28 maj 2015

O rasistowskiej presji Jacka Żakowskiego


Cieszyłam się wczoraj, że polski rząd wydał zezwolenie na przyjęcie do Polski uchodźców z Syrii - syryjskich chrześcijan, którzy muszą uciekać z kraju przed prześladowaniami ze strony ISIS. A już dziś z rana zmroziła mnie wypowiedź Jacka Żakowskiego, który skomentował decyzję rządku tymi sowami:

To dla mnie zapowiedź pogłębiania się państwa religijnego, jeśli można uchodźców segregować ze względu na wyznanie - mówił Żakowski. - Niedługo będzie można segregować pacjentów w szpitalach: chrześcijan operujemy teraz, a niechrześcijan dopiero w przyszłym roku. Byłem zszokowany. Gdyby jeszcze to był rząd ZChN, powiedziałbym, że można było się tego spodziewać. Rząd przestraszył się, co się stanie, jeśli przyjadą do polski muzułmanie. Uległ rasistowskiej presji.

Mam świadomość, że pan Jacek Żakowski nie ma szans przeczytać mojego bloga (nawet, gdyby miał - nie sądzę, żeby chciał i żeby zdanie zwykłej, nawet nie popularnej blogerki, miało dla niego jakiekolwiek znaczenie). Niemniej nie jestem w stanie zmilczeć i muszę się do tej wypowiedzi odnieść, choćby z tego prostego względu, że aktywnie uczestniczyłam w poparciu dla działań Fundacji Estera.

A zatem, krótko i węzłowato, jak mawiał wykładowca ze szkoły mojego taty.

Fundacja Estera utrzymuje kontakt z częścią chrześcijan (300 rodzin) zamieszkujących tereny opanowane przez Państwo Islamskie. Zebrała fundusze i ma kontakty, aby wyciągnąć tych ludzi z Syrii i dać im schronienie w Polsce. Od naszego państwa potrzebowała jednak zezwolenia - rząd wydał zezwolenie na przyjęcie 60 rodzin. Rozumiem, że zdaniem p. Żakowskiego nie powinien wydawać tego zezwolenia, ponieważ dotyczy ono rodzin chrześcijańskich. A zatem argumentując o rzekomej segregacji ze względu na wyznanie de facto p. Żakowski odmawia ludziom prawa do pomocy właśnie ze względu na ich wyznanie. Żelazna logika!

Ale może nie, może ja się mylę. Może p. Żakowski wcale nie odmawia nikomu prawa do pomocy, tylko tak dba o pluralizm i świeckość naszego kraju, że pozwoliłby Fundacji przyjąć chrześcijan pod warunkiem, że przyjmie taką samą ilość muzułmanów. Czyli Fundacja musiałaby rozpocząć prace od nowa, bo nawiązać kontakty w kraju ogarniętym wojną nie jest łatwo, a do tego należałoby zebrać drugie tyle funduszy na przyjęcie takiej samej ilości muzułmanów (wywalić z listy połowę chrześcijan, żeby zamiast nich przyjąć muzułmanów też wszak rasistowsko i nie wypada). Ergo w sytuacji, gdy liczy się każdy dzień, ludzie mają tam czekać bezczynnie i jakoś uniknąć śmierci - albo i nie uniknąć, ich problem - bo my tu mamy na głowie ważniejsze problemy, niż ich życie, mianowicie nasze „czyste ręce” i „szczytne idee”. Ale halo halo, ja przepraszam, czy poświęcanie życia dla idei nie jest aby fanatyzmem? A poświęcanie cudzego życia dla swoich idei? Hmm?

Oczywiście, zgadzam się, brzydko to tak pomagać „tylko swoim”. Co prawda wszyscy w pierwszej kolejności pomagamy tam, gdzie nam najbliżej i gdzie możemy, łatwiej pomóc sąsiadce niż dzieciom z Afryki, łatwiej też chrześcijanom z Polski nawiązać kontakty z chrześcijanami w Syrii niż z muzułmanami w tym samy kraju (choć, co ciekawe, Fundacja Estera poinformowała na swoim profilu, że Stowarzyszenie Europa Przyszłości prowadzące portal euroislam.pl wsparło ją w inicjatywie na rzeczy przyjęcia prześladowanych chrześcijan z Syrii w Polsce - najwyraźniej jeszcze nie wiedzą, że w ten sposób przykładają ręce do szerzenia rasizmu!). No ale chrześcijanie tacy niby chcą być dobrzy, a tu fe, nieładnie, mentalność plemienna.

