26 lut 2013

Per aspera ad aspera

Mój Tata, pieszczotliwie zwany Albatrosem, zwykł mi mawiać w chwilach krytycznych (np. gdy dzwoniłam do niego o 1:00 w nocy płacząc, że mój świeżo poślubiony małżonek nie wrócił jeszcze z pracy i nie odbiera telefonu, i może mu się co zdarzyło, może go napadli?), że powinnam być „odporna na trudy służby”.  Nie byłam. Odkąd pamiętam, byłam nieodporna jak się patrzy. Płakałam, lamentowałam i biadałam zawzięcie. Tata mówił o mnie, iż byłam „dzieckiem łatwo wzruszającym się”, co w praktyce oznaczało, że od niemowlęctwa do ok. 6. roku życia darłam się bez opamiętania, a potem dorosłam i to darcie zamieniłam w szlachetne, uprawiane regularnie histerie i rozpacze.

Mimo mej oczywistej przypadłości Małżonek nie porzucił mnie uciekając w trwodze, ale dzielnie stawił czoła atakom lęku i rozpaczy.  To pewnie jego imponująca odwaga pociąga mnie w nim tak ogromnie, że chciałabym mieć z nim wiele, wiele dzieci, tymczasem wiem jednak, że nasze dwie córki wystarczą w zupełności, aby i mnie nieco odwagi nauczyć. Gdyż albowiem, odkąd do nas zawitały, chcąc nie chcąc musiałam stawać się coraz bardziej na trudy służby odporna. No bo na co dzieciom matka, której nerwy zwisają w strzępach, choćby i romantycznie niczym szal Isadory Duncan? I te strzępy nerwowe za każdym poruszeniem powietrza zaczynają wirować, i skwierczeć, i doprowadzać do silnych wyładowań energetycznych.

Toteż kiedy wczoraj  wieczorem, po całym dniu pracy oraz 1,5 h czekania w przychodni na wizytę lekarską z gorączkującą Dziobalindą na rękach (diagnoza: zapalenie oskrzeli, tydzień w domu, antybiotyk), weszłam w końcu do domu i dowiedziałam się od Małżonka, iż musi on natychmiast udać się na całą noc do pracy celem udźwiękawiania niezwykle pilnego odcinka programu, bo świat się skończy, jak odcinek nie powstanie do końca tygodnia, histeryzowałam tylko trochę. Tylko o tyle, o ile przeraziła mnie myśl, że Małżonek po całym dniu z dwojgiem dzieci jedzie pracować całą noc po to, aby wrócić o 5 nad ranem i znowu zostać samemu na cały dzień z dwojgiem dzieci. A potem, po moim powrocie z pracy, pojechać na dwa dni zdjęciowe do Zakopanego. I powrócić i znowu siedzieć i udźwiękawiać do końca tygodnia. Podczas gdy ja nie mogę już wziąć zwolnienia lekarskiego w tym miesiącu i nie mam kogo poprosić o zostanie z chorymi dziećmi w domu. I olaboga, i bardzo silne biada, i czułam już w czaszce moje częste palpitacje mózgu - ale! Ale udało mi się, szczęśliwie, opanować dość szybko. Wyżebrać ekspresowo króciutki urlop, aby zostać z dziećmi, modląc się przy tym, aby szefowa nie zechciała mnie jednak spoliczkować nieświeżą rybą w gazecie lub pozbawić zagrzanego miejsca w firmie. Wyżąć i przebrać pocącą się nieprzyzwoicie Dziobalindę. Zaaplikować do łóżka nie śpiącą nigdy Gigannę. Śpiewać Dziobalindzie kołysanki do 3 w nocy. Przespać 4 h i następnie pobiec znowu do pracy. No i co. I jestem, stoję, i nawet nie drę się jeszcze, ani nie zaczęłam płakać.

Toteż Tato, gdziekolwiek jesteś teraz, bądź dumny ze swej łatwo wzruszającej się córki.

18 lut 2013

Kontr ku ku ltura

Zdarza mi się czasem zobaczyć np. reklamę jakiejś marki odzieżowej czy telefonii komórkowej. I myślę sobie wtedy, że dzisiaj prawdziwa kontrkultura to tak naprawdę ZHR i Artur z "Tanga".

17 lut 2013

Lenistwo, ach!

