25 mar 2015

O remoncie

I oto już po dwóch miesiącach skończyliśmy remont pokoju dziecięcego! No, prawie skończyliśmy... Przydałyby się nowe zasłonki. I kilka innych detali. Cóż, kiedy idealne tekstylia wypatrzyłam w Ikea i innych już nie chcę, a pojechać do tych Janek czy Marek nie mam ani kiedy, ani też - czym.

W każdym razie pokój jest czynny, skończyła się zatem krótka złota era "rodzicielstwa bliskości" w naszym skromnym domu i przestaliśmy wszyscy mieszkać w jednej izbie. Dziewczęta śpią już u siebie. Bawiły się u siebie też, jakoś przez pierwszy tydzień, kiedy były zachwycone łóżkiem piętrowym ze schodami (Małżonek uczynił rękami własnemi z ikeowskiego reagłu i belek drewnianych) i statkiem kosmicznym (Małżonek wycinał i malował osobiście), kosmiczną ścianą z planetami i oraz powiększeniem się powierzchni użytkowej pokoju. Teraz już wszystko wróciło do normy, tzn. mają swój pokój, ale i tak przebywają ciągle u nas. Przytłacza to trochę Małżonka, który z natury jest człowiekiem spokojnym i skłonnym do introwersji. A tymczasem dwie temperamentne dziewczynki biegają, skaczą i śpiewają w promieniu 50 cm wokół jego potrzebującej wyciszenia głowy. Mnie przytłacza to trochę mniej, gdyż ja mam tę drugą nóżkę bardziej i też jestem skłonna raczej do biegania i śpiewania. A w każdym razie - do gadania. Oraz pocieszam małżonka, że nie ma się co martwić, że mamy małe mieszkanie, skoro naszym dzieciom najwyraźniej wystarcza do życia 5 m2.

Obiecałam kiedyś dokumentację zdjęciową, więc wrzucam - skromną, bo tylko taką udało mi się osiągnąć, a to i tak głównie przy użyciu filtrów z Instagrama (specjalnie sobie założyłam, żeby udawać, że umiem zrobić zdjęcie!). Coś tam jednak widać - prezentuję więc nowy pokój Dziobalindy i Giganny:

ściana kosmiczna - widok łózka Giganny (dolnego)

łóżko Dziobalindy (górne) z widocznymi fragmentami statku kosmicznego oraz schodków





Więcej dających się oglądać zdjęć nie umiałam zrobić - nawet Instagram nie pomógł.

Dlaczego tak długo to trwało? Nie wiem. Może dlatego, żeśmy w  między czasie chodzili twardo do pracy i z dziećmi na plac zabaw, zamiast wziąć sobie tydzień wolnego, dzieci zawieźć do babci i zrobić to raz a dobrze. Ale to nie nasz styl przecież! My musimy wszystko sami i po linii największego oporu. Ale zrobiliśmy sobie i mamy, o!

A teraz wdrażam bolesną procedurę świątecznego mycia okien...

18 mar 2015

O sztuce dobierania właściwych argumentów

Ranną porą Dziobalinda prosi, żebym jej pomogła zrobić kitkę. Kitka w zamyśle Dziobalindy ma - jak na moje gusta - dość niestandardowe usytuowanie. Moja własna matka we mnie wzdryga się na samą myśl o tak dziwacznym uczesaniu, postanawiam więc nakłonić Dziobalindę do bardziej klasycznej fryzury.

Zaczynam, moim zdaniem, bardzo sprytnie:
-    Wiesz, Dziobalindo, to dość nietypowe miejsce na kitkę. Nie wiem, czy to dobre uczesanie do szkoły. Co na to powie pani nauczycielka?

Na co Dziobalinda ze stoickim spokojem odpowiada:
-    Mamo, a co ma do tego pani nauczycielka?

No rzeczywiście, w sumie, co ma do tego nauczycielka? Punkt dla Dziobalindy!

-    Przecież to tylko włosy. Włosy nie są najważniejsze.

To prawda, pewnie to samo ja mówiłam mojej mamie, gdy w wieku 16 lat ogoliłam sobie głowę, zostawiając na niej 3 mm włosów... Drugi punkt dla Dziobalindy!

-    To Bóg jest najważniejszy.

Okej, teraz już położyła mnie na obie łopatki  - trzeci punkt dla Dziobalindy, dziękuję, koniec meczu!


Czy odpowiedziałam cokolwiek? Tak.
Odowiedziałam: Masz rację, Dziobalindo.
I uczesałam niestandardową kitkę.

A teraz siedzę i nie wiem, czy bardziej się martwię, że już jej nie przegadam, szelmy, czy bardziej się cieszę, że taka jest mądra i tak dobrze dobiera argumentację do rysu psychologicznego interlokutora.

10 mar 2015

O niewolnej woli i o pani Halince


Jest takie założenie, co do którego ludzie na ogół się zgadzają, bez względu na światopogląd  - takie mianowicie, że człowiek ma wolną wolę.

