23 gru 2015

O narodzinach nadziei

Ciężko mi ostatnio zaglądać do internetu...  mamy swoje własne, rodzinne problemy, a tymczasem świat wokół zdaje się taki trudny i ciężki do zrozumienia. Myślę sobie, że im musiało być jednak stokroć ciężej. Tylko we dwoje, w nieprzyjaznym świecie, bez dachu nad głową - i z nowo narodzonym dzieckiem. Czy bardzo się bali? Czy czuli się samotni i słabi? Czy z niepokojem patrzyli w przyszłość? Zapewne tak. 

Ale znaleźli w sobie siłę, znaleźli nadzieję, zapewne tak jak my wszyscy - z miłości. Z miłości do swojego syna. I z miłości Syna do nich. Bo to małe, bezbronne dziecko miało zmienić wszystko, miało przynieść nadzieję - nie tylko im, ale całemu światu.

Ten czas jest trudny nie tylko dla mojej rodziny. Jest trudny dla wielu znanych mi ludzi, którzy przeżywają rodzinne tragedie, choroby swoje i choroby bliskich osób, strach, poczucie odrzucenia... Jest trudny dla obcych mi ludzi uciekających przed złem, bojących się zła, tracących zaufanie i wiarę w bezpieczny świat obok. Jest trudny zwłaszcza, gdy się śledzi na bieżąco medialne doniesienia o wojnach - tych realnych i tych w głowach, o zaginięciach, wypadkach, zagrożeniach... Założę się, że wielu z Was martwi się czasem i lęka tak jak ja. Tak jak lękali się też samotni rodzice ponad 2000 lat temu w Betlejem.

Ale w każdym strachu, w każdym świecie - jest nadzieja. Ja czerpię nadzieję z tego samego źródła, z którego czerpali oni. I Wam na te Święta życzę przede wszystkim - nadziei. Trzymajmy się. Nie dajmy się przeciwnościom i strachom. Pielęgnujmy w sobie miłość, dobro i radość. O to w tych Świętach, o to w naszych życiach, o to w tym wszystkim chodzi.

Carlo Maratta "Świeta noc"