31 paź 2014

O jesiennym święcie

Dzisiaj święto, wiecie o tym?

Ale nie, nie to święto, o którym pewnie myślicie. Nie to, o które od tygodnia kłócą się internety. Nic o dyniach. Nic o sztucznych kłach i wampirach. Nic o strachach, choć wiem, że wciąż jeszcze są tacy, co się TEGO tematu mocno boją.

Dzisiaj, Kochani, jest Święto Reformacji! Dzisiaj protestanci (czy wszyscy? tego nie wiem, tylu nas rożnych jest), a w każdym razie ewangelicy, obchodzą święto upamiętniające ogłoszenie przez Marcina Lutra jego słynnych tez.

Co robią luteranie w Święto Reformacji? Czy jedzą koty na cmentarzu? Czy plują na obraz Matki Boskiej? Czy ujeżdżają czarnego koguta?

Otóż nie. Tego nie robimy ani dzisiaj, ani w żaden inny dzień roku.

Co zaś robimy - idziemy do kościoła na nabożeństwo. Śpiewamy hymny. Modlimy się. Może ktoś składa sobie życzenia? Tego nie wiem. Jestem wszakże luteranką nie z urodzenia, a z wyboru, nie mam znowu tak wielu luterańskich znajomych i w tradycjach nie wyrosłam, uczę się ich wciąż.

Ciekawostka: teoretycznie mogłabym dziś poprosić o dzień wolny w pracy, który odrobiłabym w innym terminie. Mam do tego konstytucyjne prawo. Ale nie korzystam.

Inna ciekawostka dla tych, którzy nie wiedzą. Luter wyglądał mniej więcej tak:


Prz okazji słowo wyjaśnienia: Luter nie jest dla luteran odpowiednikiem papieża. A już broń Boże nie jest odpowiednikiem Chrystusa. Nie wierzymy w Lutra. Wierzymy w Boga. Luter jest takim "Ojcem założycielem". Z Lutrem można się nawet nie zgadzać ;)

A tak wygląda tzw. Róża Lutra, godło reformacji i symbol Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego.


Czy czujecie się już bardzo zindoktrynowani? To jeszcze tylko hasło reformacyjne na koniec, z I Listu do Koryntian (3:11):

" Fundamentu innego nikt nie może założyć oprócz tego, który jest założony, a którym jest Jezus Chrystus."

O to nam, luteranom, tak najogólniej chodzi :) 

Pozdrowienia serdeczne dla Luki i Natalijki! 


27 paź 2014

O pocztówce

Czy już pisałam, że kocham Łonę? Pisałam. To napiszę jeszcze raz - kocham Łonę!

Na pocztówce mu to może napiszę i wyślę :)


22 paź 2014

O życzliwości

Jakieś parę godzin po tym, jak wyprodukowałam ostatni wpis, Giganna (chora na zapalenie płuc w tamtym czasie) dostała napadu silnego kaszlu. Tak silnego, że zaczęła mieć poważne problemy z oddychaniem. Wezwaliśmy karetkę. Karetka zawiozła nas do szpitala. W szpitalu Giganna dostała lek rozkurczający oskrzela. Po osłuchaniu i obserwacji wróciłyśmy do domu z receptą na nowy antybiotyk i leki do inhalacji.

Po zmianie leków i wprowadzeniu inhalacji jest już dobrze. Osłuchowo - czysto. Kaszel w zaniku. Giganna w świetnej formie. Nadal musi być w domu i zażywać inhalacji, ale najgorsze - mam nadzieję! - za nami.

Chciałabym coś mądrego na ten temat napisać, ale nie umiem. Tyle tylko, że Panu Bogu dziękuję, że nic poważnego się nie stało.

I że wdzięczna jestem lekarzowi z karetki, który nie tylko zajął się Giganną w sensie medycznym, ale i nami obiema w sensie czysto ludzkim. Niósł mój plecak do karetki i potem do szpitala. Pocieszał. Rozładowywał napięcie. Wspierał i słuchał.

I wdzięczna jestem pani doktor i pielęgniarkom, które życzliwie i profesjonalnie zajęły się Giganną w szpitalu.

Owszem, nie wszyscy, których spotkałam i z którymi rozmawiałam wtedy, byli mili. Niektórzy wręcz odwrotnie. Ale wolę skupić się na wdzięczności dla tych, którzy okazali życzliwość, niż na żalu do tych, którzy jej nie okazali.

Gdyż albowiem wiem, że w teorii każdy z nas powinien być zawsze życzliwy i profesjonalny. Ale wiem też, że często się to nie udaje. Może u niektórych - z lenistwa. Ale u innych może - z rozpaczy? Ze zmęczenia? Z braku wsparcia od innych? Nie wiem. Wiem tylko, że w tamtym momencie, gdy jechałyśmy karetką, a ja zorientowałam się, że zabrałam książeczkę zdrowia Dziobalindy, a nie Giganny - lekarz tylko uśmiechnął się i powiedział: „O widzi pani, a ja też taki nieogarnięty, wpisałem datę urodzenia 2008 i wcale mnie to nie zastanowiło.” I to zdanie, wypowiedziane spokojnie, z uśmiechem, znaczyło dla mnie wówczas więcej niż wszystkie skarby świata.

