30 lip 2013

Wakacje - odsłona pierwsza, czyli jak przestałam mieć żal do prof. Magdaleny Środy

Wróciłam. Bogatsza o piasek we włosach, opaleniznę, dobre wspomnienia, rodzinne zdjęcia i kilka refleksji. Uboższa o sporo niepotrzebnych myśli i napięć. Z mocnym postanowieniem poprawy, a jakże!

Zacznę od początku, czyli od pierwszej myśli, jaka mnie nawiedziła po tym, jak postawiłam stopę na plaży. Była to myśl o Magdalenie Środzie. Brzmi to jak czysta perwersja, wiem! Wyjaśniam zatem.

Nad morzem w tzw. sezonie nie byłam chyba od 15 lat. Tak się złożyło, że albo nie mieliśmy wakacji wcale, ale spędzaliśmy je na Podlasiu, albo w nad morzem, ale poza sezonem - dość powiedzieć, że klimat zatłoczonej, gorącej plaży zdążyłam całkowicie zapomnieć. Toteż kiedy znalazłam się w tłumie urlopowiczów przybyłych z wszelkich możliwych skrzyżowań geografii i kultury, poczułam lekki zawrót głowy. Wraz z zawrotem głowy przyszła do mnie myśl, w jak wąskim ekosystemie żyję na co dzień i jak łatwo utożsamiam ten ekosystem z ogółem rzeczywistości. Niby wiem, że ludzie są różni, żyją w różnych środowiskach, pochodzą z równych rodzin i różne wartości wyznają. Niby pamiętam o tym, że mój punkt widzenia jest jedynie punktem widzenia, a nie obowiązującą wszystkich prawdą objawioną. A jednak żyjąc w określonym miejscu, pracując w określonej branży, otaczając się określonymi ludźmi, zapominam, jak to jest realnie doświadczać prawdziwej odmienności, a nie jedynie różnicy zdań. Zapominam, że patrzę na świat tylko z jednej z wielu znajdujących się na ziemi sadzawek, a nie z chmurki na niebie, niczem „Pan Bóg”, w którego zdaniem niektórych wierzę (taki brodaty staruszek, co to siedzi na chmurce i burczy na ludzi). Zapominam i oto przypominam sobie o tym na tej plaży, gdzie wokół mnie tylu naprawdę RÓŻNYCH, jakże różnych niż ja sama i moi przyjaciele ludzi, którzy innym mówią językiem, innym myślą obrazem i inne zwyczaje w swojej codzienności kultywują. I wtedy właśnie przychodzi mi na myśl Magdalena Środa - obiekt mojej zawiedzionej młodzieńczej fascynacji. Pani profesor, która w moich oczach z pozycji autorytetu z czasem przeniosła się na pozycję tej fantazyjnej chmurki właśnie, na której siedzi i burczy na ludzi, a właściwie na swoje o nich wyobrażenia, bo po prawdzie to niewiele ona z tej chmurki jest w stanie zobaczyć. Pomyślałam o niej i dotarło do mnie - jakże niewiele się w istocie różnimy! Jak łatwo jest wziąć swoją codzienność za globalną normę i swój punkt widzenia za jedyną prawdę. I jak trudno jest to sobie uświadomić! Czasem trzeba przejechać 8 godzin pociągiem na drugi koniec Polski, a czasem pewnie i dłuższą odbyć podróż.

Tak więc nie mam już żalu do Magdaleny Środy.

Mam za to mocne postanowienie, żeby sobie mocniej horyzont myślowy poszerzać. Najlepiej oczywiście via PKP, ale innymi drogami też warto.

Ciąg dalszy, w tym pewien rodzaj dokumentacji zdjęciowej, nastąpi!

19 lip 2013

Komu w drogę, temu pociąg!

No i tak. Gorączki szczęśliwie niet. Giganna wypączkowuje za to z siebie jakieś dziwne bąble, co to nie są ospą (lekarz stwierdził), ale też nie wyglądają mi na ukąszenia (lekarzowi wyglądały). Podejrzewam dziwną reakcję alergiczną. Nie wiem tylko, na co - może na stres? Bo stres to ja produkuję ostatnio w ilościach hurtowych i obawiam się, że choć ze wszystkich sił próbuję trzymać go w ryzach, to mi się on ulewa i bliskich mi plami i brudzi.