Ni mom casu kruca bomba! Dziecka chore oba (tym razem Giganna wygrała rozgrywkę wykładając na stół zapalenie ucha), Małżonek w rozjazdach, praca się sama nie wykona (a naród czeka, czeka na mą ręką spłodzone szkolenia bardziej, niż na wyniki debat sejmowych!), pranie wyszło nie tylko z kosza, ale wręcz z łazienki, i podstępnie rzuca mi się pod nogi w przedpokoju. Miotam się wśród napierających zewsząd spraw, które beze mnie nie są w stanie toczyć się normalnie, gdyż albowiem wiadomo, że: Mamo! Mamo? Mamo!!! oraz Gi gi gi giiiii!

I dodajmy jeszcze, że: miau! kiedy bieglem przez mosteczek, chwyciłem klonu listeczek, jestem znowu głodny daj mi daj mi daj mi daj mi jeszcze jeść!

Toteż chyba nie zdziwi nikogo, że marzę o porządnym odpoczynku. Nie o wieczornej kąpieli, nie o półgodzinnej sesyjce z jakąś idealną na luty, wciągającą, a jednocześnie nie obciążającą głębszą refleksją książeczką w stylu "Cukierni po Amorem" (przykro mi, Caviardage, ale "Godot i jego cień" nie nadaje się do czytania w kuchni przy mieszaniu zupy z dyni). Marzy mi się cały dzień wypełniony po brzegi przez dolce far niente! Lecz nie mogę go zrealizować. Dolce far niente jest w mym świecie przywilejem młodości. Zapomniałam o nim jakieś 5 lat temu.

I nie chodzi nawet o to, że nie mam czasu na to, by leniuchować. Raczej o to, że stałam się do leniuchowania niezdolna. Lenistwo na dłuższą metę przygnębia mnie. Wysącza mi dyskretnie mózg, przez nos lub przez ucho, czyniąc mnie apatyczną, niezdatną do niczego mumią. Otium mihi molestum est, Catulle! Muszę wstać i natychmiast wstawić pranie, i dopiero wtedy zaczynam czuć się na powrót człowiekiem.

Tak, stało się. W wieku lat 30 jestem moją babcią Jadwigą!

No ale. Babcią Jadwigą będąc, jestem też nadal po troszę Polynanną, toteż cieszę się, że przynajmniej nie stałam się pradziadkiem Mikołajem. Pradziadek Mikołaj to zdecydowanie grubsza historia.

Idę więc składać pranie i układać puzzle z Meridą. Puenty nie będzie.

7 lut 2013

Południce

Propaguję, bo mnie ujęło mocno:


5 lut 2013

Guilty pleasures

Każdy ma jakąś guilty pleasure. Ja mam dwie. Kanały "urodowe" na youtubie oraz polski hip hop. Z tym drugim muszę się kryć zwłaszcza przed Dziobalindą. Owszem, puszczę przy niej Łonę, ale już nie Bukę. Po prawdzie, puszczam sobie Bukę wieczorami i sama przed sobą się wstydzę...

Kto jeszcze ma jakąś swoją gulity plaesure? Kto się przyzna? Hm?

1 lut 2013

Dobro z promocją


Wierzę, że Dobro to suma różnych Drobnych Dobrych Kroków. Słowo czy gest, które sprawiają, że ktoś poczuje się lepiej choć na moment. Serdeczny uśmiech, szczery komplement, pomocna dłoń, życzliwie udzielona informacja. Czasami - milczenie, choć chciałoby się krzyczeć, a czasami - krzyk, gdy wygodniej byłoby milczeć. Akceptacja dla cudzej słabości, chęć udzielenia wsparcia zamiast chęci wystawienia oceny. Dotyk czyjejś dłoni na ramieniu.

Może właśnie dlatego Dobro nie jest spektakularne i nie sprzedaje się dobrze na masową skalę. Może dlatego czasami tak trudno je dostrzec, a jeszcze trudniej - docenić. Może dlatego łatwiej jest skandować slogany i planować rewolucję, choć bez tych Drobnych Kroków każda rewolucja jest z góry skazana na pożarcie własnych dzieci.

Zbieram przez całe życie te wszystkie Drobne Dobra, którymi licznie obdarowują mnie ludzie wokół - ci najbliżsi i ci, których nawet nie znam. Zbieram, i mam nadzieję, że uda mi się przekazać je dalej. I staram się zawsze dziękować, choć czasami nie mogę podziękować danej osobie wprost - wtedy dziękuję za tę osobę Bogu.

Dzisiaj Bogu dziękuję za Grubsona, bo mi ten koleś ratuje wieczory i poranki już od dawna. Jeślibym kiedyś spotkała go osobiście, chciałabym mu podziękować wprost. Tymczasem zaś promuję!