24 mar 2014

O Carlu

Wszystko przez Sztuczne Fiołki. Zakochałam się!

Zobaczcie sami. Oto Carl Vilhelm Holsøe.













źródło: internet

23 mar 2014

O groupie


Czytam sobie wczoraj w nocy tego Budzyńskiego, z zapałem wielkim i przejęciem,  i w pewnym momencie dochodzę do momentu,w którym pisze ów o warszawskim koncercie U.K. Subs. Wspomina, że z warszawskiej załogi punkowej, co na tym koncercie była, zrobił na nim wrażenie niejaki T.

T.! podskakuję aż, dreszcz mię przeszywa, bo ja pamiętam T.  z opowieści mojego M. (Małżonkiem zwanego), który młodość swą spędził jako punkowiec warszawski.  A ponieważ popędliwa jestem i niecierpliwa strasznie, to rzucam się wybudzać M. i pytam go, czy znał T. No znał, a o co chodzi, pyta M. nieprzytomnie. A bo wiesz, a bo słuchaj, entuzjazmuję się ja, bo Budzyński tu o nim pisze, że go pamięta z Warszawy, z koncertu U.K. Subs! A, na Torwarze, w osiemdziesiątym trzecim? No, tak, byłem na tym koncercie - rzekł M. i zasnął znowu.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaach! 

To jakby się kto dziwił, jak to jest, że ja do własnego męża, co z nim dzieci mam i kota, robię wciąż maślane oczy niczym groupie. Ja po prostu jestem groupie mojego męża. No i tak właśnie.

21 mar 2014

O tacie

Długo już się zabieram do tego, żeby kupić Soul Side Story Tomasza Budzyńskiego, ale jakoś nie mogę sfinalizować tego przedsięwzięcia - na drodze do celu staje mi niezmiennie moje saldo dostępne. Czy też może niedostępne raczej.

Nie kupiłam nadal, ale pragnę i myślę o tym wciąż, bo Tomasza Budzyńskiego ja kupuję od początku do końca. Kupuję go w muzyce, w obrazach i w przekazie sensu largo. Po prostu bardzo silne tak (sfodra ge! jak stało w dialogach platońskich) Tomaszu Budzyński!

Ale to wcale nie będzie wpis o Tomaszu Budzyńskim, chociaż jego postacią inspirowany. Bo w końcu trafił  w me ręce dzięki uczynności E., koleżanki z pracy, która usłyszawszy, jak się rozanielam nad tą książką, wyrzekła nagle, że ona wie, kto jest w jej posiadaniu i załatwi mi wypożyczenie - i tak też uczyniła. Złota dziewczyna, ta E., mówię Wam.

No więc od dwóch dni wożę to tomiszcze ze sobą, gdzie się da, i czytam. I czytam i widzę przed oczami taką scenę, jak młody Tomasz Budzyński siedzi na parapecie i szuka na falach krótkich „Trójki”, i znajduje, i słyszy płytę „Ummagumma” Pink Floyd. I w mojej głowie zamiast Tomasza pojawia się od razu Wacek. Wacek, zwany Jerzykiem, a w późniejszych czasach Albatrosem, czyli moim tatą. Widzę go, jak - osiemnastoletni - siedzi i słucha Pink Floyd, i ta muzyka wrasta w niego tak mocno, że aż na zawsze, aż do końca. Bo i na pogrzebie taty Pink Floyd leciało. I nawet poza koniec, bo nadal tata najsilniej jest ze mną właśnie dzięki muzyce.

Wiele razy już o tym pisałam tutaj, ale napiszę raz jeszcze - bardzo kochałam (i kocham) mojego tatę. Każdemu życzyłabym takiego taty, naprawdę. Jeśli mam w głowie obraz Boga jako kochającego Ojca, to w bardzo dużej mierze właśnie dzięki mojemu niewierzącemu tacie i mojej wątpiącej mamie, którzy dali mi dobre, bezpieczne i szczęśliwe dzieciństwo. I poczucie, że jestem kochana tak, że wiedziałam o tym i czułam to zawsze.