Idzie matka, tam gdzie chatka,
niesie worek dziatkom,
a przez dziurkę, stresik ciurkiem
sypie się za matkom. 

Może mi się uda ten stres zostawić nad morzem - gdzieś tam go w wydmie zakopię albo w wodzie utopię? I potem mieszkańcy nadmorskich miasteczek będą budzić się w trwodze o północy, i na plażę wylegać, by obserwować w zdumieniu jak w falach rzucają się ryby i inne stworzenia wodne, i trzewia swe otwierają i do księżyca wrzeszczą: Muszę, kurna, komuś przylać, bo mnie, kurna, krew zaleje!

Taaa...

W każdym razie nad morze udajemy się, jutrzejszym porannym pociągiem typu PKP. Trzymajcie, proszę, kciuki, cobyśmy cało i w miarę spokojnie dotarli do celu. I takoż wrócili za tydzień.

Do zobaczenia po urlopie!

17 lip 2013

Uważaj, czego sobie życzysz...

Prolog

Wczoraj rano postanowiłam ubrać się w śliczną, zieloną sukienkę. Co prawda sukienkę tę nabyłam dawno temu, tuż po urodzeniu Dziobalindy. Co prawda byłam wówczas dobrych parę kilo tęższa. Co prawda sukienka ma rozmiar dostosowany do tych paro kilo więcej. Ale prawda prawdą, a sukienka ładna i leży w szafie nieużywana, pomyślałam więc - łotewa! Założę sobie za dużą nieco sukienkę, sukienka nie gacie, z zadka mi nie zjedzie, wstydu nie będzie. Założyłam. Do pracy pobieżyłam.

Akt I (i jedyny)

Późnym popołudniem wracałam z pracy metrem wielce zatłoczonem. Miałam cichą nadzieję na upolowanie miejsca siedzącego (Wiesław Myśliwski palił mnie w torebce i naglił!), nadzieja jednak matką nierozsądnych, miejsca oczywiście nie upolowałam. Stanęłam więc zrezygnowana i poczęłam w myślach narzekać i lamentować z powodu braku miejsca siedzącego.

Wtem!

Widzę i słyszę, jak miła pani w średnim wieku zwraca się do siedzącego obok młodzieńca, pokazując na mnie: Czy mógłby pan ustąpić miejsca pani, bo pani jest W CIĄŻY!

Pan zerwał się z miejsca, a ja popadłam w lekki popłoch i zaczęłam tłumaczyć, że nie, że niechże pan sobie siedzi, bo to nie ciąża tylko zdecydowanie źle dobrana do figury sukienka. Pan jednak pozostał już  w pozycji stojącej, mówiąc: Nie, nie, proszę, niech pani usiądzie. Co było robić - usiadłam. Miła pani w średnim wieku jęła mnie przepraszać i tłumaczyć, że ona to w dobrej intencji i żebym się nie gniewała. Odrzekłam jej zgodnie z prawdą, że nie gniewam się, a co najwyżej dziękuję za uświadomienie mi, że NAPRAWDĘ nie powinnam już nosić tej sukienki.

Tak oto w niespodziewany sposób spełniło się moje życzenie i resztę podróży spędziłam siedząc wygodnie i czytając Myśliwskiego.

Epilog

Wracając z metra do domu pomyślałam sobie, że jestem najlepszym przykładem na to, iż Pan Bóg jak najbardziej ma poczucie humoru. I że muszę niezwłocznie pozbyć się za dużej sukienki. Oraz może zapoznać się jednak z tą panią Chodakowską, która podobno wyzwala z cielesnych okowów rzesze Polek i przenosi je od razu w kolejne, lepsze wcielenie.

Tymczasem jednak zakupiłam coś na kształt bikini, bo za 3 dni mamy udać się na wymarzony urlop nad morze. Giganna zaś zaczęła na tę okoliczność gorączkować, co kwestii urlopowej dodaje niewątpliwie pikanterii i soczystości.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

16 lip 2013

Googlowka - zdolna główka

Bardzo podziwiam wszystkich, którzy mają w rękach dar tworzenia. Ja sama umiem zrobić szalik na drutach oraz kuleczkę szydełkiem. I tyle. Wychodzi mi jak wychodzi, zgrzebnie, ale za to bardzo mnie odprężają czynności rękodzielnicze. Uważam, że jest w nich moc! Tym bardziej imponują mi osoby, które umieją tę moc okiełznać i przekuć w realne, piękne i użyteczne przedmioty. Jedną z takich osób jest moja koleżanka, znana w sieci jako Googlowka. Gdyż albowiem zdolne to dziewczę szyje. I to dobrze szyje! Mam okazję obserwować jej samodzielnie tworzone stroje i jestem nieodmiennie pod dużym wrażeniem. Ostatnio zaś z nudów i ścinków stworzyła serię rozkosznych potworków, o takich:


Dwa z nich powędrowały do Dziobalindy i Giganny i mieszkają teraz w naszym domu.

