31 maj 2011

Jak się skutecznie udręczać

Poradnik dla młodych matek pracujących

Jeśli nić żywota nazbyt mało napiętą ci się zdawa, a spokój ducha uciążliwym ci jest niczym w klasztorze tym żeńskim jutrznia codzienna i w ogródkach roboty ręczne, oto masz sposób niezawodny, aby w codzienność swą obmierzłą wpleść tragizm niczym z Medei Eurypidysowej, co włos jej niczym fale nadmorskie wzburzone ze zgryzoty całkiem posiwiał i zmarniał, lub niczym z wenezuelskiej telenoweli o pięknej dziewczynie imieniem Cielo, którą życie przykrymi przytykami doświadczyło srogo. A oto i on.

Rozmawiając z młodymi matkami pozostającymi z dziećmi w domu - dręcz się myślą, że tylko zła matka pracuje, dziecię małe pod opieką babci lub w przedszkolu lub w szkole zostawiwszy. Myśl intensywnie o tym, jak traumatyczny wpływ ma Twoja praca na Twoje dziecko, którego życia stanie się pasmem nieszczęść odtąd aż do śmierci. Jeśli przypadkiem Twoja praca dostarcza niezbędnych składników domowego budżetu, bez których nie spłacicie kredytu na mieszkanie/nie zapłacicie czynszu/nie kupicie dzieciom butów etc. - tym lepiej! Dręcz się myślą, że jesteście rodziną nieudaczników, której powinno się odebrać prawo do rozmnażania.

Rozmawiając z młodymi kobietami pracującymi (matkami lub nie, jak wolisz), robiącymi karierę - dręcz się myślą, że pracujesz już 5 lat w tej samej firmie, nie zarabiasz wcale 5 tys. na rękę, nie masz służbowego Blackberry, nie jeździsz na służbowe wyjazdy do Walii i nie masz służbowego samochodu. Nie realizujesz ambitnych celów, nie rozwijasz się. Nie porzuciłaś też pracy biurowej po to, aby w starej kamienicy na Powiślu otworzyć Centrum Twórczego Rozwoju dla Kobiet z Solca i Pelcowizny i zostać bohaterką reportażu w Zwierciadle. Ponadto rano musiałaś z woli sił wyższych zmienić szybko spodnie na spódnicę i teraz z przerażeniem stwierdziłaś, że nogi przecież goliłaś dwa dni temu i że widnieją na nich pierwsze wykrzywione z złośliwym uśmiechu wredne gęby czarnych i okrutnych niczym koreańscy żołnierze włosków.

Stosuj te dwie metody naprzemiennie i regularnie, a już po tygodniu zobaczysz pierwsze efekty. Po miesiącu dostaniesz nerwicy, a po pół roku będziesz chuda, melancholijna i mroczna, z tendencjami do romantycznych wybuchów płaczu i rwania pięknych długich włosów (olałaś już dawno chodzenie do fryzjera, nie zasługujesz na życie na tym świecie, a co dopiero na fryzjera!) ze swej porcelanowej kruchej głowy.

Satysfakcja gwarantowana.

30 maj 2011

Duża rzecz

Wczoraj Małżonek dokonał oficjalnej konwersji na luteranizm. Jesteśmy teraz wszyscy troje prawdziwą kacerską rodziną!

To jest w naszym życiu naprawdę Duża Rzecz, z serii Tych Dużych Rzeczy.

27 maj 2011

Ciekawa praca magisterska

Ktoś tu w me skromne progi trafił szukając ciekawej pracy magisterskiej na temat empatii lub inteligencji emocjonalnej. Przepraszam, ale nie posiadam. Posiadam za to bardzo ciekawą pracę magisterską na temat: "Obraz Konstancjusza II w pismach Hilarego z Poitiers i Lucyferiusza z Calaris czyli kanon inwektywy antycznej w pismach wczesnochrześcijańskich". Serio serio. Można cytować nieodpłatnie.


Drogie Bravo, czy teraz się szuka prac magisterskich w necie?

24 maj 2011

Urodziny

No więc były urodziny Dziobalindy. Trzecie. I przy okazji tych urodzin pomyślałam sobie, że przecież nie świętujemy faktu, że to trzecie, tylko że to urodziny. Innymi słowy, nie dlatego dajemy komuś prezenty urodzinowe, że ktoś ma „już ileś tam lat” (bo żadna to jego zasługa, nieprawdaż), tylko dlatego, że kiedyś tam on się urodził – po prostu – i jest. Sam fakt istnienia czyjegoś świętujemy. Bo jego istnienie przynosi nam radość, ono samo, bez żadnych dodatków w postaci starannego wykształcenia (malowanie na szkle, lektura francuskich powieści, gra na klawikordzie) i szeroko pojętego sukcesu.

