29 lis 2013

O różnicach

Taka mnie naszła refleksja przy czytaniu fejsbukowych statusów niektórych fejsbukowych znajomych.

Jest zasadnicza różnica między „Kocham moją żonę” a „Jestem hetero, a homoseksualiści to zboczeńcy nadający się tylko do leczenia”.

Jest zasadnicza różnica między „Lubię mój kraj” a „Polska dla Polaków, won z Murzynami i Chińczykami, Żydzi na Madagaskar”.

Jest zasadnicza różnica między „Nie wierzę w Boga” a „Religia to rak świadomości, wszelkie zło na świecie czynią wierzący, czyli tak naprawdę banda otumanionych fanatyków, faszystów i talibów.”

Jak również jest zasadnicza różnica między „Chwała Panu!” a „Wszelkie wszawe lewactwo i postępactwo pójdzie do piekła, gdyż to przez nich  świat chyli się ku upadkowi.”


Po prostu jest zasadnicza różnica między posiadaniem przemyślanego, zintegrowanego światopoglądu i życiu w zgodzie ze swoją tożsamością, a budowaniu swojego światopoglądu i tożsamości w oparciu o niechęć, brak zrozumienia i pogardę wobec „innych”.


Czasem dziwi mnie, jak bardzo niektórzy nie widzą i nie czują tej różnicy. 

26 lis 2013

Motylek

Czytamy z Dziobalindą książeczkę do nauki angielskiego dla przedszkolaków. Ja pokazuję obrazki, a Dziobalinda nazywa je po angielsku, jeśli umie.

Pokazuję motylka.

- Dziobalindo, a pamiętasz, jak jest „motylek” po angielsku?
- Hmm... Nie.
- Aaaaa... a po niemiecku?
- Schmetterling!

Kurtyna!

PS. Dobry suchar!


23 lis 2013

O krabuszku i jająćku

Przypływ energii po wczorajszym koncercie Sorry Boys osiągnął swoje apogeum dziś po południu, kiedy to wracałyśmy z Dziobalindą z pływalni. Wystąpiły następujące objawy:
1. Kiedy wsiadłyśmy do metra, przez całą (krótką) podróż kręciłyśmy się we dwie wokół tej samej (służącej zazwyczaj do trzymania) rurki, w różnych kierunkach i konstelacjach. Piszcząc.
2. Kiedy wysiadłyśmy z metra, swoim zwyczajem przesiadłyśmy się na rower miejski. Następnie jadąc przez większość drogi śpiewałyśmy na głos "I am sitting on a vulcanooooooooo... I am watching how days go byyyyyyyyyyy....".
3. Kiedy odstawiłyśmy rower do stacji, resztę trasy odbyłyśmy pieszo prowadząc dialog o treści jak poniżej:
- Jająćku?
-Krabuszku?
-Jająćku!
-Krabuszku!
-Jająćku...
-Krabuszku...

W związku z czym przypuszczam, że mam już na dzielni reputację ustaloną na wieki, nieprawdaż.

Tak to się kończy, jak se matka raz na trzy lata wybędzie na  koncert w piątkowy wieczór. Co zresztą wszystkim matkom gorąco polecam!


PS. Jająciek i Krabuszek zostały wymyślone dziś podczas jazdy rowerem i jak na razie nic jeszcze nie znaczą, ale kto wie, może tchniemy w nie jakieś życie wkrótce... Albo i nie tchniemy.


20 lis 2013

Ukryty Indos...

Znalazłam dziś genialny tytuł na thriller polityczny...

UKRYTY INDOS POWIERNICZY

Nie mogę wyjść z zachwytu!

____
PS. Ukryty indos znalazłam tutaj. Jest tam więcej indosów, ale ten jest moim zdaniem najfajniejszy.

16 lis 2013

Sorry Boys "Vulcano"



Z czasem to są zabawne historie. Płynie on, ten czas, jak chce, o ile w ogóle płynie, a nie tylko subiektywnie płynąć się wydaje. Tak więc płynął czas najpierw długo i leniwie – trzy lata płynął, zanim po „Hard working classes” pojawiło się „Vulcano”. A kiedy już się pojawiło, kiedy w końcu mogłabym (tak jak planowałam) zamknąć się z wyczekanym krążkiem w słuchawkach i po prostu słuchać, czas mi nagle stanął dęba, zarżał straszliwie i jak nie ruszył z kopyta! Tak więc mimo, iż od premiery minęły już dwa tygodnie, nadal nie znalazłam jednego spokojnego wieczoru na słuchanie. Co było robić – musiałam słuchać w metrze, na ulicy, w tramwaju…

