23 wrz 2013

Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi...

Gdyż nawet chandrę należy przeżywać z kulturom i z klasom! Proszę słuchać i delektować się!




18 wrz 2013

Równościowe przedszkole DIY


Głośno ostatnio było w internetach o „równościowych przedszkolach”.  Oczywiście, że bardzo chciałabym się w tym temacie jakoś oryginalnie wypowiedzieć - wiadomo, wyrazisty i soczysty pogląd zawsze jest w cenie! Niestetyż nie jestem w stanie wygenerować z siebie żadnego poglądu na ten temat, bo zwyczajnie jestem zbyt leniwa i nie chce mi się zapoznawać z liczącym sobie 62 strony  programem „równościowego przedszkola”, tak jak zrobiła to Chuda (chwała jej za to!).

Przy okazji równościowej dyskusji przypomniały mi się za to moje wakacyjne spostrzeżenia, com je nawet miała spisać, ale - znowu - zbyt jestem leniwa i zapomniałam zwyczajnie. Ale co się odwlecze, to czasami uciecze, a czasami wróci, i tym razem wróciło.

Spostrzeżenia mi się nasunęły po sytuacjach następujących.

Sytuacja 1. Spacer po plaży. Dziobalinda biegnie w morskich falach, Giganna spoczywa w chuście na mej piersi. Od dźwigania Giganny zaczyna mi jednak strzykać tu i ówdzie oraz rozjeżdżać się to i owo, postanawiamy więc z Małżonkiem, że się Giganną wymienimy. Zachustowałam Małżonkowi nasze młodsze dziecię na piersi, a Dziobalinda stanęła jak wryta i krzyczy: Ale przecież mężczyźni nie noszą dzieci!
- Noszą, noszą, czemu mieliby nie nosić? - zapytaliśmy zdziwieni.

Sytuacja 2. Po południu dzieci bawią się za domem, a my z Małżonkiem znaleźliśmy piłkę do koszykówki i zaczęliśmy sobie ćwiczyć rzuty osobiste. A tu znowu Dziobalinda stanęła jak wryta i krzyczy: Ale przecież dziewczyny nie grają w piłkę!
-Grają, grają, czemu miałby nie grać? - zapytaliśmy zdziwieni.

Rozpamiętywaliśmy sobie potem te dwie sytuacje z Małżonkiem przy wieczornym piwie Karmi          i zastanawialiśmy się, skąd nasza starsza córka pobrała takie dziwne poglądy. I nagle olśniło nas, że pobrała je znikąd indziej, jak od nas! Nie, żebyśmy takie poglądy wyznawali w rzeczywistości. Po prostu Dziobalinda nigdy wcześniej nie widziała swego ojca chustującego ani swej matki grającej w kosza!

I rzeczywiście, po kilku dniach obserwowania, jak tata chustuje, a mama trenuje rzuty osobiste, Dziobalinda sama zaczęła trenować rzuty osobiste, a na widok pana z dzieckiem w nosidełku rzekła: O proszę, inni panowie też noszą dzieci!

No więc w kwestiach równościowych jedyny pogląd, jaki w swym lenistwie jestem w stanie z siebie wyprodukować, jest taki: jak chcemy dziecka nasze uchronić od stereotypów na temat płci, to może zacznijmy od uważnego przyjrzenia się samym sobie?

16 wrz 2013

13 wrz 2013

Poranne awantury filozoficzne


Odbyłam dziś z rana interesującą konwersację. No dobrze, to akurat nie jest prawda. Odbyłam nieprzyjemną awanturę z epitetami, po której się zwyczajnie poryczałam w firmowej łazience. No ale, zdarza się i tak. Interesujące natomiast w tej awanturze było poruszone zagadnienie dobra i zła.

Bo otóż. Mój Współrozmówca nie zgodził się ze mną w zasadniczej kwestii, mianowicie takiej, że coś może być dobre lub złe. Jego zdaniem nic nie jest dobre lub złe i nazwanie jakiegokolwiek czynu dobrym lub złym jest równoznaczne z wydawanie ocen w stosunku do osób czyn ten popełniających. Oczywiście za przykład posłużył nam tradycyjnie kazus zabicia kogoś w obronie koniecznej.

