25 sty 2010

Strumień nieświadomości, czyli umysł śpi

Miałam olewać, o ile dobrze pamiętam. No to olewam. Nie będę robić z gęby cholewy przecież. Olewam jaki senator w jakiej sukience i olewam kto z kim ma dziecko. Olewam kto się na jaki temat idiotycznie wypowiedział. Olewam humory i fumy okoliczne, olewam syfolągi okołoremontowe w łazience. Olewam spółdzielnię i sąsiadów piszących donosy, że karton stał przed drzwiami wejściowymi do mieszkania. No bo w końcu. Hu kers, nie?

Mamy mróz i widok na ośnieżony las z okna, a w domu wrestling uprawiamy z ciastem na chleb. Bo też mąka razowa żytnia to nie jest pierwsza lepsza. Żeby upiec chleb razowy metodą dwufazową to trzeba mieć łapę jak Pudzianowski. Bo inaczej nie tyle ty mieszasz ciasto, co ciasto miesza ciebie i złośliwe chrzęści przy tym, a nawet - olaboga - złowieszczo rechocze. Ja rzecz jasna nie mam ni grama mięśni, ale mam urok osobisty i silnego Małżonka, który się z mieszaniem ciasta rozprawił w 5 minut. No, może 10… W każdym razie viribus unitis chleb pieczemy własny. Szafkę do łazienki Małżonek też robi własnoręcznie. W ogóle zaraz będziemy samowystarczalni, odłączymy się od spółdzielni i wyorbitujemy w przestworza, gdzie cisza i spokój i w kominku trzaskać będą polana, jak sobie sami ten kominek wyprodukujemy, nieprawdaż.

Czy ktoś oprócz mnie zauważył, że obecnie coraz mniej dobrych pisarzy, a coraz więcej niespełnionych scenarzystów? Ja wiem, że sceny filmowe potrafią być poruszające, ale jednak jest różnica między napisaniem książki, a spisaniem obrazków, które ma się w głowie. Te obrazki bywają efektowne, przyznam, ale jednak daje się odczuć, że autor już pisząc ekranizował swoje dzieło w myślach ( i odebrał Oscara za najlepszy scenariusz). Dla odmiany wracam do Cortazara (bo czemu nie). I nawet, jeśli nie smakuje mi on już tak jak kiedyś, to wciąż jednak smakuje jak literatura, a nie jak umysłowa mrożonka z Biedronki.

Inna sprawa, że sama forma, choćby nie wiem jak finezyjna, też mi już mniej smakuje. Ja miałam 7 lat, jak chciałam na urodziny dostać całą miskę bitej śmietany. Teraz na myśl o misce bitej śmietany robi mi się słabo. Chleb razowy wolę.

Dziobalinda zaś nieustannie w temacie kolei. „Daje pociąg lokotywa!” Mamy już 4 pociągi, 3 książeczki o pociągach, kalendarz z pociągami i bajki o pociągach. Na pamięć znamy „Lokomotywę” Tuwima. Recytujemy ją w środkach komunikacji miejskiej. Przy zawartości trzeciego wagonu robi się nam nieco nieswojo, na myśl o pani, co arsenał swego obfitego ciała postanowiła umiejscowić dokładnie na wózku Dziobalindy, gdyż żadne inne miejsce w do połowy pustym autobusie nie odpowiadało jej tak bardzo, jak miejsce dla wózków. Tuwim bardzo niewygodny się staje, niestety. No ale ta pani chyba lubi niewygody, skoro pakuje się do dziecięcych wózków w autobusach. A zresztą – hu kers.

14 sty 2010

Pokaż Nacocie stać! (ukłony dla pana Macieja)

Ponieważ mam naturę masochistyczną i cechy osobowości anankastycznej ( co potwierdzi każdy, kto był zmuszony rozmawiać ze mną przez telefon), to czytam fora internetowe. I komentarze na GW. I gdzie bądź. I tam jest wiele ludowej mądrości, w tych komentarzach i na tych forach. Bardzo cennej.

Jedno z takich cennych porzekadeł ludowych mówi, że jak kogoś na dziecko nie stać, to nie powinien dziecka mieć. Proste? Proste!

Tyle, że jak się zagłębić w temat i w liczne mądre wypowiedzi, to się okazuje, że „nie stać” to jest pojęcie mocno względne. Bo nie stać to znaczy:
nie mieć własnego mieszkania lub mieć tylko trzy pokoje w mieszkaniu
nie mieć kasy na pieluchy lub nie mieć kasy na poród w Klinice Damiana
nie mieć pracy lub musieć wracać do pracy zaraz po macierzyńskim
nie mieć kasy na jedzenie lub nie mieć kasy na balet, basen i lekcje hiszpańskiego
i bądź tu człowieku mądry.

