26 lip 2010

Od absyntu ni mom talyntu

Talyntów u mnie brak. (Talentów też. Tych eubejskich i tych egineckich. Że o polskich złotych nie wspomnę).

Talynt to ja mam jedynie do gadania. (Gadam i gadam, gadam, gadam aż w końcu najczęściej dochodzę do porozumienia jakiegoś względnie stanowiska „kapelusza-z-uszanowaniem-uchylam-pozdrawiam-żegnam-urazy-nie-żywię”. To tylko dlatego, że lubię gadać. Gadanie to moja jedyna, ale straszliwa broń. Potwierdzi każdy, kto musiał ze mną kiedyś naprawdę gadać.).
Mam też ja talynt to znajdowania fascynujących ludzi a następnie wpraszania się im. Na przykład wpraszam się w urlopy. Udało nam się z Sykofantą wprosić na kilka godzin urlopu do Sporothrix oraz Misek do mleka. Podobno wyszli z tego względnie cało i zdrowo.

Talenty ma za to mój Mąż. Ma ich wiele. Gdyż gra i komponuje. Gdyż ładne meble sam czynić potrafi. Gdyż również rysuje i maluje w sposób nietuzinkowy. (tu bym najchętniej wrzuciła fotę drzewa, jakim Mąż ozdobił pokój Dziobalindy, ale pierwej muszę uzyskać zgodę autora).

Wyszliśmy no przed blok z Dziobalindą zaopatrzeni w pudełko z kredą. Odwróciłam się zaledwie na pięć sekund, patrzę, a tam o, proszę. Tak se chłopak machnął od niechcenia.









Żeby nie było, dzieło jest w zasadzie zbiorowe. Ja rysowałam ten wiecheć pośrodku, a Dziobalinda dodawała z rozwagą kreski i kropki ("Pierwsze oczko, drugie oczko, trzecie oczko...").

Podpis zatem również zbiorowy:



Backstage:

18 lip 2010

Reklama dźwignią handlu

Wybrałyśmy się z Dziobalindą na tzw. bazarek (gdyż mamy to szczęście mieszkać w pobliżu prawdziwego bazarku, będącego na wyginięciu staropolskiego gatunku centrum handlowego, moi mili). Zdążałyśmy w poszukiwaniu warkoczy czosnkowych oraz pomidorów na obiad, gdy na naszej drodze stanął pan z wózkiem wypełnionym suszonymi przyprawami.

-Pani kupi majeranek dla męża! - krzyknął do mnie radośnie.

Że jak? Dla męża? Czemu dla męża? Tak mnie to zastanowiło, że aż stanęłam.

- Czemu dla męża? - pytam.

- A co, będzie mu pani pieprz dawać? - odparł on.

No prawda. Na taki argument brak mi było odpowiedzi.


Kupiłam majeranek. Dla męża.

15 lip 2010

Dobrze, że jesteś

Zasypianie Dziobalindy to jest proces żmudny. Od samej Dziobalindy wymaga poniekąd dokonania aktu przemocy na własnej naturze. Od pełniącego wartę rodzica wymaga umiejętności stosowania przeróżnych zabiegów magicznych, w tym śpiewania. Śpiewamy więc. Kołysanki śpiewamy (Preferowana ostatnio Pani Krzaczek ma zakaz występów wieczornych w sypialni, bo Dziobalinda wraz z Panią Krzaczek lubi śpiewać i tańczyć namiętnie, co mocno zaburza i tak już skomplikowany proces zasypiania). Śpiewałam i dziś, gdy wtem moja córka zmieniła repertuar i uraczyła mnie piosenką, której nie znam ( a którą zawdzięczamy zapewne Klubikowi Malucha i cioci Asi). Tekst szedł tak:
Dobrze że jesteś, dobrze że jesteś, dobrze, że jesteś.
Co by to było, gdyby Cię nie było? Oj, źle by było.

Zanim się zorientowałam, mój mózg już kołysał się radośnie w falach malinowego budyniu. Rozdziawiłam gębę jak urzeczona i zapożyczając od Dziobalindy jej ulubioną frazę wyrzekłam: Jeszcze raz to samo!

Bo tak. Ja tej piosenki nie znałam wprawdzie, ale uświadomiłam sobie, że od 2 lat śpiewam ją Dziobalindzie w swojej głowie nieustannie. Od 5 lat śpiewam ją Małżonkowi. Od iluś-tam-nie-pamiętam śpiewam ją rodzicom, siostrze, dziadkom. Śpiewam ją wszystkim swoim przyjaciołom. W swojej głowie.

I słowa tej piosenki są jak najbardziej oczywiste - nie „dobrze, że zrobiłeś to czy tamto”, „dobrze, że pożyczyłeś mi kasę”, „dobrze, że pomogłeś mi odholować samochód”. To też, tak. Ale przede wszystkim - dobrze, że jesteś. Dobrze, że jesteś ze mną i dobrze, że jesteś w ogóle. Czy można się cieszyć z samego faktu, że ktoś obok istnieje? Można. Trzeba.

Pamiętam, ze gdy poznałam mojego męża, to chciałam po prostu przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. Chciałam, żeby był. I tyle. To uczucie nadal jest we mnie. Lubię gdy po prostu jesteśmy wspólnie.

Ostatnio pewna osoba uratowała mnie przed rozpuknięciem się na miliard wrzeszczących kawałków tym, że po prostu powiedziała „Ok, będę”. I była. Mimo, iż sama przeżywa osobistą tragedię, mimo, iż do tej pory znałyśmy się tylko korespondencyjnie - przyszła. I po prostu ze mną była.

Dwa dni później A. w godzinę zmieniła plany i przyjechała na spotkanie, tylko po to, żeby posiedzieć. Była.

Sykofanta raz przynosił mi melisę o 23.00. I był.

Mój tata raz wisiał ze mną na telefonie od 1 do 3 w nocy. Po prostu był.

Dahoovka kiedyś poszła ze mną na spacer do lasu, tuż po śmierci mojego taty. Była. Była też B. i N., i P. Nic nie robiły. Były.

A kilka dni temu wracałyśmy razem z pracy z drugą A. A. odprowadziła mnie do metra. Ot krótki wspólny spacer. Ale sprawiło mi ogromną radość takie proste bycie razem. Taki zwykły spacer właśnie.

Czasem jest tak, że bycie jest najlepszym co możemy komuś dać. Czasem bycie jest najpełniejszą formą relacji. Ale to trzeba być nie tak po prostu - ale być dla kogoś.

Nie pamiętam już, kto powiedział, że Boga należy szukać w twarzy drugiego człowieka. Ale w pełni się z tym zgadzam. Widzę Go w twarzy człowieka, który jest obok mnie, tak po prostu, by być wspólnie. By być dla mnie. Gdy mówię „Dobrze, że jesteś”. A mogę i chcę to powiedzieć wielu ludziom.

14 lip 2010

Bzzzzzz

Lato jest, tak? Teatry zamknięte. W kinach nuda. Sezon ogórkowy jest nawet na blogach. U mnie tyż.

Ale nie, nie, nie będzie tak letko, o nie. Ja piszę. W bólach piszę. W pocie. Do biurka się lepię. Przyklejam. Potem spływam. Okłady z mrożonych knedli ze śliwkami przykładam. Wietrzę (czysto symbolicznie, bo wiatru ni dudu). Wdycham. Pranę. i nie tylko. I piszę.

Jak napiszę, to wrzucę. Póki co wracam po knedle.

Kto tam jeszcze ma mózg ugotowany na miękko, jak ja? Anyone?