28 lis 2014

O rodzicielstwie bliskości i o ucieczkach z pożarów

Generalnie jestem zwolenniczką i sympatykiem rodzicielstwa bliskości. Zgadzam się w pełni z założeniami i przyświecającą im ideą. Jestem przekonana, że dziecko jest takim jak ja człowiekiem i należy mu się pełny szacunek. Że komunikować się w rodzinie należy bez przemocy i z poszanowaniem potrzeb wszystkich jej członków. Że rodzic czasem musi się wczuć w odmienny świat dziecka i zamiast po prostu egzekwować spełnianie swoich oczekiwań, znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Tak, wszystko to wiem.

Wiem także, że w czasie pożaru należy zakryć usta mokrą tkaniną i posuwać się do wyjścia wzdłuż ścian i przy podłodze. Gorzej, jak wybuchnie pożar, a ja nie będę mieć mokrej tkaniny. Albo zwyczajnie ze stresu narobię w pory i zapomnę wszystko, czego się skwapliwie uczyłam na szkoleniu z BHP.

Takoż z rodzicielstwem bliskości - niby wszystko ładnie i wszystko wiadomo, ale przychodzi jednak ten dzień. Ten dzień, w którym wstaję pół godziny wcześniej, żeby na pewno zdążyć rano bez pośpiechu i awantur. W którym dziecię jest najedzone i ubrane już na 20 minut przed wyjściem do szkoły. I w którym ma to 20 minut żeby na spokojnie zająć się sobą, podczas gdy ja szykuję nas obie do wyjścia. I gdy wszystko idzie dobrze i mamy już się ubierać w okrycia wierzchnie i wychodzić, wtedy moja ukochana córka mówi mi, że nie. Ona musi narysować jeszcze Roszponkę. A ja czuję już swąd dymu. I nie mylę się. Bo oto nie działa tłumaczenie, że czas, że szkoła, że praca mamy. Nie. Nie działa propozycja rysowania Roszponki po szkole. Nie działa też stanowcze powiedzenie, że już czas i wychodzimy - tzn. działa, ale odwrotnie, wywołuje bowiem dziki wrzask i odmowę pójścia do szkoły. Śpiąca do tej pory połowa rodziny się budzi. A mi się robi czerwono przed oczami. Bucha płomień. I nie mam, nie mam żadnej mokrej tkaniny!

Pewna pani psycholog radziła w takiej sytuacji powiedzieć wrzeszczącemu pacholęciu: Widzę, że naruszyłam twoje granice. Ja niestety widzę co innego. Widzę ciemność. Ciemność widzę!

Pobieram więc dziecko za szeleczki i mówię, że w tej chwili z domu marsz i że założyć kurtkę może w windzie lub wcale. Wszystek mi jedno. I że nie, nie poniosę plecaczka i nie, nie dam więcej czasu. Nie.

Bowiem w takich chwilach praktyka rodzicielstwa bliskości sprowadza się do tego, że nie odrywam nikomu głowy i nie używam słów obelżywych ani szkalujących osoby ludzkie znajdujące w pobliżu lub w oddali, w redakcjach magazynów psychologicznych. Nie biję, nie wyzywam, nie ubliżam - ale bierę i stawiam do pionu. Za szeleczki. 

I tyle.

27 lis 2014

O szkole i o szkielecie

Pierwsze miesiące w szkole są dla nas, jak dotąd, doświadczeniem pozytywnym. Dziobalinda lubi panią, lubi koleżanki, lubi zajęcia i lubi świetlicę - czasem wręcz prosi, żebym pozwoliła jej zostać dłużej i jeszcze trochę się pobawić. Wchodzi do szkoły radosna i radosna, choć zmęczona, z niej wychodzi.

Przyznam, że szkoła i nam, rodzicom, się podoba. To zwykła szkoła rejonowa, ale kolorowa i raczej przyjazna dzieciom. Mam pewne zastrzeżenia do szkolnej stołówki - nie spodziewałam się w szkole tylu słodkości. Dla Dziobalindy, która jest alergikiem, Monte i budyń waniliowy na podwieczorek są podwójnie groźnym - bo i cukrowym, i mlecznym - koniem trojańskim. A Dziobalinda znacznie mężniej stawia opór rodzicielskim poleceniom, niż słodyczom w szkole - no więc. Poza tym jednak jest całkiem dobrze. I zdaje się, że trafiliśmy na naprawdę świetną nauczycielkę.