Kto chętny na takie potwory, niech zajrzy do Googlowki, tutaj. Może da się na coś namówić? A w każdym razie można u niej popatrzeć na proces szycia, a i może samemu nauczyć się czegoś, jeśli ktoś ma nieco więcej zdolności w ręcach, niźli ja mam. Zajrzyjcie zatem.

15 lip 2013

Licho luterskie!

Ja wiem, że chwalić się jest nieładnie, ale cóż poradzę, czasami człowiek musi, inaczej się udusi. Chwalę się więc wszem i wobec, że mieliśmy wczoraj piękny, luterski chrzest córeczki Luki i Kaina, zwanej w internetach Lichem. A ja dostąpiłam zaszczytu bycia dla Licha matką chrzestną!

Było oczywiście z emocjami i z przytupem. Gdyż albowiem aż dwa autobusy podstępnie uciekły rodzicom Licha spod nosa i przedsięwzięliśmy akcję przedostawania się do kościoła (tego ładnego okrągłego kościoła obok Zachęty - to jest NASZ kościół, aha!) metrem. Mimo utrudnień (takich jak zamknięcie na okres wakacji dwóch centralnych stacji metra) dotarliśmy na miejsce o czasie, w jednym kawałku i niezepsutych makijażach. Licho podczas nabożeństwa zachowywało się z pogodą ducha i prawdziwą godnością. A trzeba Wam wiedzieć, że luterskie nabożeństwo to nie w kij dmuchał, poniżej godziny nie schodzi, a razem z chrztem spokojnie 1,5 godziny wynieść potrafi - i tyleż właśnie wyniosło. Przy samej chrzcielnicy Licho popadła w zachwyt i próbowała się nawet wykąpać. Ja zaś doznałam gwałtownego wzruszenia i prawdopodobnie uśmiechałam się głupkowato już do końca nabożeństwa, zapatrzona w Lichowe słodkie oczęta.

Udał się chrzest pięknie i pięknie udało się potem małe przyjęcie, jakie Luca i Kain wydali dla rodziny i bliskich znajomych. Torcik był przepyszny, rozmowy prowadzono ożywione i na tematy intelekt żywo poruszające. Gdyby nie to, że reszta mojej rodziny czekała na mnie niecierpliwie w domu (Dziobalinda serwowała przez weekend stan podgorączkowy, dla rozkręcenia wakacyjnej atmosfery luzu i zabawy), nie musiałabym uciekać tak szybko.

No więc tak. Jeszcze niedawno żadnymi chrześniakami nieopatrzona, nagle stałam się matko chrzestno dla dwójki młodych ludzi - Licha, oraz - jakiś miesiąc temu - synka mojej przyjaciółki P. (dla którego jednakowoż formalnie byłam tylko świadkiem chrztu, gdyż chrzest odbył się w kościele katolickim).  Bardzo się czuję i zaszczycona, i uradowana, i odpowiedzialna także. Z tej radości uleciał mi gdzieś pomysł na puentę, więc puenty dzisiaj nie będzie.

12 lip 2013

Niepodzielni

„Ale też w moim przekonaniu tylko człowiek sam jest w stanie opowiedzieć prawdę o sobie. Nikt za niego.

Kiedy nawet przywłaszcza to czy tamto swojej pamięci, kiedy tę pamięć nagina do intencji, kiedy mistyfikuje czy nawet kłamie, jest to jedyna prawda o nim, jaką możemy poznać. Nasze prawdy o innych to zazwyczaj domniemania, przypuszczenia, hipotezy lub oceny, które są w istocie prawdami nie o tych, o których mówimy, ale o nas samych. Powiada Ludwik Wittgenstein: „Jestem moim światem”. Dodam: i z nikim niepodzielnym.”

