19 lip 2011

Roma locuta, causa iocosa

A.: A we francuskim dużo jest łaciny?

Salomea :No chyba we wszystkich językach tych... no, romańskich, jest dużo łaciny. W końcu dlatego są romańskie, że od łaciny, od Romów, nie?

17 lip 2011

Okruchy

Mam takie małe marzenie, dzielone poniekąd z Małżonkiem, żeby robić filmy dokumentalne. Z tym że on ich zrobił kilka, a ja jeden i to taki, ekhem, owaki, rzekłabym. A ja bym chciała uwieczniać chwile cudowne, które się zdarzają znienacka, a słowem ich w pełni oddać nie sposób.

No bo jak mam opisać atmosferę starych sadów na Służewcu, gdzie w upalne weekendowe popołudnie ludzie wychodzą się wygrzewać na słońcu, rozłożeni na kocykach, ręcznikach, w namiotach (sic!) - z daleka słychać szum przejeżdżających Puławską samochodów, w trawie grają świerszcze, a pod jednym z drzew stoi młody człowiek z rozłożonymi nutami i gra na saksofonie?

Albo jak opisać tę scenę w Parku Ujazdowskim, gdzie obok malutkiego wodospadu, pod niskimi drzewami siedzi starszy pan na leżaku i maluje obraz, i nagle z drzewa nad jego głową spada niczym dojrzała gruszka mały chłopiec, pupą prosto w zieloną trawę, a jego niewidoczny towarzysz wybucha perlistym śmiechem ukryty w zielonych liściach przed moim wzrokiem?

Jak opisać dzieci kwiczące i piszczące w strugach wody wyrzucanych przez małą fontannę, jak opisać radość w ich oczach i ekscytację z powodu chłodnego strumienia wystrzeliwującego znienacka w bose nogi?

Wszystko to chciałabym uwiecznić, ale nie umiem tego zrobić tak, jakbym chciała, słowami. Zachowuję więc w głowie jak cenne klejnoty – będę je sobie obracać w dłoniach w długie zimowe wieczory, ogrzewać się nimi i karmić, gdy za oknem znowu będzie szaro i smutno. Ale to jeszcze nie teraz.

Gdzie indziej

Dziobalinda: Chodźmy gdzie indziej. Tam będzie fajnie!

No nieprawda to jest? Przecież prawda - zawsze fajnie jest gdzie indziej.

13 lip 2011

Roar

Wczoraj po raz pierwszy w życiu podniosłam głos na obcą osobę w miejscu publicznym.

W popołudniowym tłoku pani w wieku zasługującym na miano szacownego zderzyła się z wózkiem, prowadzonym przez mego męża, a zawierającym w środku naszą córkę. Ciasno było, weszli na siebie, zdarza się. Jej złość wydała mi się zrozumiała, choć uderzenie wymierzone w wózek - już mniej (całe szczęście w wózek, nie w dziecko, w przeciwnym razie siedziałabym teraz w areszcie pod zarzutem pobicia). Jednak obelżywe słowo, które padło pod adresem mojego męża, wyprowadziło mnie z równowagi tak bardzo, że zanim się zorientowałam, ryczałam grubym głosem na dwa razy starszą ode mnie kobietę, że nie życzę sobie wyzwisk, że owszem, nie należy na ludzi wjeżdżać wózkiem, ale wyzywać też nie należy i nie zgadzam się na takie traktowanie mojej rodziny. Głos, który się ze mnie wydobywał przy tym, zaskoczył nawet mnie samą. Był to bowiem słynny "dyrektorski głos" mojej mamy - tak niski, że mama skutecznie mroziła nim niepokornych uczniów oraz powodowała mikropęknięcia w fundamentach okolicznych budynków.

Do tej pory nie wiedziałam, że mam w sobie ten głos. I nie wiedziałam też, że byłabym w stanie takim głosem przemówić do kogoś, zwłaszcza do kogoś starszego ode mnie. Do tej pory bowiem w milczeniu znosiłam popychanie, przesuwanie, prychanie i komentarze. Myślałam, że to wrodzona nieporadność powiązana z szacunkiem do osób starszych, a może cokolwiek innego, sprawia, że nie jest zdolna do reakcji innej niż przeżuwanie w sobie upokorzenia. A jednak nie, jednak jestem zdolna.

Co nie znaczy, że chciałabym taką sytuację jak wczorajsza przeżyć raz jeszcze. I nie chciałabym po raz kolejny dać się tak bardzo wyprowadzić z równowagi. I nie jestem dumna z siebie, natomiast czegoś nowego się o sobie dowiedziałam - i z tej wiedzy się bardzo cieszę.