Dziobalinda uczy się chętnie, choć bez spazmów ekscytacji. Czasem coś ją szczególnie zainteresuje lub ucieszy i wtedy poświęca się temu z wielką pasją. Lubi zajęcia teatralne i bardzo polubiła prace plastyczne.

A dziś na przykład z lekcji etyki* Dziobalinda przyniosła... papierowy szkielet. Gdyż albowiem rozmawiali na lekcji o kręgosłupie. Czyżby chodziło o kręgosłup moralny? Jeśli tak, szkielet jest dość interesującą formą utrwalania zdobytej wiedzy.

Szkielet był do wycięcia i sklejenia, jednakże Dziobalinda nie byłaby sobą, gdyby nie postanowiła dodać mu czegoś od siebie. A mianowicie - dodała mu warkoczyki. Gdyż jej szkielet, wyrzekła, będzie dziewczynką. To miłe!

W związku z tym wszystkim wypowiedziałam dziś jedna z najdziwniejszych w mym życiu kwestii (a wiele już dziwnych kwestii w życiu wypowiadałam). Zakrzyknęłam bowiem do Giganny, domagającej się dodatkowych kartek do rysowania:
Chwileczkę! Przyniosę ci kartkę, jak tylko skończę robić warkocze dla kościotrupa!

Szkoła to tyle nowych wrażeń, naprawdę!
_____
*Dziobalinda chodzi na religię w szkółce niedzielnej, więc w szkole testujemy etykę.

19 lis 2014

O córkach - subiektywny wybór cytatów


Nasze córki wyraźnie manifestują swe silne i malownicze osobowości.

Dziobalinda np. lubi konkret i proste, kategoryczne oceny sytuacji.  Bywa to bardzo urocze i w pełni zgodne z linią rodzicielskiej indoktrynacji, jak np. wtedy, gdy czytałyśmy na dobranoc „Basię i gotowanie”. Na początku książeczki mama odmawia gotowania kolacji, bo jest zmęczona. Dzieci zadają ryzykowne pytanie w stylu „ale jak to, przecież mama uwielbia gotować, bo bardzo nas kocha?” Tata staje jednak na wysokości zadania i razem z dziećmi zabiera się za gotowanie, podczas gdy mama idzie sobie poczytać.

Dziobalinda komentuje: No bo przecież wszystkie kobiety uwielbiają...

(co powiedziała, jak myślicie? gotować uwielbiają jej zdaniem?)

... czytać! - dokończyła Dziobalinda.

Ha! Punkt dla mnie! I na razie nie wyprowadzam jej z błędu.

Bywa też, że Dziobalinda wykazuje się zmysłem bystrego i krytycznego  obserwatora życia społecznego. Dziś rano w windzie znalazła pustą puszkę po napoju gazowanym. Dzielnie postanowiła wynieść ją do śmieci.

Szłyśmy więc do szkoły trasą obok śmietnika, a Dziobalinda tłumaczyła mi: Coraz więcej jest głupców, którzy śmiecą w windzie! Coraz więcej wariatów na drogach, którzy jeżdżą na czerwonym świetle! Co się dzieje z tymi ludźmi? Czy woda sodowa uderzyła im do głowy?!

Ha! Zatkało mnie. Powiedziałam tylko, że eeeee.... nie wiem, co się dzieje z tymi ludźmi. Ale zaiste, źle czynią, jeżdżąc na czerwonym świetle i śmiecąc w windzie. Oraz skąd znasz córko takie malownicze wyrażenie, jak woda sodowa uderzająca do głowy?

To zamiłowanie do szybkich i celnych diagnoz społecznych, połączone z ogromnym zamiłowaniem do śpiewu (Dziobalinda śpiewa naprawdę dobrze i z pasją, a w tym tygodniu organizuje nawet festiwal dla koleżanek), każe mi podejrzewać, że w przyszłości nasza starsza córka zostanie Kazikiem.

***

Kim zostanie w przyszłości Giganna? Chwilowo podejrzewam, że dramatopisarką lub aktorką. Wykazuje bowiem ostatnio pasję do odgrywania ról. W zasadzie nie rozmawiamy ze sobą „normalnie”, tylko „w rolach”. Na życzenie Giganny ja jestem Kłapouszkiem, a ona Prosiaczkiem. Ja Mamą Świnką, a ona Świnką Peppą. Ja żyrafą, a ona małpką.

Wczoraj np. ja byłam bananem, a ona marchewką. W tej konwencji układałyśmy budowle z klocków. Giganna - Marchewka miała koncepcję, którą należało zrealizować, kiedy więc chciałam dołożyć do wieży klocek żółty zamiast niebieskiego, zaprotestowała gwałtownie. Ale nie byłaby sobą, gdyby nie ubrała swego protestu w słowa pełne poezji i patosu.

