31 sty 2012

Strach

Chyba do wszystkich dotarła informacja o porwaniu półrocznej dziewczynki w Sosnowcu. Matkę idącą z dzieckiem w wózku ktoś ogłuszył, a następnie wyjął dziecko z wózka i uciekł. Poszukiwania trwają, póki co - o ile mi wiadomo - bez rezultatu.

Ze zgrozą czytałam wiadomości na ten temat. W poszukiwaniu informacji, czy „coś już wiadomo”, zaczęłam też przeglądać komentarze. A wśród komentarzy znalazły się też i te okrutne dla rodziców, posądzające ich a to o zaaranżowanie porwania, a to o zbytnią nieostrożność („a czemu o 18.00 szła z dzieckiem  po ulicy? o tej porze to się dzieci już kąpie!”). Co mnie zdumiało, to że te paskudne komentarze, zrzucające winę na rodziców, oburzyły mnie tylko częściowo - z drugiej strony bowiem przyniosły mi poczucie ulgi. Chciałam, żeby tak właśnie było. Że to tylko przedstawienie, że to nieprawda, że to rodzice sami. Albo że można tego było uniknąć, bo przecież „nie wychodzi się z małym dzieckiem o 18.00” (a przecież wiem, że to bzdura). Chciałam wierzyć, że na tym świecie wcale nie zdarzają się takie tragedie, że nikt nikomu nie porywa tak po prostu dziecka z wózka. Czy w to samo chcieli wierzyć ludzie, piszący te komentarze? Podejrzewam, że tak.

I w ten sposób odkryłam swoją prywatną „Amerykę”. Że my, ludzie, uciekamy przed złem dotykającym innych, bo boimy się po prostu, boimy się sami o siebie. Twierdzimy, że ofiary gwałtu „prowokowały”, że wszyscy bezrobotni ludzie to „lenie, którym się nie chce pracować”, że ludzie uwikłani w życiowe dramaty „sami są sobie winni”.

Chcemy ten świat zracjonalizować, okiełznać, chcemy znać przyczynę wszystkiego, remedium na wszystko. Chcemy zło wykorzenić w zarodku lub zepchnąć je na margines, gdzie nie będziemy go widzieć, nie będziemy o nim myśleć. Nie będziemy musieli się go bać.  Chcemy mieć gwarancję bezpieczeństwa. Chcemy wierzyć, że my sami uchronimy się przed złem, bo przecież my „jesteśmy inni”. Tylko, że to wszystko nieprawda.

My, których dotyka zło, jesteśmy tacy sami jak my, którzy przed tym złem uciekamy. Nie ma żadnej gwarancji. Każdego z nas może dotknąć, dotyka zło. Mimo to podejmujemy te fatalne próby ucieczki „po trupach”, po uczuciach tych, których obarczamy winą za ich własne cierpienie, których odsuwamy od siebie, żeby na to cierpienie nie patrzeć. Żeby się go nie bać.

Ja myślę, że rację miał Anthony De Mello pisząc, iż jedna jest tylko przyczyna zła na tym świecie - i że to jest strach (Szatan) . I że jedno jest tylko źródło dobra na tym świecie - miłość (Bóg).

„Nie bój się, strach zabija wolę” -powiedział mi kiedyś mój mąż. I nie tylko wolę zabija, on redukuje w nas człowieczeństwo. Więc przestać się bać. To właśnie zadanie  stawiam przed sobą samą jako pierwsze.

27 sty 2012

Dzieci

Twoje dzieci nie są twoimi dziećmi;
przychodzą dzięki tobie, ale nie są twoje,
I choć są przy tobie,
nie należą do ciebie.
Możesz dać mieszkanie ich ciałom,
lecz nie ich duszom, gdyż ich dusze przebywają w domu przyszłości, którego ty nie możesz odwiedzić,
nawet w marzeniach.
Nie próbuj ich uczynić podobnymi do siebie,
ich życie nie cofa się,
ani też nie trwa przy dniu wczorajszym.
Ty jesteś łukiem,
który wypuszcza żywe strzały:
twoje dzieci;
Najwyższy Strzelec widzi cel
w drodze do nieskończoności.
On napina ciebie swoją mocą,
aby strzały mogły lecieć długo i szybko.


