29 lis 2012

Pobudka z jutubka 2

Tym budzimy się ostatnio - polecam do budzenia nie tylko dzieci, lecz także dorosłych. U nas w każdym razie śmiga! 




Chciałabym wysmażyć jakąś dłuższą i sensowną notkę, ale codzienność zagoniła mnie do narożnika i napiera - nie dam się jednak bez walki. Jak to powiedział kiedyś prezes bodajże Lotosu Gdańsk ( tak! żużel, moi drodzy, żużel!): Tanio meczu nie sprzedamy!


21 lis 2012

Ludzie są

Korzystając z pięciu minut ciszy (Giganna spała, Dziobalinda ze swym gruźliczym kaszlem poszła z tatą wymusić wizytę u lekarza, gdyż albowiem w przychodni zlikwidowali numerki i teraz trzeba ją szturmować w szyku testudo - i nawet sobie nie można przybić dziecka do tarczy, bo dziecko musi szturmować razem z rodzicem, w końcu to poradnia dla dzieci, no więc. I znikąd pomocy!) - no dobrze, chyba zrobiłam za długą dygresję i teraz, niczem hiszpańska inkwizycja, wejdę jeszcze raz.

Korzystając z pięciu minut ciszy siadłam do laptopa, żeby napisać notkę. Notkę o moich macierzyńskich upadkach i powstaniach, o tym, że pod wozem i na wozie, ale pod wozem jednak częściej, i że och, czyż naprawdę mogłam się spodziewać, że będzie inaczej. Ale zanim zaczęłam pisać, zajrzałam w takie jedno miejsce w sieci i wsiąkłam. Bo to takie miejsce, gdzie się spotykam z moim trzema przyjaciółkami - A., B. oraz I. Z którymi znam się od prawie 20 lat już, z którymi przeżyłam już tyle pod-woziów i nad-woziów, i po tylu latach nadal lubię z nimi po prostu siedzieć i gadać. Tak jak wtedy, gdy miałyśmy po 15 lat i całymi popołudniami siedziałyśmy u jednej z nas w domu, grałyśmy w tetris i robiłyśmy w zasadzie nic, ale jakaś fajna energia z tego płynęła. Bo teraz nadal gadamy i robimy w zasadzie nic, a ta energia płynie wciąż. Tylko teraz potrzebuję jej o wiele bardziej. I czasem, gdy jestem w domu sama z moimi dwiema wymagającymi dziewczętami, czuję niemoc i mam ochotę odgryźć sobie głowę, piszę rozpaczliwe sms'y i dostaję odpowiedź prawie od razu - a wraz z nią i zrozumienie, i wsparcie, i siłę, żeby sobie tę głowę jednak przymocować na nowo i może nawet do góry podnieść, niezbyt wysoko. I dlatego, z tego miejsca, wszystkim im trzem dziękuję oficjalnie, za te 20 lat bycia razem, w szczęściu i w nieszczęściu. I za to, że takie fajne są, te moje trzy baby, A. B. i I.

I jeszcze bardzo dziękuję  M., która mi maila dziś wysłała, bo ten mail mnie tak jakoś starsznie ucieszył tym, że był skierowany właśnie do mnie.

I Kasi także dziękuję, co myślała o mnie, po czym wysłała mi koło ratunkowe nie wiedząc nawet, jak bardzo go właśnie potrzebowałam.

I w zasadzie jakbym zaczęła publikować tu listę podziękowań, to byłaby to bardzo długa, w ratach zapewne pisana notka. Wielu, wielu dobrych ludzi mi Pan Bóg na drodze postawił i stawia. U wielu ludzi mam dług wdzięczności ogromny, wielu z nich mi pomogło i życie mi ratuje samą swoją w nim obecnością. 

Bo ja, powiem Wam szczerze, ja jestem napędzana energią międzyludzką. Ludzie mi dają frajdę i radość, i siłę, i zachwyt, i do myślenia zmuszają mnie też, i do pokory czasami. Toteż dziękuję ludziom, tym wszystkim, co w moim życiu grają role pierwszo, drugo i trzecioplanowe, i tym, co się przemknęli tylko, niczym Prosiak Statysta - bo każdy coś mi podarował, a nie każdemu zdążyłam podziękować.

Dziękuję, Drodzy Ludzie. Fajne Ludzie z Was. 

8 lis 2012

Awanturki



W mieszkanku opodal górki
Mieszkają Złe Awanturki

Ta pierwsza jest z tego powodu,
Że się kurtką trza chronić od chłodu.
Druga – że zaciął się zamek,
Trzecia- że za wczesny poranek,  
A jeszcze, że bajek za mało,
Że jeść żelki by ciągle się chciało,
Że nie można gryźć, krzyczeć i kopać,
I że tata znów poszedł rabotać.
Awanturka ostatnia jest o to, 
Że jest mama okropną niecnotą. 

Więc czy trzeba się napić cyjanku,
By nie było Awanturek w mieszkanku?

_____

W dniu wczorajszym Dziobalinda zrobiła tak profesjonalną Awanturkę, że chciałam dzwonić po policję, żeby mnie zabrali do pogotowia opiekuńczego, a Dziobalindzie wlepili mandat za znęcanie się nad matką. Awanturka była o to, że trzeba założyć polar, jak się wychodzi na dwór, bo listopad jest. Od polaru, przez zacięty zamek i niechęć do zakładania czapki, przeszłyśmy nie wiem jak i kiedy do bitwy, którą chwilowo odczułam jako moją prywatną bitwę pod Zamą - wyszłam z niej bowiem zrujnowana psychicznie do szczętu. Choć dla Dziobalindy było to chyba pyrrusowe zwycięstwo.