Może i życzliwość (czy zawsze?) nie kosztuje wiele, ale wiele może zdziałać. I właśnie dlatego cenię każdy życzliwy gest. I za każdy - dziękuję.

15 paź 2014

O smutkach i stratach

Dzisiaj 15 października, Dzień Dziecka Utraconego.
Koleżanka udostępniła informację na fejsbuku.
Pierwszy komentarz, mężczyzny:
"Trzeba mieć naprawdę solidny defekt pod kopułą :D"

Ja nie wiem. To jest rzeczywiście jakiś defekt? Trudno zrozumieć, że to boli, gdy dziecko odchodzi przed rodzicem? Że boli nawet utrata dziecka przed jego urodzeniem? Nawet bardzo małego? 

To jest jakiś defekt naprawdę, czy tylko niechęć do tego, by uszanować czyjeś uczucia, nawet, jeśli się ich samemu nie doznało i nie jest się w stanie takich uczuć wyobrazić? Czy w takiej sytuacji nie można po prostu - zamilknąć?

Chciałam się wściec, ale nie umiem. Jest mi tylko ogromnie, ogromnie smutno. 

Dzień Dziecka Utraconego jest i moim dniem. I bardzo się cieszę, że taki dzień jest. Bo tak samo, jak utrata, bolą próby jej negowania. Boli, że nie ma grobu. Boli, że nie ma żadnego znaku: było - nie ma. Jedynym dowodem, że było, jest moje, nasze wspomnienie i żal. I gdy ktoś ten żal neguje, wyśmiewa - to ja tego zwyczajnie nie jestem w stanie pojąć. To nawet nie boli, to zdumiewa i zatrważa. 


10 paź 2014

O tym, że warto się starać

Dużo się mówi, pisze o tym, żeby naszym dzieciom poświęcać czas i uwagę. Żeby nie krytykować, nie pouczać, a otworzyć się na ich potrzeby i emocje. Żeby dawać wsparcie, zamiast ocen. Żeby prawdziwie dla nich - być.

Czasami bywam przerażona tym, jak dużo wysiłku trzeba, żeby nie działać w utartym schemacie, nie reagować z automatu złością, lękiem, frustracją, tylko właśnie - otworzyć się, być. To wcale nie jest łatwe. Niekiedy wręcz - zwłaszcza po ciężkim dniu pracy, wieczorem, gdy się już na pysk pada ze zmęczenia, a tymczasem jedna córka płacze, bo zgubiła łyżeczkę, a druga krzyczy, że nie życzyła sobie pianki do kąpieli i że proszę mi zrobić kąpiel od nowa - no więc niekiedy to się wydaje poświęceniem ponad ludzkie siły. A nie daj Boże jeszcze się coś stłucze albo zepsuje. Albo zgubi. Albo inny problem wyrośnie. Człowiek ma ochotę urwać sobie głowę i pobić się nią do nieprzytomności, a tu trzeba jakoś zachować jako tako spokój i pamiętać o wrażliwości dziecięcej -  no ciężko bywa. Nie zawsze się to dobrze udaje.

Ale! Ale przychodzi taki moment, że się niespodziewanie dostaje w zamian ogromny prezent - wzajemność! I to potrafi uskrzydlać i aż pod niebiosa unosić.

Bo tak.

Wybierałyśmy się raz z Córkami do alergologa, prawie na drugi koniec miasta. W połowie drogi do metra zorientowałam się, że zapomniałam wziąć z domu dokumentu, bez którego wizyta nie ma kompletnie sensu. Oczy zaszły mi mgłą czerwoną i wszczęłam głośną samokrytykę: Zapomniałam! Zapomniałam tego dokumentu! Jak można być tak głupim, żeby zapomnieć, na Jowisza!

I wtedy nagle usłyszałam, jak Dziobalinda (6 l.), rzecze do mnie spokojnie: Wcale nie jesteś głupia. Po prostu zapomniałaś, to się zdarza. Wrócimy po to do domu i zdążymy do lekarza, zobaczysz, damy sobie radę.

Uspokoiłam się do razu. I pobiegłyśmy. I zdążyłyśmy! A w nagrodę zafundowałam nam frytki z keczupem i czekoladę, a co!

Albo też wczoraj. Godzina 21:00. Po sprzątaniu pokoju, pakowaniu plecaka do szkoły, szykowaniu ubrań na jutro, zjedzeniu kolacji, sprzątaniu kuchni, kąpieli,  a w międzyczasie kilku awanturach o tę zgubioną łyżeczkę etc. - w końcu siedzimy w łóżku i szykujemy się do czytania Piaskowego Wilka. I Giganna znowu zaczyna lament, bo ... I wymiękam. I mówię moim córkom: No more! Jestem zmęczona, padam na twarz, oczy mię bolą - i jak słyszę te krzyki, to zaczynam się stresować i już nie wytrzymię ani chwili dłużej!

