29 kwi 2014

O alpinizmie blokowym

A gdy wczoraj po południu wyszłam z Córkami do biblioteki, po nową porcję Basi, Mamy Mu i Pana Kuleczki, to nie było już przed klatką podjazdu dla wózków. Zniknął. Została po nim wielka betonowa wyrwa w schodach, szczerząca się do mnie nieprzyjemnie i - jestem prawie pewna - złośliwie.

Nawet się ucieszyłam przez moment, że to dobrze. Że może w końcu spółdzielnia postanowiła zrezygnować z fundowania nam tej wątpliwej rozrywki, jaką jest kurs kaskaderski w postaci wpychania wózka po prawie pionowym podjeździe lub też spuszczanie go w dół z tegoż pionowego podjazdu - mniej więcej w taki sposób, w jaki Indiana Jones w Świątyni  Zagłady hamował rozpędzone wagoniki, aż mu się stopu zapaliły były od pędu.

Może. A może i nie, nasza spółdzielnia nie grzeszy bowiem zbytnią dbałością o komfort psychiczny czy fizyczny swych mieszkańców.

Tymczasem jednak stałam na górze schodów, z Dziobalindą, Giganną w wózku i bez podjazdu. Ale twarda jestem, a wózek miętki, czyli tzw. parasolka. Pobrałam wózek z Giganną w środku na bary i zaczęłam znosić.

Krok po kroku.
Zagryzając wargi.
Puszczając parę nosem.
Oddychając w miarę spokojnie.
(Giganna wstrzymała oddech.)
(Dziobalinda stała w milczeniu pod schodami.)
Czas zwolnił.
Zatrzymał się świat wokół.
I ...
...

I dotarłam na dół! Z całą Giganną, w całym wózku!

I wtedy Giganna, licząca sobie 1 rok i 10 miesięcy, odetchnęła z ulgą, a następnie zakrzyknęła: Brawo, brawo mama! I zafundowała mi oklaski. Otrzymałam też gratulacje od Dziobalindy.

Chciałam nawet medal w pierwszym momencie, ale nie, jednak nie chcę. Na co mię medal jest, kiedy mi najlepsze Córki na świecie brawo biją. Czniam wszystkie medale. Wolę Córki!

22 kwi 2014

O kozie, co ma Pasterza



A w Wielką Sobotę odbyła się w naszym domu Wielka Awantura. Bo tacy właśnie jesteśmy – ludzcy. I po ludzku zmęczeni i pogubieni czasem. Tym razem też tak było, jak to się czasem zdarza – pogubiliśmy się, zaplątaliśmy i wyrżnęliśmy się o własne sznurówki boleśnie. I gdy już doszłam w miarę do siebie i zobaczyłam swój udział, swoją współwinę za ten paskudny dzień, to gotowa byłam, jak to mam w zwyczaju, złożyć Panu Bogu samokrytykę. Powiedzieć Mu – Panie Boże,  pewnie patrzeć na mnie nie możesz z góry, bo taka jestem głupia, że wciąż te same głupie błędy popełniam. Ale wtedy przypomniały mi się słowa koleżanki. Bardzo mądrej koleżanki, która powiedziała mi raz, że czuje się jak koza, ale koza, która ma Pasterza. I ja też, w tym momencie, poczułam się jak koza. Koza, co to chciała dobrze, a znowu wlazła w krzaki i ucho sobie naderwała, i jeszcze niechcący innej kozie w piszczel przyrżnęła z kopyta. I poczułam – nie pomyślałam, ale właśnie poczułam wyraźnie – że przecież, no przecież koza ma Pasterza! Ja mam Pasterza! Tego, co po jedną zagubioną owcę się wybiera, żeby ją odnaleźć, więc i po kozę też. I ten Pasterz patrzy na mnie, na kozę, i mówi: No i w co się, kozo moja, wpakowałaś dzisiaj? W krzaki znowu? I ucho naderwane masz, bidulo? No już, spokojnie. Wyjmę cię z tych krzaków, jak już tyle razy wyjmowałem. Daj, ucho ci opatrzę. Idź na łąkę i pamiętaj już, proszę, że ci te krzaki wybitnie nie służą. Jak tam znowu wleziesz, to ja cię znowu wyjmę, ale lepiej już nie wleź, dobra? 

