30 mar 2013

Święta!

Co roku chcemy mieć śnieg na Święta, no i mamy śnieg na Święta!

A poważnie. Dla mnie to najważniejsze Święta w roku. To świętowanie zwycięstwa Życia nad Śmiercią, Miłości nad Złem.

Wielu takich zwycięstw życzę Wam i samej sobie.

Wszystkiego dobrego na Wielkanoc!



Duccio di Buoninsegna  The Three Marys at the Tomb  1308-11


26 mar 2013

Autopromocja

Próbowałam napisać jakiś odpowiednio schludny i skromny wstęp, ale - niestetyż - nie umiem. Za bardzo się zmięszałam wewnętrznie. Gdyż albowiem, niespodziewanie dla samej siebie, udzieliłam wywiadu portalowi sosrodzice.pl, a w dodatku wywiad nawet się ukazał! No więc. Kurczę. No po prostu się pochwalę tym wywiadem i tyle.

Tutaj jest on, ten wywiad. O!

22 mar 2013

Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie



Zima nie odpuszcza. Życie nie odpuszcza. Funkcjonujemy w trybie wysoce awaryjnym. Małżonek w dzień jeździ na zdjęcia lub opiekuje się  Giganną,  noce zaś spędza w studiu na udźwiękawianiu programu. Kiedy śpi? Tego nie wiem. Twierdzi, że czasem udaje mu się złapać godzinę snu.  Lub może to ona, ta giodzina, łapie jego, znienacka, gdzieś w środku nocy na montażu. 

Tymczasem ja opiekuję się dziećmi, pracuję, sprzątam, gotuję, piorę, prasuję, czytam książeczki, kołysanki śpiewuję – wszystko to w poczuciu znajdowania się w grubej warstwie waty szklanej, cuchnącej moim własnym potem, zmęczeniem i lękiem. Tęsknię za moim mężem bardzo i tęsknię za słońcem. I za snem. 

W ramach poprawiania sobie nastroju wybrałam się z dziećmi do biblioteki, po kolejny tomik „Basi” i po jakiejś odpowiednie do sytuacji czytadło dla mnie – coś o kobietach, które nie śpią nocami, bo odprysnął im lakier na paznokciach, a nowy Vogue z prenumeraty miał zagięty róg na stronie 48.  Albo coś o hrabiankach zdradzających platonicznie swoich gburowatych i cudzołożnych mężów, podkochujących się w miejscowym proboszczu, wzdychających romantycznie w altance podczas polerowania sobie paznokci skórką od chleba. 

No ale. Nie było nic o hrabiankach ani o Annie Wintour. Wyszłam więc z biblioteki dzierżąc książkę pt. „Wespazjan. Kat Rzymu”.

Good luck for me!


14 mar 2013

Children of the sun



Jest to być może kwestia wieku – im jestem starsza, tym mniej zazdroszczę innym, że mają talent, którego ja nie mam. Tym bardziej za to cieszę się ich twórczością. Uczę się doświadczać piękna samego w sobie, bez udręczania się przy tym, że ja takiego piękna dać światu nie mogę.

(No, dałam światu Dziobalindę i Gigannę, a one piękne są naprawdę, możecie mi wierzyć na słowo!)

Dziś kolega podzielił się ze mną takim pięknem. Przygotował ilustrację utworu Dead Can Dance „Children of the Sun”. Nie mam niestety opcji udostępnienia na blogu, dlatego kliknijcie po prostu w link, żeby ją obejrzeć. 

Głosować tu się nie głosuje, muzycy sami wybiorą, czy zechcą ten teledysk wykorzystać. Aczkolwiek ja po obejrzeniu wzruszyłam się tak bardzo, że pobiegłam w te pędy na FB do Dead Can Dance i jęłam ich namawiać, żeby wybrali właśnie ten klip.  A Was namawiam, żebyście obejrzeli tak po prostu, dla piękna.

This is an alarm call, so wake up, wake up now.



Jeśli jest kiepsko, mój organizm potrafi wysyłać liczne sygnały. Ciągłe zmęczenie, rozdrażnienie, bóle brzucha i mdłości, napady furii na przemian z napadami rozpaczy. Wszystkie te sygnały znam, obserwuję i potrafię z dużą wprawą ignorować. 