Zakrzyknęła bowiem z mocą: Nie ten klocek, nie, nie, ach nie, bananu!

Ha! 

Kurtyna. 

11 lis 2014

O niepodległości

Święto Niepodległości postanowiliśmy uczcić sensu stricto - w sposób wolny i niepodległy. Czyli zostaliśmy w domu, zjedliśmy niespieszne śniadanie, potem niespieszny obiad, a potem poszliśmy wszyscy na spacer. Na plac zabaw i na ostatnie radości z kolorowej i ciepłej jesieni. Po czym wróciliśmy do domu na ciepłe kakao i ciastka.

Nie włączam radia, telewizora tym bardziej, skoro go nie mam, a do serwisów informacyjnych nie zaglądam. Nie wiem, czy w Warszawie ktoś się z kimś bije, czy tęczę znowu ktoś spalił i co się krzyczy „na mieście”. Może dowiem się tego jutro, a może nie. Bez względu na to, co tam się dzieje, ja tutaj i teraz cieszę się z tego, że żyję w kraju wolnym i niepodległym, ze wszystkimi jego wadami i bolączkami. Cieszę się, że mogłam spokojnie wyjść na spacer z rodziną i nie bać się - tak po prostu. I wdzięczna jestem tym wszystkim, którzy o tę moją dzisiejszą wolność walczyli kiedyś, nawet, jeśli oni sami nie zgadzali się między sobą, nawet, jeśli mylili się czasem - nie mnie ich oceniać teraz. Nie wiem przecież, jak zachowałabym się na ich miejscu. Najważniejsze, że ich wysiłek nie poszedł na marne. I żebyśmy my go nie zmarnowali teraz, gdy już nie musimy walczyć tak, jak oni wtedy. Gdy możemy po prostu - starać się uszanować i porozumiewać tam, gdzie są jakieś punkty styczne. Bo zawsze jakieś są.

A mnie dziś wpadło w oko takie hasło i wielce mi się spodobało. Toteż zamilknę już i hasłem tym skończę na dziś.
źródło: Pinterest

4 lis 2014

O widzeniu

Mader zaprosiła mnie do takiej fejsbukowej zabawy, która polega na publikowaniu przez pięć kolejnych dni pięciu zrobionych przez siebie, czarno-białych zdjęć. Początkowo chciałam się wymigać, ale posądzona o tzw. wymówkozę (ehh... mam to, przyznaję!) honorem się uniosłam i - dołączyłam.

Pierwsze zdjęcie zrobiłam po prostu zza biurka, przez szybę. No, nie było to zachwycające. Ale w kolejnych dniach starałam się już patrzeć na rzeczywistość tak, żeby dostrzec coś "dobrego do zdjęcia". Podczas spaceru z dziećmi i w drodze do pracy rozglądałam się i układałam sobie wszystko w kadr. I w trakcie tych pięciu dni stał się taki mały cud. Nie to, żebym nagle nauczyła się robić zdjęcia, bo nie nauczyłam się. Ale patrzeć! Patrzeć się nagle nauczyłam! Wydawało mi się, że ja patrzeć raczej umiem - zawsze mnie zachwycał piękny kolor jesiennych liści, błękitne niebo, zachód słońca. Tyle że w kolorze łatwo jest się zachwycać, a w szarościach - o wiele trudniej. Tymczasem nawet w tych szarościach udało mi się zobaczyć tyle pięknych rzeczy. Tyle ciekawych szczegółów. Tyle poruszeń serca.

I pomyślałam sobie - jak wiele zależy od nas samych. Wiem przecież, że nie wszystko. Ba, wiem, że w zasadzie na bieg wypadków wpływ mamy niewielki. Ale już na nasze patrzenie, na widzenie świata - ogromny! I gdy się patrzy tak, żeby zobaczyć piękno, to ono staje się dla nas widzialne. Mam nadzieję, że nauczę się widzieć go coraz więcej.

A moje widzenie i patrzenie przez te kilka dni dało owoc taki. Nie jakiś mocno zachwycający, ale w każdym razie - mój własny :) I z Wami się dzielę :)


sobotni spacer z Dziewczętami
 
Giganna
Dziobalinda ogląda "uwolnioną" książkę - po rosyjsku ;)
nasz luterski kościół

ul. Bagatela

Łazienki


poranny spacer w drodze do pracy
a na koniec trochę koloru - sam kolor w zasadzie :)