Wiesław Myśliwski "Słowa jak okna", Tygodnik Powszechny 14 lipca 2013 nr 28(3340)

9 lip 2013

Ta notka jest pisana dla uwolnienia emocji


Zdarzyło mi się kiedyś, że nie odpisałam komuś znajomemu na maila przez jeden dzień. Miałam w tym czasie dużo na głowie, nie było kiedy usiąść i zająć się pocztą. Nadawca maila zniecierpliwił się i zadzwonił do mnie. Zadzwonił i powitał mnie słowami:
- Cześć! Czy Ty naprawdę olewasz to, że ja do ciebie piszę maile?

Co powinnam odpowiedzieć na tak zadane pytanie? Gdybym chciała odnieść się tylko do jego konstrukcji, miałabym dwie możliwości do wyboru: „tak, naprawdę olewam” i „nie, naprawdę nie olewam”. Ach, kusi mnie czasem w takich sytuacjach, żeby wybrać wersję numer 1! Zamiast tego jednak postanowiłam odpowiedzieć, zgodnie z prawdą, że nie miałam czasu zająć się korespondencją przez ostatnie dni. Odpowiedziałam tak, choć wymagało to ode mnie pewnego wysiłku, ponieważ sposób zadania pytania zagotował mi krew w żyłach. Gdyż albowiem pytanie zostało zadane z już gotową tezą. Zanim mój rozmówca w ogóle się ze mną skontaktował, już sobie zinterpretował moje milczenie, przypisując mi negatywne intencje. Co chciał mi więc przekazać swoim telefonem? Czy naprawdę chciał mnie zapytać o to, czemu nie odpisałam na maila? Nie wydaje mi się. Sądzę raczej, że chciał mi powiedzieć, że jest na mnie za to nieodpisywanie zły. Czemu więc nie powiedział tego wprost?

Im mocniej zagłębiam się w słowa, tym bardziej sądzę, że tylko niewielką ich część przeznaczamy na komunikowanie się z innymi.  Znakomitą większość przeznaczamy na uwalniane swoich emocji. Wydaje mi się to całkiem zrozumiałe - myślę, że my, ludzie, jesteśmy bardziej emocjonalni, niż chcemy przyznać. Emocje kierują nami do tego stopnia, że często tego nawet nie zauważamy. Tym bardziej wydostają się z nas kaskadami wraz ze słowami, które są najrzadziej oszczędzanym dobrem na tym świecie.

Uwalnianie emocji jest dla mnie czymś naturalnym i potrzebnym. Sama piszę głównie emocjami i o emocjach. Co mnie jednak niepokoi, to jak często nie jesteśmy wcale świadomi naszych uczuć. Jak przerzucamy odpowiedzialność za nasze emocje na innych. Nie umiemy powiedzieć „tego nie lubię, to mnie przeraża, to mnie złości”. Zamiast tego mówimy „to jest głupie, ten jest świnią, ty mnie olewasz”. Niezwykle raniące jest to zwłaszcza w bliskich relacjach. Jak wiele małżeństw dałoby się uratować zmianą schematu komunikacji? Jak wiele znajomości nie rozpadłoby się w głupi sposób?

Komunikacja w Internecie to jeszcze gęstszy i silniej woniejący temat. W Internecie bowiem często pozwalamy sobie na bezkarne wylewanie wszelkich naszych frustracji bez żadnej kontroli i chyba też bez świadomości - czy naprawdę tak istotnym dla wielu problemem jest tusza jakiejś piosenkarki lub kolor zębów modelki? Czy może raczej po ciężkim, frustrującym dniu, musimy sobie po prostu odreagować, a że na żonę/męża głupio jest wrzeszczeć bez powodu, można sobie powrzeszczeć trochę do Internetu? Problem w tym, że z Internetem jest jak z mitem o królu Midasie. Wydaje nam się, że wrzeszczymy do dziury w ziemi, która to wszystko ukryje przed światem. A tymczasem z dziury wyrasta trzcina, która potem wyszumi innym o tym, że to my mamy ośle uszy.

