29 lis 2009

Rzeczą ludzką jest błądzić...

...i rzeczą ludzką błędy poprawiać. Takoż "Wiedza i życie" okładkę ma już poprawioną, co wielce mnie cieszy. Serdecznie pozdrawiam Redakcję :)


27 lis 2009

Quo vadis, redaktorze?

Okładka nowego numeru Wiedzy i życia wygląda tak:



Kto wie, ten wie, a kto nie wie, niech się dowie, że zaprawdę błędną jest ta skądinąd urocza parafraza św. Piotra i jego „Quo vadis, Domine?”. Gdyż albowiem w tłumaczeniu na j.polski należałoby ją czytać „Gdzie idziesz, medycyny?”. A powinna brzmieć „Quo vadis, medicina?”* i wtedy byłoby git. Błąd się może zdarzyć każdemu, ale na Jowisza, czemu na okładce ogólnopolskiego periodyku zajmującego się nauką? Czy nie można było skonsultować tego tytułu z kimś, kto zna łacinę? (są na świecie jeszcze takie dziwolągi).

Wzburzywszy się nieco jęłam przypominać sobie, jak to kilka lat temu jakaś firma zamieściła w GW ogłoszenie o pracę, które składało się tylko z szablonu Lorem ipsum oraz adresu firmy. Wkrótce potem w miesięczniku Media&Marketing Polska ówczesna pani redaktor naczelna zachwycała się we wstępniaku ogłoszeniem o pracę napisanym po łacinie. Nawet bym się nie zdziwiła tak bardzo, gdyby nie fakt, ze pani redaktor była absolwentką warszawskiej polonistyki, co oznacza, że musiała w trakcie studiów zdawać egzamin z łaciny. Dlaczego zatem uznała za łacińskie takie wyrazy jak „occaecat cupidatat non proident”? Czy jej humanistycznie wykształcone oko nie powinno zawisnąć chwilę nad tymi formami i zastanowić się, że się tak wyrażę, what the f... is that? Może wówczas pani redaktor zwróciłaby się do wujka Gugla, który poinformowałby ją, ze Lorem ipsum jest tekstem quasi-łacińskim, wzorowanym, a i owszem, na fragmencie traktatu Cycerona, lecz z samą łaciną mający tyle wspólnego, co ja z Liz Taylor, jak sobie zrobię zdjęcie od tyłu i obrobię w photoshopie. No chyba, że z Gugla trafiłaby pani redaktor od razu na polską Wikipedię. Ta bowiem także twierdzi, że Lorem ipsum jest tekstem łacińskim (choć angielska Wikipedia już takich kitów nie wciska, a stan faktyczny orzeka uczciwie). Odkryłam to dziś z wielkim zdumieniem i byłam uprzejma zedytować hasło, ale nie wiem, czy Wikipedia będzie uprzejma moją edycję uwzględnić.
Inna sprawa, że najwyraźniej można być redaktorem naczelnym i nie wiedzieć, czym jest Lorem ipsum. To też mnie bardzo uradowało.

Skoro tak się rzeczy mają, że najwyraźniej wiedza i kompetencje nie są potrzebne do tego, żeby zostać redaktorem naczelnym pisma tego lub owego, to ja jednak poważnie rozważę objęcie stanowiska red. nacz. magazynu Bullshit&Crap, na którą to posadę swojego czasu namawiał mnie Sykofanta. Na bullshit i na crap to ja się znam doskonale. A nawet gdybym się nie znała, to co za różnica, nie?


* z listu de redakcji WiZ:
"Domine” (pol. panie) to vocativus (polski odpowiednik - wołacz) w liczbie pojedynczej dla wyrazu „dominus” (rodzaj męski, deklinacja II). Dla wyrazu „medicina” (rodzaj żeński, deklinacja I) należy zatem również użyć tego samego przypadka w tej samej liczbie, a brzmi on „medicina”. Prawidłowe brzmienie użytej przez Państwa parafrazy to „Quo vadis, medicina?”.

20 lis 2009

Chylińska daje!

Czasem rodzic zrobi coś nierozważnie. Kocica nabyła dla synów książkę o fallusach, a ja puściłam w obecności Dziobalindy teledysk nowej Chylińskiej.