Otóż zdaniem Współrozmówcy zabicie człowieka nie jest czynem złym samym w sobie, zależy bowiem od okoliczności. Jeśli zabijam kogoś w obronie własnej, to wtedy zabicie człowieka nie jest czynem złym. Moim zdaniem zaś zabicie człowieka jest czynem złym zawsze - bo w skutek zabicia zawsze ginie człowiek. Nawet jeśli zabijam w obronie koniecznej, to nadal zabicie człowieka jest złym czynem. Tyle tylko, że w tej sytuacji - usprawiedliwionym. I to, że ktoś zabił w obronie koniecznej, nie czyni z niego automatycznie człowieka złego. Można nazwać czyn złym, nie potępiając przy tym człowieka, który go dokonał. Można odróżniać „problem od człowieka”, jak to się ładnie w różnych poradnikach nazywa.

Dla mojego Współrozmówcy takie podejście jest niemożliwe. Jego zdaniem, jeśli nazywam jakiś czyn złym, tym samym nazywam złym człowieka, który tego czynu dokonał. Nie można tych dwóch spraw oddzielić. Koniec i kropka.

Ja tę sprawę widzę zupełnie inaczej. Uważam, że można i trzeba nazywać po imieniu zło, które polega na wyrządzeniu krzywdy drugiemu człowiekowi (lub samemu sobie). Ale to, że się to robi, nie oznacza wcale potępienia. Na tym zresztą polega wybaczanie - nie na tym, że uznaję, iż ktoś, kto uczynił mi krzywdę, tak naprawdę jej nie uczynił, tylko na tym, że wiem, iż uczynił mi krzywdę, ale mimo to wybaczam mu, widzę w nim człowieka takiego jak ja, nie potępiam i nie życzę mu źle. Bo wiem, że ja sama też jestem zdolna do czynienia zła. Bo wiem, że krzywdzę innych ludzi, nawet, gdy nie chcę. I dlatego też wiem, że czasem krzywdzimy się nieumyślnie, że ranimy się, bo inaczej nie umiemy. Co nie znaczy, że wszyscy jesteśmy złymi ludźmi.

Mimo to nie możemy nie mówić o tym, co jest dobre i złe. Nawet, jeśli mogę zobaczyć zrozpaczonego człowieka w matce, która swoje nowonarodzone dziecko dusi i wyrzuca do śmietnika - po prostu nie wolno mi powiedzieć, że zabicie dziecka jest dobre lub złe, w zależności od okoliczności. Nie mogę powiedzieć, że gdy to hipotetyczne dziecko zostało uduszone - to nic się nie stało, bo przecież matka nie była złym człowiekiem.

Ach, gdyby złe czyny popełniali tylko źli ludzie, życie byłoby takie proste! Problem polega na tym, że ja nie wierzę w dobrych i złych ludzi. Wierzę tylko w to, że człowiek jest istotą obdarzoną wolną wolą i korzysta z niej raz dobrze, raz źle - w zależności od różnych czynników, które na niego wpływają. Wierzę, że tak jak każdy z nas jest podatny na upadek, tak i jest zdolny to podniesienia się i przerośnięcia samego siebie. Wierzę, że jest to możliwe z Bożą pomocą, ale wiem też, że są i tacy, którzy robią to w Bożą pomoc nie wierząc - i chwała im za to. I wśród wszystkich ludzi ja sama niczym się nie różnię. Tak samo dokonuję złych i dobrych wyborów, złych i dobrych uczynków. I tylko mam nadzieję, że jestem jeszcze w stanie odróżnić jedne od drugich. Żeby umieć przeprosić. Żeby umieć naprawić.

