24 cze 2012

Żegluga domowa

Strudzony małżonek po wielu wędrówkach  powrócił na łono rodziny, a tymczasem ja dopiero po jego powrocie zaczynam pruć tkany przez ostatnie 2 tygodnie kilim (w zasadzie to makatkę) pt. "Jestem dzielna i daję sobie radę". Gdyż albowiem teraz, gdy już się czuję bezpieczna i zaopiekowana, dotarło do mnie, że w ostatnim czasie działałam w trybie awaryjnym. Co mnie mocno wyczerpało jednak. Taka ze mnie Penelopa, jaka z naszego Okrągłego Osiedla Itaka. Kieszonkowa.

Po tygodniu w domu Topik je i tyje koncertowo, Dziobalinda zaś walczy z całą gamą sprzecznych emocji. Sekunduję jej w tym dzielnie, gdyż i mnie emocje kotłują się w głowie - od euforii po strach, od zdziwienia po dziwaczne próby działania "po dawnemu". Jednak co by nie mówić, przeszliśmy jako rodzina do następnego etapu  i wszyscy musimy się teraz jakoś w nim odnaleźć. Żeglujemy więc dalej w nieznane, momentami targani objawami morskiej choroby, ale bardzo ciekawi, co nas w tej żegludze jeszcze spotka.

Jak powiedziała mama kolegi mego małżonka, zastawszy swe mieszkanie w totalnym chaosie po tym, jak przez kilka tygodni funkcjonowało jako plan filmowy: "No cóż, najważniejsza jest przygoda." Zbieram zatem siły na tę nową przygodę. Ahoj!

18 cze 2012

Topik

Tak jak niektórzy przewidywali, Topik zaczęła się rodzić w moje urodziny. Ostatecznie jednak urodziła się następnego dnia, o 5:45 nad ranem. Dziewczę z fantazją i charakterem, bo urodziła się z ręką przy głowie i dwukrotnie owinięta pępowiną, powiązaną dodatkowo w dwa supełki. I co ciekawe, nerw jej nie puścił, tętno nie spadło, tak że mimo iż przez ponad godzinę drugiej fazy byłam pewna, że umrę z kretesem, Topik urodziła się siłami natury i w bardzo dobrym humorze.

Chciałabym to wszystko jakoś opisać. Co to dla mnie znaczył ten poród siłami natury (Dziobalinda urodziła się przez cc, bo jej gwałtownie tętno spadło w II fazie). Poród bardzo kobiecy, bo z mamą i z fantastyczną położną, której nie będę w stanie się odwdzięczyć do końca życia (Bóg czuwał nad tym porodem, że nas wysłał na dyżur pani Agnieszki i że zdążyłam urodzić na godzinę przed końcem jej dyżuru). Jakie to było uczucie, gdy zobaczyłam Topika i gdy leżąc na mojej piersi podniosła głowę do góry i spojrzała mi w oczy. Jak teraz się czuję po tym wszystkim - odmieniona po raz kolejny i w dziwny sposób bardziej połączona z sobą samą.

Ale jak rzadko kiedy w życiu - słów mi brak. Może znajdę je kiedyś, gdy już to wszystko przetworzę na tyle, że zamieni się z intensywnego przeżycia w nieco osłabioną, nadającą się dla słów treść. Teraz zaś żyję, przeżywam, pulsuję. I cieszę się Topikiem!

12 cze 2012

O radości, co jest wciąż


Pamiętam, jak tata obudził mnie w pewien niedzielny ranek. Byłam już wtedy dużą dziewczynką, bo miałam jakieś 19-20 lat.  W tamtą niedzielę tata wszedł do mojego pokoju o poranku i podetknął mi pod nos śmietankową krówkę (taką z Milanówka). Kiedy otworzyłam jedno oko, zobaczyłam, jak kładzie ją na poduszce obok mnie. Otworzyłam drugie oko i zobaczyłam, jak -  chichocząc - kolejną krówkę kładzie na podłodze obok mojego łóżka. I kolejną dalej, i jeszcze kolejną, i następną – aż do drzwi. Wstałam i poszłam tym krówkowym szlakiem, który – jak się okazało – ciągnął się z mojego pokoju, przez przedpokój aż do kuchni. W kuchni ostatnią krówkę wręczył mi tata do rąk własnych. A potem zaczął robić śniadanie. Bo w niedzielę to tata robił śniadania, zgodnie z rodzinną tradycją.