W Internecie udaje mi się kontrolować swoje emocje o wiele łatwiej niż w życiu codziennym. Przepuszczam je przez klawiaturę, więc łatwiej mi ochłonąć, przemyśleć, co chcę powiedzieć. Na żywo, z bliskimi, wcale nie idzie mi dobrze. Często daję się ponieść emocjom. Staram się bardzo nie przerzucać ich na innych. Mówić raczej „Ja czuję”, a nie „Ty jesteś”. Jednak nie zawsze jest to proste i nie zawsze daje rezultaty.  Nie zawsze ja sama jestem w stanie powiedzieć, o co mi chodzi. W końcu też nie wszyscy dobrze reagują na taką komunikację. Bo na sformułowanie  „Ty jesteś” są w stanie rozpocząć dyskusję polemiczną, a ujawnienie emocji w zdaniu „Ja czuję” odbierają jakoś inaczej - jedni jako agresję, inni jako informację pozbawioną sensu w dyskusji. Często ciężko mi się porozumieć, bo moje możliwości są ograniczone, bo nie zawsze sama wiem, co tak naprawdę chcę powiedzieć, nie zawsze jestem świadoma swoich uczuć.

Tym bardziej jednak, kiedy już emocje opadną, staram się wziąć w garść. I uczciwie sama ze sobą rozliczać ze swoich słów. Rozważam też wciąż, jak ograniczać ich ilość. Wiem, że duża ich część nie jest potrzebna.

Myślę, że wszyscy skorzystalibyśmy na komunikacyjnej diecie - na uświadamianiu sobie swoich emocji, na odpowiednim i oszczędnym ubieraniu ich w słowa. Na rezygnowaniu z tych słów, które nic nie wnoszą, a mogą jedynie ranić. I na zastanawianiu się, czy to, co chcemy powiedzieć, naprawdę brzmi jak to, co chcemy, żeby ktoś inny usłyszał.

Mam jednak świadomość, że ile byśmy się nie starali, zawsze wejdziemy na jakąś minę, bo jesteśmy tylko ludźmi. Postrzegamy świat i innych ludzi przez swoje własne, specyficzne filtry. Pozostaje więc, oprócz sztuki komunikacji, ćwiczyć się w życzliwości i wyrozumiałości wobec naszych wspólnych, ludzkich błędów.

8 lip 2013

Podróż za jeden uśmiech (wpis gościnny)


Dziś oddaję głos mojej przyjaciółce A., której kolejowe przygody dostarczyły nam wiele radości w firmowej kuchence. Posłuchajcie!

                                                                      *   *   *
Ostatnio, z racji tego, że mój syn przez tydzień zażywał świeżego powietrza na działce pod Skierniewicami, miałam niewątpliwą przyjemność dojeżdżać do pracy koleją. Szczerze mówiąc bardzo cieszyłam się na tę możliwość. Na stałe mieszkam pod
Warszawą i do pracy dojeżdżam autobusem podmiejskim, który najczęściej stoi w korku i jedzie prawie dwie godziny. Czas dojazdu pociągiem jest o połowę krótszy. Poza tym - co będę ukrywać - po prostu lubię jeździć pociągami. Ta historia skończyłaby się w tym miejscu, gdyby nie to, że w związku z wakacjami PKP rozpoczęło kilka remontów jednocześnie na trasie Warszawa - Ochota - Skierniewice. I żeby nie było - nic nie ma przeciwko samym remontom - cieszę się, że będą nowe tory, nowe stacje, nowy most średnicowy. Wiem, że dzięki temu dojazd do Warszawy będzie bardziej komfortowy i znacznie się skróci. Mam jednak pewne obiekcje co do zaplanowanego rozkładu jazdy (a raczej jego braku), który w związku z tymże remontem uległ znacznym zmianom. Ale od początku...