Czułam się kochana wtedy, gdy byłam małą dziewczynką, a tata czytał mi na dobranoc „Nieumiałka”. I wtedy, gdy byłam nastolatką, i tata zabierał mnie do siebie do pracy na wspólną poranną kawę. I wtedy, gdy zaczynałam być kobietą, i dzwoniłam do taty o 2 w nocy z jakimś strasznym dla mnie problemem - a on odbierał i słuchał, i rozmawiał, i czekał ze mną do 3 w nocy, aż problem się rozwiąże.

Nie miałam potrzeby pisać, gdy tata żył - bo po prostu był. A teraz, gdy jest gdzieś indziej, ale nie tu, teraz tata żyje we mnie wciąż w formie wspomnień. W sposobie, w jaki rano czytał gazetę i palił papierosa. W manierze, z jaką podnosił okulary na czoło. W tym, jak próbował nam przeczytać coś, co go przed chwilą rozśmieszyło, ale nie mógł, bo zbyt mocno się śmiał. W jajecznicy, którą nam robił zawsze w niedzielę i kwiatach, które kupował, żeby stały rano na stole. W opowieściach, które umiał snuć tak, że siedzieliśmy jak urzeczeni. A pewnie, że miał tata swoje wady, bo kto ich nie ma. Ale świetnym był tatą. Najlepszym.

I dziś rano po raz kolejny tata przyszedł do mnie w dźwiękach. Gdybym miała wybrać jakiś dźwięk, który jest dla mnie istotą, esencją mojego taty, to byłoby to:



Dziękuję Ci Tato, że byłeś. Dziękuję Ci Mamo, że jesteś, i że nie muszę o Tobie jeszcze pisać wspomnień.

Kolejny powód, żeby dziękować.

Dobrego piątku, Kochani!

20 mar 2014

O kiszonce


Pisałam, że skisłam, co oznacza mniej więcej tyle, że mój mózg od jakiegoś czasu pływa w słonej zalewie i wszystko z perspektywy tej zalewy wydaje mi się jakieś takie... mętne.

Zalało mnie tak nagle z powodu tego, co dzieje się na Ukrainie. W głowie kotłują mi się myśli i obrazy, które bolały mnie od zawsze, choć już dla moich rodziców były historią. Obrazy, które śniły mi się seryjnie, gdy byłam młodsza. Które nie chcą zniknąć z mojej pamięci, choć nigdy w niej nie zaistniały naprawdę - bo przecież znam tylko opowieści, przekazy... Może właśnie dlatego tak bardzo mnie przerażają? Że nie są moje własne?

Więc owszem, mieliśmy problem z wyborem szkoły dla Dziobalindy. I z decyzją, czy odraczać jej obowiązek szkolny, czy nie. Mogliśmy to zrobić, pani psycholog z poradni jest zwolenniczką odroczeń i chciała nam to odroczenie dać, ze względu na właściwy dla wieku rozwój emocji. Bo sześciolatek woli się jeszcze bawić, niż uczyć, i zdaniem pani psycholog to może stać się przyczyną trudności w szkole dla Dziobalindy, która poza tym intelektualnie rozwinięta jest świetnie i jako siedmiolatka mogłaby wejść do szkoły jak burza. Ostatecznie jednak, wziąwszy pod uwagę wszystkie okoliczności (takie jak to, że w szkole, do której chcemy się dostać, zerówka ma iść na drugą zmianę, i to, że Giganny przecież nie da się już odroczyć, skoro będą likwidowane zerówki, i parę innych zmiennych jeszcze), zdecydowaliśmy się wziąć na klatę pierwszą klasę.  Mam nadzieję, że podjęliśmy dobrą decyzję.

W związku z odroczeniami, wybieraniem szkoły etc., ostatni tydzień kosztował nas sporo stresu. Zwłaszcza, że w międzyczasie Giganna spuchła po szczepieniu boleśnie i paskudnie, a Dziobalinda akurat zaliczała kolejny tydzień chorobowego, mąż miał owocny tydzień zdjęciowy (czyli prawie wcale nie było go w domu), a ja mam spiętrzenie w pracy, więc próbowałam pracować po nocach.  Urobiliśmy się zatem i umęczyliśmy wszyscy czworo. Plus kot, bo jego w ogóle życie boli chyba. W każdym razie ból istnienia manifestuje on często.