A wiecie, co ja myślę? Myślę sobie, że dla tych ludzi, których możemy uratować, to naprawdę wszystko jedno, czy to zrobimy „brzydko” czy  „po chrześcijańsku”. Oni się martwią codziennie o życie swoich dzieci i swoje. Nasze dylematy nie mają tu nic do rzeczy. Chodzi tylko i wyłącznie o nich, nie o nas - o tych, których można i trzeba uratować w miarę możliwości. Nie ratować lub zwlekać, żeby zachować „czyste ręce”, żeby było „po europejsku” czy „po chrześcijańsku” czy „po równo”? To jest dopiero obrzydliwość.

Nikt nie broni p. Żakowskiemu ani nikomu innemu zainicjować ruchu na rzecz przyjęcia do Polski rodzin mniejszości muzułmańskich prześladowanych przez ISIS, ani też Fundacja Estera nie nawołuje, żeby tego nie robić. Oni po prostu robią to, co mogą, a ja wsparłam ich tak, jak mogę. Wesprę każdą inicjatywę, która ma na celu chronienie ludzkiego życia i ludzkiej godności - od poczęcia, aż do naturalnej śmierci, bez względu na kolor skóry, płeć, wyznanie, orientację seksualną i narodowość. Ludzie są ważniejsi niż nasze najszczytniejsze choćby idee.  

Chciałabym, żeby Pan to zrozumiał, Panie Redaktorze.  

26 maj 2015

O wyborach i o emigracji

Otóż były w Polsce ostatnio wybory i w tych wyborach został wybrany nowy prezydent. W związku z tym obserwuję w wirtualnym świecie prawdziwe eksplozje temperamentów - jedni wiwatują, tańczą i śpiewają, inni rwą włosy z głosy, zapowiadają emigrację i rozpaczają nad upadkiem kraju i społeczeństwa. Słyszę też historie o znajomych, co zrywają kontakty, oraz o rodzinach, w których brat bratu i matka córce skaczą do gardła z powodu wyborów politycznych.

Innymi słowy - fletus et stridor dentium.

Tymczasem w poniedziałek rano, w firmie, w której pracuję, jak zwykle spotkali się w firmowej kuchence ludzie. Ludzie ci mają przeróżne poglądy i światopoglądy - są wierzący, niewierzący, liberalni, konserwatywni, antysystemowi, lewicowi, prawicowi oraz centrowi. Każdy z nich jakoś głosował lub wcale nie głosował. Nikt wszakże nikogo nie wypytuje, za poły płaszcza nie łapie, nie szarpie w rozpaczy. Niektórzy sami mówią o tym, na kogo głosowali. Rozmowy o polityce pobrzmiewają jednak tonem racjonalnym - kto jak naszych polityków ocenia, czego kto się obawia, na co kto ma nadzieję, z czym się zgadza lub czemu sprzeciwia.

I wiecie co?

I nic się więcej nie dzieje. Nikt nie zerwał z nikim znajomości. Nikt nie rzucił się nikomu do gardła. Nikt nie tańczył na niczyich trupach. Porozmawialiśmy, a potem wybraliśmy sobie jednogłośnie kolegę na prezydenta i sformowaliśmy własny gabinet, a potem rząd. Dostałam fuchę ministra edukacji, więc drżyjcie, bo mam zamiar wprowadzić obowiązkową łacinę już dla sześciolatków!

Po co ja to piszę dzisiaj? Piszę, bo mam świadomość, że na polityce nie znam się tak dobrze, żebym się nie mogła pomylić. Myliłam się już zresztą wiele razy. Ale jestem przekonana,  że nie mylę się, kiedy piszę - kochani, wciąż jesteśmy ludźmi. Polakami. Wszystkim nam (mam nadzieję) leży na sercu dobro naszego kraju, tylko każdy z nas inaczej to dobro postrzega i w inne chce złożyć je ręce. Możemy się różnić, nie zgadzać, możemy uważać nawet, że "ta druga strona" jest ślepa i się myli - ale to nie powód, żebyśmy przestali być dla siebie ludźmi. Znajomymi, przyjaciółmi, krewnymi. Bliźnimi po prostu.

