29 kwi 2009

"Wielki Zderzacz Hadronów", tom I "Barion rusza z odsieczą"


Pierwszy tom pasjonującej trylogii o magicznym świecie Planety Hadronów.

Nad Planetą Hadronów zawisło ogromne niebezpie- czeństwo. Oto wypełniła się starożytna przepowiednia, zapowiadająca przebudzenie Plazmy Gluonowo-Kwarkowej, królowej Gluonów, pokonanej w Wielkiej Wojnie przez zjednoczone Siły Planety Hadronów, Królestwa Fermiona oraz Planety Barion. Nukleon z rodu Nuklidów, król Planety Hadronów, staje do walki z Gluonami. Do Nukleona przyłącza się jego bratanek Hiperon, władca Planety Barion. Nukleon i Hiperon wysyłają poselstwo do Fermiona V z apelem o przyłączenie się do walki. Okazuje się jednak, że Fermion, za namową swej żony Materii Dziwnej, opowiedział się po stronie Gluonów.
Nukleon decyduje się na ryzykowny krok - wzywa na pomoc znanego w całej Planetarnej Przestrzeni banitę Bozona W. Bozon, zbuntowany samotny rycerz, przybywa wraz ze swym wiernym towarzyszem Wino. Nie chce jednak przyłączyć się do walki. Nikt oprócz wiernego Wino nie wie bowiem, że Bozon cierpi na spin całkowity. W jego życiu następuje jednak przełom za sprawą spotkania z piękną córką Nukleona, Gwiazdą Neutronową. Bozon i Gwiazda podejmują się niebezpiecznej wyprawy do królestwa Fermiona, aby wydobyć go spod zgubnego wpływu żony. Jednak już na początku wyprawy zostają napadnięci przez gang Dziwnych Kwarków...

Czy bohaterowie dotrą do pałacu Fermiona? Czy uda im się pokonać Materię Dziwną?
Tego dowiecie się z tomu II „Królestwo Fermiona”.

26 kwi 2009

Rodzina podstawową komórką społeczną

W piątek wracaliśmy z rodzinnego nalotu na moją Jedyną Siostrę – ja, Tomasz i córka moja i mego Małżonka, zwana w rodzinie Dziobalindą (Małżonek na wyjeździe, a ja nocami tkam peplos i wzdycham i spać nie mogę. Dzięki Bogu wraca jutro, bo lada chwila ze zgryzoty ucho sobie utnę). Wracamy otóż metrem i Dziobalinda robi swój popisowy numer – uśmiecha się szeroko, wyciąga rączkę i zagaduje rozkosznie po dziobalińsku. Panie wokół mdleją z zachwytu, panowie kraśnieją z ukontentowania, cały wagon nasz! I jakaś miła niewiasta zaczyna rozmowę, że jakie piękne radosne dziecko i ach, i och, i nagle dociera do nas, że niewiasta wzięła Tomasz za ojca Dziobalindy.

No tak – kobieta z wózkiem i facet obok to ni chybi muszą być parą. Bo matki z dziećmi poruszają się tylko w asyście mężów (niezamężne kobiety nie miewają dzieci! ). I to też tylko do pediatry i na plac zabaw. Ze sklepu, z knajpy, z chodnika – matki z dziećmi won!

Ale jednak coś nie pasuje w tym obrazku. Wychodzimy z metra, Tomasz lustruje mnie, lustruje siebie i rzecze: "Jak dziwnym trzeba być, żeby pomyśleć, że mogłabyś spłodzić dziecko z facetem, który ma torbę większą od Twojej?”

Dziękuję, nie mam więcej pytań!

Homo homini lupus



Tak się składa, że kilka bardzo bliskich mi osób ma dość negatywny stosunek do religii. Mimo to jesteśmy w stanie się przyjaźnić – każda strona zachowuje szacunek dla zdania drugiej i jest ok. Nikt nikogo nie nawraca, nie przekonuje, nie obraża. Wydawałoby się – rzecz normalna.

Dziś weszłam na bloga znajomego ze studiów, którego zawsze lubiłam i dobrze mi się z nim gadało. I z przykrością stwierdziłam, że czas tego dobrego gadania chyba się skończył. Kolega bowiem pół życia poświęca na zwalczanie religii, a każdy wierzący jest jego zdaniem totalnym kretynem. Siłą rzeczy nie będzie mógł więcej ze mną rozmawiać, skoro przyjęłam chrzest. Chyba, że zrewiduje poglądy i uzna, że bywają i wierzący posiadacze czynnych mózgów.

Obawiam się jednak, że prędzej kolega zrewiduje swój pogląd na moją osobę, niż na religię.

