29 sty 2013

Czworo ludzi dwie historie

Historia nr 1.

Mój przyjaciel jest w związku ze swoim chłopakiem już prawie 10 lat. W końcu udało im się kupić mieszkanie, wykańczają je i czekają, aż będą mogli w nim razem zamieszkać. Obydwaj pracują. Płacą podatki. Uiszczają wszelkie stosowne składki i opłaty. Owszem, nie będą mieć dzieci - bo nie jest to biologicznie możliwe i oni to przecież wiedzą. Każdy z nich jednak daje z siebie coś innego - swoim bliskim, przyjaciołom, ba, nawet tzw. społeczeństwu.


Historia nr 2.

Moja znajoma jest w związku ze swoim chłopakiem ponad 10 lat. Mają dwoje dzieci. Dwa mieszkania. Dwie wysokie pensje. Zatrudnioną na stałe nianię, którą po odchowaniu dzieci planują zatrzymać jako gosposię. Nie mają ślubu. Znajoma mówi, że jej się to nie opłaca - teraz startuje do przedszkola jako samotna matka i ma dzięki temu pierwszeństwo przed innymi. Ponadto rozlicza się z fiskusem jako samotna matka, co daje jej fajne, bardzo duże zwroty podatku. Znajoma nie planuje więc ślubu, bo jej się to finansowo nie opłaca. 


Jestem chrześcijanką. Wiem, że Królestwo jest nie z tego świata i że na tym świecie nie uda nam się nigdy zrealizować idealnej sprawiedliwości, idealnej równości, idealnego społeczeństwa. Nie krzyczę więc, żeby siłą zmuszać kogokolwiek do zmiany. Wierzę bardzo w to, że świat się zmienia od dołu - zmieniając samego siebie. O tym przecież mówi Dekalog, o tym mówił Chrystus.

A jednak gdy myślę o toczących się w naszym kraju "debatach" i staje mi w myślach mój przyjaciel, a zaraz potem moja znajoma, to czuję się bezsilna i bezradna.  I nie mam siły na żadne słowa. Moja słowa są puste zupełnie. Jałowe.

22 sty 2013

Zagadka

Dziobalinda bierze udział w przedszkolnym przedstawieniu "Na straganie w dzień targowy". Ponieważ nie ma oddzielnej roli, mówi tekst w chórku z całą grupą, panie poprosiły, aby zrobić jej kostium warzywa, które nie występuje w wierszu.

Zrobiłam kostium. Zielony cały. Jak myślicie, jakim warzywem jest Dziobalinda?

20 sty 2013

Strategia przetrwania



Pokomplikowały się sprawy. Plan opieki nad Giganną – nie wiem, czy uległ tylko zawieszeniu, czy całkowitej dekonstrukcji. Dziobalinda rozchorowała się zaś poważnie akurat w przeddzień wyjazdu Małżonka na zdjęcia do Krakowa. Utknęłam więc w domu sama z córkami, z których jedna z powodu wysokiej gorączki lała się przez ręce i wymiotowała wszystkim, co próbowała zjeść, a druga wrzeszczała niczym  obdzierana ze skóry za każdym razem, gdy musiałam ją na chwilę odłożyć i pozbawić tym samym ulubionych objęć matczynych. Do sklepu po zakupy wyjść nie można było. Ze śmieciami wyjść nie można było. Odpocząć choć na chwilę nie można było. I do pomocy też nikogo nie było.  No ciężko było.  

Mózg działał tylko w trybie awaryjnym. Przyjęłam jeden cel – przeżyć do powrotu M. Cel ten udało mi się osiągnąć z dobrym rezultatem. Przeżyłyśmy wszystkie trzy, a w międzyczasie Dziobalinda ozdrowiała i zaczęła wykazywać oznaki znudzenia siedzeniem w domu. Niby więc łatwiej się zrobiło, a jednak jakoś trudniej. Zajmowanie się dziećmi skutecznie przesłoniło mi inne zmartwienia, tłoczące się na horyzoncie.  I to byłby nawet plus tej całej sytuacji. 

Tymczasem wrócił Małżonek i przejął swą część obowiązków domowo-rodzicielskich, co pozwoliło mi odetchnąć na tyle, aby odkryć w sobie nie tylko truchło umęczonego mózgu, lecz także przyczajone obawy i lęki oraz tradycyjną już sezonową chandrę. Tak się to bowiem układa od 4 lat, odkąd w zimny lutowy wieczór mój tata usiadł do komputera w swym domu pod Piłą i umarł na zawał, że początki roku są dla mnie trudne.  Sprawy zazwyczaj się komplikują, tak jakby chciały upamiętnić tamten zły wieczór, tamten ciężki czas. A ja, nie wiem, czy z powodu upływającego czasu, czy z powodu urodzenia dzieci i zespolenia się tym samym mocno z biologią własną i cyklem natury, tracę w okresie od stycznia do kwietnia siły witalne i popadam w jakiś sen zimowy. Czekam do wiosny w nadziei, że będzie łatwiej. Że coś się ułoży, lub ja ułożę się sama ze sobą, a najlepiej – i jedno i drugie. 

Instynktownie wdrażam strategię przetrwania. Wyrywam codzienności małe kęsy tylko dla siebie. Dziesięć minut na poranną kawę i gazetę. Dziesięć minut na wieczorną kąpiel z książką. Dziesięć minut na kilka ulubionych piosenek.  Jakieś znajome zapachy, smaki, faktury – po kawałeczku, ukradkiem, kiedy tylko się da. 