To wszystko chciałabym móc powiedzieć mojemu Współrozmówcy, gdyby tylko zechciał mnie wysłuchać. I przeprosić go raz jeszcze za nadmiar emocji, bo moje przeprosiny wypowiedziane w trakcie rozmowy w tym nadmiarze chyba utonęły i nie zostały usłyszane. Tylko do tego musielibyśmy obydwoje zobaczyć w sobie ludzi. Nie złych, i nie dobrych - po prostu ludzi.

10 wrz 2013

Ludzie!

Jestem nieśmiałą ekstrawertyczką. Serio serio. Sprawiam podobno wrażenie ekstrawertyczki śmiałej, ale to taki pozór, który wcale nie jest tak trudno rozgryźć. Nieśmiała więc jestem, ale i ekstrawertyczna, zwłaszcza w tym sensie, że największą radość czerpię z ludzi wokół mnie. Lubię ich słuchać, lubię na nich patrzeć, lubię z nimi rozmawiać, uczyć się od nich i spędzać czas w ich towarzystwie. Lubię ludzi. I mam szczęście spotykać na swojej drodze ludzi naprawdę wspaniałych.

Bo tak. Przyszłam do pracy wczoraj i zastałam na swoim biurku to:
Był to prezent dla Dziobalindy zrobiony przez Izę. Tak po prostu, bez okazji. Ręcznie wykonana szkatułka na biżuterię (czytaj gumki, spinki i korale), z wkładem w środku! Szkatułka jest naprawdę śliczna, a żeby zobaczyć, jak powstawała i jak wygląda w środku, zajrzyjcie do Izy na stronę. Dziobalinda była zachwycona!  Ja też byłam zachwycona i to do tego stopnia, że przez moment nawet rozważałam, czy nie zachować jej dla siebie. No ale są pewne granice bycia złomatko. Oddałam dziecku, co jego. 

Ale żeby nie było - i ja dostałam prezent. Bo gdy zwisałam wczoraj smętnie z biurka, nagle wylądowała przede mną dorodna jagodzianka. 
- Eeeee? - zapytałam nieprzytomnie Salomeę, z której rąk jagodzianka przed chwilą wywędrowała.
- Czytałam. Wiem, że potrzebujesz bułów, więc masz bułę. Dobrą bułę. 

Bo takie mam właśnie przepyszne koleżanki w pracy. Że już nie wspomnę o A., która mnie wraz z dziećmi zabrała na weekend do lasu. I o G., która mnie stawia do pionu, gdy tylko próbuję rozkleić się ponad normę, a kto jak kto, ale G. stawia do pionu wzorowo.  I o AM., która specjalnie ze mną pojechała kiedyś dobierać mi najlepszy lakier do paznokci, bo jak trzeba wybrać coś najlepszego, to nikt tego nie zrobi tak dobrze, jak ona. I która swojego czasu ze mną i z A. twardo popylała na basen o 5:45 rano. I o I., której zmysłowy głos nadal część z nas nosi w telefonie, a głos ten mówi "Jesteś piękna, jesteś wybitnie inteligentna, masz wspaniałe poczucie humoru, jesteś sexy...". I która kiedyś urządzała w firmowej kuchence najlepsze mięsne imprezy w mieście. I o A., która zachowuje dystans, spokój i godność osobistą w każdych warunkach, ale - o czym nie każdy wie, ale ja wiem - potrafi też na imprezie literalnie wyfrunąć przez okno! I o Tamburynce, na którą zwsze mogłam liczyć, a której ja już teraz liczyć nie powinnam, bo sobie właśnie poszła pracować gdzie indziej - ale liczę, kurczę, bo nie umiem inaczej. Wszystkie one sprawiają, że w pracy czuję się trochę jak w drugim domu. I wszystkim im teraz, oficjalnie, chciałam powiedzieć: Dziękuję!