12 lip 2011

A mury runą?

Bywają takie momenty, że dociera do mnie, co to znaczy, iż kto chce ocalić swoje życie, straci je, i że trzeba się zaprzeć siebie samego, żeby zyskać życie wieczne, życie prawdziwe. Bo na własnej skórze czuję, że im bardziej boję się o siebie, tym bardziej moje życie zaczyna przypominać grzebanie się żywcem w grobie.

Im mocniej skupiam się na swoich emocjach, na swoim lęku, na swoich oczekiwaniach, na swoich wyobrażeniach, tym mnie dostrzegam świata wokół siebie. Buduję wokół siebie zapory, filtry, przez które przepuszczam tylko to, co jest dla mnie wygodne i bezpieczne. Niekoniecznie dobre, a już na pewno nie w pełni prawdziwe, bo odarte z kontekstu, poszatkowane i przesączone przez moje prywatne sitka. A te sitka to nic innego, jak naczynia, które rozpadły się podziurawione strachem - nic już nie uniosą.

Im bardziej myślę o drugim człowieku w kategoriach „Co on o mnie myśli? Czy mnie lubi? Jak mnie ocenia? Co może mi zaoferować?”, tym bardziej przestaje być dla mnie realnym człowiekiem, a staje się tylko lustrem, w którym się sama przeglądam. Tracę szansę na realną relację, na poznanie kogoś poza sobą samą.

Im bardziej boję się tego, co się może stać, im bardziej obawiam się życia i świata, im bardziej krytyczna jestem wobec innych, tym grubszy mur wokół siebie buduję. Zamiast doświadczać życia w jego pełni, zamiast korzystać z rzeczywistości danej mi przez Boga, obserwuję trwożliwie przez wąskie okienka w wysokiej baszcie, gotowa uciec, gdy tylko zobaczę nadciągającą chmurę.

Najgorzej zaś, gdy zaczynam zamieniać doświadczenie w osąd, wysłuchanie drugiego człowieka w jego ocenianie. Wtedy moje wąskie okienka w murze mogą łatwo zamienić się w otwory strzelnicze.

6 lip 2011

Jej życie

Za mąż wyszła bardzo młodo, jak na nasze współczesne standardy. Pierwsze dziecko urodziła w wieku 21 lat. Chłopczyka. Ale chłopiec poważnie zachorował. Na raka. Zmarł, gdy miał 3 lata.

Już wówczas była w ciąży z drugim dzieckiem - córką. Córka urodziła się zdrowa. Ale całe życie chuchali na nią z mężem i dmuchali, bali się bardzo. Dziś druga córka ma 32 lata i wszystko jest dobrze. Córka jest trochę zła o to, że była ciągle trzymana pod kloszem. Że rodzice tak się z nią ciągle cackali.

Trzecie dziecko nie się urodziło wcale - poroniła. Zaraz potem poważnie zachorowała. Długi czas spędziła w specjalnym namiocie tlenowym, zarazki mogły ją zabić. Martwica skóry. Wizyty męża tylko w sterylnych warunkach. Dotyk tylko przez gumową rękawiczkę. Trwało tak długo, że gdy w końcu mogła wrócić do domu, jeszcze na wózku inwalidzkim, córka bała się do niej podejść.

W międzyczasie z mężem układało się różnie. Bywało kiepsko. Kryzysy. Ale jakoś przetrwali. Są ze sobą do dziś.

Czwarte dziecko miało się nie urodzić. Gdy zaszła w ciążę, lekarze zalecali aborcję. Powiedzieli, że ciąża poważnie zagraża jej zdrowiu, nawet życiu. Że dziecko może urodzić się poważnie chore. Nie zdecydowała się na aborcję. Urodziła zdrową dziewczynkę. Dziewczynka ma teraz 26 lat. Dwa lata temu wyszła za mąż.

Ta dziewczynka to moja dobra koleżanka. Znamy się od 5 lat. Ale dopiero teraz poznałam historię jej rodziny, jej mamy. Kobiety, o której nie piszą gazety, o której nie powstał film. Kobiety, która cierpiała, walczyła i przetrwała.

4 lip 2011

Polish my English

Małżonek dokonuje renowacji starych krzeseł. Dokonał renowacji krzesła nr.1 i prezentuje. Dziobalinda siada. Mości się. Uśmiecha z satysfakcją.

I rzecze: Ooo, faaaajne, naaaaajs!