28 kwi 2013

W drodze

Lubię nasze córki.

Kocham je, rzecz jasna, ale oprócz tego, że je kocham, to je zwyczajnie bardzo lubię. Gdyż bardzo fajnymi ludźmi są. Małymi, owszem. I fajnymi.

Gdy myślę o życiu jako o wędrówce, to Dziobalinda i Giganna nie są w tej wędrówce bagażami, jakie niesiemy z Małżonkiem na plecach, nie są też żadnym zadaniem ani misją do wykonania. Są naszymi towarzyszkami w drodze. Póki są małe, owszem, potrzebują, żebyśmy je podczas wędrowania wspierali - najpierw nieśli, potem już tylko podali rękę czy przenieśli przez trudniejszy odcinek. Możemy dzielić się nimi tym, czego sami już doświadczyliśmy i nauczyliśmy się, kiedy jeszcze wędrowaliśmy bez nich. Ale że teraz wciąż idziemy, tylko już we czwórkę, to wciąż uczymy się w trasie - po prostu w większym gronie. W tej perspektywie myślę o sobie jako o przewodniku górskim - mam większe doświadczenie, co nie znaczy, że wiem już wszystko i mogę przestać być czujna. Tym bardziej, że od mojej czujności zależy już nie tylko moje bezpieczeństwo.

Dobrze się wędruje w tym gronie. Gdy poznałam M. (wówczas jeszcze nie przypuszczając, że kiedyś będę nazywać go Mężem), a dokładnie gdy pierwszy raz usłyszałam jego głos, poczułam, że otwierają się we mnie jakieś drzwi do miejsca, w którym oboje znaliśmy się od zawsze. Mam wrażenie, że odkąd wędrujemy razem, idziemy właściwym szlakiem. Szlakiem, którego szukałam od dawna.

Gdy urodziła się Dziobalinda, przesłała mi pierwsze, figlarne i bardzo wesołe spojrzenie. Nawet kiedy była jeszcze niemowlakiem, nie miałam poczucia, że „opiekuję się dzieckiem”, ale po prostu „żyję z dzieckiem”. Kiedy Dziobalinda skończyła 3 lata i była już w stanie siedzieć w miarę spokojnie przy stoliku, zaczęłyśmy sobie czasem we dwie wychodzić na kawę. Siedziałyśmy - ja przy kawie, Dziobalinda przy soku - i nie miałam potrzeby dzwonić po koleżankę do towarzystwa. Już byłam w bardzo dobrym towarzystwie.

Giganna tuż po urodzeniu spojrzała na mnie tak poważnie i przenikliwie, że aż zabrakło mi tchu. Odkąd jest z nami, mam wrażenie, że obie nasze córki mają mnie czegoś nauczyć o życiu, ale Giganna ma mnie jednocześnie nauczyć czegoś więcej o mnie samej. O ile Dziobalinda jest dla mnie wyzwaniem przez to, jak różne jesteśmy, o tyle Giganna jest wyzwaniem przez to, jak (przynajmniej teraz tak to widzę) jesteśmy podobne. Tak samo jednak z Giganną, jak z Dziobalindą, czuję, że żyjemy razem i że, pomijając codzienne trudności, życie to jest bardzo sycące. Czasami zostajemy w domu tylko we dwie, i jeśli uda mi się nie spinać i nie myśleć o obowiązkach - wspólnie nic nie robimy i uczucie zwykłego bycia razem sprawia mi ogromną radość.

Nie znaczy to, że moją codzienność wypełnia jakiś błogostan. Po prawdzie jest zupełnie na odwrót. To nasze wspólne wędrowanie pełne jest trudności - tych zewnętrznych, i tych wewnętrznych też. Na drodze ciągle coś wyskakuje, a nam samym szwankuje sprzęt, mapy i nerwy. To ostatnie zwłaszcza, bo wszyscy w naszej rodzinie należą do gatunku ludzi raczej wybuchowych. Bywa więc ciężko, bywa i ostro, i czasem każdy z nas ma ochotę rzucić się na ziemię i powiedzieć, że dalej nie idzie.

Idziemy jednak. A ja staram się pamiętać, że ta wspólna wędrówka nie jest dana na zawsze. Że nasze córki kiedyś od nas odłączą, pójdą już samodzielnie - pewnie je będziemy widzieć gdzieś przed nami, czasem się może spotkamy na jakimś postoju. Mam nadzieję, że nadal będziemy się tak po prostu lubić. Mam też nadzieję, że my we dwoje, Małżonek i ja, będziemy iść wspólnie najdłużej, jak się da. Ale jak długo? Tego nie wiem i nawet nie chcę się nad tym zastanawiać. Łapię spokojniejszy oddech i cieszę się, że tu i teraz jesteśmy razem.