I wpadłam.

Cały dzień był jechany jeden temat „Chylićka! Daje! Daje Chylićka! Dajeeeeeeeeeeeeeee! Chylićkaaaaaaaaaaaa!”.

Próżne były moje tłumaczenia: Droga córko! Chylińska się sprzedała! Chylińskiej nie możemy już słuchać, jest ona miałka i komercyjna, sprzedała duszę popkulturze i za to sobie wybuduje willę w Konstancinie. Pytasz mnie, dziecko, skąd mamusia może wiedzieć czy sobie Chylińska wybuduje willę? Mamusia nie kłamie, mamusia rzetelnie sprawdzała na Onecie, a dokładniej z ust Anity Lipnickiej mamusia spiła tę prawdę. A jak Lipnicka mówi, to wie.

Lipnicka wie też, że Kayah nie nagrała płyty osobistej. Wie to, gdyż widziała okładkę. „Opakowanie nie sugeruje żadnej wewnętrznej wycieczki. Kostium z lateksu, czarny pióropusz na głowie – to bardzo konkretna kreacja. Nie zachęciła mnie do zgłębienia tematu” Wewnętrzną wycieczkę sugeruje okładka wówczas, gdy przedstawia zgłębnik do żołądka względnie cewnik urologiczny. Na temat czarnych kostiumów z lateksu Pismo mówi wyraźnie „Nie wystąpisz w kostiumie czarnym lateksowym na okładce płyty osobistej, gdyż jest to niegodziwością”.

Lipnicka zna również cienką granicę między „sprzedaniem się” a „działaniem na własnych zasadach”. Sprzedają się ci, co poszli do „Mam talent”. „Na własnych zasadach” działała Lipnicka, gdy robiła drugą sesję dla Playboya. Gdyż ona miała powody. Ważne powody.

Ja mam za to ważne powody, żeby sobie puszczać nową Chylińską, a nie nową Lipnicką.
Po pierwsze – Dziobalinda woli Chylińską (testowałam dziś obie). Po drugie – ja też wolę Chylińską. Bo ja tak samo jak Chylińska nie chciałabym wiecznie być utytą nastolatką ze stanami depresyjnymi. I tak samo jak Chylińska zrobiłam już sobie kilka przewrotów kopernikańskich w życiu. I ostatecznie muzyki można słuchać różnej, ale głupot gadać to jednak nie wypada.

15 lis 2009

Teatrzyk Radykalny Szparag przedstawia: Opery stołeczne

Dramatis personae:
Sykofanta
Synafia
Przejście podziemne
Przechodnie


Sykofanta: I po co ci festiwal „Opera rara” w Krakowie? Tutaj masz codziennie nieustającą operę „Wszystko cuchnie i śmierdzi”.
Synafia: To moja ulubiona opera Verdiego! Uwielbiam też Wagnera „Wszystko skrzypi i rzęzi”.
Sykofanta: A ja uwielbiam operę Mozarta „Mnie się spieszy bardziej niż innym”.
Synafia: O tak, pamiętasz tę arię głównej bohaterki? „Biegnę po schodach ruchomyyyyyyyyyyyych! Spieszyć się muszę do domuuuuuuuuuu! Bo zaraz zaczyna się Klan!”

Przejście podziemne: Cuchnie, śmierdzi, rzęzi i skrzypi.

Przechodnie: Spieszą się bardziej niż inni.

He kurtine!

5 lis 2009

Rozmowy głuchych czyli internetowy dialog ateistyczno-teistyczny

Jestem luteranką, ochrzczoną w 26 roku życia. Mój mąż jest chrześcijaninem poszukującym, wychowanym w rodzinie katolickiej. Nasza córka jest ochrzczona jako luteranka. Jej matka chrzestna jest katoliczką, a ojciec chrzestny jest prawosławny.
Mama mojego męża jest katoliczką. Moja mama jest osobą poszukującą. Mój tata był zdeklarowanym ateistą, tak jak jego rodzice. Moja siostra deklaruje się jako osoba niewierząca.
Moje najbliższe przyjaciółki to katoliczki, które znają mnie od czasów dziecięctwa i wczesnej młodości, czyli od czasów, gdy deklarowałam się jako agnostyk. Tzw. przyjaciel domu czyli Sykofanta jest agnostykiem. Wśród naszych znajomych są osoby wierzące, agnostycy, ateiści i osoby, których kwestie Boga w ogóle nie obchodzą.