Moja przygoda z remontem na kolei rozpoczęła się w poniedziałek. Jak zwykle o 17:30 wyszłam z pracy i po kilku minutach dotarłam do dworca Warszawa - Ochota, z którego normalnie odjeżdża pociąg do Skierniewic o 18:10. Tam od bardzo sympatycznego pana dowiedziałam się, że z tej stacji mój pociąg, w związku z remontem, nie odjedzie. Czeka na mnie za to o 18.10 na dworcu Warszawa Zachodnia, do którego dojadę pociągiem wahadłowym, który przejdzie za kilka minut. Zeszłam więc na peron i rzeczywiście pociąg czekał już na pasażerów. Wszyscy wsiedli, pociąg ruszył, odjechał 50 metrów i stanął. Stał między stacjami 20 minut, więc nie było szansy, abym zdążyła na swój pociąg do Skierniewic. Gdy tylko dotarłam do Warszawy Zachodniej, okazało się, że kolejny pociąg odjedzie o 19:02 z peronu 2. Około godziny 18:50 okazało się, że mój pociąg odjedzie z peronu 4. Gdy znalazłam się już na tym peronie, pani przez megafon poinformowała wszystkich, że jednak pociąg odjedzie z peronu 3. Tym razem z innymi podróżującymi przeniosłam się na peron 3. O godzinie 19:02 dowiedziałam się, że jednak pociąg stoi przy peronie 2 i jest to skład, który miał jechać do Grodziska Mazowieckiego, ale został odwołany. Tym razem wszyscy sprintem przenieśli się na peron 2 i tam okazało się, że na dwóch torach stoją dwa pociągi do Grodziska - i nie wiadomo, który jest odwołany, a który jedzie do Skierniewic. Nie wiedział tego także konduktor. Na szczęście po kilkunastu minutach problem się rozwiązał i wszyscy wsiedli do właściwego pociągu. Tak siedzieliśmy w pociągu kolejne kilkanaście minut, przez co pociąg miał już 20 minutowe opóźnienie. W końcu ruszyliśmy. Wyjechaliśmy za Warszawę Zachodnią i znowu stanęliśmy między stacjami - tym razem w związku z budową nowej stacji Warszawa - Ursus. Staliśmy 30 minut, przez co z 19:10 zrobiła się 20:00 ( o tej godzinie powinnam być już u celu podróży). W końcu pociąg ruszył i nabrał tempa. Nie trwało to jednak długo. Za Grodziskiem znowu stanął na 30 minut - gdyż w związku z trwającym remontem pociągi na tej trasie jeżdżą po jednym torze. Mój pociąg musiał poczekać na ekspres z Łodzi, który niestety miał opóźnienie. W końcu dotarłam do domu o godzinie 21:30.

Po tym doświadczeniu miałam nadzieję, że we wtorek uda mi się być w domu wcześniej. Jakże straszenie się pomyliłam! Tym razem wyszłam z pracy o 16:30 i zamiast czekać na pociąg wahadłowy dojechałam od razu do dworca Warszawa Zachodnia. Pociąg do Skierniewic miał odjechać o godzinie 17:10. Pamiętając, że rozkład jest nieaktualny, stałam w podziemiach między peronami i czekałam na informację. Tuż przed odjazdem pociągu dowiedziałam się, że mój pociąg odjedzie z peronu 2. Na peronie okazało się, jednak że pociągu nie ma. O 17:30 dowiedziałam się, że pociąg jest opóźniony. O 17:45 otrzymałam informacje, że pociąg zwiększy swoje opóźnienie, a o 18:00, że został odwołany. Na szczęście miał być pociąg o 18:10 (którym jechałam poprzedniego dnia). Rzeczywiście pociąg przyjechał punktualnie. Ucieszyłam się bardzo, bo oznaczało to, że w domu będę o godzinie 19:00. Jednak znowu myliłam się strasznie... podczas podróży jedna z podróżnych, która wsiadła do pociągu kilka stacji dalej, poinformowała wszystkich, iż pociąg jedzie tylko do Żyrardowa (działka, do której miałam dotrzeć, jest dwie stacje dalej). Ta sami pani powiedziała, że jej zdaniem, za nami jedzie pociąg pospieszny do Łodzi. W związku z remontami pociąg wyjątkowo zatrzymuje się na mniejszych stacjach, więc nie będziemy długo czekać. Pasażerka nie pomyliła się. Rzeczywiście pociąg dojechał tylko do Żyrardowa. Miał za nami jechać także pociąg pospieszny.... niestety nie dojechał - utknął, gdzieś po drodze. My także utknęliśmy na stacji w Żyrardowie. O 19:00 otrzymaliśmy informację, że pociąg do Skierniewic, który w Żyrardowie miał być o 19:06, jest opóźniony 60 minut. Tak więc zwiedziłam peron w Żyrardowie wzdłuż i wszerz. Chwilę po 20.)) przyjechał pociąg i już o 21:00 byłam w domu...

Na tym kończy się moja podróż, ponieważ mój syn w środę dostał zapalenia spojówek i tego samego dnia późnym wieczorem znalazłam się we własnym domu.