No ale przychylmy się na moment do opinii, że ludzie „biedni” nie powinni mieć dzieci. Bo być „biednym” to żadne życie, nieprawdaż. Więc rozmnażają się tylko „bogaci”. „Bogate” dzieci mają zapewniony dobry start w „bogatą” przyszłość. Kończą renomowane studia i dostają świetne posady. I jest cukierkowo wręcz, do czasu, gdy się okazuję, że „biedni” się nie rozmnożyli, więc jest ich coraz mniej. Maleje popyt na dobra i usługi różnorakie (np. na reklamy proszków do prania, porady prawnicze i kredyty hipoteczne). Maleje i podaż. Maleje potrzeba zatrudnienia na świetnych posadach. Część „bogatych” wypada z obiegu i idzie pracować w sklepach spożywczych (co się nawet dobrze składa, bo „biednych” do pracy w sklepach coraz mniej). Na sklepowych pensjach „bogaci” stają się „biedni” .Więc zgodnie z przyjętą zasadą przestają się rozmnażać. I tak dalej i tak dalej, a koniec tej historii jest oczywisty –ludzkość nam się kurczy i kurczy, niczym Sybilla w dzbanie, aż w końcu znika.

No i?

No i w sumie nic, bo jak się nad tym głębiej zastanowić, to ludzkość nie jest jakąś dziejową koniecznością, nie? Czy jesteśmy, czy nas nie ma, to w sumie wsio ryba. Właściwie to jesteśmy tu nieco dla własnego kaprysu. A skoro tak, to w zasadzie co różnica, na co nas stać? I co za różnica, czy się „bogatym” jest czy „biednym”? I czym się tu przejmować?

Mnie to się wydaje, że „stać na dziecko” tych, których (uwaga! banał!) stać na miłość. Przede wszystkim do siebie samych. Bo jak człowiek sam jest dla siebie dobry, to i dla innych zazwyczaj. I się umie cieszyć. I kochać. I życie mu mniej cuchnie, nawet jak nie jest cukierkowo. I mniej jest skłonny dążyć do autodestrukcji, a bardziej walczyć o lepsze życie. I dzieci traktuje z miłością i szacunkiem tak, że one potem umieją kochać siebie i innych. I tym dzieciom życie też wtedy mniej cuchnie. I tak dalej. Czy „bogaci” są, czy „biedni”.

Tylko że tego się nie da tak urządzić, żeby mieli dzieci tylko ci, którzy umieją naprawdę sami siebie kochać. Bo tego się nie da zmierzyć ni zważyć. A nawet gdyby się dało, to ci niekochający zazwyczaj sami byli niekochani. I raczej się słusznym wydaje, żeby im jakoś spróbować pomóc, a nie ich tępić niczym „zły gen ludzkości”.

No to ja już nie wiem sama, kto ma te dzieci mieć, a kto nie. Może jednak niech każdy decyduje za siebie. I srajmy na mądrości ludowe.

6 sty 2010

Teatrzyk Radykalny Szparag przedstawia: Nieczytanie Pudelka

Dramatis personae:
Synafia
Caviardage
open space
Iza
brak Pudelka

Synafia: Mam postanowienie noworoczne - nie czytam Pudelka!
Caviardage: Bardzo słusznie!
.....
Caviardage: Napiszę Ci zatem, co piszą na Pudelku.
Caviardage: Doda w ciąży z Nergalem!
Synafia (do open space'u): Słuchajcie, Doda w ciąży z Nergalem!
open space: o_O
Iza: A to dobre przypieczętowanie - dziecko Rosemary.

kurtyna

4 sty 2010

Kocham pana, panie Sułku, czyli hu kers

Mój promotor na studiach, w którym się skrycie i namiętnie podkochiwałam, zwykł większość zawiłych problemów życiowo-naukowych kwitować lakonicznym pytaniem retorycznym „Who cares?”. Wtedy wydawało mi się to jedynie niezwykle pociągające, jednak im bardziej się starzeję ( a szybko mi to idzie), tym bardziej przekonuję się, że jest to głęboka mądrość życiowa. Gdybyśmy tak wszyscy mogli sobie szlachetnie olać większość rzeczy, to byśmy nie dostawali zbiorowych palpitacji mózgowych i marskości wątroby.

W ramach postanowień noworocznych solennie obiecuję więcej rzeczy olewać. Będę się pozytywnie afirmować, stawać będę przed lustrem i powtarzać sobie: Jestem stabilną emocjonalnie kobietą sukcesu. Jestem piękna. Tera mie to wali.

I nawet nie będę histerycznie łkać w poduszkę, że moja córka wkrótce będzie musiała pójść do przedszkola. I że skąd ja wezmę to przedszkole. I że ja wcale nie chcę, żeby ona tam szła, bo ja jestem matką zaborczą i psychicznie skrzywioną. ( A tymczasem wróciłam dziś z pracy i Dziobalinda uraczyła mnie jedynie przelotnym spojrzeniem, bo właśnie na ekranie dawał Himonot, czyt. Filemon, a matka to dla Himonota przeca żadna konkurencja, nie?)
I nie będę się nadmiernie przywiązywać do z gruntu niesłusznych koncepcji prawa pracy (bo jest to przywiązanie nieodwzajemnione).
I olewać będę hojnie a rozlegle wszelkie dysputy o wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętymi Racjami i o niesłuszności kwantyfikatorów wielkich, i wszystkie konkursy internetowe na najwstrętniejszego wała i na najinteligentniejszego interlokutora.
I sprzątaniem się nie będę przejmować, ni obiadem, że dwa dni z rzędu pomidorowa, ni nocnym spożywaniem żeberek duszonych.
Tera mnie to wali szczerze.










I ciekawe ile wytrzymam.