24 maj 2011

Urodziny

No więc były urodziny Dziobalindy. Trzecie. I przy okazji tych urodzin pomyślałam sobie, że przecież nie świętujemy faktu, że to trzecie, tylko że to urodziny. Innymi słowy, nie dlatego dajemy komuś prezenty urodzinowe, że ktoś ma „już ileś tam lat” (bo żadna to jego zasługa, nieprawdaż), tylko dlatego, że kiedyś tam on się urodził – po prostu – i jest. Sam fakt istnienia czyjegoś świętujemy. Bo jego istnienie przynosi nam radość, ono samo, bez żadnych dodatków w postaci starannego wykształcenia (malowanie na szkle, lektura francuskich powieści, gra na klawikordzie) i szeroko pojętego sukcesu.

„Cieszę się, że jesteś” – mówię komuś, robiąc dla niego tort. W tym wypadku własnej córce. Która świętowała swe urodziny między innymi tak:



Tymczasem wczoraj były urodziny mojego taty. Nie mogę mu już powiedzieć, że się cieszę, że jest. Ale nadal cieszę się, że był. Toteż tatowe urodziny świętowaliśmy z Małżonkiem tak, jak mój tata doceniał i lubił – wódką czystą popijaną z kielonków do jajek, wznosząc toasty za jego powodzenie gdziekolwiek jest teraz. I czułam, serio serio, czułam, że się tata do tej naszej imprezy momentami dołączał. Jak to się mówi – duchem. Ha ha.

Wiele rzeczy chciałabym tacie powiedzieć, ale myślę, że teraz on już to wszystko wie i bez mojego mówienia. Taką mam przynajmniej nadzieję.

5 komentarzy:

  1. Trochę spóźnione ale... najlepsze życzenia dla Twojej córki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Super blog, zapraszam do mnie ;))

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dziękuję i pozdrawiam :) W odwiedziny wpadnę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pozdrawiam Dziobalindę, pomyślności!

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję w imieniu Dziobalindy :)

    OdpowiedzUsuń