                                           Kahil Gibron

22 sty 2012

Matko, ti klaieis?*

Jak o mnie powszechnie wiadomo, lubię sobie od czasu do czasu popaść w histerię. Quod erat ad demonstrandum w piątkowej notce prymusowskiej. Takoż na tle mego utraconego prymusowstwa pohisteryzowałam sobie spektakularnie w piątkowy wieczór, jęcząc, skrzypiąc, a w końcu i płacząc w mężowski kołnierz. Otrzymawszy słowa wsparcia i otuchy, a następnie opierdziel, że twardym trzeba być a nie miętkim, doszłam do siebie i odsapnęłam sobie na zydelku w kuchni, a tymczasem z pomocą pośpieszyła mi Dziobalinda. Usadowiła się na moich kolanach, pogłaskała i spytała:
- Czy już Ci lepiej?
- Tak. - zgodnie z prawdą odrzekłam.
- A czemu płakałaś? Czego Ci tata zabronił?


_____
* Teknon, ti klaieis?  gr. Dziecko, czemu płaczesz? zapytała matka płaczącego Achillesa

20 sty 2012

Kompleks prymusa*

Niestety, niestety, odkąd pamiętam, byłam prymuską. Los mnie obdarzył dobra pamięcią i jako takim poczuciem obowiązku, co się przełożyło na świadectwa z czerwonym paskiem, olimpiady przedmiotowe i wejście bez egzaminów na studia. Wszystko to musiało cieszyć moich rodziców i bliskich, dopóki nie wyszło na jaw, że przy wszystkich mych mniej lub bardziej przydatnych uzdolnieniach jestem całkowicie pozbawiona ambicji. O zagraniczne stypendium nie chciałam się starać. Wyjechać zagranicę w ogóle nie chciałam. Nie podjęłam w trakcie studiów żadnej otwierającej wrota kariery pracy. Zadowalałam się zawsze tym, co mam, i tym, co mi zapewniało poczucie bezpieczeństwa. Bo ryzyko to ja jestem skłonna podejmować tylko w sprawach sercowych - o, tu się naryzykowałam i ryzykuję dalej, ale tego akurat nie żałuję. Jak do tej pory wychodzę na tym dobrze.
Tymczasem jednak rok 2012 niesie w sobie zapowiedź trzydziestych urodzin, a ja już od dawna nie jestem prymuską. Nie robię kariery, nie zarabiam dużych pieniędzy. Prawdę mówiąc, ledwo ogarniam moją i tak mało skomplikowaną rzeczywistość. Za sukces poczytuję sobie, jeśli mi się uda jednego dnia zamknąć jakieś zadanie w pracy, zrobić pranie i kolację oraz przeczytać Dziobalindzie rozdział "Nieumiałka". Jednak prasowanie nie jest zrobione. Jednak mieszkanie wciąż nie jest do końca urządzone. Jednak sylwetka nadal nie jest taka, jak powinna. Jednak pensja nadal nie należy do wysokich, a wykonywana praca - do prestiżowych. I co? I oto zaczynam z tego powodu czuć się niezwykle winna. Bo przecież miałam być prymuską, miałam cieszyć swych rodziców i bliskich. Miałam osiągać sukcesy.
Ilekroć ktoś bliski, z dobrego serca przecież, pragnie mnie zmotywować do zmiany, do działania (bo nie jestem już młoda, bo czas na karierę się kończy, bo łatwo przegapić swoją szansę, bo stać mnie na więcej, bo mogłabym schudnąć, bo mogłabym lepiej wykorzystywać czas z dzieckiem etc.), zachłystuję się nieprzytomnie gorzkim koktajlem histerii, poczucia winy i chęci ucieczki. Nie chcę osiągać sukcesów, chcę mieć po prostu spokój. Dręczy mnie jednak przeczucie, że ten sukces jest niezbędny do tego, żebym mogła cieszyć mych bliskich. Że bez tego sukcesu jestem nikim. Bo w końcu zawsze byłam prymuską. A teraz, czy jestem kimkolwiek? A jeśli tak, to kim?

* UWAGA! Wpis powstał pod naporem nagłego ataku histerii. Przeczytanie w całości grozi zanudzeniem na śmierć.

17 sty 2012

Trochę nerwowi

"W przypisie do wspomnień Aleksandra Fredry "Trzy po trzy" podano, że na przełomie wieków XVIII i XIX w Galicji władze austriackie ściągały z Żydów polskich podatek, zwany koszerno-świecowym. Nazwa specjalnego urzędu powołanego do tego celu brzmiała: K.K. KOSCHERFLEISCHVERZEHRUNGSUNDLICHTERZUNDUNGSAUFSCGLAGSGEFFADMINISTRATION.  Uff. Co tu się dziwić, że Żydzi, a także Polacy, byli w owym czasie trochę nerwowi".

