry” i „Dziękuję”. Sprzątnąć po psie, skasować bilet i wcale się przy tym nie wstydzić, że się odwiedziło Muzeum Powstania Warszawskiego albo że się lubi historię i z pasją o niej dyskutuje. Walkę z „wadami narodowymi” zacząć od siebie. Samym sobą pokazać, że „Polak potrafi”. 

Dlatego nie narzekam na Polaków. Jestem Polką. Zaczynam od siebie.

14 cze 2013

Urodziny nr 31.

A na te urodziny życzę sobie, żebym się jeszcze mogła w życiu podelektować spokojnie kawą i książką, wieczornym spacerem z mężem, kieliszkiem wina, widokiem morza, szumem puszczy, jazdą rowerem... I żebyśmy we czwórkę, my, co wszyscy mamy imiona na literkę M., jak najdłużej mogli się i kochać, i lubić.

I jeszcze życzę sobie, żeby jak najdłużej byli wokół mnie wszyscy ci wspaniali ludzie - w każdej przestrzeni, tej wirtualnej też. Bo ja ekstrawertyk jestem. Ludzie są moim paliwem. Toteż dziękuję Wam, ludzie, żeście są!

13 cze 2013

Urodziny nr 30.


A urodziny będę obchodzić jutro. Trzydzieste pierwsze urodziny. Krok milowy, jakim jest podobno ukończenie lat trzydziestu, uczyniłam w zeszłym roku i uczyniłam go z impetem. A że impet mię pochłonął bez reszty, to nie zdążyłam się wówczas nawet zaanonsować z tym wiekopomnym osiągnięciem. Robię więc dziś malutką retrospekcję, iżby sobie swoje trzydzieste urodziny na zawsze zapamiętać.

(Nieprawda. Zapamiętam je na zawsze i bez zapisywania. Po prostu czuję silną potrzebę, żeby się podzielić tym przeżyciem z pogranicza  życia i śmierci.)

A było tak. Trzydzieste urodziny rozpoczęłam kilka minut po północy, kiedy to ślęcząc nad laptopem (bezsenność ciążowa), poczułam nagle skurcz. Skurcz nie pozostał osamotniony, za nim przyszły kolejne, a ja w panice zaczęłam szukać telefonu, żeby powiadomić męża (przebywającego wówczas na drugim końcu Polski oczywiście) oraz mamę (przebywającą w swym domu, w stanie pogotowia i oczekiwania na mój ewentualny telefon). Mama przybyła niezwłocznie i czuwała ze mną przez całą noc, licząc skurcze, które nasilały się, ale wciąż zbyt wolno i rzadko, żeby już jechać do szpitala.

Tak więc o poranku odprowadziłyśmy Dziobalindę do przedszkola, a skurcze nadal nie były w stanie zdecydować się, czy nabiorą tempa, czy może postanowią się jednak wycofać. W końcu w okolicach południa wylądowałyśmy jednak z mamą w szpitalu, gdzie na Izbie Przyjęć przez prawie 3 h czekałyśmy w kolejce oglądając stare odcinki M jak Miłość. To chyba wtedy właśnie pomyślałam po raz pierwszy o tym, że tak oto spędzam swoje trzydzieste urodziny. I że zapewne niewiele moich koleżanek miało tak wyrafinowaną urodzinową imprezę z okazji trzydziestki. A przecież ona, ta impreza, dopiero się rozkręcała.

Gdy bowiem dotarłam w końcu te 5 metrów dalej, do gabinetu lekarskiego, pani doktor oznajmiła mi, że owszem, może urodzę wkrótce, a może i nie. I zapytała mnie owa doktor, czy mi na tym urodzeniu bardzo zależy. Bo jak mi zależy, no to ona, owa doktor, może mnie zbadać „porodowo”. „Ach” - pomyślałam -  „nie chcę przez kolejny tydzień oglądać starych odcinków M jak Miłość!” i zażyczyłam sobie badania porodowego. Po którym udałam się do domu, aby odebrać córkę z przedszkola i wraz z mamą i siostrą poświętować w końcu urodziny trzydzieste, czytajcie: zjeść pizzę.

I czy to zadziałała pizza, czy porodowe badanie, nie wiem, dość, że w kilka godzin później wróciłam do szpitala, a pani doktor wciąż była na dyżurze. Tym razem uznała, że chyba już jednak urodzę. Ale że sala porodowa jest zajęta, to mogę sobie poczekać na patologii ciąży, w łóżeczku, jednakże bez osób towarzyszących. Tak więc mama pojechała do domu, a ja windą na patologię ciąży. I tam, w środku nocy, skurczując już na pełnym gazie w towarzystwie jakiejś śpiącej przyszłej mamy oraz Damiana Marleya, po raz drugi pomyślałam, o cholera, co za niezapomniane trzydzieste urodziny!

No i co dalej. Dalej nie będę opowiadać, mogę tylko wspomnieć, że Damian Marley jest dobrym towarzystwem do porodu, a i mama zawróciła do szpitala, tak więc dzięki  mamie, świetnej położnej (ach, wystosowałam potem do szpitala pean na jej cześć!) oraz jedenastemu potomkowi Boba Marleya, udało mi się urodzić Gigannę, pannę o szalonej fantazji, podwójnie owiniętą pępowiną, na której to pępowinie widniały dwa supły. Gdyż albowiem najwyraźniej Giganna nie lubi rozwiązań prostych i standardowych. 

Epilog jest taki, że jutro ja kończę 31., a za dwa dni Giganna - 1. rok życia.
Puenta zaś taka, że miałam niezapomniane i niepowtarzalne trzydzieste urodziny, zakończone najlepszym możliwym prezentem urodzinowym.

11 cze 2013

Kto tu puka? I czego tu szuka?

Wirusy i inne krętki przejęły nade mną kontrolę tak dalece, że mimo, iż już je chyba przegnałam ostatecznie, nadal nie jestem w pełni władz umysłowych.

Dlatego nie napiszę, a wpiszę się w nurt tzw. kultury obrazkowej, i zaprezentuję Wam Babcię. Babcia wyglądała tak:

                                                                                                                  fot. K.M.

" - Jakiś dziwny masz głos...
  -  Bo mam chrypkę!
  -  Nie zdążyłam Cię dojrzeć przez szybkę, podejdź do okna..."



5 cze 2013

I kolejne rodzicielskie prawo Murphy'ego

Jeżeli bierzesz udział w przedstawieniu-niespodziance, które wystawiają rodzice z okazji Dnia Dziecka dla swoich dzieci w przedszkolu, to na kilka dni przed występem dostaniesz zapalenia gardła i zapalenia spojówek jednocześnie.

No i tak. Wystawiamy Czerwonego Kapturka. Gram Babcię. Występ dziś. Chrypię w zasadzie dobrze do roli, niczem Babcia co świętowała z Gajowym cudowne ocalenie za pomocą nie pierwszej jakości trunków. Za to oczy. Oczy predysponują mię raczej do roli Wilka. Ale nic to, bo jako Babcia występuję w rozkosznych, migocących okularkach. 

Tak więc występ dziś o 16:00. Kto może, niech trzyma kciuki za Babcię!