Mogę być kozą z takim Pasterzem. To jest bardzo dobry Pasterz dla kozy takiej, jak ja.

19 kwi 2014

O Nadziei


Czasami przychodzi noc, ciemna i straszna jak śmierć. Ale w każdej takiej nocy, choćby i najczarniejszej, jest promień nadziei. Ten promień to światło nadchodzącego Zmartwychwstania.

Życzę Wam nadziei, choćby i w najczarniejszej nocy. Życzę Wam miłości, która podnosi z upadku, która ożywia z martwych. Życzę Wam, Kochani, Pięknych  Świąt Wielkanocnych.


                 Fra Angelico, Chrystus Zmartwychwstały, 1438-1450 r., 
Muzeum św. Marka, Florencja

15 kwi 2014

Dies irae

Och, czy Wy wiecie, jak potrafi krzyczeć Giganna? Nie wiecie. Nie, naprawdę, nie próbujcie nawet się domyślać - to nie jest do wyobrażenia. Przy Gigannie trąby jerychońskie to fujarka pasterska jest. Sobie nimi węża zaklinać można. Jak Giganna zawoła, to węże zamieniają się w kamień. Ustają procesy życiowe we wszystkim, co słyszy ten zew, a słyszy go cała dzielnica, cała gmina, powiat cały. Gdy Giganna popadnie w rozpacz, to drżyjcie i klękacie narody, to teste David cum Sybilla, solvet saeclum in favilla, a jeśli nawet nie saeclum, to neurony w mózgach rodzicielskich na pewno. Bo podobno jak dziecko płacze, to w mózgu matki komórki umierajom. Taki ewolucyjny skill to jest, plus 1000 do mocy i plus 1000 do magii, żeby rodzic szybko reagował na wezwanie zrozpaczonego potomka.

Ale kiedy potomek ma prawie dwa lata, a jego rozpacz spowodowana jest tym, że matka wstała o 5:30 i próbuje się wymknąć do pracy na 7:00, żeby wcześniej z tej pracy wrócić i z dzieciątkiem pobyć dłużej...  no, co wtedy się robi? Co, pytam się ja?

Ucieka się! Ucieka się, upychając pośpiesznie po kieszeniach te mózgowe komórki, które w panice poczęły się ratować przed zagładą wyskakując przez uszy. Com złapała i upchnęła, to moje. Reszta się pewnie rozbiegła po sąsiadach. To dlatego sąsiedzi teraz śmigają z prędkością światła, konstruują perpetuum mobile, panaceum i astrolabium, bo codziennie są zasilani w tysiące moich wiejących komórek mózgowych. Podczas gdy ja stoję skamieniała w przedpokoju i mówię do Dziobalindy coś w stylu - weź no kochana te buty swoje i włóż je do.... eeeee.... do.....yyyyyy..... Do szafki, mamo! podpowiada Dziobalinda nieco zniesmaczona. Do szafki, tak. Taki wyraz to jest, szafka. Jeden z niezliczenie wielu wyrazów, których nie umiem przywołać z pamięci w prostych sytuacjach życiowych.

No nic. Se Luxtorpedy nowej posłucham, przejdzie mi smut i apatia, w którą popadłam dziś z rana, gdy już udało mi się uciec. A potem wsłucham się w kojący szum laptopa. W plusk i świst tynku opadającego ze ściany i brudu spływającego po szybie, w naszym zabytkowym budynku biurowym. I odżyję trochę. I zacznę reprodukować komórki mózgowe w nadziei, że może one odrastają choć trochę? I że kiedyś usiądziemy sobie z Giganną i Dziobalindą, co ja je kocham bardzo, ale i pasjami lubię, te moje córki o silnych osobowościach, i pośmiejemy się z tego wszystkiego wspólnie.

Ale to jeszcze nie dzisiaj.

Dzisiaj to.

9 kwi 2014

O złocie

Ja nie wiem, czy tak jest z każdym dorosłym życiem, czy to tylko moje dorosłe życie ulega jakiejś dekonstrukcji? Rozpada się na drobne elementy, z których ja je potem muszę układać w skomplikowane mozaiki. I nie, nie wychodzą mi ani arabeski, ani kosmateski. Żeby mię chociaż kostka bauma wyszła, ale też nie. Dumna jestem z siebie, jeśli uda mi się osiągnąć chociażby tzw. kocie łby.

