18 lip 2014

Przerwa urlopowa

No to jedziemy! 

Do zobaczenia w sierpniu :)





źródło: http://www.chlapowo.net.pl

14 lip 2014

O byciu w kontakcie z samym sobą

Staram się być rodzicem cierpliwym i wyrozumiałym. Niestety, moja natura - w czerwcu zrodzona - niespecjalnie mnie do tego predysponuje. Owszem, przy dobrych okolicznościach przyrody jestem cierpliwa, wyrozumiała i wyluzowana jak na Jamajce. Ale gdy tylko jestem zmęczona lub/i głodna, tracę cierpliwość całkowicie i byle co doprowadza mnie do furii. A jestem matką pracującą -  jestem zmęczona i głodna przez 85 % czasu.

W związku z takimi uwarunkowaniami, udoskonalam na potrzeby mojej rodziny system wczesnego ostrzegania. Informuję  po prostu o swoich uczuciach i  potrzebach. Dzieciom mówię np. że złości mnie, gdy muszę 10 razy prosić o posprzątanie ubrań z podłogi. Albo że kiedy się spieszymy, zawsze mnie to trochę stresuje, więc mam małą tolerancję na długotrwałe negocjacje oraz chęć narysowania „jeszcze tylko jednego” obrazka na 5 minut przed wyjściem z domu. Wiedzą też moje dzieci, że jak jestem zmęczona, to nie mam cierpliwości. Powtarzam to powiem do znudzenia.

- Dziobalindo, naprawdę czas wychodzić z wanny. Jestem po całym dniu pracy i jestem strasznie zmęczona. A wiesz, jak jest ze mną, jak jestem zmęczona?
- Wiem, wiem. Nie masz cierpliwości...

(To mi przypomina panią od matematyki ze szkoły podstawowej, która w celu uzyskania posłuchu i dyscypliny pytała nas zawsze: „Kto tu rządzi - Leon czy jego dzieci?”. I już po miesiącu wystarczało, że mówiła: „Kto tu rządzi?”, żeby cała klasa chórem odpowiadała: „Leon!” i względnie się uspokajała).

System ten działa z mniejszą lub większą skutecznością - nie znaczy to, że dzieci zawsze i chętnie robią to, o co proszę. Ale mam przynajmniej nadzieję, że jak już wybuchnę i krzyknę, to przynajmniej mają świadomość, że to nie one są „złymi dziećmi”, tylko ja jestem zmęczoną matką.  Czy tak jest naprawdę - nie wiem. Wiem natomiast, że dziewczyny uczą się też w ten sposób nazywać własne uczucia. I mówią o nich - rzadziej (Dziobalinda) lub częściej (Giganna). Myślę, że to dobrze, żeby umiały nawiązywać taki kontakt ze swoimi emocjami. Może im to w przyszłości choć trochę ułatwi życie.

Mnie natomiast rozbroiło kompletnie gdy wczoraj wieczorem Giganna - zmęczona po pełnym atrakcji weekendzie u babci - zaczęła jojczyć i informować na wszystkich:
- Mamo, zaczynam płakać. Zaczynam płakać, Panto. Zaczynam płakać!

7 lip 2014

O weekendzie z międzywojniem

Taki to był piękny weekend! Warzywa z bazarku i pomarańczowe nagietki na kuchennym stole. Wyprawa do ZOO ("Tam są takie morskie naleśniki! - to Dziobalinda. "Widziałam słonie i zebrę, i ryżafy! - to Giganna). Teatry uliczne i miejskie fontanny. Kieliszek białego wina wieczorem.

I było też moje ukochane międzywojnie. Bo oto na bazarku, w tym samym antykwariacie, w którym zawsze przepuszczam połowę kwoty przeznaczonej na zakupy, znalazłam  - o cudzie! - "Płomykowe kroniki". Zbiór numerów "Płomyka", przedwojennego pisma dla dzieci, z lat 1922- 1939, którym zaczytywałam się do upojenia w dzieciństwie (wydało się! tak naprawdę mam 102 lata!). Jak wszystkie moje książki z dzieciństwa, "Płomykowe kroniki" powędrowały kiedyś do innej rodziny, a ja byłam pewna, że ich już nigdy nie odzyskam.  A jednak! Zakupiłam je bez wahania, razem z baśniami Andersena ilustrowanymi przez Jana Marcina Szancera.

Tym tropem idąc, wydobyłam ze swych zbiorów wspomnienia Artura Rubinsteina, też zresztą zakupione w tym samym antykwariacie na bazarku. Bez bicia się przyznam, że nie spodziewałam się specjalnych doznań literackich po wspomnieniach pianisty - ale zwracam honor, pisał całkiem smakowicie. Chociażby ten pyszny akapit: "Wrzawa, jaką wszczynano wokół spraw tak błahych, jak wygrywanie przeze mnie nut czy zgadywanie akordów*, wydawała mi się bzdurą, zwłaszcza że inne moje bohaterskie wyczyny, takie jak przeskakiwanie trzech schodów naraz czy bieganie szybciej niż inni chłopcy, mijały bez echa".** Przede wszystkim jednak czytam znów z tchem zapartym o świecie, który był - i tak szybko został przerwany, zduszony. I który wzbudza we mnie wciąż poczucie dziwnej nostalgii (chociaż to już ustaliliśmy - po prostu to autentyczne lata mojego dzieciństwa były).

