27 lut 2011

W głowie kłębowisko

Kutno mi zaowocowało pospolitym ruszeniem w głowie, wiosną ludów i ogólnym podnieceniem z poplątaniem. I choć wcale nie spędziłyśmy tych paru godzin na wspominaniu wspólnych wycinków młodości, to młodość sama się we mnie jakoś aktywowała i teraz wrze.

Tymczasem zaś śniło mi się, że chce mnie zjeść Kraken. Bo miałam nieodpowiednie nazwisko, dlatego chciał mnie zjeść. No i wymyśliłam, że mu ucieknę frunąc, bo Krakeny nie latają. I frunęłam, ale w dziwnej pozycji, bo na plecach, i nisko nad ziemią, a ten cholerny Kraken mnie gonił i wyskakiwał do mnie jak pies, co chce ugryźć. A że frunęłam wolno i nisko, to czasem mnie nawet podgryzał. Więc wymyśliłam, że ucieknę do Francji, i frunęłam nisko nad polem pełnym zasieków z drutu kolczastego, ale Kraken te zasieki przeskakiwał i gonił mnie dalej. I dopiero jak przeleciałam przez furtkę ogrodową, która była wrotami Francji, to się odwalił ode mnie. We Francji czekał Sykofanta, żeby mi wyjaśnić, że odkrył tajemnicę chirurgii plastycznej, i że nie warto robić sobie przeszczepu skóry na twarzy, bo oni je na odwal robią i nawet koloru skóry nie chce im się dobierać, żeby pasował. A potem poszliśmy na plażę.

26 lut 2011

Pojedziemy znów do Kutna...

Kiedy miałam 14 lat, pojechałam na obóz konny. Na obozie konnym na koniu siedziałam raz. To wystarczyło mi, żeby się zorientować, że nie chcę nigdy jeździć konno. Nie znaczy to, że obóz konny był czasem straconym. Bo to właśnie na tym obozie konnym (jeszcze raz napiszę „obóz konny” i niech ktoś mnie w pysk strzeli) poznałam Anię i Agnieszkę.

Nie pamiętam, w jaki sposób się konkretnie poznałyśmy, nie pamiętam pierwszej rozmowy, pamiętam za to bardzo dobrze, że od tej pierwszej rozmowy zaczął się pewien nowy etap w moim życiu. We trzy spędziłyśmy zupełnie niesamowite (dla mnie) dwa tygodnie, dwa tygodnie, po których wróciłam do domu będąc już trochę innym człowiekiem (młodym i pryszczatym, ale zawsze jednak człowiekiem). Bo Ania i Agnieszka otworzyły przede mną zupełnie nowy, nieznany świat. Ten świat - tak jak one dwie - stał się częścią mnie już na zawsze.

Przez dobrych kilka lat pisałyśmy do siebie listy (takie na papierze, w kopercie ze znaczkiem, kto pamięta?) i odwiedzałyśmy się w miarę możliwości, mimo iż one mieszkały na drugim końcu Polski. Potem one wydoroślały trochę prędzej niż ja (bo obie były trochę ode mnie starsze) , a jeszcze potem każda poszła oddzielną drogą i kontakt się urwał. A w końcu w przeprowadzce poszło z dymem całe moje archiwum i wraz z nim możliwość odzyskania kontaktu.

Minęło czasu mało wiele i nastała szczęśliwa era wszechdostępnego Internetu. Gdzieś w Juesej pewien młody geniusz (zwany także psychopatycznym wieprzkiem) wynalazł (albo sobie pożyczył) Fejsbuka. Fejsbuk objął swymi mackami cały świat, w tym mnie. I Fejsbuk dał mi nadzieję. Po długich poszukiwaniach, jakieś trzy miesiące temu udało mi się zlokalizować Agnieszką – na Słowacji! Agnieszka z kolei podała mi kilka wskazówek, dzięki którym parę tygodni później udało mi się znaleźć Anię - w Poznaniu!

I tak oto w dniu jutrzejszym (albo już dzisiejszym) udaję się do Kutna (tak właśnie, do Kutna), aby po 10 latach spotkać się na kawie z jedną z osób, której zawdzięczam tak wiele, że nie umiałabym tego opisać. Której głos bardzo dobrze pamiętam do dziś, choć już nie do końca pamiętam jej twarz. Która w moim sercu miała i nadal ma miejsce szczególne. I czuję się, jakbym jechała na pierwszą w życiu randkę. Czy się poznamy? Czy się na powrót polubimy? O czym będziemy rozmawiać? I jak to w ogóle będzie?

No jak?