Jakoś nie jestem w stanie zrozumieć, skąd w ludziach to wieczne dążenie do walki i posiadania „jedynej prawdy obiektywnej”. Na chłopski rozum jest to dla mnie niedorzeczne– każdy podejmuje własne decyzje i o ile nie szkodzi drugiemu, powinno być ok. Ale nie! To, że ateiści uważają się za „lepszych” od wierzących i vice versa, to żadna nowość. To, że matki „piersiowe” uważają się za „lepsze” od „butelkowych”, że matki rodzące w wieku lat 20 uważają się za ”lepsze” od rodzących w wieku lat 40, że chudzi uważają się za „lepszych” od grubych, dzieciaci za „lepszych” od niedzieciatych i vice versa, to wszystko – a można by jeszcze wymieniać i wymieniać– jest czystym absurdem. Wygląda na to, że większość ludzi –bo przecież jednak nie wszyscy – umie budować poczucie własnej wartości tylko w odniesieniu do innego, ”gorszego” od siebie. Musimy sobie koniecznie udowadniać, że istnieje tylko jedna prawda o świecie, tylko jeden właściwy sposób postępowania, i oczywiście posiadaczem tej prawdy i tego sposobu jesteśmy tylko my. No bo jak to – nie może być tak, żeby i wierzący i niewierzący byli tak samo wartościowymi ludźmi. Nie może być tak, żeby rodzenie dzieci było tym samym w wieku 20 i 40 lat. „To po co ja się, k....,napinam, skoro ma się okazać, że inni robią inaczej, a równie dobrze jak ja?”.

Swoją drogą ciekawe, jak łatwo fanatyczny ateista nieświadomie staje się wierzącym. Niedawno czytałam wypowiedzi wojującego ateisty, który uważał, że każdy kto robi coś, bo Bóg mu każe, jest „marna gnidą”. Sam jednak strofował rozmówców, że nie mogą myśleć tak, jak myślą, bo „postmodernizm” każe inaczej. Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Ale to tak obok tematu.

Podsumowując – jest mi przykro. Przykro, bo chyba właśnie straciłam znajomego, i przykro – bo nie rozumiem, na cholerę ludzie toczą nieustannie bezsensowne batalie. I jakoś nie zanosi się na to, żeby kiedykolwiek przestali to robić.

23 kwi 2009

Jak znaleźć dobry tytuł dla książki



Jak powszechnie wiadomo, w książce najważniejszy jest tytuł. Tytuł przyciąga, tytuł obiecuje, tytuł omamia. Bez dobrego tytułu nie ma dobrej książki, tak jak bez pracy nie ma kołaczy. (Chyba, że pracuje się w firmie Blade Gówno. Wówczas zamiast kołaczy są sucharki, ale za to palpitacje mózgu w dużych ilościach zupełnie za free. A kto pracuje w takowej firmie, to już ankieta wyjaśniła).

Jeśli zatem planujemy stać się sławną pisarką/sławnym pisarzem, musimy najpierw znaleźć dobry tytuł, a książka napisze się praktycznie sama. A dobre tytuły, moi mili, leżą na ulicy. Wystarczy się tylko rozejrzeć.

Dla przykładu proszę - parę pięknych tytułów książek si-fi, wszystkie prosto z życie wzięte.


1. Wielki Zderzacz Hadronów
2. Melioracja Bazy Herberta
3. Emulator interfejsu
(świetny tytuł na trylogię, np.
Emulator interfejsu i Fantomas
Emulator interfejsu kontra Predator
Emulator interfejsu – ostateczna rozgrywka)
4. Bogaty emeryt

I wcale nie musiałam ich szukać - same mi się zaanonsowały! Zainteresowanym kupnem lub wypożyczeniem tytułu z radością przekażę mój numer konta.

22 kwi 2009

Być albo nie być sive de essentia


Jak to pracownicy biurowi, prowadzimy z Tomaszem często kuchenne pogaduszki o tym i owym – a to o istnieniu Boga, a to o istocie świata, a to o tym, że mleko wyszło i co-za-życie-nawet-kawy-wypić-nie-można. Przy okazji tych rozmów wypłynęła książka, którą czas jakiś temu czytałam, a mianowicie Erica-Emmanuela Schmitta „Kiedy byłem dziełem sztuki”.

Książka została mi zareklamowana jako naiwna i rzeczywiście naiwną mi się zdała –ale tylko pod względem formy i warsztatu literackiego. Zasadnicze pytania bowiem, postawione w tej książce, wcale takie naiwne nie są, a mianowicie: Co to znaczy być człowiekiem? Na jakiej podstawie można orzec człowieczeństwo lub jego brak? Czy człowieczeństwo jest zbywalne, czy można się go zrzec bądź komuś je odebrać?