A bo to wszystko jakoś tak pędzi szybko, a ja NIE ZDANŻAM. Jedyne, co mi wychodzi dobrze, to jak się zaczytam w metrze i nie zauważam, że to już moja stacja. We wszystkich innych dziedzinach - wieczna niedoróbka, prowizorka, pośpiech i wścik. Momenty, w których czuję, że jest po prostu ok, że nic więcej już nie trzeba, te momenty są poukrywane w tkance dnia codziennego niczym grudki złota w nurcie rzeki. Wyławiam pewnie co dziesiąty. A i to z wielkim trudem.

Ale jak już wyłowię... o wszyscy święci! Co ja czasem wyławiam!

Wyłowiłam ostatnio Gigannę, gdy wdrapała się na kanapę, przypadła do mnie i wyrzekła z wyraźnym upodobaniem: Moja! Kocham!

A potem ułożyła się wygodnie na mych kolanach i wygłosiła swój komentarz do naszej wspólnej rzeczywistości: Mama - kocham! Tata - kocham! Panta*- kocham!

To nie jest grudka złota, moi Mili, to jest sztabka złota! Sztaba, rzekłabym nawet. I ja sobie te sztaby, sztabki i grudki wyławiam i odkładam do skarbczyka. I gdy nastaje kolejny dzień pt. chmurno, durno, nieprzyjemnie, luźna plomba dzwoni w zębie... Czyli dziś... W takim dniu staram się pamiętać, że mam skarbczyk pełen złota i nikt mi go już odebrać nie może - mój ci on! I od razu jakoś lżej się robi na sercu, nieprawdaż.

To teraz kawa. Bo A. nie piła dziś jeszcze kawy. Ja piłam, ale pójdę z nią po tę kawę. Kawa to też moja malutka grudka złota jest.

A Wy macie też pełno takich grudek i sztabek, wiecie? Wiecie!


____
*Panta czyli Dziobalinda w języku Giganny

7 kwi 2014

Jak imprezować po trzydziestce

Imprezować po trzydziestce!

Umówić się z przyjaciółkami w sobotni wieczór. W kawiarni z wypiekami bezglutenowymi. Wypić herbatkę i zjeść ciasto z rabarbarem.

Następnie zacząć imprezę właściwą, czyli przenieść się do lokalu z winem. Zamówić jeden kieliszek czerwonego wina (250 ml) - więcej nie, bo przecież karmienie trwa i od tego kieliszka i tak trzeba odczekać 2 godziny, żeby móc potem zaserwować Gigannie jej nocne "toto". Upić się tym jednym kieliszkiem wina. Ok. 23:00 zamówić wodę z cytryną, żeby nie zasnąć.

Wyjść z lokalu o północy, bo jedno z dzieci współbiesiadujących się obudziło i mąż zadzwonił po pomoc.

Wysiąść z metra o 1:00 w nocy i postanowić dojechać do domu na miejskim rowerze. W trakcie jazdy rowerem odebrać telefon od przyjaciółki. 

Prowadzić rower jedną ręką, jednocześnie rozmawiając przez telefon. Zaufać sobie, że da się radę tą jedną ręką wziąć ostry zakręt przy aptece.

Zderzyć się czołowo z apteką.

Zebrać twarz z apteki i obłożyć ją chusteczkami, żeby zatamować krwawienie ze zdartych ust. Dotrzeć do domu. Rozśmieszyć męża.

Następnie poczekać 10 minut, aż obudzi się Giganna i zażąda "toto".

Obudzić się następnego dnia i cieszyć się z pierwszego od 2 lat wieczornego wyjścia w starym składzie. Oraz przez następne dwa dni pić zimną kawę, czekając, aż zagoją się strupy na twarzy. 

2 kwi 2014

O medalach

Jak fajnie byłoby, gdyby matki dostawały odznaki, spawności i medale za każdą trudną rzecz, którą udaje im się zrobić, choć wcześniej wydawała się ona niewykonalna! Chodziłybyśmy wtedy obwieszone orderami do kolan, jak ruski generał, że sobie pozwolę na cytat z kabaretu mego dzieciństwa.