Budujemy dobro naszego kraju nie tylko głosując w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Budujemy je codziennie, dokonując wyborów małych i wcale nie takich trudnych - dbając o bliskich, wykonując dobrze i odpowiedzialnie swoją pracę, angażując się w życie lokalnych społeczności, pomagając sąsiadowi wnieść kanapę albo staruszce przynieść zakupy do domu. Zmiana prezydenta czy rządu jest procesem normalnym w demokracji, natomiast w życiu codziennym każdego z nas zmiana powinna zaczynać się od nas samych.

Co do emigracji zaś, bo jej temat się mocno w internetach przewija - mam prośbę poważną i gorącą. Są na świecie ludzie, którzy naprawdę i pilnie muszą ze swoich krajów emigrować - grozi im bowiem realne niebezpieczeństwo utraty życia. Piszę tu o Syryjczykach, w których kraju od 4 lat toczy się krwawa wojna. W tej wojnie ponad 300 000 ludzi straciło już życie, a miliony ludzi musiało uciekać ze swoich domów. Tych ludzi możemy wesprzeć my, Polacy, dając im u siebie schronienie. Chce ich przyjąć fundacja Estera, która zebrała na ten cel środki i fundusze, a jedyne, czego potrzebuje, to formalnej zgody polskich władz.

Podpiszcie proszę tutaj petycję o ich przyjęcie - oni mają do stracenia wszystko. A my - nie traćmy ducha, nadziei i człowieczeństwa.

6 maj 2015

O rozstaniu z samym sobą


Tak się ułożyło, że z powodu przechodzonego zapalenia zatok przez ostatnie dni byłam w stanie jedynie leżeć i oddychać. Przy czym oddychanie było dla mnie wyzwaniem niczym trening z Ewą Chodakowską - prawie niemożliwe do zrealizowania. 

Nagle więc wokół mnie zrobiło się spokojnie i cicho. Mąż zajął się domem i dziećmi. Dzieci zajęły się sobą. Kot spał jak zwykle. A ja zostałam sama z krwawiącym nosem i myślami. A myśli poprowadziły mnie w kierunku, w którym wcale - jak mi się zdawało - nie zamierzałam wyruszać.

Dotarło do mnie bowiem, jak dziwnie się czuję bez tych wszystkich codziennych czynności, które zaprzątają mi głowę. Bez możliwości wejścia w głębszą interakcję z bliskimi ludźmi. Bez możliwości zajęcia myśli książką lub filmem. Bez możliwości zajęcia rąk pracą. Co mi zostało, gdy nagle nie mogłam wykonać żadnej z rzeczy, które przez całe życie robię? Otóż - przezroczystość. 

Poczułam się nagle bardzo przezroczysta. Nie pusta, bo to by zakładało istnienie pustki w czymś, co jest mną. Ja tymczasem poczułam, że to, co jest mną -  to nijak nie umie nabrać sensu samo z siebie. To coś, co nazywam mną, to jest dopiero jakaś przestrzeń do zagospodarowania. Jakaś możliwość. Nic tak naprawdę pewnego. A już na pewno nie stałego. 

Przez moment bardzo mnie to przygnębiło. Po co się żyje, skoro się nie jest „czymś”, co by samo z siebie mogło swoje istnienie uzasadnić? Po chodzić po ziemi, gdy się nie jest w stanie odcisnąć na jej powierzchni trwałego śladu? Bo przecież nawet o największych pamięć w końcu przygasa. Tym bardziej zaś o mnie. Takiej przezroczystej. 

I wtedy przyszło do mnie Słowo. Ono do mnie przychodzi w konkretnym kontekście, ale wiem, że tak samo przychodzi i w innych religiach, innych kulturach. I mówi zawsze to samo: „Kto zbytnio ceni swe życie, ten je straci. Kto nie ceni swego życia na tym świecie, ten zachowa je dla wieczności.” (Jana 12, 25). Uderzyło mnie nagle z całą mocą  -  czy skoro jestem tylko przestrzenią, możliwością, jest sens przywiązywać się do samej siebie tak bardzo? Martwić się, czym w zasadzie jestem i co po mnie zostanie? Czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Przecież nie ma. 