I nikt się do tej pory nie dość, że nie zabił ani nie pobił, to wszyscy normalnie funkcjonują. Da się? Da się. I nie trzeba ku temu żadnych nadludzkich wysiłków. O co więc ciągle drzeć szaty?

A szaty darte są w necie masowo, tak że zza stosów szmat nie widać już nijak żadnego sensu. Zastanawiam się, po co ludzie piszą blogi w całości poświęcone zwalczaniu ateistów lub zwalczaniu chrześcijan. Kiedy nie byłam chrześcijanką, żadne obelgi rzucane pod adresem ateistów nie były w stanie nakłonić mnie do zmiany zapatrywań. Odkąd jestem chrześcijanką, żadne obelgi pod adresem wierzących nie są w stanie zmienić mojej wiary. Jestem przekonana, że żaden ateista i żaden wierzący nie porzuci swoich przekonań tylko dlatego, że w 10 blogach przeczyta, ze jest tępym wałem. Efekt może być tylko odwrotny, i myślę, za autorzy tych wirtualnych krucjat dobrze o tym wiedzą. Po co więc piszą? Żeby przekonywać już przekonanych? Też chyba nie, bo byłoby to tyleż niepotrzebne, co nudne. Może więc chodzi o to, by powiedzieć: „jestem wierzący/niewierzący i to nie czyni mnie zwyrodnialcem, jak próbujecie mi wmówić”? Byłabym nawet skłonna w to uwierzyć, ale znowu wszyscy dobrze wiemy, że obrzucając adwersarzy tonami nawozu nie udowodni się wcale swej wyższości ni kultury osobistej. Motywacje blogowej świętej i świeckiej inkwizycji są więc dla mnie zagadką.

No ale gdy czyta się po raz enty, że się jest niebezpiecznym a tępym ciulem, to się ma ochotę jednak coś na ten temat powiedzieć. Więc powiem. A moim zdaniem wygląda to tak:

1. Rozdział państwa i kościoła jest rzeczą jak najbardziej pożądaną. Nikt nie ma prawa zmuszać kogokolwiek do wyznawania jakichkolwiek poglądów. Wszystkie poglądy są tak samo równoprawne i zasługują na szacunek.
2. Nawet jeśli Bóg nie stworzył świata w 7 dni, to nie znaczy, ze nie mógł go stworzyć wcale w jakiejś innej formie (np. dając początek materii ożywionej).Nawet jeśli Bóg nie stworzył świata w 7 dni, to nie znaczy, że możemy krzywdzić innych ludzi (do czego się w praktyce sprowadza nauka Chrystusa – miłuj bliźniego swego i miłuj nieprzyjaciela swego). Wiara i nauka to są dwa różne porządki, których mieszanie wydaje się być powodowane całkowitym niezrozumieniem jednego lub drugiego, lub obu na raz. To, że się wierzy w Boga, nie znaczy, ze się „nie wierzy w grawitację”.
3. Naprawdę nic mi do tego, w co kto wierzy lub nie wierzy, tak długo, jak nie krzywdzi nikogo innego. Każdy ma prawo podejmować decyzje dotyczące SWOJEGO życia – w momencie, gdy decyzje te w znaczący sposób zmieniając tez życie innych, trzeba powiedzieć STOP i się zastanowić przez moment.

Tyle mam do powiedzenia w temacie.
Dziękuję uprzejmie za uwagę.

3 lis 2009

Gaudeamus igitur

Jak wszyscy wiemy (a jeśli jeszcze nie wiemy, to już wiemy), swojsko brzmiący wyraz kretyn pochodzi od francuskiego crétin, który z kolei wziął się od dialektalnej formy francuskiej chrétien czyli chrześcijanin. Za opóźnionych umysłowo uznano chrześcijan wcale nie dlatego, że „wierzą, iż świat stworzył brodaty pan” (swoją drogą konia z rzędem temu, kto znajdzie w Biblii, ze Bóg jest brodatym facetem), a dlatego, że się bez powodu cieszyli, miłymi być się starali i głosili poglądy typu „miłujcie nieprzyjaciół swoich”.