Bo otóż, Panie i Panowie, na to pytanie do tej pory jakoś się nikomu nie udało odpowiedzieć. Na księżyc latamy, genom poznajemy, umiemy począć ludzką istotę „w probówce”, ale co to jest człowiek w swej istocie – nie wiemy. I stąd się biorą problemy.

Stąd się biorą także moje wyjątkowo niemodne przekonania w kwestiach zapalnych, np. w kwestii aborcji. Jestem bowiem przeciwniczką tzw. aborcji na życzenie. A to dlatego, że ja nie wiem, ani też nikt do tej pory jasno nie stwierdził, kiedy płód staje się człowiekiem (poza naiwnym założeniem niektórych, że póki w brzuchu, to nie człowiek, a poza brzuchem człowiekiem dopiero się staje – równie uprawnione byłoby stwierdzenie, że jest się człowiekiem w salonie, ale w łazience już nie). Skoro nie wiadomo, to ja osobiście nie chcę wkładać palca w gniazdko i raczej wolę uznać człowieczeństwo tam, gdzie może go nie być, niż założyć jego brak tam, gdzie może ono faktycznie już być. A skoro jest możliwe, że tymczasowy lokator macicy jest człowiekiem, to należałoby nie podejmować pewnych kluczowych decyzji za niego, jak np. czy ma on żyć czy też nie. Nie ma bowiem takiego prawa, które pozwalałoby jednemu człowiekowi podejmować takie decyzje za drugiego człowieka. Pomijam sytuacje zgoła dramatyczne, gdzie taką decyzję podjąć trzeba (czyli działanie w samoobronie – czy to wojna, czy to napad, czy ciąża zagrażająca życiu lub zdrowiu matki) – niemniej zasadą jest, że każdy o swoim życiu decyduje sam. I słusznie.

Takoż w kwestii eutanazji – niech każdy ma prawo do podjęcia decyzji o tym, czy chce żyć. Niech mnie nikt na siłę wbrew mej woli nie trzyma przy życiu, ale też proszę nie odłączać mnie od kabelków, bo mojej szwagierce wydaje się, że ja to już człowiekiem pełnoprawnym nie jestem chyba, skoro te kabelki mi są do życia potrzebne.

Tu dochodzimy do kwestii tzw. „jakości życia”. Otóż skoro nie umiemy stwierdzić, czy ktoś jest człowiekiem, czy już/jeszcze nie, to próbujemy stwierdzić, czy jego życie ma jeszcze/już wartość, którą warto byłoby chronić. Czyli, że istnieje życie godne ochrony (czytaj: zdrowy, młody, bogaty biały człowiek), i życie tej ochrony niegodne (czytaj: stary, chory, niepełnosprawny w stopniu ciężkim, jeszcze nie wyjęty z brzucha lub też mieszkaniec Iraku). Tak się jednakże składa, że o tym, czy życie danego człowieka ma pożądaną jakość, nikt się owego człowieka nie pyta. Słyszę zatem opinie, że lepiej dziecku nie urodzić się wcale niż urodzić się z zespołem Downa lub trafić do domu dziecka, że ciężko niepełnosprawne dzieci należałoby usypiać, bo „co one mają za życie” (sic!), że jak ktoś ma lat 70 to żal kasy marnować na jego leczenie, bo jego życie i tak już nic nie jest warte. Pytam się nieśmiało – a kimże jest oceniający, żeby takie wyroki wydawać? Co ja na Jowisza mogę wiedzieć na temat jakości cudzego życia?

W tym miejscu nie wstydzę się powiedzieć, że tak, jestem świeżo upieczoną chrześcijanką i przyjmę na klatę finezyjny kontrargument, że jestem dewotką wypraną z myśli. Jednocześnie zachowuję sobie prawo do uznania owego argumentu za dowód na nieumiejętność uzasadnienia swojego stanowiska. Kto zna kronikę wypadków życiowych Synafii, ten może się wszakże zastanowić nad pewnymi wypadkami, które mogły skłonić mnie do przemyśleń, a wówczas dyskusja stanie się płodną, miast być nudną wymianą haseł typu „Daj spokój”.

17 kwi 2009

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie!

Nie jestem bogata, nie mam koneksji ni pochodzenia, moja praca nie dostarcza mi wrażeń w postaci wysokiej pensji ni podniet intelektualnych (vide ankieta obok), nie mieszkam w pięknym domu z ogrodem gdzieś nad ciepłym morzem, nie jestem długonogą blondynką... ALE! Mam najlepszych przyjaciół na świecie. Serio serio, nie przechwalam się!

