28 paź 2013

Już za tydzień!

No dobra, biorę się w garść! Co się będę mazać. Za oknem pięknie. W domu dwie świetne dziewczynki, jeden wspaniały facet oraz jeden grubawy kocur. W pracy ekipa dziewcząt tak przecudnej urody (i nie tylko  tej, co to się ją w lustrze ogląda), że aż się chce do firmy przychodzić z chenciom i radościom. I wokół mnie tylu wspaniałych ludzi. I dwie bardzo mądre, inspirujące i wspaniałe babki udało mi się w końcu spotkać osobiście i herbatę na Saskiej Kępie wypić z nimi. I pasztet z czerwonej soczewicy też wyszedł. No to co się będę martwić, jak tyle powodów do radości jest.

A, a kolejny powód jest taki, że już za tydzień premiera VULCANO!

                                                + + + /\ + + +


23 paź 2013

Bessa


Ach, jak bardzo chciałabym czasem przestać być sobą. Wydaje mi się, że gdybym nie była sobą, żyłabym jakoś mądrzej, lepiej, łatwiej. Bycie mną mnie wykańcza czasami.

A jednocześnie bardzo boję się stracić to, co - jak mi się zdaje - jest mną. Choć wcale nie mam pewności, czy sama siebie dobrze definiuję. Bo przecież "ja" to może być coś zupełnie innego, niż mi się zdaje, że jest.

"Prawdziwą wartość człowieka poznaje się przede wszystkim po tym, w jakim stopniu zdołał wyzwolić się od samego siebie" - powiedział Albert Einstein.



Tymczasem u mnie jednak notowania niskie i nadal lecą na łeb na szyję - w dół.


20 paź 2013

Rozmowy rowerowe

Pojechałyśmy wczoraj z Dziobalindą popływać. Na basen pojechałyśmy. Na rowerze miejskim, rzecz jasna. I jadąc na tym rowerze próbowałyśmy rozmawiać sobie, mimo niesprzyjających konwersacji warunków i okoliczności przyrody.

Jedziemy więc i w pewnym momencie słyszę, jak moja pięcioletnia córka mówi do mnie:
- Mamo. Ja chcę ci powiedzieć coś ważnego dla mnie. Ale coś kiepsko wychodzi mi ta rozmowa. Bo te samochody tak hałasują i ja przez to nie wiem, o co mi chodzi.


14 paź 2013

Tytułu nie będzie

Już byłam w ogródku, już witałam się z Brommbą...

No dobra, to Brommba była w moim ogródku i prawie, prawie już wychodziłam, żeby się z nią spotkać na jakiejś miłej kawie, gdy zastanowiło mnie, że Małżonek, który miał właśnie przejąć opiekę nad dziećmi, nie jest w stanie wstać z kanapy. "Idź, idź..." mówi, ale jakoś tak słabo. I jakoś tak wcale się nie rusza, żeby te dzieci przejąć. Przybliżyłam się więc czujnie i poczułam, że gorąco odeń bucha ogromne. Pufff, jak gorąco! Ruszyłam więc powoli, jak żółw ociężale, po termometr. Bo już przeczuwałam, co nas czeka, już pisałam w myślach wiadomość z przeprosinami i informacją, że jednak nie dotrę na tę kawę. No i nie dotarłam. Gdyż albowiem Małżonek nabawił się anginy.

No to co ja będę jeszcze pisać dalej. Szarpnęłam wagony i ciągnę z mozołem... i pewnie dojadę w końcu, gdzie miałam dojechać, ale z tydzień mi to zajmie przypuszczalnie. I obym dojechała bez żadnej katastrofy kolejowej.

9 paź 2013

Sukcesy fizyczne!

No niestety, nie, nie chodzi mi o Nagrodę Nobla za bozon Higgsa, bo na temat bozonów to ja wiem tyle, o.

Chwalić się będę za to. Gdyż albowiem:
- Giganna zaczęła stawiać pierwsze samodzielne kroki!
- Dziobalinda zaczęła uczęszcząć na zajęcia z judo, ktorymi jest zachwycona!
- ja zaczęłam ćwiczyć! ( i nie, nie do konkursu, kto szybciej wciągnie spaghetti albo kto zje więcej popcornu oglądając filmy z Jennifer Aniston, jak również nie do konkursu wiedzy o Friendsach, chociaż to akurat powinnam, bo konkurs ma się odbyć rzeczywiście - ćwiczyć zaczęłam w sensie ćwiczeń fizycznych, co to ich nie wykonywałam nigdy w życiu do tego stopnia, że nawet na lekcjach WF wszystkie nauczycielki po kolei odpuszczały mnie sobie jako przypadek nie rokujący żadnych nadziei).

I myślę sobie, że och! dumna jestem z nas.

4 paź 2013

Open-minded... ?

Jeszcze niedawno byłam pewna, że moim obowiązkiem intelektualnym jest otwierać sobie głowę na każde odmienne zdanie i każdą odmienną opinię.

Teraz zaczynam podejrzewać, że zbyt szerokie otwarcie głowy skutkuje wypadnięciem mózgu na podłogę.

3 paź 2013

OMG, jaki prezent!

No bo naprawdę, przychodzę dziś do pracy i na biurku zastaję PREZENT. Dla mnie! I to jaki! Ręcznie wykonaną, spersonalizowaną podstawkę pod kubek. I nie wiem, co mnie bardziej cieszy, czy to, że tak pięknie zrobiona, czy to, że tak dobrze spersonalizowana, no bo sami zobaczcie:


Prezent dostałam oczywiście od Naszej Utalentowanej Izy, od której Dziobalinda dostała pudełeczko na skarby. Jeśli chcecie zobaczyć, jak powstawał, zajrzyjcie na jej stronę.