I wtedy znów Dziobalinda ( 6 l.), cmoka mnie w policzek i mówi: Spokojnie, mamo.

I wiecie co? Uspokoiłam się.

Albo znowu - szarpię się z wózkiem, opornym zatrzaskiem czy inną przeszkodą życiową, a obok Giganna, ( 2 l.) krzyczy: Dasz radę, mamo! Dasz radę!

I daję radę. A Giganna bije mi brawo.

No i tak właśnie.

Ja nie twierdzę, ze to jakaś moja zasługa, takie cudne Córki. Takie mi się urodziły fajne, takie je pod opiekę dostałam. Ale staram się bardzo, żeby ich nie zepsuć. I mimo, że te starania zdają mi się czasem jakimś herkulesowym trudem - wiem, że starać się warto. Quod erat ad demonstrandum ;)

4 paź 2014

O "pożytkach" z wiary



Dziobalinda po operacji ma się już dobrze, a zatem – rodzinna wycieczka. Weekend z rodziną zaowocował istotnym pytaniem ze strony Dziobalindy. I tak oto niespodziewanie i bez przygotowania po raz pierwszy szczerze porozmawiałam z moją sześcioletnią córką o czymś bardzo w moim życiu poważnym, czyli o rozwodzie moich rodziców.

Nie była to dla mnie rozmowa łatwa. Chociaż gdy rodzice się rozstali, byłam już prawie dorosła, przeżyłam to bardzo mocno. I mimo że teraz jestem już sama rodzicem, więcej rozumiem i więcej umiem własnym rodzicom wybaczyć, nic nie poradzę na to, że gdzieś w środku już na zawsze będę mieć bliznę po tym amputowanym z mojego życia czymś, co pewnie nie było najlepszym na świecie małżeństwem,  dla mnie jednak było najlepszą na świecie rodziną. 

Nawet stare blizny bolą i szarpią czasem, i mnie dziś szarpnęło trochę. A z tym szarpnięciem przyszedł i strach. Bo jak starać się budować coś trwałego, gdy się już raz przeszło przez małe trzęsienie ziemi? A przecież te trzęsienia przychodzą wokół, dalej i bliżej, czy tego chcemy czy nie. Czasem po prostu - nie wychodzi. Tak jak nie wyszło moim rodzicom. I rodzicom mojego męża. Jak z takim bagażem iść w życie i zachować nadzieję, że z nami będzie inaczej? Czy nie jesteśmy z góry skazani na porażkę? I czy w takim razie nie jesteśmy z góry winni wobec naszych dzieci?

Trwoga. A jak trwoga, to do Boga, mówi porzekadło. I to właśnie robię. To znaczy Biblię otwieram, na chybił trafił. I trafiam na list św. Pawła do Filipian, rozdział 3. I czytam między innymi tak:

"Bracia, ja o sobie samym nie myślę, że pochwyciłem, ale jedno czynię: zapominając o tym, co za mną, i zdążając do tego, co przede mną, zmierzam do celu, do nagrody w górze, do której zostałem powołany przez Boga w Chrystusie Jezusie."

Wiem, że z boku życie w wierze może wyglądać jak niepotrzebne nakładanie na siebie ograniczeń i więzów. Dla mnie jednak jest źródłem nadziei na to, że z tego, co mnie ogranicza i więzi - mogę się uwolnić.  Z dawnych zranień i z obecnych strachów.  To, co za mną, nie jest moim przeznaczeniem. Przeznaczeniem jest to, do czego jestem powołana w przyszłości. Choć jeszcze nie wiem, co to jest.

A jeszcze wcześniej w tym samy liście stoją takie słowa:
"I znaleźć się w nim, nie mając własnej sprawiedliwości, opartej na zakonie, lecz tę, która się wywodzi z wiary w Chrystusa, sprawiedliwość z Boga, na podstawie wiary."

Wiem, że nikt z nas nie jest w stanie być doskonały tu, na ziemi. Błądzimy czasem wszyscy, wierzący i niewierzący. Kościół to jest wspólnota grzeszników, a nie elitarny lub golfowy. I ostatnimi będą ci, którym się wydaje, że są pierwsi. Wiara nie może być źródłem poczucia wyższości - przeciwnie. Wiara ma być soczewką, która pozwala nam swoje błędy dostrzegać. Ale i liną, rzuconą tonącemu - nadzieją, że nie ma takiego upadku, z którego nie można się podnieść. Dla mnie jest drogą do tego, by przezwyciężać swoje słabości, naprawiać swoje błędy, zabliźniać swoje rany i jak najmniej zranień innym fundować. I chociaż wiem, że to wszystko po ludzku jest trudne ogromnie, mam nadzieję,  że wytrwam. Takie „pożytki” z wiary.