25 lut 2011

Pytania

"Czy milczeliśmy już kiedyś, choć chcieliśmy się bronić, choć nas potraktowano niesprawiedliwie? Czy przebaczyliśmy już kiedyś, choć nie otrzymaliśmy za to żadnej nagrody i nasze milczące przebaczenie przyjęto jako coś oczywistego? Czy okazaliśmy już kiedyś posłuszeństwo - nie dlatego, żeśmy musieli, bo w przeciwnym razie spotkałyby nas nieprzyjemności, ale jedynie z powodu tego czegoś tajemniczego, milczącego, nieuchwytnego, co nazywamy Bogiem i Jego wolą? Czy ponieśliśmy już kiedyś pewną ofiarę, bez podziękowania, uznania, nawet bez poczucia wewnętrznej satysfakcji? Czy byliśmy już kiedyś absolutnie samotni? Czy zdecydowaliśmy się już kiedyś na coś wyłącznie wskutek wewnętrznego podszeptu naszego sumienia - tam gdzie nikomu nie można już nic powiedzieć, nikomu nie można już niczego wyjaśnić, gdzie jest się całkowicie samotnym i świadomym tego, że podejmuje się decyzję, której ciężaru nikt z nas nie zdejmie, za którą zawsze i wiecznie przyjdzie nam odpowiadać? Czy próbowaliśmy już kiedyś kochać Boga - w sytuacji, gdy nie płynie się już na fali emocjonalnego uniesienia, kiedy siebie i swojej życiowej energii nie można już mylić z Bogiem, kiedy człowiek myśli, że umrze z takiej miłości, kiedy jawi się ona jak śmierć i absolutna negacja, kiedy wydaje się, że na pozór krzyczy się w pustkę, kiedy wygląda to jak przerażający skok w bezdenną otchłań, kiedy wszystko wydaje się niepojęte i pozornie bezsensowne? Czy spełniliśmy już kiedyś pewien obowiązek, kiedy na pozór można go było spełnić tylko z piekący poczuciem, że się rzeczywiście samego siebie zapiera i wykreśla siebie, kiedy na pozór można go było spełnić tylko popełniając straszliwe głupstwo, za które nikt nam nie podziękuje? Czy byliśmy kiedyś dobrzy dla człowieka, od którego nie dochodzi do nas najmniejsze echo wdzięczności i zrozumienia i kiedy nie zostajemy nawet nagrodzeni poczuciem, że byliśmy "bezinteresowni", przyzwoici itp.?

Poszukajmy sami takiego doświadczenia naszego życia, poszukajmy własnych doświadczeń, w których właśnie nam coś takiego się przydarzyło. Jeśli takowe znajdziemy, oznacza to, że dane nam zostało doświadczenie Ducha, o którym mówimy. Doświadczenie wieczności, doświadczenie, że Duch jest czymś więcej niż kawałkiem tego doczesnego świata, doświadczenie, że sens człowieka nie wyczerpuje się w sensie i szczęściu tego świata, doświadczenie ryzyka, nie zważającego na nic zaufania, które właściwie nie ma już racjonalnego, opartego na sukcesach tego świata uzasadnienia".

Karl Rahner

20 lut 2011

Michael Sowa

Dziobalinda ma fazę na sowy, toteż spędziłyśmy urocze popołudnie popijając kawę (si, si, zbożową - wspólna kawa to nasz rodzinny rytuał) i szukając w necie sów (złe matki pokazują niespełna trzylatkom internet, someone call the cops). Wśród licznych sów znalazłyśmy Michaela Sowę, który urzekł mnie dogłębnie wizją kiszonych ogórków zatrzymujących swój słoik na ulicy, by przepuścić biegnące kartofle.

Dzielę się zatem Sową, bo taka właśnie jestem hojna, ajuści!











17 lut 2011

Zima - tak, wypaczenia - nie

Mimo iż wszyscy mamy wrażenie, że zima trwa od wieków i nie skończy się nigdy , w Ministerstwie Pór Roku już trwają przygotowania do nadchodzącej wiosny.

-Praca trwa cały rok - mówi Aneta Aniston, główna specjalistka ds. Mierzenia Wielkości Płatków Kwiatu Wiśni pod kątem Zgodności z Normami UE, pracujące w Zespole ds. Kwitnienia Wiśni, w Wydziale Przedwiośnia Departamentu Wiosny - Już od jesieni prowadzimy szkolenia dla specjalistów ds. Mierzenia Płatków Kwiatu Wiśni. Nasz Zespół prowadzi też zakrojoną na masową skalę akcję społeczną, mającą na celu szerzenie w społeczeństwie wiedzy na temat Odpowiedniej Wielkości Płatków Kwiatu Wiśni.

Nie tylko kwitnienie wiśni staje się poważnym problemem społecznym. W Wydziale Wiosny, w Departamencie Śródwiośnia Przedwiośnia Zawiośnia, już od początku roku trwają prace w Zespole ds. Kwitnienia Krokusów. - Już od miesiąca przygotowujemy wzory raportów, które będziemy wypełniać przez cały rok - wyjaśnia Jowita Tamburynka, główny specjalista ds. Późnego Kwitnienia Krokusów. - W marcu wybieramy się na specjalną konferencję w Himalaje.

