23 wrz 2015

O uchodźcach i o wilkach


foto by Sergey Sanin

Przez media i social media przetaczają się obecnie fale dyskusji na temat uchodźców. Przyjmować? Nie przyjmować? Tolerować? Nie tolerować? Czy to ludzie tacy sami jak my? Czy jednak zbyt inni, żebyśmy mogli żyć wspólnie?

Boimy się. Moim zdaniem boimy się całkiem słusznie - z różnych względów. Bo logistycznie i ekonomicznie nie udźwigniemy tylu imigrantów naraz. Bo spodziewają się raju na ziemi, a to, co zastają na miejscu, wzbudza frustrację i gniew. Bo tak duże grupy ludzi nie będą się wcale łatwo asymilować. Bo wśród nich mogą być potencjalni terroryści. Bo w końcu Europa nie jest z gumy i nie pomieści wszystkich mieszkańców Afryki czy bliskiego Wschodu. Bo trzeba pomagać w pierwszej kolejności tam, na miejscu.

Wielu moich znajomych ma takie same obawy i uważam, że trzeba o nich rozmawiać otwarcie. Dla dobra naszego i dobra uchodźców. Ale niestety, w dyskusjach na fejsie, wśród tzw. znajomych znajomych, widzę jeszcze innego rodzaju strach. Strach przed innym. Strach posunięty poza granice, przechodzący w agresję. Teksty o brudasach i śmieciach. O pakowaniu do gazu i ucinaniu głów. Teksty, od których zaczynam się bać swoich własnych rodaków.

Ja wiem, strach przed innym jest nam darowany przez biologię. Ale ten strach ma nas nauczyć ostrożności, a nie agresji. I ten strach da się rozbroić. Poznaniem. Rozmową. Próbą zrozumienia. Wyciągnięciem ręki.

Pisałam już, że w w nowym miejscu pracuję teraz w bardzo międzynarodowym towarzystwie. Pracuję z Ukraińcami, z Rosjanami, a także z Turkami, którzy są muzułmanami. Nie jedzą wieprzowiny. Nie piją alkoholu. Modlą się 5 razy dziennie i mają do tego przeznaczony specjalny pokój. A ich żony i koleżanki noszą na głowach chusty.

I wiecie co się dzieje w mojej pracy w związku z tym? Otóż nie dzieje się nic. Rozmawiamy. Żartujemy. Pracujemy. I tyle. Czy czasem rodzą się we mnie obawy, że może oni mnie nienawidzą jednak za to, że jestem chrześcijanką, Polką? Tak. A potem znowu rozmawiamy. I te obawy ustępują przeświadczeniu, że przede wszystkim jesteśmy ludźmi, a dopiero potem chrześcijanami, muzułmanami, Polakami i Turkami.

Zapytałam nawet wprost kolegę Turka - jak to jest u Was? Opowiedział. Opowiedział o sunnitach, szyitach i alewitach. O tym, że Koranu uczyła go kobieta. O tym, że jest bardzo zły na terrorystów, którzy jego wiarę wykorzystują jako zasłonę dla zła, które czynią. O tym także, że dla muzułmanów Chrystus jest jednym z pięciu proroków i cieszy się szacunkiem, a kto nie uznaje Chrystusa za proroka, ten nie jest prawdziwym muzułmaninem.

On zresztą też pytał. O to, o co chodzi w Świętej Trójcy. I czy wierzymy w Chrystusa. I jak czytamy Biblię. A na końcu zapytał, gdzie mógłby sobie kupić Biblię po angielsku.

Wiem, trudno się nie bać, kiedy w Syrii dzieje się teraz to, co się dzieje. Ale ja decyduję się nie bać drugiego człowieka (choć boję się skutków złej polityki - dla nas wszystkich). Tak jak nie boję się kolegi Rosjanina, choć znam przecież historię stosunków polsko-rosyjskich. I tak jak nie boję się koleżanki Ukrainki, choć wiem przecież o rzezi wołyńskiej. Ale nie mam zamiaru obwiniać ich o to, czego nie zrobili oni sami. I nie wierzę w “narodowy charakter” zła.

Czemu dogadujemy się tak dobrze tu, w miejscu, w którym pracujemy? Czy tak samo dogadywalibyśmy się 100 lat temu? Czy tak samo dogadywalibyśmy się, gdybyśmy byli teraz w Syrii? Albo na węgierskim dworcu? Nie wiem. Możliwe, że nie. Możliwe, że w odpowiednich okolicznościach każdy z nas jest w stanie ujawnić zdolność to nienawiści i czynienia zła. Mówi coś o tym słynny więzienny eksperyment prof. Zimbardo.

Nawet, jeśli tak jest, nadal z radością wypiję kawę z moimi znajomymi z pracy - Polakami, Ukraińcami, Rosjanami i Turkami. I nie będę oczekiwać od nich niczego złego. W sobie i w innych chcę dokarmiać tylko dobrego wilka.



6 wrz 2015

O pożegnaniu z Babcią

Różne mi się w głowie układały słowa ostatnimi czasy. Słowa, którymi chciałam podzielić się z Wami. Wydawało mi się, że warte wypowiedzenia. Nawet bardziej do siebie, niż do innych – do pomyślenia na głos, żeby się w końcu czegoś w tym życiu nauczyć. Żeby żyć mądrzej. Lepiej.

Tymczasem jednak zamiast wszystkich tych słów, napisałam coś zupełnie innego. Wspomnienie o mojej Babci, które mam przeczytać jutro, podczas jej pogrzebu.

Tak szybko to wszystko się stało. To, że Babcia ostatnio czuła się coraz gorzej. Że miała trudności z oddychaniem. Że w końcu w połowie sierpnia trafiła do szpitala na badania. I po tygodniu diagnoza – nowotwór. A po kolejnym tygodniu hasło – hospicjum. Przeraziłam się tą myślą – hospicjum? Jak to? Przecież dopiero co postawiono diagnozę, przecież to trzeba leczyć! Nie zdążyłam trwać długo w tym przerażeniu. Babcia zmarła następnego dnia.

I nie mam w sobie żadnych mądrych słów. Mam w sobie tylko żal i tęsknotę. I myślę sobie, czy to takie ważne, żeby żyć mądrzej, lepiej? Czyż nie o to tylko chodzi w tym życiu, żeby po prostu kochać ludzi, najmądrzej i najlepiej, jak umiemy? Bo tylko to po nas wszystkich zostaje. Miłość, którą dajemy z siebie.

Moja Babcia dała mi dużo miłości. Bardzo wierzę w to, że dzięki temu zostanie mi dużo Babci. Nam wszystkim, którzy jutro pójdziemy na cmentarz się z Nią pożegnać.