Gdy tymczasem! 

Wczoraj  rano zostawiłam Gigannę z opiekunką, Dziobalindę w przedszkolu, i - przeżuwając w masochistycznym zapamiętaniu resztki dwudniowej kłótni z Małżonkiem - popędziłam do pracy. Ludzie patrzyli się na mnie dziwnie, może dlatego, że noszę góralską wełnianą czapę z pomponami, a może dlatego, że pospiesznym makijażem uczyniłam ze swojej twarzy sztandarowy przykład kubizmu. Czując, że już gorzej być nie może (gdzie tam! zawsze może być gorzej!) wstąpiłam do małego punktu usługowego po ciabattę i kawę. I gdy tak stałam w tym miłym dla oczu pomieszczeniu wielkości mojej kuchni, sam na sam z panią, pieczywem i ekspresem do kawy, usłyszałam coś. Usłyszałam mianowicie, że moje usta zrywają łączność z mózgiem, ogłaszają rokosz i zaczynają mówić bez mojego pozwolenia. A zza zagrody mych zębów wylatują słowa niczym stadko obszarpanych i nieco nietrzeźwych gołębi, tych samych, które tzw. Dziad z Wołomina hodował w podwarszawskiej Zielonce.

I słyszę, że mówię: Bo wie Pani. Bo ja to mam dwoje dzieci, i kota, i pracę, i jeszcze Mąż się ze mną pokłócił i już mnie nie lubi. Więc widzi Pani sama, że co ja z tego życia mam, nic nie mam, proszę Pani, nic. Tylko ta kawa, proszę Pani, ta kawa to jest jedyne, co mam w życiu, więc niech mi Pani da cukier do kawy, bo chyba ten cukier to mi się jeszcze, proszę Pani, należy. Cukier ja poproszę. Więcej cukru. 

Pani zdała ten egzamin śpiewająco. Posłuchała, pokiwała głową współczująco, dała więcej cukru. A ja, z to bułko i z to kawo, pobiegłam do firmy, gdzie natychmiast padłam w pomarańczowe  krzesło na kółkach i wyspowiadałam się koleżance G. Bo mam do G. zaufanie, że jak trzeba będzie, to mi ona bezceremonialnie da w ucho. 

Oooo, bardzo źle z Tobą – zawyrokowała G., a ja wiedziałam, że ma rację. 

Jeśli więc gdzieś na ulicy Grzybowskiej zauważycie kubistyczną ponurą wariatkę w góralskiej czapce z pomponami, która próbuje zacząć do Was coś mówić z obłędem w oczach, nie rozmawiajcie z nią, tylko od razu dajcie jej w ucho!

7 mar 2013

We are on a break.



No i chyba w końcu popsułam. Się. Sama. 

Działam niesprawnie i kolizyjnie. Rzężę i buczę, po kilka razy gasnę przy odpalaniu silnika, spalam za dużo paliwa i szybko muszę zjeżdżać na pobocze, na postój, a i postój niewiele mi daje. Nie do końca to sobie uświadamiałam, ale chyba zatarłam silnik, albo i gumę złapałam gdzieś po drodze. No i co.  

No i ta część mnie, co to zawsze chce być hop do przodu, już w blokach startowych, już szykuje się do rozwiązywania problemu, do szybkiej akcji naprawczej, gdyż albowiem przecież. Nie można stać tak sobie na poboczu i dymić. 

Ale ale, ta kobieta, co ma 30 lat i dwoje dzieci, i cienie pod oczami, i o dziwo jest mną, otóż ta kobieta właśnie usiadła sobie na poboczu, głowę oparła na kolanach i powiedziała – whatever. Się posiedzi. Się pogapi się przed siebie. Nic się robić nie będzie. Tylko czekać, aż samo wszystko wróci do normy.
A ja czuję, że trzeba tej kobiety posłuchać. Że tym razem – niewiarygodne! – to ona ma rację.

Siądę i poczekam. Się naprawi się.

4 mar 2013

The Sun

Czekałam, czekałam, aż się doczekałam. Przyszło słońce i przyszło Słońce!





Cały album wychodzi na jesieni, ale The Sun jest najlepszym dowodem, że warto poczekać. Poczekam zatem, poczekam, aż się doczekam!