Oto fragment wczorajszej wieczornej korespondencji z jedną z mych najpierwszych przyjaciółek, która napisała mi takie oto słowa skrzydlate:
"Jeżeli natomiast życzysz sobie czymś się zamartwiać, należy złożyć podanie zgodne z wymogami formalnymi. Odpowiedź w terminie do dwóch tygodni od daty stempla pocztowego. Zdąży Ci zatem przejść taka ochota.
Oczywiście trzeba załączyć znaczek skarbowy. To Cię powinno zniechęcić. Za martwienie się bez pozwolenia jest kara umowna. Po otrzymaniu pozwolenia na martwienie się należy jęczeć i zawodzić. Niezastosowanie się do warunków skutkuje zawieszeniem pozwolenia na czas nieokreślony."

Ochota na zamartwianie przeszła mi od ręki!

Na koniec dziś coś, co mnie autentycznie przyprawia o kwiki radości, czego i Wam życzę:

16 kwi 2009

Jak sprostytuować każdą ideę



Dawno, dawno temu, w okresie pliocenu, człowiek zaczął jakimś cudem ewoluować z małpy w australopiteka. Czy to było w wodzie czy na lądzie – nie czas się spierać, faktem jednak jest, że jako gatunek stanęliśmy na nogi, wzięliśmy do rąk narzędzia i rozpoczęliśmy tzw. cywilizację.
Cywilizacja jaka jest – każdy widzi. Moim zdaniem jest po prostu faktem, ani dobrym, ani złym. Jako ludzie wykorzystujemy ją wszelako do dobrych lub złych celów.
Właśnie – jako „ludzie”. Czyli jako kto? Arystoteles twierdził, że człowiek to istota dwunożna zdolna do śmiechu. Ja zaryzykowałabym teorię, że człowiek to istota dwunożna, zdolna spieprzyć absolutnie każdy dobry pomysł i wykorzystać go na własną zgubę.
Albowiem:
Człowiek odkrył ogień i to było dobre – mógł sobie mięso usmażyć i chatę ogrzać. A potem wymyślił, żeby tym ogniem spalać chaty innych ludzi albo samych ludzi.
Człowiek odkrył koło i to było dobre – mógł literalnie ruszyć do przodu cywilizację. A potem wymyślił, że tym kołem można innych ludzi łamać.
Człowiek odkrył religię i to było dobre (jeden powie, że wymyślił sam, ja powiem, że została mu objawiona, faktem jest, że odkrył) – mógł przestać się bać świata i bliźnich i zacząć żyć tak, by nie krzywdzić innych. A potem wymyślił, że najlepiej się krzywdzi innych pod płaszczykiem religii właśnie.
I tak ze wszystkim.
Proch – wiadomo.
Rozszczepienie atomu – wiadomo.
Feminizm – takoż (coraz częściej zamienia się w absurdalne postulaty prowadzące do błędnego wniosku, że kobiecie uwłacza sam fakt bycia kobietą - i np. nie należy mówić w Parlamencie UE per „Pani” ani „Panna”, a ciąża i karmienie piersią są niesprawiedliwością społeczną).
Wolność słowa – takoż (i dlatego nagle się dowiadujemy, że wolno powiedzieć absolutnie wszystko i np. nazwać sąsiada złamanym chujem oraz zawezwać do zagazowania „Żydów i pedałów”, bo przecież wolność słowa jest).
Wolność do własnego wyznania i wolność od jakiegokolwiek wyznania – takoż (i dlatego nagle pojawiają się pomysły, żeby zabronić pani X choinki na święta, bo to obraża niechrześcijańskich mieszkańców osiedla, albo zabronić muzułmankom nosić chusty do szkoły, bo to obraża świeckość państwa).
Mamy genetyczną skłonność do wylewania dziecka z kąpielą. Nie wystarczy uwolnić ludzi od tyranii państwa wyznaniowego, należy zwalczać wszystkich wierzących. Nie wystarczy uwolnić „lud pracujący” od wyzysku, należy zamordować wszystkich, którzy mają jakiekolwiek pieniądze lub pochodzenie. Nie wystarczy skończyć z zakłamaną wiktoriańską pruderią, należy latem obnażać się w centrum miasta ku konsternacji innych przechodniów a do opery chadzać w dresie i w laczkach.

A nie dałoby rady tak „meden agan”, złoty środek i wszystko z umiarem?
Ano najwyraźniej nie, bo nudno by było. A nuda nie jest w modzie nigdy.