IZUŚ! DZIĘKUJĘ! :* :* :*

2 paź 2013

Squill state of mind

Potrzebuję przemeblowania. Koniecznie. A skoro w domu przemeblowania robimy w zasadzie nieustannie, to muszę je przeprowadzić gdzie indziej. W głowie mianowicie. Własnej, rodzonej głowie.

(A swoją drogą, czy wiecie, że w starogreckim języku istnieje słowo oznaczające człowieka z głową w kształcie morskiej cebuli? O ile dobrze pamiętam, to jest - jak zwykle w takich wypadkach - słowo autorstwa Arystofanesa i zostało stworzone specjalnie na opisanie Peryklesa. Ale nie chce mi się teraz grzebać w słowniku i sprawdzać, więc jeśli się mylę, to niechaj mnie Lis albo J. poprawią. Albo inny filolog klasyczny, jeśli jeszcze jakiś się tutaj zabłąkał).

Nie wiem jeszcze, na czym to przemeblowanie ma polegać, poza tym jednym, że w fazie remontu na pewno bardziej mam zamiar się skupiać na peelingach cukrowych i maseczkach do twarzy, a mniej na toczeniu „ważnych dyskusji”, od których moja głowa chyba już kształt morskiej cebuli przybrała, a jej zawartość ma konsystencję nóżek w galarecie. Akurat na tyle może mi się teraz przydać, żeby się zająć peelingami cukrowymi.

Poza tym zdecydowanie muszę w końcu nabyć umiejętność mówienia sobie samej takich prostych słów jak „chcę”, „ nie chcę” oraz „tera mnie to wali”.

Zacznę zatem od tego, że chcę peeling cukrowy.

1 paź 2013

Lubię kiedy rowery...

Jeśli za coś szczególnie jestem ostatnio wdzięczna mojemu Miastu, to za rowery. Miejskie rowery. Korzystam z nich ochoczo od początku sezonu i bardzo dobrze mi one robią nie tylko na szybkość przemieszczania się, ale przede wszystkim na samopoczucie (agresywność - jeden!). Bo ja się na rowerze czuję lepiej, niż na nogach. Chociaż żadnym wyczynowcem ani rekordzistką nie jestem.

Dobrze mi więc robią rowery, a i łaskawe są dla mnie bardzo i z Bożego zarządzenia opiekuńcze. Gdyż albowiem z rowerami to ja mam tak.

Wysiadłam sobie ostatnio dwie stacje metra wcześniej, aby odebrać zamówienie z Merlina oraz zanabyć trochę zapasów w Rossmannie (gdyż ponieważ w Rossmannie mleko owsiane jest tanie! - czy mogę zostać copywirterem już?). Pobrałam rower miejski, iżby po zrobieniu zakupów odbyć na nim podróż do domu. Ponieważ jestem matkom i notorycznie nie mam na nic czasu, pobierając rower prowadziłam jednocześnie jakieś telefoniczne ustalenia, których wcześniej ani później na pewno nie dałabym rady przeprowadzić. Zakończywszy rozmowę wrzuciłam telefon do koszyka rowerowego, wraz z torebką. A następnie zaparkowałam rower przed Merlinem, wzięłam torebkę i poszłam odebrać zamówienie. I jakież było moje zdumienie, gdy wyszłam z Merlina i zobaczyłam, że mój telefon nadal spoczywa w koszyku rowerowym! Skąd nikt nie zabrał go chyba tylko dlatego, że zapewne trudno uwierzyć komukolwiek, iż można być tak nieogarniętym, żeby zostawić prawdziwy telefon w rowerze miejskim. No ale. Podziękowałam Panu Bogu za opiekę nad mą głupotą i pojechałam do Rossmanna. Zaparkowałam rower.  Wzięłam telefon! Zrobiłam zakupy. Włożyłam je do koszyka. Po czym jeszcze zdzwoniłam się z mężem, który poprosił mnie o upolowanie jakiegoś mięsa. Pobiegłam więc szybko do mięsnego, gdzie już składając zamówienie zaczęłam się zastanawiać, gdzie u licha są moje zakupy z Rossmanna. No i gdzie były? Oczywiście - w rowerze! Skąd i tym razem nikt ich nie zabrał, ale może tylko dlatego, że niewielu jest amatorów mleka owsianego i kaszki ryżowej o smaku bananowym. Zabrałam więc wszystkie swoje klezmerskie bambetle (ukradłam „klezmerskie bambetle” od Doroty Masłowskiej wieku temu i nadal ich z radością używam) i udałam się do domu, już bez większych przygód.

Dodam do tego, że wciąż zdarza mi się wypożyczyć ze stacji rower miejski, którego wcale tam nie ma. Po prostu wpisuję jakiś inny numer, bo mi się we łbie mięsza, a potem, nie wiem na jakich zasadach, stacja mi go wypożycza, tylko nie wiem, gdzie. Bo nie tam, gdzie jestem. Szukam tego roweru, nie znajduję, oddaję, wypożyczam nowy... A ludzie wokół przyglądają mi się z coraz większą podejrzliwością.

Zimno już, a ja nadal twardo  jeżdżę miejskimi rowerami, mimo, iż najwyraźniej nie mam do tego predyspozycji ( a przecież Warszawa to jest miasto predyspozycji! What’s wrong with me?!). Jeżdżę, bo lubię! Wiele rzeczy w życiu robię, bo lubię, chociaż niekoniecznie się do tego dobrze nadaję. W zasadzie wszystko. Do pisania też nie nadaję się za dobrze, dlatego dziś będzie bez puenty. Bo lubię!