25 kwi 2013

Wiosenne porządki?

Kurczę, tak mi się teraz bardzo podoba u Zakurzonej, że myślę o tym, iżby i u siebie jakieś zmiany wprowadzić. Choć wiem, że niektórym się wielce moja kwiatowa dekoracja podobała.

Zmieniać, nie zmieniać? Ktoś podpowie coś?

Update: No to testuję...

24 kwi 2013

Intuicja

Kobiety mądre słuchają swojej intuicji. Jeśli pierwsze spotkanie z opiekunką wzbudza w nich poważny niepokój, nie zatrudniają jej. Szukają dalej. W nosie mają racjonalne tłumaczenia i kalkulacje.

Kobiety mądre po szkodzie ignorują swoją intuicję, każą jej przestać jojczyć i iść zająć się czymś pożytecznym, np. oczekiwaniem na PMS. Mruczą coś o "boidudkach" i "kobiecej histerii". Zatrudniają opiekunkę, do której na pozór nie ma się o co przyczepić, bo przecież ten dziwny niepokój, ta kulka ołowiu w brzuchu, to nie jest racjonalny powód, żeby kogoś nie zatrudniać.

A potem następują zdarzenia.

Bo opiekunka może, ale jednak nie może.
Bo opiekunka między godziną 8:00 a 12:00 liczy sobie 5 godzin roboczych.
Bo opiekunka umówiona na konkretną godzinę przychodzi bez uprzedzenia 2 godzny wcześniej, gdyż "tak jej bardziej pasowało".
Bo opiekunka znajduje dodatkową pracę, która koliduje nieco z opieką nad Giganną - ale nie uprzedza o tym.
Bo opiekunka ma problemy zdrowotne i czasami traci przytomność, ale uważa, że nie jest to przeszkodą w opiece nad niemowlakiem.

W tym momencie kobieta mądra po szkodzie mówi opiekunce "dość".

Zatrudnia inną opiekunkę. Taką, która w każdej chwili może odejść, bo wciąż próbuje dostać pracę swoich marzeń - w więzieniu. Tak, tak. W więzieniu. Tylko że ta miłośniczka penitencjarnych klimatów wzbudza w kobiecie, i w całej rodzinie - sympatię i zaufanie, poczucie bezpieczeństwa. W końcu kobieta i jej mąż wychodzą z domu spokojni. Wszystko się zgadza. Nie wiadomo, na jak długo - wszak w końcu opiekunka kiedyś dostanie pewnie uprawiony etat w więziennictwie. Tymczasem jednak kobieta mądra po szkodzie postanowiła, że zawierzy jednak swojej intuicji.

Trzymam za nią kciuki.
 

15 kwi 2013

Siła rodzicielskiej indoktrynacji!

Dramatis personae:
Synafia
Dziobalinda
Giganna
Kupa Giganny

Giganna: Gi! Gi! Gi!
Kupa Giganny: objawia się przy przewijaniu
Dziobalinda: Fu!
Synafia: Oj daj spokój. Sama tu przyszłaś zobaczyć kupę.
Dziobalinda: Wiem, wiem. Naturalia non sunt turpia.


11 kwi 2013

Czym różni się matka od prezydenta USA?

"Nocna lektura raportów jest wyczerpująca, dlatego Obama czasami urozmaica ją przeglądaniem internetu na iPadzie lub oglądaniem koszykówki w TV. - Łatwe sprawy nie trafiają na moje biurko - mawia. - Jeśli jakaś decyzja jest prosta, to podejmuje ją ktoś na niższym szczeblu.

Dokładnie takie samo zdanie wypowiedział kiedyś Bush. Obydwaj, choć tak różni, potwierdzają, że najtrudniejsze w pracy prezydenta USA jest seryjne podejmowanie decyzji. Obama zwierzył się dziennikarzom, że aby zachować jasność umysłu, świadomie nie zajmuje się prozaicznymi sprawami. Nigdy nie zastanawia się np. w co się ubrać i co zjeść. Każdego ranka wkłada garnitur, który mu przygotują - zawsze niebieski albo szary - i codziennie bez szemrania zjada to, co mu podają.

-Psychologowie dawno już potwierdzili empirycznie, że seryjne podejmowanie decyzji osłabia skuteczność decydenta, dlatego powinien się on "oszczędzać" - wyjaśnia Obama."*

Prezydent USA ma sztab ludzi, dzięki którym może "oszczędzać" się chociaż trochę i nie zajmować prozaicznymi sprawami.

A matka ma... ?

Matka ma dawać sobie radę, o!