Raporty nadal wypełniają pracownicy Zespołu ds. Zimowych Sztormów przy Wydziale Przedzimia Śródzimia Zazimia w Departamencie Zimy. - Przeprowadziliśmy szereg badań i inspekcji - mówi Walentyna Synafia, główny specjalista ds. Pomiarów Odległości, na jaką Sztorm Zimowy wyrzuca na Plażę Muszle, pod kątem zgodności z przyjętą Konwencją ONZ. - Niestety, stwierdziliśmy szereg nieprawidłowości. Zaczynamy prace nad wdrożeniem systemów naprawczych, opartych na cyklu Deminga oraz filozofii Kaizen.

Nieprawidłowości nie stwierdził za to Zespół ds. Jesiennej Szarugi przy Wydziale Przedzimia w Departamencie Jesieni. Jak informuje Romuald Sykofanta, główny specjalista ds. Śmierci i Gówna - Nie ma powodów do niepokoju. Ilość śmierci i gówna utrzymuje się na stabilnym, wysokim poziomie. Przewidujemy wręcz przekroczenie norm i standardów przewidzianych dla naszego regionu w Protokole z Kioto.

15 lut 2011

Cytując dalej...

... naszą córkę Dziobalindę (lat 2 i 9 miesięcy), zachęcającą nas do wspólnej zabawy w pociąg:

Chodźcie dziobaki, to będzie wspaniała akcja!

Poszliśmy? Poszliśmy!

11 lut 2011

Moja córka Dziobalinda...

...mówi tak:

Cóż to znowu za muzyka?
Muszę zajrzeć do słownika,
by zrozumieć śpiew kupki!

4 lut 2011

Jak zostałam stalkerką

Dziś na fali wspomnień przypomniano mi historię o tym, jak byłam stalkerką Piotra Adamczyka. A było to tak.

Miałam wówczas lat 17. Piotr Adamczyk miał lat 27 i grał w Teatrze Współczesnym. Były to czasy w miarę rozsądnych cen biletów oraz w miarę rozsądnych rezerw wolnego czasu. Chodziłam więc do teatru, a zwłaszcza do Współczesnego. I chyba tam po raz pierwszy zobaczyłam Jego. Odkąd Go zobaczyłam, moje serce nie mogło zaznać spokoju. Albowiem był PIĘKNY!

Zaczęłam zatem chodzić do Teatru Współczesnego regularnie. Na wszystko. Po kilka razy. Wiedziałam, gdzie aktorzy parkują samochody, wiedziałam, jakim samochodem jeździ On (teraz pamiętam tylko tyle, że był czerwony, ale wtedy znałam i markę i rejestrację nawet). Stałam zatem u wylotu przyteatralnej uliczki i czekałam, aby ujrzeć tenże samochód odjeżdżający spod teatru po przedstawieniu. Któregoś wieczoru w przypływie jowialności rzuciłam grubym basem do mamy (bo była wtedy ze mną) „Ha! A co powiesz na to - zrobię Rejtana i rzucę się Adamczykowi na maskę!”. Niestetyż, rzeczony przedmiot mojego uwielbienia właśnie wyjeżdżał z rzeczonej uliczki, a szyby samochodu miał nieszczęśliwie opuszczone i przez te właśnie szyby rzucił mi spojrzenie pełne... ja nie wiem czego, może niech on sam wyjaśni, ale w każdym razie nie było to spojrzenie zapraszające. Nie wyszedł też z samochodu i nie poprosił mnie o rękę. Od tej pory nastąpiło między nami kilka takich spotkań ocznych (On wyjeżdżał z parkingu po przedstawieniu, ja stałam wiernie u wylotu uliczki) i miałam nadzieję, że Piękny Piotr jednak w końcu się we mnie zakocha. Nie nastąpiło to nigdy. Nie wiem czemu. Byłam wszakże młoda i pełna oddania.

Nastąpiła natomiast pewnego razu sytuacja taka. Było „Tango” Mrożka, w którym Piotr Adamczyk grał Artura. Było to moje trzecie „Tango” we Współczesnym z kolei, a siedziałam oczywiście w pierwszym rzędzie. I w trakcie przedstawienia, gdy Artur zrywał grającym w karty domownikom obrus ze stołu, jedna z kart do gry spadła na moje omdlewające z podziwu kolana. Przejęta ujęłam ją w dłonie nabożnie, gdyż karta ta była tam, gdzie był ON. Postanowiłam jednak nie być psychopatką (no nie?) i oddać kartę, miast wszyć ją sobie w bieliznę w okolicach serca i nosić zawsze przy sobie. W antrakcie udałam się zatem do pana woźnego i poważnie wyjaśniłam, że oto zwracam kartę, która przypadkowo znalazła się w moich rękach. Pan Woźny zaś uśmiechnął się do mnie szeroko i powiedział: „Bardzo dziękuję! Gdyż gdyby ta karta się zagubiła i nie odnalazła, to następne przedstawienie nie mogłoby się odbyć, nieprawdaż?”.