A dalej już wiedziałam - jedyne, co ma znaczenie, to sposób, w jaki tę przestrzeń - mnie - wykorzystam. Czym ją zapełnię i co z niej przekażę innym ludziom. Bo człowiek w pełni realizuje się dopiero w relacji. Gdy stara się tylko sam o siebie - nalewa wszakże z pustego w próżne. Ale w relacji z drugim człowiekiem tworzy to, co jako jedyne ma sens na tym świecie. Miłość. Tylko miłość, ta miłość, która się rodzi, gdy dajemy raczej niż bierzemy, tylko ona prawdziwie nas napełnia, a jednocześnie uwalnia od nadmiernej troski o swój ciężar gatunkowy, o swoje znaczenie. 

Miłość w rozumieniu chrześcijańskim nie jest uczuciem, lecz postawą. To  agape”, a nie „eros”. W tym sensie miłość jest czymś prostszym i łatwiejszym do osiągnięcia, niż nam się wydaje. Akt miłości to akt uwagi skierowanej na drugiego człowieka. To uszanowanie go i - o ile to możliwe - wsparcie. To każdy najmniejszy gest dobroci. 

Jakiś czas temu przeczytałam w książce relację weterana wojennego, który przeżył doświadczenie śmierci klinicznej i w jego trakcie „dowiedział się”, które z jego uczynków były uczynkami dobrymi, a które złymi. A dowiedział się między innymi o tym, co dobrze zrobił  - raz w trakcie wojny towarzyszył dwóm umierającym żołnierzom, Anglikowi i Niemcowi, którzy chwilę wcześniej strzelali do siebie. Anglik poprosił go o papierosa, a on tę prośbę spełnił. Odpalił Anglikowi papierosa, a ten zaraz poprosił o drugiego - dla umierającego Niemca. Odpalił więc papierosa i dla Niemca, ale ze świadomością, że robi to tylko na prośbę Anglika - sam wolałby raczej Niemcowi poderżnąć gardło.

Taki to był dobry uczynek - mierzony nie emocją czyniącego, ale tego, który z czynu skorzystał. Tak w każdym razie odczytuję tę opowieść. 

I myślę sobie - bez względu na to, czy ktoś wierzy w Boga, czy w opowiadania ludzi, którzy doświadczyli śmierci klinicznej, czy w nic z tych rzeczy – to po prostu jest prawda. Aktem miłości może być każdy najmniejszy gest, który wykonujemy raczej ze względu na kogoś, niż na siebie samego. Nawet, jeśli nam to daje poczucie spełnienia – niechaj to będzie bonus, pozytywny skutek uboczny, a nie cel sam w sobie. 

I nie ma co się martwić, że się nie wynalazło ważnego lekarstwa i nie założyło żadnej fundacji. Liczy się nawet drobny gest. Paradoksalnie, zamartwianie się tym, że się „robi wciąż za mało”, też jest nadmiernym przywiązaniem do samego siebie. Nie na darmo jest powiedziane „Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa (Mateusza 6, 1-6). Bo to naprawdę nie chodzi o mnie, kiedy daję, i o to, jaki „wynik osiągnę” - chodzi tylko o dobro tego obdarowanego. 

Gdy się przestaję skupiać na sobie samej, na swoich „wynikach” i  „osiągnięciach”, wtedy dopiero doświadczam prawdziwej wolności. I nieważne jest wtedy, czy ktoś kiedyś zrobi coś dla mnie, czy „odda mi”, czy zostanę doceniona – to wszystko traci znaczenie. Liczy się tylko ten drugi człowiek. Liczy się tylko akt miłości. Nie być nadmiernie przywiązanym do siebie, rozstać się z samym sobą – to jest dopiero uwolnienie i otwarcie się na radość płynącą z bycia tu, teraz i dla innych, nie tylko dla siebie. 

A jak się z samym sobą rozstać? To jest zadanie trudne i na całe życie. Ale jestem przekonana, że warto. I w tę właśnie podróż mam zamiar wyruszyć.