31 sty 2009

Jak zostać poetą


Swojego czasu pasjonowaliśmy się z Tomaszem poezją, zwłaszcza twórczością współczesnych młodych poetów polskich. Ba! Wybraliśmy się nawet na Noc Poetów, gdzie w kilkuosobowej grupie (serdeczne szalom dla starych znajomych z Leszcza) wykonaliśmy liryczny performance – zaprezentowaliśmy gustowne haiku wraz z użyciem rekwizytów:


„Hercules furens
porozrzucał parówki,
o, no to trudno!”

I rzuciliśmy w publiczność prawdziwymi, świeżutkimi parówkami.

Konkursu na wiersz nie wygraliśmy, parówek nie zjedliśmy, mogliśmy się więc poczuć jak prawdziwy artyści – głodni i niedocenieni. Niedosyt jednak pozostał.

Lecz oto nastał dzień szczęśliwy. Dziś, dzięki Irenie, której również serdeczne szalom i stokrotne dzięki, odkryłam sposób na to, jak szybko i bezboleśnie stać się prawdziwym poetą.

Wystarczy wejść tutaj: http://bach.ipipan.waw.pl/~nathell/poeta/

Mi wyszło następująco:

„kotwica

krzyczy
w nieskończoności
bez sensu

zresztą nicość

śpiewa
słyszałem posłańca”


Irena za to odkryła piękną frazę „mętna pleśń mroku zniszczyła życie jak gwiazda”.

Polecam gorąco. Od teraz każdy z nas może poczuć się mroczny, wrażliwy, pełen wyrazu i twórczego żaru. Zróbmy wrażenie na mężu, żonie, współpracownikach, szefach, na Duninie-Wąsowiczu i na Nocy Poetów. Do dzieła!

A że w bardzo poetyczny nastrój wpadłam, to jeszcze na koniec dla Was, moi mili, słynny poemat Danki Filipak (M.Musierowicz, „Szósta klepka”):

Alienacja

Po suchych trupkach iluzyjnych begonii
Szeleszcząc stopami w zgasłych motylach
Idę
Mijając rumowisko moich uczuć
Wdychając bezskutecznie zetlałe zapachy
Przeminionych lat i kwitnień
Żegnaj mi życie, brudna czerni i kałużo,
Tego to już naprawdę za dużo!

30 sty 2009

O różnorodności słów kilka

















Jako córka audiofila - artylerzysty, indoktrynowana i ogłuszana już we wczesnym dzieciństwie, a także jako żona muzyka i dźwiękowca, nie mam po prostu wyboru – z urodzenia, wychowania i z ożenku jestem niezwykle muzykolubna. Toteż w domu, w pracy i gdzie bądź jestem nieustannie podłączona do Last.fm. Kto nie zna tej szacownej witryny, niechaj pozna w te pędy, bo muzyki dobrej jest tam zatrzęsienie.

Oczywiście wszystko, co internetowe, musi mieć też subtelny posmak greckiej agory. A zatem każdy na Last.fm ma swój profil, a w profilu kto chce, może napisać parę ciepłych słów pochwały dla siebie samego. Słucham więc zapamiętale, ale też zwiedzam profile innych użytkowników, znajdując od czasu do czasu różne cudeńka. Dziś urzekła mnie rodaczka, lat 20, wielbicielka Potrishead i Tool. Pisze oto dziewczę o sobie:


„Jestem dość dziwną osobą, która ma bardzo wiele stron swej osobowości ;) na mojej twarzy w 87% widnieje szczery uśmiech :D jestem pogodna, zwariowana, pełna entuzjazmu i energii. Podobno na siłę szukam w ludziach dobra, no i jest w tym baaardzo dużo prawdy. Mimo tej radości życia, która mnie rozrywa na wszystkie strony to jestem bardzo wrażliwą osóbką, którą można łatwo skrzywdzić, chociaż sprawiam wrażenie twardej i pewnej siebie dziewczyny :) Muzyka, którą słucham jest bardzo różnorodna, jest to:: rock, jazz, blues, reggae, underground hip-hop, trip-hop, metal, funky, chillout itd. nie zamykam się w jednym środowisku muzycznym. uwielbiam szukać nowej muzyki, interesujących, świeżych bandów i rozwijać swoją przestrzeń muzyczną :)”

Urzekło mnie już pierwsze zdanie, przywodząc mi na myśl od razu czołówkę „Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym”, w której Joanna Naturalny mówiła z głębokim namysłem: „Dziewczyny... z naszej firmy... są... rożnymi osobami!”