Czekam teraz na Topika i smutno mi, że tym czekaniem się już z tatą nie podzielę. Ale nie umiem się po nim smucić tylko i wyłącznie – nie po takim tacie. Zbyt wiele swojej radości przelał we mnie przez ten czas, który dane nam było spędzić razem. I ta jego radość żyje we mnie nadal i każe mi się uśmiechać mimo smutku, z wdzięcznością.

Chciałabym umieć tę radość ponieść i przekazać dalej.

11 cze 2012

Raport z ostatnich odcinków

Do terminu zostało 6 dni. Małżonek wybywa na pierwszy z wyjazdów. Dziobalinda produkuje hektolitry zielonego kataru. Zamiast do przedszkola idziemy więc do lekarza (ostatnia diagnoza laryngologiczna - trzeci migdał powiększony, płyn w uszach, operacja konieczna, czeka się na nią 1,5 roku, tra la la - a tymczasem mamy zwalczać katary ze zdwojoną zaciekłością). Topik twardo siedzi w brzuchu i nie daje znaku, że chce wyjść. Chyba że znakiem byłoby to, iż od 3 dni jakoś udaje mi się spać w nocy.

Skończył mi się ostatni w miarę elokwentny odcinek mózgu - jestem już w stanie skupić się tylko na tym, żeby robić wdech po wydechu i wrzucić do gara pierogi z mrożonki.

Bez pointy.

6 cze 2012

Depresja impresja progresja

Topik nadal w brzuchu. Ale podobno kiedyś urodzę. Postępy szyjka czyni - marne, bo marne, ale czyni.

Staram się nie popadać w przesadę. Niestety - bez pozytywnych efektów. Synafia Przesada de domo Histeria - to ja. Matrona kształtów obfitych, sunąca z bawolą gracją przez osiedlowe uliczki. Upraszająca córkę swę pierworodną o wyrozumiałość, gdyż "muszę do domu siusiu, kochanie, no naprawdę muszę", na co córka odpowiada z ponurą rezygnacją "wiem, wiem, bo masz taki duży brzuch...". Biedna Dziobalinda wspina się na szczyty cierpliwości wobec swej upośledzonej ruchowo matki. Matka wspina się na wyżyny cierpliwości wobec samej siebie i życia jako takiego. A życie jak koń - jakie jest, każdy widzi.  Trudne w sensie.

Dragonella mię natchnęła refleksją taką, że wobec tego życia trudnego, wobec cierpienia, które ze sobą niesie, a zwłaszcza wobec ludzkich katastrofalnych upadków, chciałoby się w końcu znaleźć jakiś sprawny system zapobiegawczy. Przepisy idealne, których się nie da naciągnąć ani obejść, ani złamać. Idealnych ludzi, którzy umieliby i chcieli te przepisy egzekwować.  Konstrukcję stabilną i niezawodną, która nas przed złem naszym własnym uchroni. I na świecie zapanuje pokój i dobro.

Tylko że jakoś nam te systemy i prawa, ten pokój i dobro nie wychodzą. Nie umiemy ich zaprowadzić odgórnie, bo tak naprawdę nie umiemy ich zaprowadzić w sobie samych. Bo jesteśmy ułomni - po prostu. I tej naszej ludzkiej ułomności nie da się wyeliminować ani obejść. Możemy jedynie walczyć sami o siebie - o to, by mimo swej ciemnej strony piąć się ku światłu, jakkolwiek byśmy tego światła nie definiowali. I żebyśmy tam, gdzie ciemności zalegają mocno, mieli odwagę i siłę się swoim światłem dzielić z innymi.

Bo tak długo, jak długo jesteśmy ludźmi, nie da się skonstruować idealnego systemu oświetlenia.