8 wrz 2013

Fletus et stridor dentium

Właśnie zakończyłam urlop na adaptację żłobkową. Urlop, ale nie samą adaptację. Adaptacja będzie trwać jeszcze długo, obawiam się. Póki co bowiem Gigannie żłobek podobał się bardzo, dopóki była w nim mama. Ale pozostawiona testowo na 45 minut bez mamy - Giganna popadła w rozpacz. Po rzeczonych 45 minutach odebrałam małą, czerwoną jak burak, zapłakaną dziewczynkę. I nie będę udawać, że byłam twarda, bo nie byłam.  I nic a nic mnie nie uspokoił fakt, że połowa grupy żłobkowej płakała tak samo. I że panie mówią, że to zupełnie naturalna i normalna dla malucha reakcja. Połamałam się na drobne kawałki w środku. I udałam się z Giganną, która w matczynych objęciach doszła do siebie od razu, do najbliższej piekarni, iżby sobie nakupić bułów i napchać się nimi po brzegi. Bo jak jestem niespokojna, to jem buły. Tak jakby schodziło ze mnie powietrze i jakbym musiała wypchać się czymś od środka, żeby zachować w miarę stabilną postawę ciała.

Tymczasem jednak jutro ja idę do pracy, a Giganna do żłobka. Na 4 godziny, bo na tyle ma chodzić we wrześniu. Szczęśliwie Mąż nie ma jutro zdjęć, więc będzie stacjonował w żłobkowej szatni, żeby w razie czego odebrać Gigannę przed czasem. A ja postaram się nie zwariować z niepokoju i zmartwienia. I oczywiście nakupię sobie bułów. Na wszelki wypadek.

A po tygodniu w domu, bez pracy, refleksja mi się nasunęła taka. Ja moją pracę bardzo lubię. I cieszę się, że pracuję. Ale niech mi jeszcze kiedyś jakaś lepiej - wiedząca - matka - niepracująca powie, że kobiety wracają do pracy z egoizmu, bo nie są się w stanie poświęcić dla dziecka. To jej odpowiem z głębin mojego doświadczenia, żeby milczała, gdy mówi do mnie. Że siedzenie w domu z dzieckiem to dla mnie akurat nie jest żadne poświęcenie. To dla mnie spokojny, relaksujący czas, kiedy nie muszę gonić z zegarkiem i kalendarzem w ręku i kiedy, owszem, urobię się po pachy, ale wieczór mam wolny i mogę sobie odsapnąć, i jestem, owszem, zmęczona, ale nie skrajnie sfrustrowana. Natomiast kiedy pracuję, a już zwłaszcza, kiedy pracuję w domu, jednocześnie zajmując się dziećmi - o, to jest dopiero jazda! Wtedy ganiam jak pies z wywieszonym jęzorem, w wiecznym niedoczasie i wynikającym z tego niedoczasu stresie. Wtedy sprawy do załatwienia piętrzą mi się i przepełniają mózg, aż mi z niego kipi. Wtedy  ręce trzęsą mi się z pośpiechu i wszystko mi z nich wypada. Nie jest to, zaprawdę powiadam, nie jest to wcale jakiś super odpoczynek od „bycia z dziećmi”. Wręcz przeciwnie! Jeśli więc w moim życiu coś miałoby być jakimś poświęceniem, to właśnie ten stan, w którym muszę robić na raz tyle rzeczy, że żadnej nie udaje mi się robić tak dobrze, jak bym chciała. I w którym wyrzuty sumienia wpędzają  mnie w pośpiech, a pośpiech wpędza mnie we frustrację, a frustracja wpędza mnie w wyrzuty sumienia. Tyle tylko, że to nie jest żadne poświęcenie. To życie jest po prostu. Moje własne, i dlatego w najlepszej możliwej wersji, życie.

5 wrz 2013

Kołowrotek

Ponieważ jestem teraz na urlopie żłobkowym, czytajcie: chodzę do żłobka z Giganną na tzw. dni adaptacyjne, znajduję sie obecnie w amoku i w szoku i nic napisać nie jestem w stanie. W każdym razie nic, co miałoby ręce i nogi.

Chwilowo znalazłam dla Was zastępstwo i to o ileż zacniejsze ode mnie! Proszę - oto Phoenix do oglądania!

(A ja się wkrótce pozbieram i jakoś to wszystko, ten kołowrót, szok i amok - opiszę.)