Ale co naprawdę wycisnęło mi łzę z oka, to „Muzyka, którą słucham, jest bardzo różnorodna” (spuśćmy litościwie zasłonę milczenia na „którą słucham”). Przypomniała mi się bowiem moja pierwsza miłość - Sylwester mu było na imię. Ja miałam lat 14 i miałam w sobie ten urok nastolatki ubranej w sweter taty, trzy t-shirty, czerwone glany i wełnianą czapeczkę z pomponem, on zaś miał lat 18 i był perkusistą, no i miał długie włosy, co mnie w owym czasie doprowadzało do spazmów rozkoszy. Gdyśmy się z Sylwestrem poznawali, jedna z pierwszym naszych rozmów dotyczyła gustów muzycznych. Mój wybranek wyrzekł wówczas do mnie poważnie: „Ja lubię różnorodną muzykę – death metal, speed metal, trash metal, heavy metal...”

Jak mawiał mój kolega P.S.U.J. – błogosławiona wielorakość!

29 sty 2009

Spleenie precz!

Bywa w życiu każdego taki dzień, że człowiek wstaje, mówi słoneczku "dzień dobry", a słoneczko na to "Zejdźże mi z oczu, plugawy pomiocie" i tyłkiem się do nas wypnie i chmurą zasłoni. I już cały dzień do kitu. Praca, choć zazwyczaj tylko nudzi, tym razem wykręca wnętrzności na lewą stronę i wiąże w kokardki. W domu góra niepozmywanych garów skolonizowana przez inteligentne istoty żyjące świętuje wynalezienie koła, hubki i krzesiwa, a człowiek siedzi otępiały na zydelku i nie wie, co ma ze sobą począć. Nie cieszy „Moda na sukces” ani komentarze na Onecie. Życie cuchnie.

I wtedy nagle dostajesz od kogoś takie cacko!

Z wielkim podziękowaniem dla Nastki, mej serdecznej przyjaciółki, i z dedykacją dla wszystkich spleenujących, cierpiących na globusa i na zgryzoty. Voila!

28 sty 2009

Prana for everyone!

Wespół z Lucą doszłyśmy do wniosku, że każdego, kto ma czynny mózg (czyli nie tak liczne rzesze w sumie), palpitacje dopadną prędzej czy później. A zatem remedium na palpitacje jest niezbędne, gdyż mózg palpitujący na niewiele zda się, a tylko w rozpacz „czarną jak noc poślubna” (piękne to słowa szacownej patronki) wpędzić się można.

Czasopisma wszelakie, Ukochana Ciocia TVP oraz Zły Stryjek TVN, a także Program 1 Polskiego Radia, wszyscy oni służą nam radą, jak w nowym, pędzącym na łeb na szyję świecie zrelaksować się i odprężyć.

Otóż należy:
  • pić herbatę zieloną, wodę mineralną, napary z ziół zmieszane z miodem, cytryną i kandyzowanymi kumkwatami,
  • spać minimum 8 godzin dziennie, a najlepiej 15,
  • wieczorami wychodzić na długie spacery do lasu, względnie parku, ogródka, oranżerii lub palmiarni,
  • uprawiać pilates, jogę, nordic walking, shopping i petting,
  • czytać Mędrców Wchodu (ale już Ojców Kościoła nie polecam, bo można się niezdrowo rozemocjonować),
  • raz na kwartał wziąć urlop i pojechać na Bali, do Tybetu, Nowej Zelandii lub na Grenlandię, w celu oczyszczenia duchowego.

Wszystkie te praktyki zapewnią waszym mózgom zdrowie, siłę i urodę.

A jeśli jest się młodą matką pracującą , studentem pracującym, doktorantem na UW czy innym normalnym człowiekiem, jeśli się śpi po 3 h dziennie i budzi się rano z gromkim „Agrhhhhhhhhhh” na ustach, jeśli się człowiek notorycznie z niczym nie wyrabia, ziółka wystygły, palmiarnia uwiędła, pilates odwołali, Konfucjusz nie w smak a Nowa Zelandia obrzydła – to co?