______________
*"Jak Obama stał się trochę zły" Mariusz Zawadzki, Książki. Magazyn do czytania. nr 01/2013


10 kwi 2013

10 kwietnia

Dziś mijają 3 lata od tamtego dnia.

Tak, ja wiem, często o tym słyszę - że za dużo, że już wszyscy mają dość tego tematu.

A ja myślę - ci, którzy stracili swoich bliskich, których cierpienie wciąż jest świeże, czyż oni nie mają dość? Czy nie budzą się codziennie rano z tą ulotną nadzieją, że być może to był tylko zły sen? Że tak naprawdę nic się nie stało?

Z taką nadzieją ja budziłam się 4 lata temu, po śmierci mojego taty. Codziennie rano przez ułamek sekundy miałam nadzieję, że jednak tata jest. Że zadzwonię, a on odbierze i jak zawsze wesoło zawoła: Cześć, córko!

Po śmierci taty, w lutym 2009 roku, ks. Adam był jedną z osób, które stawiały mnie na nogi. Rok później ks. Adam odszedł także - zginął w katastrofie pod Smoleńskiem. Dlatego dziś nie otwieram żadnej gazety, nie czytam żadnych komentarzy. Dziś patrzę sobie na na jego zdjęcie i czuję taki zwyczajny, ludzki smutek.

Ta katastrofa - to jest ogrom takiego właśnie "zwyczajnego", ludzkiego cierpienia. I czuję, że ze względu na ks. Adama powinnam dziś o tym napisać. Tak po prostu.


                                                                                           ks. Adam Pilch


5 kwi 2013

Poważnie

Dziś będzie na poważnie.

Bo ja lubię być traktowana poważnie. Staram się też poważnie traktować innych. Poważnie, czyli na serio. Co w moim wypadku oznacza, że na serio biorę to, co ktoś do mnie mówi. Nie szukam drugiego dna, nie podejrzewam podstępu. Staram się słyszeć/czytać tylko słowa skierowane w moim kierunki. Przez lata byłam pewna, że w ten sposób postępuję uczciwie wobec ludzi, z którymi rozmawiam. Tym bardziej wyprowadzało mnie z równowagi, gdy ktoś w moich słowach doszukiwał się czegoś, czego wcale w nich nie było. Gdy nie rozumiał, co do niego mówię. Bo przecież to proste, wystarczy tylko wysłuchać słów, prawda? Słów w czystej swej postaci. Czy nie na tym polega poważne traktowanie rozmówcy?

Wiele czasu upłynęło, zanim zaczęłam rozumieć, że się jednak myliłam. Że tak naprawdę nie traktowałam wcale poważnie rozmówców, a tylko swoje zamiłowanie do jasnej i prostej komunikacji.

Olśnienie przyszło do mnie na pewnym chrześcijańskim forum internetowym, w którym uczestniczyłam przez jakieś 2 lata intensywnie. Na tym forum dość często spierałam się z pewną forumowiczką - nie miała do mnie zaufania, bo jestem protestantką, spodziewała się po mnie wrogiego nastawienia do Kościoła Katolickiego. Jej sposób dyskusji mnie raził - często czułam się przez nią niesprawiedliwie atakowana. Ponieważ jednak obie byłyśmy mocno zaangażowane w forum, trwałyśmy w nieustannej interakcji i tym samym coraz lepiej się poznawałyśmy.  W ten sposób dowiedziałam się po jakimś czasie, że moja „przeciwniczka” jest bardzo poważnie chora. Że przez większość czasu zażywa silne środki przeciwbólowe, które bardzo ją osłabiają, kiedy więc chce coś napisać na forum - nie bierze leków, przez co pisze w ogromnym bólu i cierpieniu. Ale pisze, bo sprawy, o których tam pisano, były dla niej bardzo ważne. Kiedy uświadomiłam sobie jej sytuację, zaczęłam na nią patrzeć inaczej. Zrozumiałam, że żeby potraktować ją naprawdę poważnie, muszę patrzeć na nią jako całość, a nie tylko na jej słowa. Że słowa to nie wszystko - że człowiek stanowi jedno ze swoim ciałem i sercem, ze swoim bólem i cierpieniem, z lękiem, z nadziejami, z marzeniami. I że jeżeli chcę kogoś traktować naprawdę poważnie, to jako całość właśnie.

