22 wrz 2014

O sztuce prowadzenia sporów

Nasze córki, Giganna ( 2 l.) i Dziobalinda (6 l.) są jak każde inne rodzeństwo - czyli że kłócą się częściej lub rzadziej. Ponieważ teraz spędzają ze sobą 24 h na dobę (Giganna w domu z katarem, a Dziobalinda czeka na zabieg usuwania trzeciego migdałka - już w tę środę! Proszę bardzo o modlitwę i/lub trzymanie kciuków), to kłócą się częściej.

Wczoraj byłam świadkiem takiej oto kłótni:
Giganna: Zabrałaś mi moje ludziki!
Dziobalinda: Nieprawda! Ja je pierwsza wzięłam!
Gi: Nie!
Dzi: Tak!
Gi: Nie!
Dzi: Tak!
Gi: Jesteśmy głupie jak chałupa!

W tym momencie nastąpiła chwila konsternacji, a następnie zbiorowy wybuch śmiechu. Kwestia ludzików pozostała zaś nierozstrzygnięta.

Także ten, tego... Polecam ten bon mot ;) Autorski bon mot Giganny, nie żaden Schopenhauer. O!

17 wrz 2014

Mam lajfstajla!

Jako dumna posiadaczka kompleksu prymusa, długo walczyłam z pokusą, żeby zostać profesjonalną zawodową blogerką. Nie wiem jednak, czy dam radę opierać się dłużej. Widzę, jak wokół mnie, niczem grzyby, ślimaki i dżdżownice po deszczu, wyrastają piękne, nowe blogi lajfstajlowe. I w końcu dojrzałam do myśli, że może i ja powinnam spróbować? No bo w końcu - czyż nie mam aparatu w telefonie? Czyż nie mam bloga? Czyż nie mam ciekawego życia?!

Czyż nie mam butów i torebki? 


I jeszcze więcej butów? 

nie wszystkie są na moich nogach, ale cóż, ad astra per aspera przecież

Czyż nie pijam kawy? 

ciekła parafina obok nie jest do picia!

I czyż nie pijam herbaty?

znajdź herbatę na obrazku!

Czyż nie mam czytnika książek? 

to jest zdjęcie naszego firmowego czytnika, nasz czytnik jest bardzo ładna!


Czyż nie mam życia wypełnionego interesującymi zadaniami?


I modnymi gadżetami? 



Czekam zatem na oferty reklamodawców! Jestem gotowa i mam wszystko, czego potrzeba, aby zostać gwiazdą internetu - kombinerki, miarkę, pilnik, otwieracz do puszek, śrubokręt płaski, nożyk, otwieracz do butelek, śrubokręt gwiazdkowy, mały nożyk i piłę*!

 ______
*wszystko to w tym czerwonym diwajsie - wyglądającym jak sekator -  na ostatnim zdjęciu

16 wrz 2014

O ciepłej jesieni

Gdy byłam młodsza (bo, inaczej niż Herod, byłam kiedyś młoda), żyłam w ciągłym oczekiwaniu. Na to, aż „zacznę żyć naprawdę”. Aż „coś się wydarzy”. Aż „zmienię się na tyle, żeby...”. I aż, oczywiście, ożeni się ze mną perkusista Silverchair.

Nie wiem, czy to cecha każdej młodości, czy może tylko mojej. Ale prawdą jest, że dużą część czasu, który teraz wspominam jako bardzo, bardzo dobry, przeżyłam w oczekiwaniu na jakieś inne, lepsze jutro. Ot, durna byłam po prostu.

Ale i durnej, i ślepej kurze trafia się ziarno, a mnie się w życiu przytrafiło dużo nie tyle ziaren, co prawdziwych wygranych na loterii. Przede wszystkim świetnych ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Ale i idealne dla mnie studia. I kilka dobrych i nieźle zrealizowanych pomysłów. I kilka fantastycznych przygód. I kupa śmiechu po drodze. I fantastyczna, najlepsza z możliwych jesień, kiedy to mój - przyszły wówczas - mąż, zdecydował się w końcu zaprosić mnie na kawę, czy wino (już nawet nie pamiętam). I przez cały następny rok w kółko słuchałam Brand New Heavies.