Otóż bowiem ja zdobyłam ostatnio dwie nowe sprawności, mianowicie:
  • pojszłam z dwoma dzieckami na pływalnię i wróciłyśmy wszystkie całe i zdrowe,
  • nie wdałam się w awanturę z Małżonkiem, choć obydwoje byliśmy na skraju załamania nerwowego (praca, dzieci chore, dzieci krzyczą, praca, kasa, chore dzieci, chore dzieci, chore dzieci - i na koniec kot puścił pawia w przedpokoju, co przelało czarę goryczy!).
Za to drugie, to nawet, myślę, złoty medal mi się należy! Było to jedno z większych osiągnięć w moim życiu prywatnym.

Z innych osiągnięć, których się po sobie nie spodziewałam (w domu rodzinnym kultywowano takie zabawne przekomarzanie, że jako dziecię jajogłowe mam marchwiane rączki i że moja młodsza siostra, jako bardziej zaradna, będzie musiała mnie utrzymywać), mogę wymienić jeszcze:
  • bycie w ciążach i zakończenie tych ciąż porodami, zwłaszcza porodem sn w przypadku Giganny - serio nie sądziłam, że będę do tego zdolna (i szczerze mówiąc, nikt chyba nie sądził, że będę - z ciążami jeszcze jako tako, ale w porodach jestem do bani);
  • przetrwanie pierwszych miesięcy po urodzeniu Dziobalindy, bez popadnięcia w nieuleczalne stany lękowe,
  • przetrwanie pierwszego roku po urodzeniu Giganny bez wyskoczenia przez balkon z 10 piętra (i owszem, nadal ona nie śpi w nocy i nadal okresowo wydziera się jak trąba jerychońska, ale już mi jakoś łatwiej)
  • przetrwanie 3 samotnych dni z dwójką dzieci, na 2 tygodnie po urodzeniu Giganny,
  • przetrwanie 4 godzin w kolejce na dyżur pediatryczny w niedzielę;
  • podróżowanie z dwójką dzieci samotrzeć zbiorkomem;
  • odwiedzanie  z dwójką dzieci samotrzeć przychodni publicznej;
  • ogarnianie Dziobalindy targanej przez grypę żołądkową;
  • samodzielne skręcenie krzesełka wysokiego marki Fisherprice,
  • przykręcanie zawiasów, malowanie ścian, a nade wszystko odtykanie zatkanego kibla bez użycia tego przyrządu, co nawet nie wiem, jak się nazywa,
  • pójście do pracy na 7:00 rano, powrót o 16:00, zajmowanie się dziećmi i domem do 22:00 po czem znowu pracowanie do 4:00 nad ranem (mój rekord z ostatniego czwartku).
A jakbym się rozpędziła, to mogłabym tak wymieniać i wymieniać, bo jestem dziś dobra dla siebie i pochwał sobie nie szczędzę.

I powiem tak. Każdy ma pewnie inaczej i uogólniać nie będę - ale w moim życiu tak się składa, że to właśnie rodzina, a zwłaszcza dzieci, stawiają przede mną większość wyzwań, którym sprostanie napawa mnie dumą. Owszem, umiem recytować długie starogreckie wyrazy, takie jak sphragidonychargokometes. Umiem imitować dialogi platońskie, pisać listy po łacinie, recytować Catulla metrycznie. Owszem, na ogół czytam szybko i ze zrozumieniem, i nawet ostatnio ktoś mnie polubił bardziej za to, że poleciłam na dobry humor czytanie Arystofanesa. Owszem, sprawnie sobie radzę w swojej pracy, którą lubię i dzięki której doznaję nierzadko przyjemnego poczucie spełnienia. Ale to wszystko zawsze przychodziło mi z łatwością. Nie musiałam się nad tym nie wiadomo ile trudzić. Lubiłam to po prostu i nadal bardzo lubię. Ale odtykać kibel albo zabawiać dzieci 4 h w kolejce w państwowej przychodni - not so much. Skręcić krzesełko albo upiec drożdżówkę -  zawsze żyłam w przekonaniu, że się do tego kompletnie nie nadaję. I właśnie dlatego prawdziwą dumą napawa mnie to, że takim zdaniom jestem w stanie sprostać. I za to poproszę medale! I o medale poproszę dla wszystkich kobiet, nie tylko matek,  które w codziennym życiu swoje słabości, demony, uprzedzenia i inne takie pokonują.

Brawo dla Was! Brawo dla nas! Oklaski!