Są takie dni, kiedy zupełnie serio pytam się sama siebie, czy ja się do tej roboty w ogóle nadaję? No ale umowę mam na czas nieokreślony, etat pełny, nie mogę się teraz wycofać, a i opieprzać się nie wypada. Wstałam więc dziś znowu i kombinuję, jak to zrobić, żebyśmy obie z Dziobalindą zdrowe psychicznie i fizycznie powitały również jutrzejszy dzień.
 

5 lis 2012

Pobudka z jutubka

Dzisiaj była nowa pobudka:



Dziobalinda niezwykle przeżyła ten teledysk, teraz ciągle mówi o jabłkach. Dlaczego ta pani kąpie się w jabłkach? Dlaczego zjada te jabłka? Jak się ta pani nazywała - Natalia Jabłek?

Przyznam, że i ja te jabłka przeżywam. Podobają mi się bardzo.

2 lis 2012

Złamatka

Jestem złom matkom. Objawia się to w licznych czynach nagannych, m.in.:

Żeby obudzić rano Dziobalindę do przedszkola, puszczam jej z jutuba "Czarny ciągnik" Blendersów.

Słucham przy Gigannie polskiego reggae i hip-hopu - z WYRAZAMI.

Na pytanie Dziobalindy, czemu mam zły humor, odpowiadam, że jestem zła, bo mam okres. Na pytanie, co to jest okres, odpowiadam również. 

Kiedy jestem zła, wydaję z siebie odgłos rozwścieczonego obecnością śrutu w tyłku dzika. Naprawdę.

Pozwalam Dziobalindzie oglądać bajkę My little pony.

Mówię do Dziobalindy łacińskimi bon motami.

Jem przy Dziobalindzie KFC. I daję jej frytki.

Gigannę zabrałam na pierwszą imprezę, gdy miała 6 tygodni. W chuście.

Mimo, że karmię Gigannę piersią, codziennie wypijam jedną kawę. I jem też KFC.

Puszczam Dziobalindzie bajkę, kładę Gigannę na macie edukacyjnej, a sama idę sobie poczytać.

Wieczorem, zamiast prasować, piję Karmi i piszę notki na bloga. Np. o tym, że jestem złom matkom. Jakby się było czym chwalić, doprawdy.

I nie wiem, czy już pisałam, ale jem KFC.

UPDATE:  Zapomniałam dodać, że uczę Dziobalindę grać w karty. Bo Małżonek kart nie lubi, a moja babcia mnie zawsze sromotnie ogrywa, a ja potrzebuję takiego partnera do tysiąca, co choć raz da mi zalicytować i ugrać moje marne 110.

 

1 lis 2012

Zapalam świeczkę

Kiedy pierwszy raz, w Dzień Zaduszny 3 lata temu, szłam na grób mojego taty, bałam się. Nie wiedziałam, jak to zniosę. Nie miałam pojęcia, jak się zachować. To przecież mój tata, tryskający energią i humorem, miłujący życie i radość w to życie wnoszący, mój najukochańszy tata miał być tam, w tym grobie.

Ale poszłam, oczywiście. Poszłam. Był ładny, słoneczny dzień. Drzewa błyszczały kolorowo, jesiennymi barwami, ćwierkał ptak, w górze przelatywały chmury. Mały cmentarz w Bydgoszczy był pełen ludzi, ale nie zatłoczony i umęczony, jak to w Warszawie o tej porze bywa.

Poszłam. Stanęłam nad grobem. I poczułam ogromną ulgę i radość. Bo wiedziałam, miałam absolutną pewność, że mojego taty tam nie ma. Poczułam z całą mocą, że oto stoję nad pustym grobem, nad miejscem spoczynku prochów, ale nie nad miejscem, w którym jest mój tata. Bo mój tata jest we mnie, w mojej siostrze, w moich dzieciach. Bo jest w moich wspomnieniach, jest we wspomnieniach tych wszystkich, którzy go znali, a których życie uczynił choć trochę lepszym, weselszym. Jest nadal w świecie, bo świat nosi w sobie to dobro, które mu dał od siebie. W tym sensie nie muszę mieć nawet wiary, bo wiem, że tata jest wieczny i nieśmiertelny w naszych sercach - i to jest najlepszy rodzaj wieczności.  Ale ja wierzę, i wierzę też w to, że tata z Panem Bogiem jakoś sobie swoje różnice światopoglądowe wyjaśnili. Że wypili razem herbatę.

A dziś, myślę sobie, dziś jest ten dzień, w którym powinnam nie tyle bardziej za tatą tęsknić niż zwykle, bardziej płakać po nim, co raczej bardziej cieszyć się z tego, że był. Bardziej Bogu dziękować za to, że miałam naprawdę wspaniałego ojca. Takiego, który umiał mnie kochać. Takiego, który - mimo wszystkich córkowsko-ojcowskich kłótni, pretensji i przewin - wniósł w moje życie, oprócz miłości, starsznie dużo radości. Z którym kiedyś wsiedliśmy sobie z nudów do samochodu i pojechaliśmy przed siebie. I dojechaliśmy do Bielska-Białej. Na lody.

Nie mogłam w tym roku pojechać na grób, ale zapalam świeczkę i ściskam Cię, Tato.