A jeszcze potem zaczęłam być, jak to się mówi, „dorosła”. No, w każdym razie weszłam na tę drogę, zwaną dorosłością, kiedy pojawiły się najpierw Dziobalinda, a potem Giganna. I to już nawet nie było „coś”. To było wszystko naraz! Tyle szczęścia, i tyle strachu, i tyle niepewności, i tyle zmęczenia, i tyle radości,  i tyle frustracji! Tyle wszystkiego, że momentami nie do uniesienia. Przestałam czekać na „coś”, bo dostałam tyle, że nie byłam w stanie tego „przerobić” na bieżąco. Zasypiałam wieczorami snem kamiennym, wolnym od jakichkolwiek projekcji i pragnień, poza tym jednym, żeby się trochę tym razem wyspać. A jest to nadal marzenie do zrealizowania „w nieokreślonej przyszłości” ...

I w tym całym kołowrocie nagle zaczęłam dostrzegać COŚ. Że są takie momenty, kiedy czas się zatrzymuje. Kiedy któraś z naszych córek bawi się na dywanie obok mnie lub kiedy siedzimy - we dwie, we trzy - przytulone i czytamy książki. Kiedy bawimy się wszyscy, we czworo, w „siedzi jeżyk na dywanie”. Kiedy siedzimy z mężem obok siebie, na podłodze, i słuchamy muzyki. Albo gdy wychodzę wieczorem na balkon i wdycham zapach nadchodzącej nocy i odchodzącego lata. W takich momentach - jestem przekonana - mieści się cały sens mojego bycia tutaj. Za każdym razem proszę Boga w myślach, żeby dał mi je zapamiętać jak najdłużej. Rzadko mi się to udaje - tak szybko zacierają się w pamięci. Ale czuję, że są we mnie na stałe, tyle tylko, że zmagazynowane gdzieś, gdzie na co dzień nie mogę tak łatwo sięgnąć. Wiem jednak, że nikt mi ich nie może odebrać. Kiedy oglądam się za siebie, czuję ciepło, które z nich promieniuje.

Wczoraj Giganna z Dziobalindą taplały się w pierwszych jesiennych liściach, a ja siedziałam na ławce i słuchałam, jak śpiewa ptak gdzieś nad naszymi głowami. Obok przechodzili ludzie, jeździły samochody i rowery, biegały psy... A niebo było niebieskie i liście pachniały wspomnieniem poprzednich jesieni.

I kiedy wieczorem kładłam się spać, nie czekałam na „coś”. Czułam, że tu i teraz - jest już wszystko, co najważniejsze. O tak:
 

zdjęcie archiwalne

____
A perkusista Silverchair ożenił się w końcu nie ze mną - i pewnie obojgu nam to wyszło na dobre ;)

10 wrz 2014

O dobru małym i dużym (czyli najkoleżeńsze milusie na świecie)


W temacie poruszanym ostatnio - czyli o małych dobrach, taka oto historia, świeżo z miejsca zdarzenia!

Otóż bowiem w firmie, w której pracuję, istnieje nadal stary dobry zwyczaj wspólnego świętowania urodzin. W obrębie działu daje się nawet prezenty i laurki, natomiast takim powszechnym minimum jest kupowanie z okazji swoich urodzin słodkości i zostawianie ich w firmowej kuchence - dla wszystkich, ku urodzinowej konsumpcji wspólnej.

Dziś urodziny ma G. A tu tymczasem część z dziewczyn jest na diecie, część (w tym ja) pości, jedna jest weganką - tak więc nie da się nawet zastąpić cukierków kiełbasą, co się już w naszej firmie zdarzało.

Spodziewalibyście się pewnie, że G. tradycyjnie kupi cukierki, względnie kiełbasę, i postawi w kuchni, a te z nas, które nie jedzą mięsa lub/i słodyczy, po postu nie będą jeść?

Ja właśnie tego się spodziewałam.

Ale nie! G. przyniosła, owszem, cukierki. A do tego przyniosła wielką michę nachos i krakersów, oraz cztery słoiczki własnoręcznie robionych sosów - z czosnkiem, z czubricą i czerwoną papryką, sos pomidorowy z oregano oraz ajwar! A wszystko to tylko po to, żeby te kilka (łącznie 5 na całą firmę) osób mogło się poczęstować z okazji jej urodzin.

To było nie tylko małe dobro, to było dobro ogromne, bo sosy były absolutnie przepyszne! Nie muszę chyba dodawać, że rzucili się na nie wszyscy, także mięsożercy i cukierkożercy. A z największym zapałem rzuciła się oczywiście pisząca te słowa.