[tu przerwa na słowo od cenzora: Szanowny czytelniku! Pragniemy uspokoić, że wpis ten w żadnym razie nie będzie traktował o kwestiach religijnych, którymi człowiek prawdziwie oświecony i pełen kultury nie powinien poświęcać uwagi. Nie będzie też jednak traktował o tezach i dowodach naukowych, autorka bowiem korzysta z unijnego programu pomocy osobom żywiącym archaiczne przekonanie, że człowiek składa się nie tylko z tkanek, ale też z pierwiastka „duchowego”. Osoby o wrażliwych nerwach uprasza się zatem o przełączenie się w tym momencie na tvn24 ]

W języku polskim nie mamy takiego ładnego etymologicznego przykładu, mamy za to wyrażenie wiele mówiące pt. „śmiać się jak głupi do sera”. Śmiać się jest bowiem domeną głupców, domeną zaś mędrców - wyśmiewać. Mądrym jest ten, kto dostrzega pęknięcia w obrazie rzeczywistości i potrafi je skutecznie naświetlić, obnażyć i zdezawuować. Głupim zaś ten, kto tych pęknięć nie dostrzega i cieszy się, bo nie ma świadomości, że „to nie jest kurwa śmieszne, to jest żałosne.”

No ale. Ale pojawia się zawsze, nieprawdaż.

Pierwsze ale jest wyrazem pewnej mojej nieufności co do możliwości ludzkiego poznania. Na tyle długo już żyję na tym łez padole, że zdążyłam zaliczyć wpadek, „fop” i błędów od groma. Zawsze mi się przy tym wydawało, że racja jasna niczym słońce i w oczy się rzucająca niczym kolos rodyjski jest po mojej stronie niezaprzeczalnie. A tymczasem nagle okazywało się, ze nie dość że nie znam wszystkich szczegółów, ze coś mi umknęło, to jeszcze czasem bladego pojęcia nie mam o czym mówię i zmyślam wręcz sobie. I nie chodziło o to, czy ziemia jest okrągła lub czy istniały dinozaury, a o to, co kim powoduje, co kto czyni i jakie skutki to za sobą pociągnie. Bo człowiek coraz więcej wie o świecie, o sobie samym wcale nie tak dużo znowu, a o innym człowieku zgoła niewiele. Może więc właśnie zaszczytne miejsce w loży szyderców nie przypada wcale tylko mędrcom?

Drugie ale jest owocem kiełkującego przypuszczenia, iż „głupcom właściwa” pogoda ducha i pewna pobłażliwość w stosunku do świata przedstawionego nie jest wynikiem ignorancji, a akceptacji. Możliwe jest bowiem, że po etapie walki ze skrzeczącymi wiatrakami rzeczywistości ( bo ludzie są głupi! W szczególności Żydzi, masoni, geje i księża!), dostrzeże się nagle iż:
a. jeśli człowiek jest miarą wszechrzeczy, to każdy bez wyjątku, a nie tylko ja - nie ma więc czegoś takiego jak „głupi” człowiek,
b. jeśli Bóg jest miarą wszechrzeczy, to nie jestem nią ja i nie mnie oceniać, kto jest „głupi”, a kto nie,
c. jakkolwiek by nie patrzeć - dupa z tyłu i przeskoczyć się jej nie da.

Jak się dojdzie do takiej konkluzji, to można przestać postrzegać życie jako pole nieustannej bitwy, w której trzeba naparzać wszystkich, co nie mają takiego samego jak my pagonu. Można poluzować sobie tam, gdzie nas ciśnie, odetchnąć i zająć się sobą, bo realną ulgę może przynieść wyjęcie ciała obcego z własnego oka jedynie. A innym można życzliwie pokibicować, względnie pożyczyć lusterko, coby sobie własne problemy ze wzrokiem uregulowali. I wtedy jest powód, żeby się cieszyć, nawet jeśli z boku to wygląda na totalnie kretyńskie zadowolenie osoby związanej emocjonalnie z serem czy inną koncepcją. Każdy ma bowiem swój ser i niech każdy się do niego cieszy, a innych niech zostawi w spokoju razem z ich serami.