29 lis 2015

O Adwencie, sensie życia i o filcowych skarpetach


Odbyłam ostatnio krótką rozmowę z ważną dla mnie osobą, o „ważnych rzeczy robieniu”. Każda z nas ma bowiem poczucie, że robi w swoim życiu za mało, za mało ważnych rzeczy. Oczekujemy od siebie więcej, niż  - w naszym odczuciu – z siebie dajemy. A przecież w koło tylu ludzi, bliskich i mniej bliskich, a czasem i obcych, którzy potrzebują pomocy i wsparcia.  A tu człowiek tak ledwo, ledwo coś z siebie krzesze.

Myślałam dziś o tej rozmowie, szyjąc z kolorowego filcu skarpety świąteczne dla dzieci. Myślałam sobie: „Pffff… skarpety. Oto pierwszy dzień Adwentu, mojego ulubionego czasu w roku. A tu, z powodu grypy, co mnie podstępnie rozłożyła na ostatni tydzień, nawet wieńca adwentowego nie ma jeszcze. Nie pali się pierwsza świeca, jak u innych.  Nie ma też kalendarza adwentowego, co go od paru lat planuję zrobić po raz pierwszy w życiu i również w tym roku – nie zrobiłam. Miałam chociaż z dziećmi porobić ozdoby świąteczne z kolorowego filcu, tymczasem posiedziałyśmy razem godzinkę, a potem dziewczyny rozpierzchły się do swoich spraw, a ja zostałam z tą skarpetą. Krzywą zresztą.”

No lipa, po prostu lipa. 

I tak szyjąc tę skarpetę, przypomniałam sobie dowcip, który mi opowiedział kolega z Ukrainy. Dowcip idzie tak:

Pewien człowiek umarł i stanął przed Panem Bogiem.

Zebrał się więc na odwagę i pyta: Boże, czy mogę Ci zadać jedno pytanie?

-Tak- odpowiedział Bóg – Pytaj, o co chcesz.

-Po co ja żyłem? Jaki był sens mojego życia? – zapytał człowiek.

Na to Bóg odrzekł:

-Pamiętasz, jak raz w życiu byłeś w Petersburgu?

-Tak.

-I pamiętasz, jak poszedłeś do eleganckiej restauracji?

-Tak, pamiętam.

- A czy pamiętasz, że stolik obok siedział taki człowiek, i ten człowiek cię poprosił, żebyś mu podał sól?

-Tak, jak przez mgłę pamiętam, że tak było.

-I pamiętasz, co wtedy zrobiłeś?

-Podałem mu sól.

-No widzisz. I to właśnie było Twoje zadanie na ziemi. To był sens Twojego życia.

Koleżankę ten dowcip zasmucił. „To straszna wizja!” powiedziała. A mnie z kolei ubawił i napełnił poczuciem ulgi. Pomyślałam sobie, że kto wie, może tak właśnie jest? Każdy z nas ma do spełnienia jakieś zadanie na ziemi, ale to zadanie to niekoniecznie jest od razu wynalezienie nowego leku albo zbudowanie szpitala w Afryce. Może to moje, Twoje zadanie jest prostsze, niż nam się wydaje? Może wykonujemy je, nawet nie wiedząc o tym? A cała reszta życia jest dla nas od Pana Boga – w prezencie. Możemy z nim zrobić, co chcemy. Możemy w spokoju zaparzyć sobie herbatę i pomyśleć „Nie zarabiam kupy pieniędzy, nie wyjeżdżam na misję, nie piszę wielkich dzieł literatury – i to jest ok. Bo i mnie, nawet z moimi małymi talentami, tymi niepozornymi, Bóg chce na tej ziemi. ”

Jutro kupię, mam nadzieję, gotowy wieniec adwentowy. Kalendarz w tym roku odpuszczę. Dokończę drugą skarpetę. I obejrzę rekolekcje o. Szustaka, które w tym roku, jak wynika z zapowiedzi, będą o świętości prostego życia, o tym, że Bóg jest z nami w każdej drobnej rzeczy i nie ma dla niego rzeczywistości „nieświętej”. 

Nie musimy być Atlasami.  Róbmy po prostu swoją robotę dobrze i z sercem. I to wystarczy. 

Dobrego Adwentu! 

źródło www.pexels.com



11 lis 2015

O tym, co w środku


Dawno nic nie pisałam i po prawdzie - nie wiem, kiedy i czy w ogóle pisać nadal. Nie mam bowiem nic sensownego do powiedzenia. Dziś w końcu złapałam dzień oddechu i postanowiłam tak po prostu podzielić się z Wami tym, co się dzieje u mnie, w środku. Nawet, jeśli nie jest to nic ważnego ani wiekopomnego. 