To wtedy trzeba wdychać pranę.

A wdycha się najlepiej szwendając się po necie i łowiąc małe radości.

A zatem proszę – kieszonkowy Emo!



A przy okazji, zerknijcie no dziatki w lewo i ujrzyjcie specjalnie dla Was mały dystrybutor prany – klikajcie śmiało play (tylko suwaczkiem trzeba pomajdrować wpierw) i słuchajcie muzyki od synafii w trakcie czytania, gdyż muzyka łagodzi obyczaje. W bliżej nieokreślonej przyszłości mam zamiar dołączyć dystrybutor kawy i croissantów. Prana for everyone!

na dzień dobry rozważania paraliterackie

Mam taki plan, że zostanę znaną felietonistką. Wstawać będę rano, siadać na mym kwiecistym tarasie ubrana w białe kimono, z kubkiem kawy i notebookiem, i smukłymi placami (które na pewno jakoś wówczas nabędę) będę wystukiwać elokwentne felietony dla inspirujących czasopism.
Póki co sama muszę poszukać inspiracji.
„Zwierciadło” w nowym roku pełne jest Nowych Felietonistów. Toż to krynica inspiracji! Gaudeamus igitur i czytajmy.

Na początek Starsza Siostra Śpiewająca. Dowiaduję się oto, że Siostry płyta nie sprzedaje się w Empikach, ale że ona wcale nie chce, żeby się ta płyta sprzedawała, ona chce ćwiczyć w zaciszu domowym jogę. To miło. Ale gdzie ten felieton co miał być? Ja czytam tu bloga Siostry chyba, bo felieton to nie jest.

Zatem Młodsza Siostra Śpiewająca. O lepiej – o ciąży jest. Ciąża modna ostatnio, temat z pierwszych stron gazet, będzie git. Czytam, czytam – że o ciąży pisali na Pudelku, i że Siostra bardzo krzyczała przy porodzie. Tak, też krzyczałam, ba, ryczałam jak stado Hunów przy ataku, więc tu mamy jakieś wspólne doświadczenie. O proszę, nasze dzieci nawet tak samo na imię mają. No a jak ktoś nie krzyczał przy porodzie, ma syna o imieniu Pawełek, albo – co gorsza – w ciąży nigdy nie był? To znów się wynudzi. Znów bloga czytamy, bo felietonu to na pewno nie.

Ale szukajmy dalej. Jest i Znany Aktor, syn Znanego Aktora. Zapowiada się dobrze. Cóż czytam? Ano Znany Aktor gdy słyszy zespół Feel, to ma śmieszne skojarzenia. On zamiast „Pokaż na co Cię stać” słyszy „Pokaż Nacocie stać”. I teraz rozważa, czym jest stać pana Nacota. Jako pięciolatka o żywej wyobraźni zamiast „dokąd tupta nocą jeż” słyszałam „dokąd tu ptanocą jeż” i się zastawiałam, co to za piękny rodzaj nocy, ta ptanoc. To świetne na felieton jest, nie?

Przypomina mi się, jak onegdaj niektórzy pomstowali na Ludwika Stommę, skądinąd jednego z niewielu naprawdę dobrych obecnie felietonistów, że raz na 50 felietonów wspomina o swojej żonie Basi, a to przecież nikogo nie interesuje, bo felieton ma być osobistym spojrzeniem autora na wspólną wszystkim rzeczywistość, a nie pamiętnikiem. Ale to było dawno temu, od tego czasu czytałam w felietonach, że Agnieszka D. (obiecująca młoda autorka jednej książeczki) lubi ketchup, że naprawdę świetna piosenkarka i autorka tekstów spotkała znajomych na ulicy i że spać nie mogła w nocy, że znany reżyser wkurzony jest na swoją byłą żonę Zośkę i to jest temat na comiesięczny felieton, bo przecież wszyscy znamy Zośkę i co to za sucz żeby znanego reżysera tak po prostu zostawić.

No to ja widzę tak. Albo bycie dobrym aktorem/reżyserem/piosenkarką wcale nie czyni automatycznie dobrego felietonisty, albo ja jestem felietonistycznym talentem czekającym tylko na odkrycie.

No to od bloga sobie zacznę zatem.

Dziś na śniadanie jadłam banana. Dziękuję uprzejmie. Oklaski.