A teraz leżę na macie edukacyjnej obok Giganny i tak jak ona bawię się swoimi stopami i wpatruję w listki nad moją głową – to chyba fikus? I pozwalam sobie nie mieć ani siły, ani ochoty na mierzenie się z rzeczywistością. Poczekam.

14 sty 2013

Zmiany

Kiedy ponad 4 lata temu po raz pierwszy zostawiałam półroczną Dziobalindę pod opieką teściowej, martwiłam się bardzo - jak poradzi sobie moje dziecko bez mamy i taty? Czy będzie to dla niej trauma? Czy będzie płakać? Czy będzie tęsknić bardzo?

Dziś, gdy zostawiłam ponad półroczną Gigannę po raz pierwszy pod opieką tej samej teściowej, martwię się bardzo - jak poradzi sobie teściowa z Giganną? Czy zniesie te huśtawki nastrojów? Czy Giganna oszczędzi babcię, czy na nią też będzie krzyczeć po niemiecku? Czy po takim dniu teściowa nie będzie potrzebować półrocznej kuracji w sanatorium, gdzieś daleko stąd, w Ułan Ude?

Ot, zmiany.

10 sty 2013

Za oknem



Mieszkam w Wysokiej Wieży, na dziesiątym piętrze.

Gdy wychodzę na balkon, bo prawej stronie widzę strzeliste centrum Warszawy, po lewej zaś piękną, płaską linię horyzontu, z lasem i widokiem na pozawarszawskie inne światy. Kiedy zaś siedzę w pokoju dziewczyn i lulam do snu Gigannę, za oknem widzę tylko niebo. Czasem chmurę na nim, czasem przelatującego ptaka. Uwielbiam ten widok, bo za każdym razem jest czymś innym. W taki dzień jak dziś, szary, dżdżysty, jest widokiem nadmorskim – prawie słyszę szum morza za oknem i czuję jego zapach. W inne dni domyślam się za oknem jakiegoś pasma górskiego, albo ciepłej łąki, albo sadu z ukrytym wśród drzew dworkiem szlacheckim. Wszystko tam może być, za moim oknem, kiedy tak patrzę i widzę tylko niebo – niebo, co przecież tak samo pochyla się nad każdym skrawkiem ziemi i każdym człowiekiem.  I mimo, że ten ogrom możliwości istnieje tylko w mojej głowie, zawsze sprawia mi ogromną frajdę.


Czasem mniej znaczy więcej.

8 sty 2013

Szczerość godna pochwały

Synafia: Dziobalindo, co tam robisz za szafką?
Dziobalinda: Nie chcę ci tego powiedzieć. Bo jak to zobaczysz, to będziesz zła.

(Gratulowałabym sobie, gdybym była w stanie wydukać z siebie taką odpowiedź kiedyś, komuś!)

7 sty 2013

2013

Wróciłam do pracy.

Czas przyspieszył - a może tylko nabrał znowu zwykłego tempa? Przez ostatnie 9 miesięcy tkwiłam schowana w trzewiach swego domu niczym w łonie matki. Urodziłam i pielęgnowałam Gigannę, ale też - czego się nie spodziewałam - samą siebie. Zwolniwszy do minimalnych obrotów, poczułam znowu kontakt z samą sobą. Przypomniałam sobie, co lubię i o co mi w życiu chodzi. Odkryłam na powrót radość z pisania. Złapałam w końcu połączenie z własnym ciałem. Oczyściłam ze zbędnych złogów zbolałą głowę. Wypączkowałam nowe projekty i plany.

I tak odnowiona, rzuciłam się znowu w wir życia „na pełnych obrotach”. Jeśli czegoś nowego nauczyłam się w międzyczasie, to tego, że stresuje mnie nie tyle to, co muszę robić, co tempo, w jakim to robię. Pośpiech. Pośpiech sprawia, że napinam się jak struna, staję się nerwowa, tracę kontakt z otoczeniem - skupiona tylko na jak najszybszym dotarciu do celu. Nie spieszyć się zatem. Tylko jak to zrobić? Kiedy żonglujemy z Małżonkiem naszymi obowiązkami zawodowymi i dwójką dzieci (dzielimy się pół na pół obecnie, gdyż ja pracuję częściowo z domu, a gdy jestem w biurze-  z Giganną zostaje Małżonek), gdy mieszkanie produkuje bałagan i chaos, gdy tyle innych spraw do załatwiania, w do tego z półeczki wieczorami cicho woła stosik smakowitych książek od Caviardage. Nie da się, nie można się nie spieszyć.

A jednak! A jednak dotarło do mnie, że mimo iż pewne rzeczy muszę robić szybko i sprawnie, w rzeczywistości pośpiech to mój stan umysłu. Mogę te same rzeczy robić w tym samym tempie, jednocześnie wyłączając wyjącą w moim głowie syrenę alarmową i kneblując grubego umundurowanego faceta krzyczącego nieustannie „SCHNELLER!” Jak to tałatajstwo uciszę, działam o wiele sprawniej i mniej nerwowo. I życie zaczyna się toczyć jakby normalniej, swoim naturalnym korytem.

Jeśli więc miałabym czynić jakikolwiek postanowienia noworoczne, to tylko to jedno - żeby nie spieszyć się nazbyt. Ostatecznie, nie wiadomo nawet, czy pośpiech ma jakikolwiek sens. A to, co ma sens z całą pewnością, to ten moment teraz. Kiedy wszystko jest, jak jest. I właśnie o to chodzi.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku dla Was!