Po tym dwóch dniach mam dwie refleksje:
  1. Polacy to naprawdę wyrozumiały naród - podczas tych kilkugodzinnych powrotów do domu nikt nie wrzeszczał, nikt nie rwał sobie włosów z głowy, nie doszło do rękoczynów. Na stacji w Żyrardowie wszyscy się śmiali, częstowali się kanapkami i herbatą z termosów. To bardzo budujące, że potrafimy być opanowani, gdy sytuacja ku temu nie sprzyja.
  2. Panie premierze, jak żyć? Jak żyć w kraju, w którym ludzi traktuje się przedmiotowo, przegania się ich po peronach i nie daje się żadnej informacji o tym skąd, gdzie i jak dojechać do własnego domu? Naprawdę rozumiem, że remonty muszą się odbyć, rozumiem, że musi być to związane z utrudnieniami, ale nie można w tym wszystkim zapominać o szacunku dla drugiej osoby i dla jej czasu.

5 lip 2013

Dziadek Wacek


Dziadek Wacek, tak jak jego rodzice i dziadkowie, urodził się w jednym  z małych miasteczek w okolicach Lublina. W podlubelskich miasteczkach przeżył okupację (jako najstarszy, jedenastoletni syn, pomagał utrzymać rodzinę, m.in. regularnie pędząc krowy pod Warszawę dla kupców - taka piesza wędrówka zajmowała mu 3 dni). Dopiero po wojnie przeniósł się z rodzicami i dwoma młodszymi braćmi do Zielonej Góry, gdzie skończył szkołę, a następnie wbrew woli ojca poszedł do szkoły oficerskiej. Już jako młody „wojskowy” przeniósł się do Bydgoszczy, gdzie poznał moją babcię, Jadwigę. Babcia, warszawianka, przeczekała wojnę we Włocławku, a następnie z siostrą i mamą również przeniosła się do Bydgoszczy.

Przypadli sobie do gustu od razu, choć po latach babcia opowiada, że wcale nie była dziadka pewna. Ale wystarczy spojrzeć na to zdjęcie, aby się domyślić, że dziadek babci mocno zawrócił w głowie (zgadnijcie, który to dziadek?).


Dziadek się babcią zachwycił i tak mu zostało do dziś najwyraźniej, gdyż nadal traktuje ją jak młodą, ponętną dziewczynę, którą w wieku 85 lat babcia jest już tylko w środku. Ale dla niego pozostała nią cały czas.

Jednak nie o tym będzie dziś historia. Będzie o tym, jak będąc młodym małżonkiem dziadek wyjechał nad morze na jakieś wojskowe obowiązkowe wakacje. Na tych wakacjach, pozbawiony troskliwej kurateli żony, dziadek spożywał z kolegami alkohol. Alkohol był fundowany przez każdego z współpijących, co trzeci dzień, i tak oto po tygodniu dziadkowi skończyły się pieniądze. Zadepeszował więc do babci (serio, serio), żeby wysłała mu jakąś zapomogę.

Babcia wysłała. „Młoda byłam i głupia” - mówi babcia - „Teraz bym nie wysłała!”. I zadepeszowała do dziadka, że pieniądze będę na drugi dzień. Dziadek czekał dwa dni i się nie doczekał. Trzeciego dnia siedział sobie z kolegami, gdy wtem podszedł do niego obcy facet i pyta: "Który z was to Wacław O-takim-nazwisku?". „Ja” - odrzekł dziadek. A nieznajomy na to: „Nazywam się Wacław O-takim-samym-nazwisku. Dwa dni temu dostałem pieniądze z Bydgoszczy. Ucieszyłem się, ale potem myślę, kto mi mógł wysłać pieniądze z Bydgoszczy, skoro nikogo tam nie znam?”
Dziadek Wacek i Pan Wacek O-takim-samym-nazwisku usiedli zatem i zaczęli szukać między sobą powiązań rodzinnych. I tak oto dotarli w swych poszukiwaniach do miasteczka pod Lublinem.

A! - rzekł Pan Wacek - ja znam to miasteczko! Mój ojciec brał udział w walkach pod tym miasteczkiem, a potem się w jakimś cywilnym domu przebierał w ciuchy, co mu cywile podarowali, i uciekał, zostawiwszy u nich swój mundur.

A! - rzekł dziadek Wacek - ja znam ten mundur! Bo to w moim domu pana ojciec się przebierał w ciuchy mojego ojca. A mundur leżał aż do końca wojny u nas na strychu.