Tadeusz Konwicki, Zorze wieczorne

16 sty 2012

Nowa stara droga

Synafia: Dziobalindo, a podobał Ci się ślub?
Dziobalinda: Tak!
Synafia: A co Ci się najbardziej podobało?
Dziobalinda: Ty! i Ty, tato!

Najwyraźniej w oczach naszego drogiego dziecka wyglądaliśmy ładnie, choć nie pierwszej świeżości młodą parą byliśmy w tę sobotę. Co się potem okazała być prawosławnym Nowym Rokiem, a dla nas - potwierdzeniem wyborów, których dokonywaliśmy przez kilka ostatnich lat. Ponieważ wybraliśmy drogę z Panem Bogiem, świadomie i otwarcie, teraz, kiedy już cała rodzina należy do Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, przyszedł czas na kolejny krok - ślub kościelny. I zrobiliśmy ten krok, w prawosławny Nowy Rok (nie mogłam się powstrzymać od częstochowskiego rymu).
A że ten krok, tak ważny dla nas, tak niesamowicie poruszający dla mnie, nie byłby się odbył bez wsparcia i pomocy wielu bliskich osób, chcę złożyć oficjalne podziękowanie:
Mamie, Siostrze i Teściowej- za wsparcie, bycie z nami, nawet, jeśli nasze wybory nie do końca zgadzają się z ich wyborami, a także pomoc w organizacji i ogarnięciu całości „imprezy”.
P. i S. - za świadkowanie nam i bycie z nami, za pomoc i wsparcie. Dodatkowo P. za pożyczenie części stroju ślubnego, za Bridget Jones, pirogi z soczewicą i za to, że świadkuje na wszystkich naszych ślubach.
A., B. i I. - za to, że są ze mną od ponad 15 lat na wszystkich kolejnych etapach, dodatkowo A. - za to, że użyczyła fotelika, dzięki któremu Dziobalinda bezpiecznie dotarła do kościoła, a B. za piękny śpiew w kościele.
Mamie B. - także za piękny śpiew w kościele.
Tamburynce - za motywację, mobilizację, wsparcie, pomoc w organizacji, pożyczki (z żalem serca muszę jej oddać kolczyki!), oraz za dokumentację zdjęciową.
S., mężowi Tamburynki - za dokumentację zdjęciową.
Sykofancie - za żmudne nocne drukowanie zaproszeń.
Całemu mojemu Działowi - za to, że mnie wspierał i że się stawił na ślubie prawie w komplecie (Rachel, wybaczam!).
I wszystkim, którzy przyszli i byli. Za to, że są.

Dziękuję!

9 sty 2012

Błędy

"Nie trzeba popełniać błędów, ale też nie należy ich unikać."

Tadeusz Konwicki, Zorze Wieczorne

5 sty 2012

Silentium

Balansuję gdzieś na granicy między pragnieniem świata a znużeniem światem. Czuję, jak bodźce stadnie lądują na lądowisku mojej głowy niczym aliancki desant. Upojone powodzeniem misji odpinają spadochrony i wygodnie układają się w miękkich mózgowych zwojach jak w przepastnych fotelach. Moja natura podglądacza (artysta rzekłby - wojerysty!) chce je tam serdecznie ugościć, zaprosić do rozmowy, namówić na zwierzenia. Jednak ta część mnie, która wiecznie ucieka przed jakąkolwiek presją, czuje boleśnie każdy ruch obutej alianckiej nogi wiercącej wygodne dołki w gąbce z szarych komórek.  Każda opowieść roznosi się zbyt głośnym echem w moje znękanej przez nadmiar wrażeń mózgownicy. Budzi się we mnie tęsknota za eremem, wejściem w pustą, cichą przestrzeń, gdzie nawet własne myśli mogłabym pogubić i stracić z oczu. Odpocząć.

4 sty 2012

I czego jeszcze nie ma?

Dramatis Personae: 
Kolega Sz.
Dziobalinda
Synafia

Miejsce:
Przedszkolna szatnia

Kolega Sz. Dziobalinda, Dziobalinda, a ja mam złoto, mam pieniądze!
Dziobalinda: A moja mama nie ma pieniędzy!
Synafia: Eeee?
Na Synafię spada z nieba wielkie kowadło.

He kurtine.

2 sty 2012

2012

Od czegoś zacząć trzeba:



No!