Nie jest to może najbezpieczniej, słuchać „Vulcano” w środkach komunikacji zbiorowej. Gdyż albowiem gdy już się człowiek nasycił przesłuchaniem pierwszym, drugim, trzecim… to przy czwartym zaczyna śpiewać sam. Nawet, jak śpiewa cicho, półgębkiem, nawet, jak rytm wybija sobie tylko ukradkiem, jedną stopą wciśniętą pod krzesełko – to niestety widać i niestety ludzie się gapią. A jest jeszcze gorzej, bo chce się nie tylko śpiewać, ale i tańczyć! Przy takich utworach, jak „Evolution”, „The Sun” czy tytułowym „Vulcano” po prostu nie da się tak po prostu stać i słuchać. Coś w środku zrywa się i fruwać próbuje, i resztę ciała porywa ze sobą…  

Do tej pory nie wytypowałam swojego ulubieńca na tej płycie. Ciarki przechodzą mnie, gdy zaczyna się „This New Word”. Evolution” makes me feel like fighting, że się posłużę cytatem z samego utworu.  Motyw z „Miss Homeless” wbił się w głowę tak, że śpiewam na głos, całkiem nieświadomie - nie, żebym myślała, że mogę zaśpiewać tak dobrze jak Bela Komoszyńska, no przecież, że nie. Gdyż Bela sama jedna śpiewa kilka światów na raz. A każdy piękny. Nie tylko zresztą głosem Beli „Vulcano” przenosi w inne światy – szczególnie mocno szarpnął mi w struny muzycznie utwór „Leaving Warsaw”. W te same struny mi szarpnął, w które dawno temu szarpnął mi czerwony album Aya RL, a było to szarpnięcie tak piękne, że aż bolesne (i trwa do dziś). 

Są na płycie dwa utwory, które poruszyły mnie w sposób szczególny, nie tylko muzycznie. Pierwszy z nich to „Vulcano” – radosna afirmacja życia ludzkiego ze wszystkim jego komplikacjami:

Nobody is perfect
And I know you think I’m not
Rather things seem to be different
Much different than we’d want
When in Rome, I’m not a Roman, am I?
Dancing on a crater
It’s only human nature

Nie będę sobie pochlebiać, że ten utwór był napisany specjalnie dla mnie, bo przecież nie był, a jednak kiedy pierwszy raz go usłyszałam, tak właśnie poczułam – oto wiadomość dla mnie! Wiadomość pełna pocieszenia i nadziei.
Drugim utworem, który poruszył mnie do głębi, jest „Zimna wojna”. Poruszył tak mocno, że pozwolę sobie przytoczyć tekst w całości:

Umierajmy we dwoje
Umierajmy na ulicach
Ja się tego nie boję
Umierajmy na ulicach

Jem słowa nie moje
Z obcego języka
To jest wojna we dwoje
Ramię, przyłbica

Zimna wojna we dwoje trwa
Ja się tego nie boję mam
Głowę, naboje, totem psa
Jeszcze zabraknie nam tchu
Nareszcie

Przed tobą się zbroję
Przesuwam granice
W miłosnych okopach
Samotna Piechota

Na mapach nas nie ma
W kronikach istnienia
To jest wojna we dwoje

Zimna wojna we dwoje trwa
Ja się tego nie boję mam
Głowę, naboje, totem psa
Jeszcze zabraknie nam tchu
Nareszcie

Nie mogę powiedzieć (bo zbyt to intymne), jak bardzo głębokie pokłady uczuć drgnęły we mnie, gdy usłyszałam ten tekst – nie dość, że sam w sobie znakomity, to jeszcze we wspaniałej muzycznej oprawie.

Mogę za to powiedzieć, że po tym, jak przesłuchałam „Vulcano” po raz pierwszy, spojrzałam na siedzącą obok mnie w metrze dziewczynę – i poczułam, że z chęcią bym ją uściskała. Po owocach ich poznacie, mówi Pismo, a owoce Sorry Boys wydaje zaprawdę znakomite. Toteż nawet jeśli na kolejny album trzeba będzie czekać kolejne trzy lata – poczekam cierpliwie. Wiem, że warto.

13 lis 2013

Depesza

Nadaję depeszę. Stop. Żyję, oddycham, pracuję, działam, ogarniam/nie ogarniam (niepotrzebne skreślić). Stop. Mąż choruje na dwie anginy na raz. Stop. Dziobalinda palpituje alergiami. Stop. Giganna zmienia antybiotyki jak rękawiczki. Stop. Mimo chorób licznych, nadal są oni bardzo fajni, ci moi oni. Stop. Toteż daję radę. Stop. Napiszę wkrótce. Stop.


(I o Vulcano napiszę, bo takie ci ono zacne, to Vulcano, że Dziobalinda porzuciła bez wahania Natalię Przybysz i do sny słucha teraz Sorry Boys. No to chyba najlepsza rekomendacja jest!).