20 sty 2013

Strategia przetrwania



Pokomplikowały się sprawy. Plan opieki nad Giganną – nie wiem, czy uległ tylko zawieszeniu, czy całkowitej dekonstrukcji. Dziobalinda rozchorowała się zaś poważnie akurat w przeddzień wyjazdu Małżonka na zdjęcia do Krakowa. Utknęłam więc w domu sama z córkami, z których jedna z powodu wysokiej gorączki lała się przez ręce i wymiotowała wszystkim, co próbowała zjeść, a druga wrzeszczała niczym  obdzierana ze skóry za każdym razem, gdy musiałam ją na chwilę odłożyć i pozbawić tym samym ulubionych objęć matczynych. Do sklepu po zakupy wyjść nie można było. Ze śmieciami wyjść nie można było. Odpocząć choć na chwilę nie można było. I do pomocy też nikogo nie było.  No ciężko było.  

Mózg działał tylko w trybie awaryjnym. Przyjęłam jeden cel – przeżyć do powrotu M. Cel ten udało mi się osiągnąć z dobrym rezultatem. Przeżyłyśmy wszystkie trzy, a w międzyczasie Dziobalinda ozdrowiała i zaczęła wykazywać oznaki znudzenia siedzeniem w domu. Niby więc łatwiej się zrobiło, a jednak jakoś trudniej. Zajmowanie się dziećmi skutecznie przesłoniło mi inne zmartwienia, tłoczące się na horyzoncie.  I to byłby nawet plus tej całej sytuacji. 

Tymczasem wrócił Małżonek i przejął swą część obowiązków domowo-rodzicielskich, co pozwoliło mi odetchnąć na tyle, aby odkryć w sobie nie tylko truchło umęczonego mózgu, lecz także przyczajone obawy i lęki oraz tradycyjną już sezonową chandrę. Tak się to bowiem układa od 4 lat, odkąd w zimny lutowy wieczór mój tata usiadł do komputera w swym domu pod Piłą i umarł na zawał, że początki roku są dla mnie trudne.  Sprawy zazwyczaj się komplikują, tak jakby chciały upamiętnić tamten zły wieczór, tamten ciężki czas. A ja, nie wiem, czy z powodu upływającego czasu, czy z powodu urodzenia dzieci i zespolenia się tym samym mocno z biologią własną i cyklem natury, tracę w okresie od stycznia do kwietnia siły witalne i popadam w jakiś sen zimowy. Czekam do wiosny w nadziei, że będzie łatwiej. Że coś się ułoży, lub ja ułożę się sama ze sobą, a najlepiej – i jedno i drugie. 

Instynktownie wdrażam strategię przetrwania. Wyrywam codzienności małe kęsy tylko dla siebie. Dziesięć minut na poranną kawę i gazetę. Dziesięć minut na wieczorną kąpiel z książką. Dziesięć minut na kilka ulubionych piosenek.  Jakieś znajome zapachy, smaki, faktury – po kawałeczku, ukradkiem, kiedy tylko się da. 

A teraz leżę na macie edukacyjnej obok Giganny i tak jak ona bawię się swoimi stopami i wpatruję w listki nad moją głową – to chyba fikus? I pozwalam sobie nie mieć ani siły, ani ochoty na mierzenie się z rzeczywistością. Poczekam.

14 komentarzy:

  1. Wiosna przyjdzie, zobaczysz. Obyście już byli zdrowi. Z całą resztą sobie poradzisz. Ja też odliczam. Mój tato 14 stycznia 2012 trafił do szpitala. Dziś już go nie ma wśród nas. Ciągle nie mogę uwierzyć, ciągle zadaję sobie pytanie: dlaczego?
    Ten rok musi być lepszy. Na razie jest taki se, ale wiosna przyjdzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Brommba: Bardzo mi przykro, że Twój tata odszedł. Przytulam mocno. Czekajmy do wiosny - przyjdzie!

      Usuń
  2. Łoo Matko i Córko... [a nawet dwie córki w twoim przypadku]. Kobito, ja całkiem szczerze składam Ci hołd i wyrazy podziwu, że dałaś radę - zdana na siebie, z chorym jednym dzieckiem i wrzeszczącym drugim... Mnie by chyba w kaftanie odwieźli. Jak to mówią moje małpki - szacun dla tej pani.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dragonella: Dałam, no. Ale wiesz. Był taki moment, że jedna córka ryczała z lewej, druga ryczała z prawej, a ja ryczałam w środku. Mimo to Tworki tym razem mnie ominęły ;)

      Usuń
  3. Kochana, następnym razem dzwoń do mnie, to Ci zakupy zrobię i podrzucę, przecież i tak co dzień wychodzę i nawet chadzam w Twoich okolicach. Co do zimy, to podobno 10% ludzi cierpi na nadprodukcję hormonu snu, co z kolei skutkuje jesienno-zimową depresją. Niektórzy leczą się za pomocą solarium, czekolady i lamp ultrafioletowych, a inni to podobno całe życie pod to ustawiają, np. robią tak, żeby wakacje mieć zimą i jadą hen, do ciepłych krajów (tym zazdroszczę zupełnie niechrześcijańsko). Mam też, więc wiem, co mówię;)

    U nas też siła złego na jed... na dwoje. Rzeczywistość skrzeczy straszliwie. Ale za to jakie mamy ładne dzieci! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Luca: Nie śmiałabym Cię prosić, Ty masz Malutkie Licho i swoje tobołki życiowe na głowie - ale tą propozycją pomocy wlałaś otuchę w me serce, że życie jednak fajne jest :) No i dzieci mamy ładne i fajne, to prawda! Jak będzie cieplej, musimy się umówić na wózkowanie :)

      Usuń
    2. No ale skoro i tak mijam niekiedy Twój dom? To co za problem? Żaden!

      Usuń
  4. Przeczekaj. Rzeczywistość też przeczeka :)

    Jesteś mistrzyni świata w ogarnianiu. Ogromnie Cię podziwiam.
    Zostawiam ciepły uścisk i ciepłych myśli dwie kopy :)

    :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @J: Dzięki kochana, już czuję te myśli ciepłe jak cukrowe obłoczki :D Mistrzynią nie jestem w niczym - nawet w zbijaku nikt mnie nigdy do drużyny nie chciał ;)Ale tata mnie uczył zawsze, że mam być odporna na trudy służby. No to staram się.

      Usuń
  5. Dzwonić możesz i do mnie. Co prawda do 17 siedzę w objęciach Pani Pracy, ale później mogę z zakupami się pojawić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dahoovka: Jesteś moim Zawiszą Czarnym od zawsze! Dzięki :*

      Usuń
  6. A jednak jesteśmistrzynią Synafio. W wyrażaniu zdań, lęków, chorób i potrzeb, które czuje większość, a opisuje ZNAKOMITA mniejszość:)

    Pozwolę sobie powtórzyć słowo ZNAKOMITA:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja się pod tą opinią podpisuję, i ja co więcej pozwolę powtórzyć raz jeszcze - ZNAKOMITA!

      Usuń
    2. @Ania, @Akashiya: Dzięki Wam wielkie za dobre słowa :) Takie słowa karmią mnie bardziej, niż owsianka z powidłami, co ją jem od 2 miesięcy namiętnie :)

      Usuń