Tylko Luter się z tym założeniem nie zgadzał. Polemizował nawet w tej sprawie z Erazmem z Roterrdamu, jego słynnemu „De libero arbitrio” przeciwstawiając swoje „De servo arbitrio”. Co ją nawet na półce mam, tę polemikę sławetną, ale się przyznam bez bicia, że jeszcze jej nie przeczytałam. A skoro nie przeczytałam, to zgodnie z obowiązującym trendem - wypowiem się.

Tak w ogóle to Luter mocno kontrowersyjny był, a do tego miał niewyparzony język. Z niektórymi jego poglądami nie zgadzam się absolutnie (ja to pisałam już kiedyś, ale przypomnę - tak, luteranie mogą nie zgadzać się z Lutrem!). Z tym jednakowoż, że człowiek pozbawiony jest wolnej woli, zgadzam się w 100 %.  A nawet mocniej.

No bo weźmy taki z życia wzięty przykład. Nie będę ściemniać, że to z życia koleżanki. To z mojego życia przykład jest.

Otóż codziennie rano wybywamy wszyscy z domu w kierunkach naszych przeznaczeń - do pracy, do szkoły i do żłobka (a kot - do kuwety). I codziennie rano przebiega to w tempie i atmosferze ewakuacji z Titanica. Nogi i ręce się plączą. Buty i czapki się gubią. Nerwy naprężają się i rwą w strzępy. W tym wszystkim spaceruje gdzieś Dziobalinda, niepomna na nawoływania i wycie syreny okrętowej (w tej roli występuję ja). Giganna zaś koniecznie musi wziąć ze sobą tego, a nie innego misia. Tego misia, co w zeszłym tygodniu leżał gdzieś za łóżkiem, a gdzie jest teraz - tego nie wie nikt. Zegar tyka, czas ucieka, a temperatura rośnie. I tak jest, niestety, dzień w dzień.

I dzień w dzień ta sytuacja doprowadza mnie do rozpaczy. I dzień w dzień,  jak już odprawimy ten rytuał, myślę sobie - jutro wstanę wcześniej. Te pół godziny wcześniej, dzięki czemu i poćwiczę spokojnie, i przygotuję wszystko do wyjścia, a potem w stanie nirwany i nadjaźni obudzę dzieci i męża - i tym razem wyjdziemy z domu jak ludzie, a nie jak banda rozbitków w drgawkach i spazmach.

Nie muszę chyba pisać, co się dzieje następnego dnia. Bo otóż następnego dnia nie dzieje się NIC. Budzik dzwoni, a ja ustawiam kolejną drzemkę. Jeszcze tylko 10 minut. I kolejne 10 minut. I kolejne... I przecież wiem, ach, wiem, że znowu będziemy się spieszyć! Ale... ostatnie 10 minut.

Podobnie jest z ćwiczeniem, zdrowym odżywianiem, planowaniem czasu, rozwojem osobistym i czym tam jeszcze... No przecież wiem, że zdrowy tryb życia, że organizacja, że motywacja, że zmiana nawyków trwa 21 dni... Czytałam te wszystkie książki i motywacyjne blogi. Mam na ten temat całkiem obfitą wiedzę -  i NIC. Gdyż albowiem siedzi we mnie coś takiego, co mimo najszczerszych chęci potrafi nawet najlepszy plan sabotować i wolną wolę sprowadzić do „wolę sobie poleżeć”.

Luter uważał, że ludzka natura uległa zranieniu i zakażeniu na skutek odwrócenia się Adama i Ewy od Boga . Po chrześcijańsku, w sensie czysto duchowym, to się z nim w tej kwestii zgadzam. Ale jeśli chodzi o nasze przyziemne, ziemskie cele,  to po synafiowemu myślę, iż chodzi o coś jeszcze. A mianowicie o panią Halinkę! Człowiek nosi w sobie prawdziwą, z krwi i kości, mięsistą, rubaszną panią Halinkę i to właśnie ona mówi mu: A, usiądzie tu i siedzi. I czeka. Podanie wypełni. To się zrobi, albo się nie zrobi. Nie pali się przecież...

Ja nie wiem, jak inni, ale ja na 100% w sobie panią Halinkę noszę. Czuję, jak się ona rozpycha we mnie, jak mnie boleśnie łokciem w bok kole i przydeptuje mi palce u stóp. Podstawia nogę, gdy chcę pójść poćwiczyć. Międli mi palcem w zwojach mózgowych, gdy chcę pomyśleć poważnie o mej przyszłości. A gdy chcę wstać wcześnie rano, po prostu przewraca się na drugi bok i bokiem tym przygniata mnie do podłoża. I co ja mogę? Nie wstanę. No przecież większa jest ode mnie i cięższa. I życiowo bardziej doświadczona.

Napisałabym pewnie coś więcej, ale nie mogę, bo już czuję, jak mi Halina dziobie palcem w oko i mówi ze stoickim spokojem: Niech siedzi. Niech nie pisze, bo i tak nie ma pisać po co. Myśli, że taka mądra jest? Niech PITa spróbuje wypełnić, a nie mądrzy się. Miała wypełnić w tym roku wcześniej, nie na ostatnią chwilę? A to jeszcze zobaczymy, kochaniutka, zobaczymy...