12 lip 2015

O leśnych narodzinach Dziobalindy

Wybraliśmy się wczoraj na wycieczkę rowerową do Powsina. Uwielbiam Powsin - jestem, jak wiadomo, miłośniczką czasów przeszłych, a Powsin dzieli ze mną tę miłość. Zatrzymał się gdzieś w połowie lat 80. i tkwi tak, ze swymi drewnianymi domkami, z klubokawiarnią, z bukinistami i starszymi panami grającymi w szachy. Oczywiście współczesność dotarła do Powsina w postaci placu zabaw z dmuchanym zamkiem i kulkami oraz lodów Magnum i kawy z ekspresu. Ale nie jest nachalna. Przycupnęła sobie wśród drzew i wpasowała w klimat - spokojnego, cichego, ukrytego w sercu lasu wehikułu czasu.

W drodze do Powsina Dziobalinda wyjawiła nam niesamowity sekret. Powiedziała, że ona narodziła się właśnie tam - w Powsinie. Dawno temu, zanim trafiły do mojego brzucha, a nawet wcześniej, zanim trafiły do serca Boga, ona i Giganna były wiatrem, który szumiał nad Powsinem. Były duchami leśnymi, które unosiły się w powietrzu. I to one wybrały, że przyjdą na ziemię - do nas. Uznały, że to my będziemy dla nich najlepszymi rodzicami, że będziemy dla nich odpowiedni. I wtedy dopiero trafiły do serca Boga, a potem - do nas.

Trochę się tego domyślałam.

Podziękowaliśmy naszym córkom za to, że wybrały właśnie nas, bo uczyniły nas tym samym bardzo szczęśliwymi ludźmi.

A potem pojechaliśmy dalej, do Powsina, zanurzyć się w czułej przeszłości i w zieleni drzew.