Ale co tam. Wszystko to cieszy mnie teraz, kiedy myślę, że TYLKO TO jest aktualnie problemem. Myślę, że mam wielkie szczęście, że stać mnie na takie problemy, naprawdę. Staram się dziękować za każdy moment ciszy, za każdy oddech moich dzieci, za każdy uśmiech mojego męża, za każdy spokojny sen. Gdzieś kiedyś czytałam takie zdanie: A gdybyś jutro rano obudził się, mając tylko to, za co wczoraj podziękowałeś Bogu? To zdanie zawsze do mnie trafiało, ale dziś trafia do mnie ze zdwojoną siłą.

Nie wierzę bowiem w to, że świat kiedykolwiek będzie miejscem dobrym i bezpiecznym dla wszystkich. Nie wierzę, bo jestem przekonana, że my, ludzie, skłonni jesteśmy z natury do upadania, a wstawanie wymaga od nas dużego wysiłku - nie każdy ma dość siły i wsparcia wokół, żeby wstać. Nie wierzę też w to, że tylko "źli ludzie" robią złe rzeczy. I nie wierzę w to, że stan spokoju i poczucia bezpieczeństwa jest czymś, co mi się należy jak psu buda - nie, widzę przecież, jak wielu ludzi na całym świecie nie doświadcza tego, choć przecież niczym sobie na to nie zasłużyli. I ja nie jestem w niczym lepsza od kogokolwiek, żeby myśleć, że „należy mi się” to, co mnie spotyka. Wiem, że to dar, i jestem za ten dar wdzięczna.

Znacie taką biblijną przypowieść o ludziach, którzy dostali od swojego pana monety na przechowanie? Jeden swoją monetę zakopał, a drugi zainwestował i pomnożył kapitał. I kiedy pan wrócił, pochwalił tego drugiego, a pierwszego zganił. Nie chcę być tym pierwszym, który to, co dostał, chowa dla siebie, ze strachu przed utratą. Chcę szukać w sobie odwagi, by umieć pomnażać i dawać innym to, co dla mnie samej stanowi wartość. Spokój i poczucie bezpieczeństwa. Poczucie, że mimo wszystko jesteśmy tu i jesteśmy ważni.

Dlatego właśnie odkisnę.

15 mar 2014

Ogłoszenia drobne z przeprosinami

Jeszcze dziś gitarę pozawracam. Bo tak. Niedawno się zorientowałam, że szwankuje synafiowy adres mailowy. Weszłam nań dziś dopiero i znalazłam zaległe maile od J. i od Monique z Warszawy. Ze stycznia i z lutego, no żesz! Na usta ciśnie mi się wiele słów brzydkich, a że publicznie nie wypada, to powiem tylko, że mentula magna minax, wrrrr.

Bardzo, bardzo przepraszam J. i Monique za brak odzewu. Jednocześnie szukam sposobu, żeby jakoś tę skrzynkę mailową odżyć.

Siebie odżyć, skrzynkę odżyć - o matko, wiosenne porządki mnie chyba przytłoczą...


Z córkami rozmowy

Z Gigaganną (która właśnie zjadła ostatnią mandarynkę):

G: Kinki?
S: Nie ma już mandarynki, Giganno.
G: Kinki! Kinki!
S: Serio nie ma, zobacz. Podsadzę Cię i popatrz na koszyk z owocami - nie ma, widzisz?
G: ....
G: Kupić!


Z Dziobalindą (która oglądała Maszę i Niedźwiedzia):
Dz: Bo Masza to jest rozrabiaczka, tak jak ja!
S: To Ty jesteś rozrabiaczką? (oj jest! - przyp.red.)
Dz. No jestem!
S: A skąd wiesz o tym, że jesteś rozrabiaczką?
Dz. No widzę. Przecież nie jestem ślepa!

__________

(W ogóle to pewnie sporo mogłabym napisać ostatnio. O wybieraniu szkoły dla Dziobalindy. O rozmyślaniu nad odraczaniem obowiązku szkolnego. O tym, jak Giganna spuchła po szczepieniu. O tym, jak siedziałyśmy z Dziobalindą cztery godziny w kolejce na dyżurze pediatrycznym. O różnych rzeczach bym mogła, ale skisłam i stałam się tak nudna, że nie ma sensu pisać. No nic. Może odkisnę kiedyś. Oby.)