„Cieszę się, że jesteś” – mówię komuś, robiąc dla niego tort. W tym wypadku własnej córce. Która świętowała swe urodziny między innymi tak:



Tymczasem wczoraj były urodziny mojego taty. Nie mogę mu już powiedzieć, że się cieszę, że jest. Ale nadal cieszę się, że był. Toteż tatowe urodziny świętowaliśmy z Małżonkiem tak, jak mój tata doceniał i lubił – wódką czystą popijaną z kielonków do jajek, wznosząc toasty za jego powodzenie gdziekolwiek jest teraz. I czułam, serio serio, czułam, że się tata do tej naszej imprezy momentami dołączał. Jak to się mówi – duchem. Ha ha.

Wiele rzeczy chciałabym tacie powiedzieć, ale myślę, że teraz on już to wszystko wie i bez mojego mówienia. Taką mam przynajmniej nadzieję.

19 maj 2011

Migawki

Urlop mam. Komputer nie. Internet nie. Bieganie tak. Rower tak. Lato w mieście. Powsin wita. Pan w Powsinie imputował mi posiadanie legitymacji studenckiej. Ha ha. Ha.

Bazylia mi zakwitła w doniczce na parapecie. Pierwszy raz w życiu widzę kwitnącą bazylię.

Urodziny Dziobalindy trzecie. Upiekłam już dwa ciasta. Ciąg dalszy nastąpi. Dziobalinda śpiewa ciastom "sto lat". Najlepszy jak dotąd prezent to trzy samochodziki od Zygzaka Mcquenna. Wyścigi trwają nieustannie.

Bardzo bardzo bardzo lecę na własnego męża. Hm.

Jeszcze tylko 4 dni urlopu.

10 maj 2011

Na początku było słowo

Podobno Bóg stworzył świat słowem.

Im więcej siedzę w necie, tym wyraźniej widzę, jak słowo stwarza mnogie światy - różne, takie, do których chce się wejść i zostać, oraz takie, z których chce się jak najszybciej uciec. Dwa lata na kilku forach internetowych świetnie mi ukazało ten mechanizm. Widziałam i doświadczałam, jak można słowem przerzucić mosty nad podziałami oraz jak można zranić tak, że rany zostają głębokie, choć to tylko iluzoryczna przestrzeń na monitorze. Wiem, że w życiu realnym to działa tak samo, ale w necie jakoś lepiej to widać chyba, bo tu jest słowo obnażone, pozbawione kontekstu, wsparcia mimiki - trzeba nim operować ostrożnie niczym skalpelem, bo czasem źle dobrany zaimek powoduje lawinę nie do zatrzymania.

Przykro jest mi zwłaszcza czytać słowa niektórych osób, dla których słowo jest chlebem powszednim - są z nim zaprzyjaźnione, umieją nad nim zapanować, znają jego tajniki. Obracają nim sprawnie i efektownie. Wiedzą, jaką ma moc, a mimo to używają go jak floretu, a czasem - o zgrozo - jak miecza. Widziałam takich przykładów kilka. Do kilku osób straciłam szacunek.

Czasem cyzeluję słowa jak pedantyczny jubiler, obracam każde i sprawdzam, czy aby nie ma zbyt wystających kantów. A czasem wyrzyguję je z siebie tylko po to, żeby poczuć ulgę, jak po ciężkim alkoholowym zatruciu. I wtedy mogę zachlapać komuś buty. Nie chciałabym jednak złapać się na tym, że wykuwam słowom kunsztowne groty i haki tylko po to, żeby komuś finezyjnie wyszarpać z piersi kawałek ciała. Oby ominęła mnie ta pokusa.

6 maj 2011

Cidops

Wyszliśmy już z fazy, gdy dziecię o 6.00 rano budziło nas dzikim wrzaskiem ze swego szczebelkowego łóżeczka. Zupełnie niespodziewanie dla mnie (bo myślałam, że to znacznie później!) weszliśmy w fazę, w której to ja wstaję wcześniej i idę czochrać gołe nóżki wystające spod kołdry i namawiać syrenim głosem "wstajemyyyyy!", a Dziobalinda zakrywa głowę misiem mrucząc "Jeszcze pięć minutek...".

Jak wiadomo, jedną z najlepszych metod wychowawczych jest bakszysz. A zatem dziś rano wyciągnęłam Dziobalindę z łóżka "Cidopsem", który to "Cidops" ostatnio obie maniakalnie uwielbiamy.

Whenever I hear goodbays
- śpiewam ja.
Remind me baby od you! - śpiewa Dziobalida.

4 maj 2011

Budyń poranny

Moja kochana mamusiu - powiedziała Dziobalinda - jak okropnie cię lubię!

I mój mózg roztopił się w skondensowane mleczko o smaku karmelowym.

Może i życie nie ma większego sensu, ale potrafi chwycić za serce tak, że się chce żyć dla tej jednej chwili.