Sprawa wygląda tak, że rzeczy się zmieniają i - być może - ja również się zmieniam. Czuję tę zmianę bardziej, niż ją widzę lub rozumiem. Dragonella napisała kiedyś w komentarzu o tym, że zmiany następują co 7 lat.  Może coś w tym jest? Synafia, czyli ta część mnie, którą widzicie w tym, co piszę, ma właśnie 7 lat. Po tych 7 latach zastanawiam się, na ile tożsame są Synafia i Marta, bo tak właśnie mam na imię. Zastanawiam się nad tym właśnie dzięki Dragonelli, która napisała mi o tym, jak postrzega mnie na podstawie tego, co piszę. I był to obraz jaśniejszy i piękniejszy niż ten, który widzę codziennie patrząc w lustro. Czy jest więc Synafia formą oszustwa? Bardzo serio zadaję sobie to pytanie. 

Mam świadomość tego, że pisząc, porządkuję sobie w głowie - robiłam to od zawsze. Tak więc owoc mojego pisania jest uporządkowaną, uspokojoną i przyjemniejszą wersją mnie samej. To jest właśnie Synafia. Wersja eksportowa. 

Tymczasem jednak, w codziennym życiu, wcale nie jestem bardzo uporządkowana i uspokojona. Jestem gadatliwa i głośna. Z tendencją do rubaszności. Mam upodobanie do przekory. I lubię zachowywać się głupawo. Np. ścigać się na krzesłach biurowych po korytarzu. Jestem bardzo podatna na bodźce - zachwyca mnie widok za oknem, robię zdjęcia kwiatków, a muzyka działa na mnie jak środki psychoaktywne. Jednocześnie jestem nadwrażliwa - boli mnie hałas, boli mnie bałagan i bardzo bolą mnie rożne ludzkie błędy i niesprawiedliwości, te, które popełniam ja sama, i te, które popełniają obcy mi ludzie. A kiedy mnie coś za mocno dotyka - potrafię płakać i krzyczeć. I cisnąć czymś w ścianę. Wiem też, że gadam za dużo, myślę za dużo i wszystko za mocno analizuję. Myślenie to często moja ucieczka od czucia. Bo czucie czasami mnie przygniata i przerasta.

Z tym wszystkim próbuję ostatnio się uporać. Próbuję się wyciszyć i znaleźć równowagę między czuciem i myśleniem. Między wrodzonym ekstrawertyzmem i potrzebą bycia tylko ze sobą. Między poczuciem obowiązku i potrzebą odpoczynku. Między tym wszystkim, co stanowi treść życia - i każdy z nas uczy się jakoś to balansować. 

Dla mnie metodą balansowania jest ostatnio bieganie i nauka medytacji chrześcijańskiej. Staram się mniej mówić, a więcej słuchać. Staram się nie działać gwałtownie i przestać się ciągle spieszyć. Nie jem też mięsa od ponad roku i dobrze mi to robi.

Czuję też, że nadszedłw moim życiu czas skupienia się na realnym tu i teraz. Że moi bliscy potrzebują więcej mojej uwagi i zaangażowania - zwłaszcza dzieci, ale i zapracowany mąż, i mama oraz dziadek, mocno przeżywający śmierć babci, i siostra, z którą chyba za mało sobie dajemy zrozumienia, i teściowa, która jest chora i bardzo się o nią boję, i przyjaciele, którzy przeżywają także swoje problemy i chciałabym dać im tyle wsparcia, ile umiem. I jestem jeszcze ja, która też sama od siebie potrzebuję uwagi i troski - codziennej medytacji, dobrego jedzenia, wewnętrznego spokoju. Czasu na dobrą książkę. Wyspania się, żeby głowa dobrze działała, bo nowa praca wymaga ode mnie i kreatywności, i skupienia, i dokładności i wytrzymałości psychicznej.

Dużo tego? Dla mnie dużo. Nie wiem, jak w tym wszystkim odnaleźć się z pisaniem. Nie ukrywam, że bardzo lubię pisać - to dla mnie forma terapii, szukania kontaktu ze światem innym niż mój, porządkowania sobie obrazu rzeczywistości. 

Tylko czy to moje pisanie ma nadal sens? Tego właśnie nie jestem pewna. 

Dlatego wybaczcie mi, jeśli coraz częściej milczę. To nie dlatego, że przestałam lubić ten nasz wspólny blogowy świat, albo że przestało mi nagle zależeć. 

Zwyczajnie – pogubiłam się  trochę w sobie, w środku. W Marcie. A jak już się odnajdę, to nie wiem, co znajdę, i to też mnie trochę niepokoi.

A u Was, wszystko dobrze? Mam nadzieję, że tak!