Droga G.!
Raz jeszcze życzę Ci wszystkiego, co przynosi Ci radość i spełnienie, a światu życzę więcej takich, jak Ty :) 

I więcej sosów, rzecz jasna! :)

2 wrz 2014

O człowieczeństwie

Na tle ostatnich wydarzeń na świecie, a zwłaszcza na Ukrainie, kłębią mi się w głowie różne myśli - małe i duże. Raz pełne lęku, a raz nadziei. Przede wszystkim zaś zdumione i kwestionujące porządek, który był dla mnie czymś zastanym i naiwnie bardzo - pewnym. Wszak czasy mego dojrzewania to były piękne lata 90.! Fukuyama ogłosił właśnie koniec historii. To były czasy Love Prade w Berlinie i wysyłania Love message to the world, to były czasy kraciastych koszul i glanów, to były czasy, gdy McDonald na Świętokrzyskiej był miejscem pielgrzymek dzieci i młodzieży, symbolem powstawania nowego, lepszego świata po upadku żelaznej kurtyny.

A tymczasem, niecałe 20 lat później - boję się. I mam ochotę nakopać w tyłek panu Fukuyamie za to, że nie miał racji. I panu Hungtingtonowi za to, że najwyraźniej ją miał. I wszystkim tym, którzy swoim postępowaniem właśnie racje tego ostatniego udowadniają.

W tym wszystkim zaś naszła mnie na chwilę wątpliwość - co mamy w tej sytuacji począć ze zrodzoną z dobrobytu i chwilowego braku zagrożeń koncepcją człowieczeństwa? Tak łatwo jest się czuć „człowiekiem”, gdy się studiuje, zgłębia swą wiedzę w bibliotece, ćwiczy jogę, biegnie w maratonie, podróżuje po świecie, prowadzi kulinarnego bloga... Jak jednak zachować to poczucie, gdy się siedzi w schronie, bez wody, prądu, jedzenia, i umiera ze strachu przed bombardowaniem? Gdy się na piechotę ucieka ze swojego domu w obawie przez religijnymi fundamentalistami, którzy okrutnie mordują wszystkich bez względy na płeć i wiek? Gdy się mieszka w obozie dla uchodźców, w namiocie na pustyni, w pustostanie w sąsiednim kraju? Gdy się idzie na pewną śmierć? Czym wtedy jest nasze człowieczeństwo, co z nas zostaje? Przecież nauczyliśmy się myśleć, że być człowiekiem to znaczy żyć godnie. W zdrowiu. W szczęściu. W poczuciu spełnienia. Czy przestaje być człowiekiem ten, kogo tych atrybutów ktoś brutalnie pozbawia?

Nie. Wierzę, że tak długo zachowujemy własne człowieczeństwo, jak długo jesteśmy w stanie dostrzec je w drugim człowieku. Każdy prosty gest - uśmiech, wyciągnięta dłoń, kromka chleba przełamana na pół, przytulenie i wspólnie uroniona łza, to jest właśnie człowieczeństwo. I to nasze człowieczeństwo nie jest czymś, co można kupić albo wykreować w laboratorium. A jednak jeśli coś ma na tym świecie sens, to przede wszystkim właśnie ono.

"Podsumowując, dusza to dla mnie (...) coś, czego w sensie fizycznym nie ma, bo nie posiada wymiarów ani innych cielesnych "przymiotów", ale obiektywnie istnieje."*

Przeczytałam to zdanie niewierzącego dziennikarza i ja, wierząca chrześcijanka, zgadzam się z nim głęboko. Właśnie w ten sposób jesteśmy stworzeni na Boże podobieństwo - jako istoty zdolne do miłości.  Być człowiekiem to znaczy po prostu - kochać drugiego człowieka, w tej nawet najprostszej formie, w uśmiechu, w geście, w drobnych aktach pomocy i współczucia. Zostawić po sobie ślad dobra. I jestem pewna, że nasze człowieczeństwo - nasza nieśmiertelna dusza - nie ginie i pomnaża się za każdym razem, gdy chcemy z niego zrobić dobry użytek. Gdy ofiarujemy je drugiemu człowiekowi.

Nie wiem, co będzie, ale wiem, że zło jeszcze nigdy na tym świecie nie wygrało i nie wygra - tak długo, jak długo zachowujemy nasze człowieczeństwo.

Dlatego róbmy, co możemy, żeby je pomnażać, właśnie teraz. Kochajmy, ile się da. Przebaczajmy, ile się da. Pomagajmy, ile się da. Nie dajmy sobie odebrać człowieczeństwa, nie dajmy sobie odebrać duszy.


____
*Marcin Prokop w S.Hołownia , M.Prokop "Bóg, kasa i rock'n'roll", Kraków 2011