Były i inne momenty. Gdy miałam problemy z kręgosłupem, który bolał mnie tak, że nie mogłam chodzić - pamiętam, że nie miałam wtedy sił na żadne rozmowy, a co dopiero na rozmowy wyważone i kulturalne. Gdy straciłam pierwszą ciążę - byłam tak zasklepiona w cierpieniu, że momentami nienawidziłam wszystkich ludzi i w nosie miałam uprzejmość dla współpasażerów w autobusie czy pani w spożywczym. Gdy okazało się, że kryzys małżeński po narodzinach Dziobalindy był w przeważającej części spowodowany niewyspaniem i zbyt dużą ilością wypijanej kawy. Wszystko to w końcu poukładało się w jedno właśnie dzięki tej niechętnej mi forumowiczce.

W ten sposób zaczęłam sobie uświadamiać, że nasze komunikacja między ludźmi wymaga ogromnego wysiłku i dobrej woli. Że widzimy i słyszmy innych przez pryzmat własnych ograniczeń, które są dla nas tak naturalne, że aż niewidoczne. Że często dopatrujemy się w innych czegoś, co jest tylko naszym własnym lękiem. Że zwykłe fizyczne zmęczenie, a co dopiero prawdziwe cierpienie, może bardzo mocno zaburzać nam komunikację ze światem. A przecież pod tym wszystkim - pod bólem, lękiem, pod różnymi bliznami, które na sobie nosimy - w każdym z nas jest Człowiek.

Z  forum odeszłam, ale z tą forumowiczką utrzymuję kontakt nadal. Czasem sobie pogadamy, czasem sobie pomożemy. Nie stałyśmy się nigdy przyjaciółkami, ale myślę, że mogę zaryzykować stwierdzenie, iż jesteśmy życzliwymi sobie znajomymi. Nie wiem, czy ona kiedykolwiek to przeczyta, ale jeśli tak - chciałabym jej podziękować za to, że otworzyła mi oczy na tak ważne sprawy. Poważne sprawy.

2 kwi 2013

O panu Lechu i morskiej śwince

Nie będę pisać nic o tym, jak to czekam na wiosnę i doczekać się nie mogę. Nie nie. Zamiast tego napiszę o panu Lechu.

Pan Lech Starszy jest bibliotekarzem w Instytucie Filologii Klasycznej UW. To między innymi dzięki niemu studia w IFK wspominam jako podróż przez fascynujący, nie do końca rzeczywisty świat. Świat, który został we mnie na wieki wyciskając trwałe piętno na mej psychice („Filologia klasyczna powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu” rzekł mój promotor, w którym się skrycie podkochiwałam).

Pan Lech miał na przykład swoje dies Latine loquendi, podczas których przemawiał do studentów po łacinie, i tego samego oczekiwał od nich w zamian. Nie oszczędzał przy tym studentów pierwszego roku, którzy z czynnym użyciem martwego języka mieli zazwyczaj spore problemy. Chciałeś mieć studencie książkę, to musiałeś ją sobie po łacinie z panem Lechem wynegocjować.

Pewnego dnia mój promotor (czy już pisałam, że się w nim skrycie podkochiwałam?) polecił mi umieścić w pracy magisterskiej jakąś informację, którą miałam znaleźć w pewnej słynnej żółtej księdze napisanej po niemiecku, którego to języka na swoją wielką hańbę nie znam. Udałam się więc do pana Lecha i poprosiłam „o tę żółtą niemiecką książkę, wie Pan, Panie Lechu, tom drugi. Czy jest u nas?”

-Aaaaa - odrzekł pan Lech - chodzi Pani o Aufstieg und Niedergang der römischen Welt!
- Tak, tak - rzekłam ja - o takie niemieckie to właśnie.
- A to proszę powiedzieć - mówi na to pan Lech.
- Co mam powiedzieć?
- Proszę powiedzieć Aufstieg und Niedergang der römischen Welt.
- Ależ ja nie znam niemieckiego!
- To tym bardziej, koniecznie musi Pani to powiedzieć.
Cóż miałam czynić? Powiedziałam. Powiedziałam pierwszy raz, drugi, piąty i dziesiąty. Pan Lech cierpliwie i z łagodnym uśmiechem poprawiał - zły akcent i zły wygłos, poprzestawiane sylaby. W końcu, po upływie około 20 minut, uznał, że powiedziałam „Aufstieg und Niedergang der römischen Welt” wystarczająco dobrze.
- Uff! - ucieszyłam się - To czy teraz mogę poprosić?
- Aaaaa, nie, nie mamy tego! - odparł radośnie pan Lech.

Osiem lat później umiem po niemiecku powiedzieć dwie rzeczy: Aufstieg und Niedergang der römischen Welt oraz  Ich habe lustiges Meerschweinchen.*

____
*Dziękuję Salomei, Tamburynce oraz Adze Ś., bez których pomocy w zakresie pisowni języka niemieckiego nie powstałaby puenta do tej notki.