W związku z takim zagęszczeniem międzywojennego klimatu w atmosferze, nie mogło mnie zdziwić, że Dziobalinda zaczęła wypytywać mię o Józefa Piłsudskiego - dwa jego pomniki udało nam się zobaczyć podczas weekendowych spacerów. Dziobalinda zdziwiła się, czemu aż dwa, i czy aż tak wielkim człowiekiem on był, ten Piłsudski. No mogłabym jej próbować wyjaśniać na wiele sposobów i oczywiście wybrałam ten typowo belferski, że dokonania etc., ale tak naprawdę to chciałabym jej powiedzieć: "Dziobalindo! Marszałek Piłsudski dlatego ma tyle pomników, bo był po prostu cholernie seksowny!"

No bo serio - czyż nie?




No przecież!


___________
*Artur Rubinstein miał wówczas 3 lata! - przyp. mój.
** Artur Rubinstein "Moje młode lata", Polskie Towarzystwo Muzyczne 1976 r.

4 lip 2014

O czarnym humorze filologa klasycznego

Różnymi rzeczami zajmuję się czasem w robocie - tym razem trafiło na oświetlenie w miejscu pracy i tzw. olśnienia. Się ucieszyłam wielce, gdy zobaczyłam, że istnieje coś takiego jak olśnienie przykre. Musiałam się tym podzielić z mymi milusiami z pracy, więc wywiązał się dialog następujący.

Synafia: I dowiedziałam się, że istnieje coś takiego, jak olśnienie przykre.
A: A co to jest olśnienie przykre? Czy to jest wtedy, jak się orientujesz, że zapomniałaś kluczy?
S: O! Edyp to musiał mieć olśnienie przykre!

He kurtine.

3 lip 2014

O tym, że nie mam czasu, który mam


Nie pamiętam, jak dokładnie brzmiało to zdanie, ale napisał je w  swoim „Ostatnim rozdaniu” Wiesław Myśliwski. Napisał mniej więcej tak, że każdy z nas chciałby żyć dłużej. Że mamy wrażenie, że nam życia, czasu nie starcza. A jednocześnie nawet gdyby dać człowiekowi dwa razy tyle życia, to i tak czułby, że nie zdążył z czymś i że swój czas zmarnował.

Coś w tym jest.

Mogłabym powiedzieć, że nie mam czasu - i byłaby to prawda. Ale nie do końca w takim sensie, w jakim się to potocznie rozumie. Bo to nie o to chodzi, że ja mam „zbyt mało czasu” - choć owszem, takie właśnie mam poczucie na co dzień. Że mi czasu brakuje. Ale kiedy się nad tym chwilę zastanowię, okazuje się, że brakuje mi nie tego czasu, którego nie mam, ale tego, który mam właśnie. W takim sam sposób, jak dwojgu ludzi może brakować siebie nawzajem, mimo iż żyją razem pod jednym dachem, śpią w jednym łóżku, wychowują dzieci - ale nie wspólnie, tylko obok siebie. Tak i ja z moim czasem - tak często obok siebie, chociaż nieustannie razem. Nie „mam” swojego czasu, bo go zwyczajnie nie umiem „wziąć”.

Zdarzyło się ostatnio, że mąż z Dziobalindą poszli na spacer, a Giganna poszła spać. Miałam dla siebie całą godzinę - raj dla pracującej matki! Eldorado! I jedyne, na co mnie było przez tę godzinę stać, to nerwowe poczucie, że nie wiem, co ze sobą zrobić. Że może to, a może tamto, a może jednak coś innego. Jakbym, za przeproszeniem, siadła na tyłku i gapiła się w okno, na pewno lepiej bym tę godzinę wykorzystała. Ale nie - straciłam ją bezpowrotnie.

Tracę czas w pracy, gdy próbuję zrobić kilka rzeczy na raz (pilne! ważne! szybko!) zamiast skupić się na jednej. Tracę czas w domu, gdy próbuję jednocześnie robić obiad, rozmawiać z mężem, rozmawiać z Dziobalindą i zabawiać Gigannę. Tracę czas, gdy idę rano do metra i w głowie układam sobie listy „do zrobienia”, odbywam nieodbyte rozmowy telefoniczne, martwię się na zapas albo z martwienia się zaległości odrabiam.

Mam czas, kiedy idziemy z Dziobalindą i Giganną na spacer i przez dwie godziny obserwujemy ślimaki. Mam czas, gdy kroję warzywa - pisałam już kiedyś, że jestem totalnie zboczona na punkcie warzyw. Mam czas, gdy w pracy wciągnie mnie jakieś zadanie i skupiam się tylko na nim. Mam czas, gdy w drodze rano do pracy patrzę na liście na drzewach i na ludzi, którzy tak jak ja do pracy idą. Mam czas, gdy piję kawę i gdy to piszę, bo lubię pisać (choć nie powinnam się do tego przyznawać, bo już Magdalena Samozwaniec twierdziła, że tylko grafomani lubią pisać - no trudno, i tak nie mogłam tego długo ukrywać!).

Byłby idealnie, gdyby umiała mieć swój czas przez cały czas. Póki co mam go tyle, ile jestem w stanie dosięgnąć - lepsza godzina w garści, niż rok na dachu? No lepsza.

Czego sobie i Wam życzę - jak najwięcej godzin w garści!